» Artykuły » Inne artykuły » Krainy niewykorzystanych możliwości - Maciej Guzek

Krainy niewykorzystanych możliwości - Maciej Guzek


wersja do druku
Autor:
Krainy niewykorzystanych możliwości - Maciej Guzek
Esej ten pierwotnie ukazał się na oficjalnej stronie powieści Trzeci Świat


"Baśniowe kraje rozciągają się daleko wzdłuż i wszerz, w górę i głąb i pełne są najprzeróżniejszych rzeczy i stworzeń: znajdziesz tam wszelkiego rodzaju ptactwo i zwierzęta, niezliczone gwiazdy i bezbrzeżne oceany, czarowne piękno i czyhającą zewsząd grozę, radość i smutek przeszywające jak ostrze miecza. Ten, kto tam zbłądzi, może chyba uznać, się za szczęśliwca; ale odmienność i bogactwo tej krainy wiążą język wędrowcowi, który chciałby o nich opowiedzieć" — to oczywiście pochodzące z eseju O Baśniach słowa Tolkiena, tego capo di tutti capi neverlandów, szefa wszystkich szefów, gdy idzie o autorów fantasy. Przytaczam je tutaj, bo od dłuższego czasu nęka mnie przeświadczenie, iż są one prawdziwe. Boleśnie prawdziwe, jeśli skupimy się na ostatnim fragmencie cytatu. Rzeczywiście, często zdarza się tak, że bogactwo krain fantasy wiąże język tym, którzy o niej opowiadają.

Wrażenie takie miewam, ilekroć sięgam po kolejne książki fantasy; jest to zresztą główna przyczyna, powodująca, że sięgam po nie coraz rzadziej. Ba, wystarczy zerknąć na opis wydawcy, jakże wdzięcznie i dźwięcznie nazywany blurbem. Ot weźmy pierwszą z brzegu nowość (przytaczam in extenso): "Miasta-państwa Nizin od dziesięcioleci żyły w spokoju, pokładając wiarę w zapewniające im bezpieczeństwo traktaty. Ich ufność wobec sąsiadów i mocy pieniądza była tak wielka, że nie zauważyły, iż na dalekich rubieżach ich terytorium rozwinęło się dążące do podboju wszelkimi metodami Imperium Os. Ofiarą doskonale zorganizowanych oddziałów zaczęły padać kolejne krainy... Wydaje się, że jedynie starzejący się Stenwold Maker, doświadczony wojownik, szpieg, wynalazca i mąż stanu, dostrzega prawdziwe zamiary władców drapieżnego Imperium. To na jego barki spada obowiązek obrony świata przed falą czerni i złota, jaka zalała Niziny, niszcząc wszystko, co stanęło jej na drodze."

Wyznam, że czytając podobne kawałki trudno powstrzymać mi się od śmiechu ale i zniechęcenia. Prawda, że wciąż od czasu do czasu wracam do neverlandów — widoki, jakie roztaczają się przed oczyma spragnionego inności i poetyckości człowieka, na co dzień wpatrzonego przeważnie w ciekłokrystaliczne monitory, dla którego stukot klawiatury jest melodią, odmierzającą upływ życia, są bowiem nader atrakcyjne. I jeśli nawet nazwali byśmy to "eskapizmem" to — tutaj zgodzę się z Tolkienem — nie będzie w tym niczego złego. A jednak coraz mi trudniej uciekać.

Dlaczego?

Hmm, jeden z powodów jest oczywisty: metryka powoduje, że pierwiastek dziecięcy zatraca się stopniowo i przestaję być tak podatny na wszelkiego rodzaju historie wymyślone; uwagę zbyt absorbuje rzeczywistość(zapewne, gdybym miał o piętnaście lat mniej, zacytowany wyżej fragment nie wydawałby mi się ani groteskowy, ani śmieszny). Ale takie stwierdzenie, choć częściowo prawdziwe, nie wyjaśnia wszystkiego.

Druga część odpowiedzi musi więc, przynajmniej w moim przypadku, brzmieć w sposób następujący: coraz trudniej uciekać, ponieważ krajobrazy, jakie napotyka się, dokonując wypraw do krain fantasy, powszednieją. Wprawdzie przywoływany na początku Tolkien pisze o bogactwie krain baśni, ale nawet najbogatsza kraina, widziana po raz dwudziesty czy trzydziesty, zaczyna tracić swój powab, zwłaszcza, że oglądana jest najczęściej z tej samej perspektywy — wojownika, męża stanu, szpiega, zbawiającego świat i dostrzegającego prawdziwe zamiary imperium. Nie mam jednak zamiaru w tym miejscu poświęcać większej uwagi monotonii scenograficznej utworów fantasy, która w pewnej chwili stała się dokuczliwie powtarzalna — z tym akurat, jak się wydaję, fantastyka zaczęła sobie radzić, przecież to stąd bierze swe korzenie New Weird.

Mówiąc o powszednieniu mam na myśli raczej dwa inne elementy utworów fantasy, zresztą ze sobą powiązane: konstrukcje fabularne dominujące w opowieściach fantasy oraz sposób opowiadania historii. Zaczniemy od przyjrzenia się bliżej pierwszemu z nich.

Nie będę wskazywał tutaj konkretnych ścieżek fabularnych, choć motyw questu uparcie ciśnie się na klawiaturę, podobnie jak ów nieszczęsny wojownik, mąż stanu i szpieg ratujący świat przed drapieżnym imperium, od którego, jak się zdaję, nie uwolnię się do końca tego felietonu. O ile jednak można byłoby wskazać wiele przykładów utworów fantasy, które nie wykorzystują motywu questu o tyle jednak P.T. Czytelnicy zgodzą się zapewne ze stwierdzeniem, że większość utworów fantasy czerpie, en masse, z wzorców literatury przygodowo-awanturniczej. Najsławniejszy znany mi polski przedstawiciel gatunków, ów polski papież fantasy — Andrzej Sapkowski otwarcie zresztą się do tego powinowactwa przyznaje (choćby w ostatnim wywiadzie dla Dużego Formatu). Bo i tak zresztą jest; nawet jeśli weźmie się tylko najlepsze, najgłośniejsze historie fantasy ostatnich lat: począwszy od zachodnich (vide cykl Pieśń Lodu i Ognia), aż do polskich (Saga o Wiedźminie, Trylogia Husycka, Saga o zbóju Twardokęsku czy Pan Lodowego Ogrodu), dominuje paradygmat "przygodowości", awantury, słowem — "dzieje się" tam sporo. Ba, nawet w książkach Chiny Mieville'a , odnowiciela gatunku, bez trudu wskażemy rozwiązania fabularne typowe dla opowieści awanturniczo przygodowych. Weźmy choćby tak lubianą przez niektórych krytyków Bliznę. Akcja tej skądinąd ciekawej powieści to w większości przygodówka, na dodatek z udziałem super-hiper bohatera (mam na myśli postać Uthera Doula, koszącego w końcówce przeciwników ze sprawnością najlepszych kombajnów, kupowanych za unijne dotacje) — i jeśli przyszłoby wskazać elementy, które z Blizny czynią powieść w fantasy nowatorską, to nie byłaby to z całą pewnością ścieżka fabularna.

Efekt takiego postępowania autorów może jednak być odmienny od założonego; miast fascynacji może zacząć pojawiać się znużenie (tak bywa ze mną). Rzecz jasna, o ile dany utwór jest dobrze napisany (a wszystkie wymienione przeze mnie przykłady należy zaliczyć do tej właśnie kategorii), cały czas utrzymuje się poziom dość wysokiej satysfakcji czytelniczej; jest to jednak satysfakcja innego rodzaju, właściwa którymś z kolei odwiedzinom w ulubionym pubie, spotkaniu ze starymi znajomymi, wysłuchaniu — po raz dwudziesty — tych samych, dobrych, dowcipów.

Trochę odbiega to od poznawania przebogatych, niezwykłych krain, które obiecywał Tolkien.

Być może w tym właśnie tkwi siła najlepszej w mojej ocenie powieści fantasy ostatnich lat — Wieków Światła (dla jasności — New Weird traktuję jako podgatunek fantasy). Otóż oprócz nowatorskiej koncepcji świata przedstawionego, autor tej książki, skądinąd niezbyt w Polsce popularnej, oferuje coś znacznie ciekawszego: zupełnie inną niż w większości opowieści fantasy ścieżkę fabularną. Sądzę, że to właśnie powoduje, że wrażenia, płynące z lektury tej książki są tak niesamowite — obcujemy bowiem z inną historią. Chciałoby się rzec: z inna pieśnią.

To rzeczywiście spełnienie obietnic Tolkiena.

Podobnie rzecz się ma z innymi, bardziej już popularnymi utworami — mam tu na myśli książkę Jonathan Strange i pan Norrell oraz mega hit ostatnich lat — cykl o Harrym Potterze. Oba dzieła, choć nie można powiedzieć, by jednoznacznie zrywały z tradycją literatury przygodowo-awanturniczej, jednocześnie oferują nieco inne schematy fabularne. W Harrym Potterze co najmniej tak samo istotny jak wątek, mówiąc umownie: "przygodowy" jest wątek "szkolny" — tradycja literatury opowiadającej o szkole i uczniach dla uczniów jest bogata i w zasadzie należałoby się dziwić, że z sukcesem została zrealizowana w sztafażu fantasy dopiero przez panią Rowling. Jonathan Strange i pan Norrell również odbiega od ideału powieści przygodowej — ot, jeśli spojrzymy choćby na pierwszy tom (w Polsce, bo na zachodzie jest to jedna pozycja, nie dzielona na części), to trudno nam będzie wskazać jakiekolwiek szczególne przygody, znam zresztą czytelników, narzekających że mało się tam dzieje — a mimo to powieść czytamy z zainteresowaniem i rosnącą satysfakcją. Ba, ja przynajmniej miałem wrażenie, że jest to owo "coś nowego", na co, jak wszyscy czytelnicy fantastyki, czekałem z wypiekami na twarzy.

Drugi czynnik, powodujący, że fantasy czytuję rzadziej to sposób opowiadania historii przez autorów. Trudno mi go nazwać jednym słowem, myślę, że najlepiej byłoby powiedzieć, iż opowieść zazwyczaj prowadzona jest tak, aby opowiedzieć zajmującą historię.

Powtórzmy: celem opowiadania danej historii jest opowiedzenie ciekawej historii.

Tutaj mógłbym się podeprzeć licznymi wypowiedziami wielu autorów o "sprawnym rzemiośle", o "zawodowym pisarstwie", o "dbałości o czytelnika" i o tym, że ten czy inny autor nie chce zbawiać świata, bo to zbyt wysokie progi (ten pogląd zresztą dominuje, mam wrażenie, w całej fantastyce). Czego więc autor chce?

Ano, jak się rzekło — opowiedzieć ciekawą historię. I, oczywiście, choć to nie zawsze bywa werbalizowane, zapewnić sobie sprzedaż książki na przyzwoitym poziomie.

Piszę o tym swobodnie choćby z tego względu, że sam hołdowałem długo takiemu myśleniu. Ideał story tellera który sprzedaje książki w wielu tysięcy egzemplarzy jest, przyznaję, pociągający i według mnie możliwy do realizacji (aczkolwiek niekoniecznie przeze mnie) — świadczą o tym polskie przykłady: Sapkowskiego, Pilipiuka czy Grzędowicza, a spoza fantastycznej branży, choćby Marka Krajewskiego. Przykładem najważniejszym — i najlepiej nadającym się do tego wywodu, mimo że trudno byłoby zakwalifikować go jednoznacznie jako pisarza fantasy — jest Stephen King.

Otóż, przyznaję z pewnym wstydem, wiedząc, że narażę się tutaj wielu P.T Czytelnikom, utwory Kinga mnie nudzą. Przeraźliwie. Ze względu na "społeczny dowód słuszności" — czyli, mówiąc po ludzku, popularność Kinga — robiłem do jego książek wiele podejść. Naprawdę wiele. Większość z nich skończyła się katastrofą (do chwalebnych wyjątków zaliczam Rolanda i Powołanie Trójki ale już dalszych części Mrocznej Wieży nie zmęczyłem). Jest bowiem King koronnym przykładem autora, który pisze głównie po to, aby "opowiedzieć ciekawą historię".

Innymi słowy — mam wrażenie, że poza intencją "opowiedzenia mi historii" (i zainkasowania za to honorarium) nie ma mi nic ważnego do powiedzenia i przekazania. Niczego nie uczy. Niczego nie uświadamia. Nie pomaga niczego zrozumieć. A takie podejście redukuje literaturę do roli per se rozrywkowej. Równie dobrze można byłoby obejrzeć kolejny odcinek Klanu.

Nie chodzi mi o to, aby negować rozrywkową funkcję literatury; jest ona istotna, również z mojej perspektywy — chęć "oderwania się od codzienności" pozostaje jednym z powodów, dla których sięgam po książkę, a, jak się wcześniej rzekło, nie widzę niczego zdrożnego w eskapizmie. Rzecz w tym, że literatura pisana "by opowiedzieć ciekawą historię", jeśli tylko rozszyfrujemy, że właśnie taka była intencja autora (a rozszyfrować to jest dość prosto), staje się — przynajmniej dla mnie — mało interesująca. Przewidywalna. Wiadomo mniej więcej co się wydarzy, wiadomo, że akcja potoczy się prędko, że wiele czasu na myślenie czytelnikowi nie zostanie. Konflikty charakterów bohaterów powieści? Odkrycie i opisanie jakichś głębszych prawidłowości? Metafory? Wszystko marność, liczy się historia, wartka akcja. W efekcie powieść taka staje się — wbrew pozorom — mało ekscytująca.

Prawda, że ciekawy paradoks — ciekawe historie stają się nudne. A przynajmniej takie się wydaja po wysłuchaniu trzydziestej, czy czterdziestej "ciekawej historii".

Oczywiście, nie znaczy to, że przestałem lubić opowieści. Nie, przeżywam frajdę za każdym razem, kiedy autorowi uda się mnie zwieść i zaprowadzić na tereny, których wcześniej nie oglądałem; ostatnio na przykład miałem niesamowitą frajdę czytając Pandorę w Kongu. Ale wolałbym, aby za opowieścią stało coś jeszcze, prócz — całkiem zrozumiałej i usprawiedliwionej — chęci sprzedania iluś tam egzemplarzy książki. Chciałbym, mówiąc prościej, aby autor dał z siebie więcej. Aby użył konwencji fantastycznej jako metafory, jako środka, pozwalającego powiedzieć coś, czego nie jest w stanie wysłowić literatura realistyczna. Aby dotknął emocji, transcendencji.

Tego w fantasy trochę brakuje. Akurat w tych przykładach, które podawałem wyżej (choćby Martin, Sapkowski czy Grzędowicz) problem ten nie jest dotkliwy, ale — wyznam szczerze — dobór przykładów był tendencyjny; nie chciało mi się iść na wojenkę z tym czy innym autorem, wybrałem zatem najlepszych, takich, którzy zazwyczaj oferują owo "coś więcej" (choć na przykład Żmija czy drugi tom Pana Lodowego Ogrodu trochę zachwiały tym przekonaniem). Rzecz w tym, że podobnych przykładów nie ma zbyt wielu.

A mogłoby być. Tokien — ojciec założyciel gatunku — dał przykład.

Oczywiście, jest to w pewnym stopniu funkcja talentu i jedni (wymienieni wyżej) mają go więcej, inni (niżej podpisany) mniej. Jest to jednak również wypadkowa podejścia autorów. A gros autorów, jakoś tak się utarło, myśli głównie o tym, by "opowiedzieć ciekawą historię". Sądzę, że gdyby to podejście uległo zmianie, czekałoby nas — jako czytelników, w szczególności zaś czytelników fantasy — więcej wrażeń. I byłyby to wrażenia dużo ciekawsze. Racje miał bowiem Tolkien pisząc, że krainy baśni oferują nieprzebrane bogactwo. Od siebie dodam, że oferują też wielkie możliwości — często niewykorzystywane.

Spojrzeć można na to na dwa sposoby; można mianowicie rzec, z iście polskim pesymizmem — ech, to fantasy nic jest nie warte, autorzy też. Ja jednak jestem zwolennikiem mówienia o symbolicznej szklance, że jest do połowy pełna. Nie od rzeczy byłoby przywołać w tym miejscu starą anegdotę o handlarzach butów i ich skrajnie odmiennych relacjach o szansach zbytu. Jeden z handlarzy po wizycie stwierdził, że to beznadziejny rynek, bo wszyscy chodzą na bosaka; drugi z tych samych powodów uznał, że to rynek idealny.

Tak samo jest z fantasy.

Czekam więc na autorów, którzy zaczną sprzedawać buty.



Czytaj również

Trzeci Świat - Maciej Guzek
Fantasy łamiące schematy
- recenzja
Wywiad z Maciejem Guzkiem. Część 2
Z neverlandu dla Państwa mówił...
Wywiad z Maciejem Guzkiem. Część 1
Z neverlandu dla Państwa mówił...
Trzeci świat
W drogę!
Trzeci Świat - Maciej Guzek
Nie-baśń
- recenzja

Komentarze


M.S.
   
Ocena:
0
Gdyby nie to, że autor sam pisze książki, pewnie zjechałbym go za robienie agitki ;). Jednak w tej sytuacji przyjemnie poznać kolejny punkt widzenia fantasy. Już od dawna przymierzam się do przeczytania Trzeciego świata i tenże tekst ostatecznie mnie do tego przekonał, bowiem zgadzam się z Guzkiem w zasadniczym punkcie - gros autorów fantasy zupełnie nie potrafi wykorzystać możliwości gatunku i siedzi w zamkniętych schematach.

Mam za to odmienne spojrzenie na kwestię "snucia historii dla snucia historii" (choć pewnie to kwestia wieku, jako że ja również jestem mniej entuzjastycznie nastawiony do tego typu utworów aniżeli na przykład dwa lata temu). Nie zgadzam się też zupełnie, "że ten czy inny autor nie chce zbawiać świata, bo to zbyt wysokie progi (ten pogląd zresztą dominuje, mam wrażenie, w całej fantastyce)." Wbrew licznym deklaracjom proza polskich fantastów jest wprost przesiąknięta ideologią ich twórców. Najlepiej to widać w "hiper-rozrywkowych" książkach Pilipiuka, gdzie poglądy autora wydzierają z każdej strony, a nawet Sapkowskiego, który w swoich utworach konsekwentnie przedstawia swoją wizję świata, nie wiedzieć czemu nazywaną "realistyczną". Ten sam zarzut ciąży na Komudzie, uprawiającym z kolei politykę historyczną (zwłaszcza w Samozwańcu).
03-11-2009 11:48

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.