string(15) ""
» Blog » Kim są iluminaci?
20-12-2012 21:59

Kim są iluminaci?

W działach: 2012, Atlantyda, iluminaci, immanentyzacja eschatonu, koniec świata, leviathan, naziści zombie, przepowiednia Majów, robert anton wilson, robert shea, spisek, the eye in the pyramid, the golden apple | Odsłony: 165

Kim są iluminaci?
[Notkę można przeczytać również tutaj, będzie mi bardzo miło.]


Od paru miesięcy zbieram się do napisania o tej książce (a właściwie trzech książkach). Trylogię Illuminatus! zacząłem czytać w lipcu, skończyłem w październiku, i od tamtego czasu zastanawiam się, jak tu napisać o powieści, której autorom przyświecało jedno zamierzenie: zrobić czytelnikowi z mózgu jajecznicę. W końcu stwierdziłem, że nie ma co się ociągać, świat skończy się już jutro. A może się nie skończy. A może to nie ma znaczenia.

(Wszystkie twierdzenia są w pewnym sensie prawdziwe, w pewnym sensie fałszywe, w pewnym sensie bez sensu, w pewnym sensie prawdziwe i fałszywe, w pewnym sensie prawdziwe i bez sensu, w pewnym sensie fałszywe i bez sensu oraz w pewnym sensie prawdziwe, fałszywe i bez sensu.
— Malaklipsa Młodszy,
Principia Discordia)

Zbieram się do pisania tak długo, bo Trylogia... ogromnie mi się podobała i bardzo dużo we mnie zostawiła; myślę, że o takich książkach najbardziej warto pisać, a jednocześnie pisać jest najtrudniej. Trzeba nabrać do nich trochę dystansu, żeby odeprzeć pokusę powklejania po prostu kilku najlepszych cytatów i dopisania na końcu trzech wykrzykników albo ograniczenia się do: "Sami przeczytajcie tę cholerną książkę". Choćby dlatego, że każdy z nas znajduje się w innej sytuacji, myśli inaczej, i poruszają go inne cytaty. A stwierdzenie, że nie wszyscy uznają te same książki za warte przeczytania, jest takim truizmem, że żal.

W związku z tym trzeba się trochę ogarnąć i spróbować odpowiedzieć na pytanie: "Co w tej książce można znaleźć?" Oczywiście, jeśli chcemy być naprawdę szczerzy, to pytanie powinno brzmieć: "Co w tej książce znalazłam/znalazłem?"

Zaczyna się od pozbawionego ciała głosu narratora, który z niejaką konsternacją odkrywa swój status, a następnie przerzuca się od postaci do postaci. Później zjawia się policjant prowadzący śledztwo w sprawie zamachu bombowego na redakcję lewicowego magazynu, a także redaktorzy wspomnianego magazynu, anarchistyczny terrorysta z niewidzialną łodzią podwodną, Atlantyda, naziści-zombi, Howard Philips Lovecraft, John Dillinger, rozmawiające z ludźmi delfiny... Mnóstwo smakowitych, pulpowych motywów, trochę erotyki i meta-zagrywek.

It's a dreadfully long monster of a book... and I certainly won't have time to read it, but I'm giving it a thorough skimming. The authors are utterly incompetent—no sense of style or structure at all. It starts out as a detective story, switches to science-fiction, then goes off into the supernatural, and is full of the most detailed information of dozens of ghastly boring subjects. And the time sequence is all out of order in a very pretentious imitation of Faulkner and Joyce. Worst yet, it has the most raunchy sex scenes, thrown in just to make it sell, I'm sure, and the authors—whom I've never heard of—have the supreme bad taste to introduce real political figures into this mishmash and pretend to be exposing a real conspiracy... If The Lord of the Rings is a fairy tale for adults, sophisticated readers will quickly recognize this monumental miscarriage as a fairy tale for paranoids.
— Epicene Wildeblood,
The Eye in the Pyramid

Oraz, oczywiście, złowrodzy iluminaci, próbujący przejąć władzę nad światem. A może doprowadzić do końca świata? Trudno powiedzieć; bohaterowie stopniowo coraz bardziej zagłębiają się w otchłań spisku, zawsze, kiedy wydaje się, że już wszystko wiadomo, okazuje się, że wcale nie, że każde kolejne oblicze organizacji to tylko maska. Zaczyna się na poziomie politycznym, ale na szczęście nie chodzi o konflikt prawica–lewica ani nawet faszyzm–anarchia, choć to już zdecydowanie bliższa opozycja. Pole walki bardzo szybko się poszerza, obejmuje całość życia społecznego, a w końcu także życie duchowe. Stawką jest wolność (od strachu, winy, nienawiści) i pogłębione zrozumienie siebie i świata (w skrócie – oświecenia), których poszukują czasem nieświadomie, poszczególni bohaterowie, każdy na swój sposób. Powieść jednocześnie ucieka od powagi religii i mistycyzmu, poważne treści często są podane w formie żartu. Albo kłamstwa. Cała Trylogia... jest bliska duchem dyskordianizmowi. Prawdziwość, fałszywość albo bezsensowność przedstawianych twierdzeń są bez znaczenia: cel podróży nie jest rzeczywisty, rzeczywista jest tylko podróż.

– To solipsyzm – stwierdził George. – Solipsyści wierzą, że podróżnik jest prawdziwy – uśmiechnął się Hagbard*.

Ale oświecenie jest sprawą indywidualną, każdemu wpojono inny zestaw ograniczeń, które musi przełamać, jeśli chce się wyzwolić. Zejdźmy na ziemię: co jeszcze ciekawego można z tej książki wygrzebać? Można wygrzebać mnóstwo ciekawych pomysłów i teorii dotyczących polityki, ekonomii, tego, jak funkcjonuje społeczeństwo. Jak wyżej, ich prawdziwość nie ma znaczenia (choć trafia się i krytyka kapitalizmu w duchu Ayn Rand, i zorganizowanej religii, i różnych innych rzeczy), ważne jest to, jak trafnie opisują określone aspekty rzeczywistości. Jednym z ciekawszych konceptów są napełniające ludzi egzystencjalnym lękiem i instynktownym wstrętem fnordy, które umieszcza się w gazetach, wiadomościach i przestrzeni publicznej. Tylko reklamy są od nich wolne, dlatego ludzie kojarzą dobra materialne z poczuciem szczęścia i spokoju. Fnordy nie istnieją (a nawet, gdyby istniały, nie potrafilibyśmy tego stwierdzić), ale może z tego właśnie powodu w mediach roi się od informacji o katastrofach, aferach i zbrodniach? Tak czy inaczej, Trylogia... dostarcza zupełnie innego niż powszechnie stosowany do opisu rzeczywistości zestawu pojęć, który nawet, jeśli go odrzucimy (a sami autorzy wprost zniechęcają do przyjmowania go bez refleksji), skłania do myślenia w nowy sposób. Jeden z bohaterów na konserwatywnej konferencji dodaje do ponczu narkotyku, który, mówiąc w skrócie, otwiera umysł człowieka na innowacje (hilarity, jak mawiają, ensues). Trylogia Illuminatus! jest trochę jak wspomniany narkotyk w formie literatury.

With our concept-making apparatus called "the brain" we look at reality through the ideas-about-reality which our cultures give us.
The ideas-about-reality are mistakenly labeled “reality” and unenlightened people are forever perplexed by the fact that other people, especially other cultures, see "reality" differently.
It is only the ideas-about-reality which differ. Real (capital-T) True reality is a level deeper than is the level of concept.
We look at the world through windows on which have been drawn grids (concepts). Different philosophies use different grids. A culture is a group of people with rather similar grids. Through a window we view chaos, and relate it to the points on our grid, and thereby understand it. The order is in the grid. (...)
([L]ittle-t) truth is a matter of definition relative to the grid one is using at the moment, and (capital-T) Truth, metaphysical reality, is irrelevant to grids entirely. Pick a grid, and through it some chaos appears ordered and some appears disordered. Pick another grid, and the same chaos will appear differently ordered and disordered.
Reality is the original Rorschach. Verily! So much for all that.
—Malaclypse the Younger,
Principia Discordia

!!!

Ech. Po prostu sami przeczytajcie tę cholerną książkę.


  • – parafrazuję.

Komentarze


Indoctrine
   
Ocena:
+2
Zachwyciłem się Trylogię Illuminatus! w technikum. Bardzo ładnie skorelowało się to z karcianką Illuminati (udało mi się zebrać większość kart po polsku, ale bez kupna Factory Set się nie obeszło).

Kilka lat później po to znów sięgnąłem i trochę inaczej spojrzałem. To jest w sumie fajne, jak różne rzeczy się postrzega mając inny światopogląd :)

Trylogia jest genialnie napisana. Rozchwiana chronologia, przeskakująca narracja, ciekawe postacie. Niestety jest zbyt jednostronna. Jak na oświecenie opozycyjne do illuminacji, za bardzo ocenia i klasyfikuje. Jak autor notki napisał - najbardziej wyraźna granica jest na linii faszyzm-anarchizm, gdzie każda struktura oznacza to pierwsze a jej łamanie drugie. To niweczy jakikolwiek pozytywny mesjanizm książki, zbyt łatwo da się ją sprowadzić do manifestu anarcholiberalnego w klimatach hippisowskich z antifowym sosem ;)

Tym niemniej - to jednak z ważniejszych książek mojej młodości. Zapadła w pamięci i wpłynęła sporo na pewne zainteresowania w przeszłości :)
21-12-2012 08:42
mr_mond
   
Ocena:
0
Ja mam wrażenie, że to jednak jest część strategii – autorzy stawiają jakieś swoje tezy, ale scena z Dealy Lamą pod koniec ma taką wymowę, żeby nie wierzyć żadnemu nauczycielowi (włącznie z autorami), żeby myśleć samodzielnie. I to wydaje mi się może zbyt lekko zaakcentowane w stosunku do anarcholiberalnego manifestu, ale jednocześnie o wiele bardziej istotne (można to uznać za wadę powieści).

Można by też wysunąć argument, że nacechowania ideologicznego trudno uniknąć, bo pewne ideologie są bardziej prowolnościowe, a inne mniej.
21-12-2012 10:14
Rapo
   
Ocena:
0
Fnord.
21-12-2012 20:06

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.