» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Karis Gor i regiment Jaspera Clementa

Karis Gor i regiment Jaspera Clementa


wersja do druku

Praca konkursowa

Autor:
[Tekst dostępny również w formacie PDF, do ściągnięcia tutaj.]

Żaden śmiertelnik podróżujący przez zniszczoną wojną, a mimo to ciągle piękną Ragadę nie oprze się surowemu pięknu Karis Gor – perle rodiańskiego budownictwa, której stare, kamienne mury górują ze szczytu płaskowyżu nad otaczającymi ją nizinami. Monumentalność tej twierdzy przywodzi na myśl potęgę tych, którzy ją wznieśli. Zbliżając się do niej najpierw majaczą tylko niewyraźne kontury zbudowanych z ciemnego granitu murów obronnych i sterczących nad nimi baszt. Potem dostrzega się spadzisty dach katedry, którą wzniesiono nieco później niż zamek i wyróżnia się nie tylko jej strzelistość pośród masywnych konstrukcji pozostałych zabudowań, ale również trochę jaśniejszy odcień kamienia, z którego powstała. Po przebyciu kolejnych kilkuset metrów rozróżnia się wielką, zamkniętą potężnymi, drewnianymi wrotami bramę wjazdową. Teraz też, można już z całą pewnością doliczyć się wszystkich jedenastu połyskujących w słońcu cynkowanych hełmów wież. Później nawet ludzie nie posiadający właściwego zwiadowcom sokolego wzroku zauważą, że znajdujące się na szczytach niektórych z nich, jakby bezkształtne masy to wielkie, odlane zapewne w brązie lub spiżu statuy wojowników, które od tysiącleci obserwują ze swoich piedestałów ragadańską ziemię. Część z nich poddała się już wściekłym atakom wschodnich wichrów i spadła z góry roztrzaskując się o skaliste podłoże, ale pięć z nich ciągle uparcie stoi, jawnie kpiąc z wysiłków czasu mających na celu posłanie w dół również ich. Kolejne kilkaset metrów bliżej i na tle błękitnego nieba odcinają się blanki murów, między którymi co kilka metrów zieje paszcza ciężkiego działa potrafiącego dostarczyć ołowiane bądź stalowe kule w każde widziane z fortecy miejsce. Zbliżając się jeszcze bardziej człowiek zaczyna dostrzegać postacie wartowników obserwujących go już odkąd pojawił się na horyzoncie. Jeszcze trochę i jest się wystarczająco blisko, by przekonać się, że mury nie są gładkie i jednokolorowe, ale pokryte wijącymi się wzdłuż całej ich długości rytami barwionymi na mocno bordowy kolor. Jeśli dostrzega się już takie szczegóły to znaczy, że stoi się u podnóża wzniesienia będącego fundamentem fortecy i jeśli nie ma się poważnego powodu do wejścia na jej teren lepiej nie iść dalej.

Zwykły mieszkaniec Dominium musi zadowolić się podziwianiem wspaniałości formy i rozmachem zewnętrznych rozwiązań architektonicznych, gdyż Karis Gor, przez niektórych znana także jako Twierdza Wilka jest wojskowym garnizonem i nikt, kto wizytuje to miejsce wyłącznie w celach turystycznych nie zostanie wpuszczony nawet na obszerny, zamkowy dziedziniec. Przed ośmioma miesiącami dowodzący służącym dotąd na pograniczu ragadańskim regimentem generał Jasper Clement zdecydował, że po powrocie zatrzymają się właśnie w tym miejscu. Jego ludzie tworzą najlepszy oddział jakim dysponowało Dominium na froncie, bo każdy zgodzi się, że Agaria do cna wypala ludzkie słabości i nawet kilkumiesięczna służba w tym piekle zahartuje człowieka lepiej niźli jakiekolwiek inne doświadczenie, a jeśli ktoś tak jak oni spędzi tam dwanaście lat, to w jego sercu już nigdy nie zagoszczą lęk, wahanie ani zwątpienie.

Trzonem tej armii są ciężcy piechurzy sformowani w pięć kompanii, którzy już niejednokrotnie stawali ramię przy ramieniu walcząc z Valdorem. Każdy służący tu mężczyzna, jeśliby znalazł się w tłumie przypadkowych ludzi zalegającym ulice każdego większego miasta Dominium będzie wyróżniał się zwalistą posturą o świetnie wykształconej muskulaturze, ciężkim, żołnierskim krokiem, spojrzeniem świdrującym rozmówców, które tylko zawodowy oszust dałby radę wytrzymać i szorstkim, nieznoszącym sprzeciwu głosem, w którym często słychać najgorsze spośród przekleństw. Jak każdy żołnierz również i oni po służbie lubią pić na umór, grać w karty na pieniądze, żuć tytoń, a nade wszystko uwielbiają chędożyć niewiasty. Każdy z nich posiada kolekcję blizn, którą z dumą prezentuje za każdym razem, gdy w pobliżu jest ktoś, kto wojnę zna tylko z opowieści. Dwunastoosobowa drużyna tych weteranów ma wystarczającą siłę ofensywną by rozgromić trzykrotnie liczniejszych przeciwników. Zawsze są gotowi do walki, a wymownie świadczy o tym fakt, że swoje okazałe, stalowe napierśniki zdejmują tylko do snu. Są zdyscyplinowani i karni, ponieważ przeszli solidne przygotowanie do trudów, które pociąga za sobą żołnierskie życie, a poza tym każdy z nich widział już u swoich dowódców odwagę, poświęcenie i rozsądek, co daje pewność, że można im ufać, a każdy wydany rozkaz jest dobrze przemyślany. Patrząc na te zakazane, poharatane głębokimi bruzdami i zarówno świeżymi jak i już dawno zagojonymi bliznami gęby można sobie tylko wyobrażać co dzieje się z psychiką kogoś, kto świadomy, że zaraz się będzie musiał z nimi walczyć stoi naprzeciwko zwartego szeregu tych zdawałoby się wyciosanych z kamienia olbrzymów. Jednak dopiero wchodząc do arsenału można w pełni uświadomić sobie, jakie to musi być deprymujące dla przeciwników. Połyskujące w słońcu lufy ciężkich muszkietów, na widok których człowiek nawet teraz, gdy pozawieszane na ścianach obszernego magazynu zdawały się oczekiwać kiedy znowu w ich przepastne gardziele posypie się czarny proch nerwowo przełykał ślinę, długie na kilka łokci piki, które obecnie oparte o ścianę tworzyły coś na kształt rusztowania dla znacznych rozmiarów namiotowej płachty i stojące na środku pomieszczenia w drewnianych stojakach zabójczo piękne rapiery, które pomimo, że wykonane jeszcze przed wyruszeniem z ojczyzny na pomoc Agarii nadal były tak piekielnie ostre, jakby dopiero co je wykuto w połączeniu z niemal odstraszającą aparycją ragadańskich żołnierzy stanowiły naprawdę niszczycielską siłę, która prawie za każdym razem, jeszcze zanim padł pierwszy strzał praktycznie rujnowała morale i odsyłała w zapomnienie każde, nawet całkiem solidne przygotowanie psychiczne wrogich żołdaków.

Pośród tych wiarusów, których o każdej porze dnia spora grupa ćwiczy musztrę, szermierkę, strzelanie tudzież oddaje się mało wyrafinowanej rozrywce jaką niewątpliwie jest hazard na znajdującym się przed koszarami placu, tu i ówdzie wprawne oko dostrzeże zmierzających szybkim krokiem do mieszczącego się w jednej z wielkich komnat pałacu namiestnika sztabu zakapturzonych zwiadowców, uzbrojonych w długie, myśliwskie noże i ciężkie pistolety, przy budowie których postawiono na skuteczność a nie wygląd i zrezygnowano z pozłacanych blaszek, ornamentów i innych tego rodzaju bezsensownych zdobień, przez co nie budzą one zachwytu, ale respekt. Ci żylaści faceci, których postawa wyraźnie wskazuje, że lepiej z nimi nie zadzierać są oczami i uszami regimentu, a bez nich nie dałoby się w pełni wykorzystać pozostałych oddziałów. Twarze mają pociągłe i zwykle nieogolone, a ponieważ są jedynymi ludźmi w twierdzy, którzy nie mają obowiązku ścinać włosów łatwo ich rozpoznać po bujnych czuprynach. Poza tym każdy zwiadowca na wędrówkach po bezdrożach i leśnych ostępach dorobił się opalenizny, która doskonale określa jego profesję odróżniając go od bladych jak ściana piechurów i konnych. Jeszcze jedną cechą ludzi służących w zwiadzie jest umiejętność prowadzenia konwersacji. Zawsze potrafią tak pokierować rozmową, że dowiedzą się tego, co chcą wiedzieć, a sami nie udzielą żadnej istotnej informacji. Ich przydatność w boju również jest znaczna i jeśliby ktoś zdecydował się sporządzić statystykę, którzy żołnierze w Dominium przedstawiają największą wartość bojową, to niewątpliwie doprowadzone do perfekcji umiejętności walki w lasach i na bagnach każdego z tych surowych i ponurych osobników zajmujących się rekonesansem dla armii Jaspera Clementa postawiłyby tą formację na wysokim miejscu we wspomnianej statystyce.

Jednak spośród jednostek stacjonujących w Karis Gor największe wrażenie robi kawaleria. Nie jest ona liczna, bo zaledwie dwa szwadrony zdołały przetrwać dwanaście lat wyczerpujących walk w Agarii, ale ci, którzy są teraz tutaj to najlepsi z najlepszych. Spośród zasiadających w zamkowej sali bankietowej wojaków nietrudno ich rozpoznać, bo większość jeźdźców nie jest zbudowana tak dobrze jak koledzy z piechoty, ich twarze są bardziej delikatne i z wyraźnymi rysami szlacheckimi, a język którym mówią nie jest tak bardzo przesycony sarkazmem i wulgaryzmami. Poza tym każdy jest przystrojony w pyszny, wykuty z nordyckiej stali kirys, który znamionuje przynależność do kawalerii oraz żaden nie rozstaje się ze swoim rapierem, który natomiast symbolizuje szlacheckie pochodzenie. Nie są to jednak przesadnie dumni panicze, którzy na wszystkich patrzą z góry. Podczas wojny szybko zweryfikowali swoje podejście, bowiem uświadomili sobie, że wobec śmierci każdy jest równy i ani urodzenie, ani bogactwo nie mają na nią wpływu. Dlatego też traktują piechotę, która werbowana jest głównie z ludzi niższych stanów na równi ze sobą i bez wahania pośpieszą swoim towarzyszom z pomocą, gdyby tamci znaleźli się w opałach. Oprócz wspomnianych już rapierów, które, choć nie jest to regułą służą raczej jako broń paradna każdy z nich posiada drugą broń wykorzystywaną w bitwie. Większość biegle posługuje się mieczami, ale w drugim szwadronie dowodzonym przez mniej przywiązanego do regulaminów majora, który zwykł powtarzać „Nie ważne czym machasz, ale ważne jak” i zezwolił na używanie broni pochodzących z Valdoru są ludzie, którzy tak jak on wprawili się w szabli. Poza tym każdy konny posiada przytroczone do siodła dwa wspaniale zdobione kołowo-krzosowe pistolety, charakteryzujące się dobrą celnością i precyzją wykonania. Pomimo, że konnica niezwykle rzadko dostawała od generała Clementa rozkaz frontalnej szarży, lanca nie stanowi dla nich żadnego wyzwania i w razie potrzeby potrafią dobrze wykorzystać jej zalety. W znajdujących się przy północnym murze twierdzy wielkich stajniach znalazły schronienie wierzchowce, a ich rżenie nieprzerwanie niesie się po rozległym, brukowanym dziedzińcu fortu. Zwierzęta czystej krwi, okazy zdrowia z równin Devonu budzą zachwyt i dają swoim właścicielom powód do dumy. Wystarczająco szybkie, silne i wytrzymałe, by podołać trudom wojennej zawieruchy są wręcz idealne do wojskowej służby. Zwykle nie obwiesza się ich pancerzem, ale oddział jest w posiadaniu stalowych płyt ochronnych dla każdego rumaka i jeśli kawalerzyści mieliby zostać wykorzystani do szarży nie ma problemu z zabezpieczeniem zwierzęcia przed zranieniem.

Nie ma więc co się dziwić, że ci ragadańscy weterani stanowią potężną siłę, z którą trzeba się będzie liczyć, gdy generał Clement zadecyduje, że nastąpił czas, by ponownie weszli do akcji. Na razie jednak zachowuje neutralność i zarówno posłów narodowców jak i papieskich traktuje równie chłodno, bo nie dość, że dysponuje stabilnymi poglądami na sytuację w kraju, to na dodatek każdy, kto wszedł do twierdzy jako poseł staje przed radą, do której oprócz generała należą jeszcze jego oficerowie, a to naprawdę nie ułatwia zadania mówcy, który przyszedł tutaj roztoczyć wyidealizowaną wizję Ragady, gdyby Clement swoimi ludźmi i autorytetem wsparł właśnie jego stronnictwo.

W pałacu namiestnikowskim na środku jednej z licznych, znajdujących się tu wielkich sal bankietowych, z których każda, przyozdobiona spoglądającymi z zawieszonego na wysokości kilkunastu metrów sklepienia, powykrzywianymi w dziwne grymasy pyskami marmurowych gargulców, które doskonałością swojego wykonania przyćmiewają nawet te stworzone przez najlepszych cynazyjskich rzemieślników zdobienia pałacu królewskiego w Kindle, wijącymi się wokół każdego z filarów płachtami zielonego płótna, nieco nasuwającego na myśl cielska grubych jak udo dorosłego mężczyzny węży, o których można poczytać w sporządzanych po wyprawach odkrywczych w głąb matrańskich bagien i lasów, zalegających archiwa w Librii raportów i precyzyjnie ułożonymi z malutkich kawałków marmurowej skały, zajmującymi całą powierzchnię podłogi mozaikowymi obrazami bez problemu zmieściłaby nawet ten ogromny, stojący na Wielkim Rynku w Grande, posąg silną ręką panującego nad Kordem cesarza Wolfganga de Calante ustawiono długą, dębową ławę, przykryto ją szkarłatnym materiałem i przystawiono doń dziesięć misternie zdobionych krzeseł. Wchodzący tutaj człowiek, który nie okaże choćby odrobiny strachu zaiste całkowicie się kontroluje i jest stałym bywalcem na królewskich dworach. Jednak nawet ktoś taki, widząc siedzące za stołem postacie poczuje cieknące po karku krople potu.

Pierwsze z lewej strony miejsce przy stole zajmuje kapitan Luigi di Tello. Oficjalnie dowodzi zwiadem, choć w praktyce rozpoznanie nie tworzy samodzielnego związku bojowego. Zawsze jednak, gdy zachodzi potrzeba sformowania ze zwiadowców wyspecjalizowanego do walki w trudnym terenie plutonu generał Clement nie ma wątpliwości, że to właśnie kapitanowi di Tello należy powierzyć jego dowództwo. To niewysoki jegomość, najmłodszy ze wszystkich członków rady. Ma długie, czarne włosy, których nader często używa do skrywania swej twarzy przed spojrzeniami ciekawskich, równo przystrzyżony wąsik i kozią bródkę, która jest tradycyjnym elementem, wskazującym na szlacheckie pochodzenie właściciela. Głos ma zadziwiająco delikatny i śpiewny, a choć bardziej pasowałby on poecie niż dowódcy, nie znaczy to wcale, że di Tello nie ma posłuchu wśród podległych sobie ludzi. Dzieciństwo i młodość spędził w okolicach Flisfing, gdzie przed wojną jego ojciec posiadał spore majątki ziemskie. Nie używa broni palnej, gdyż jak twierdzi nie potrzebuje jej, bo „robi za dużo hałasu”. Nie rozstaje się natomiast ze swoimi nożami, które w jego rękach są bronią groźną nawet dla wprawionych w rapierze szermierzy.

Obok zasiada pochodzący z Alldare kapitan Ciryl Berdali. Ponieważ to typowy służbista, który wojskowy regulamin uważa niemal za świętość w jego oddziale wszystko jest zawsze dopięte na ostatni guzik. Dowodzi piątą kompanią piechoty, na którą składają się żołnierze o podobnych jak on przekonaniach, więc pomimo swojej chorobliwej wręcz dbałości o szczegóły jest lubianym i szanowanym oficerem. Jest on człowiekiem wysokim i chudym w porównaniu z innymi należącymi do formacji pieszych ludźmi, z pokaźnych rozmiarów łysiną, która zaczyna się nad brwiami, zawiera w sobie poprzecinane niby wąwozami kilkoma poprzecznymi zmarszczkami czoło i ciągnąc się dalej zachodzi aż na obszary, które zamieszkujący spokojne Kindle uczeni określają używając niezrozumiałego nawet dla tak doświadczonego wojaka jak on słowa „potylica”. Głos kapitana jest suchy i trzaskający, z wyraźnym ragadańskim akcentem. Z wiadomych względów jego oddział jest najbardziej reprezentatywny i przeważnie to on stanowi pierwszą linię. Berdali wmawia wszystkim, że służy to głównie powiększeniu i tak sporej presji na przeciwników, bo, jak tłumaczy ten fakt, „choć mogłoby się to wydawać totalną bzdurą, trochę dokładniej wypolerowane hełmy trochę bardziej połyskują w słońcu, trochę lepiej wyczyszczone rapiery trochę głośniej szczękają w marszu, a trochę lepiej wypucowane napierśniki trochę lepiej obrazują potęgę noszącego je żołnierza”. Naprawdę należy wątpić, że to jest rzeczywiście powód, dla którego piąta kompania zawsze pierwsza rusza do boju. Bardziej przekonujące jest tłumaczenie, że „piątka” to, według słów, które rzekomo padły kiedyś z ust generała Clementa „oddział ciężkiej piechoty, który wyśmienicie nadaje się do wypełniania zadań piechoty lekkiej”.

Miejsce obok niego zajmuje posiadacz szerokich barów, po których od razu widać jaką niepospolitą siłą dysponują te wielkie mięśnie ciasno opięte białą i gęsto zarośniętą skórą. Jako oficer ma prawo do noszenia zarostu, więc długa, ruda broda i sumiaste wąsy przyozdabiają jego kanciastą twarz, i nieco skrywają ostre, jakby ciosane toporem rysy. To pułkownik Mattheus Gorian urodzony w Dornie dowódca drugiej kompanii piechoty. W Agarii wielokrotnie dawał dowody swojej odwagi i waleczności, więc to właśnie oddziałowi pułkownika powierza się zadania najtrudniejsze. Dysponuje niezbyt przyjemnym dla ucha głosem, charczącym, zachrypniętym, ale tak donośnym, że rzucane przez niego rozkazy są słyszalne nawet w największym zgiełku bitewnym. Dzięki stalowym mięśniom bez żadnego problemu może kontrolować pokaźnych rozmiarów topór, którego ostrze rozłupało już niejedną czaszkę i niejedną kończynę pozbawiło łączności z resztą ciała.

Następnym człowiekiem, którego wzrok lustruje każdego stającego przed radą, jest major Florian Rapolo, pochodzący z Alldare dowódca trzeciej kompanii piechoty. Wyróżnia się stoickim spokojem, niezłomnością i wielkim hartem ducha. Niejednokrotnie już wychodził z sytuacji beznadziejnych i nawet okrążony, odcięty od zaopatrzenia, żywności i wody nie podda się. Dawniej jego oddział był posyłany tam, gdzie front groził załamaniem, bo najmocniejszą stroną służących pod nim ludzi jest defensywa. Głos majora jest wysoki i piskliwy, ale nie można go pomylić z kobiecym. Zresztą jeśli nie jest się stałym bywalcem w fortecy raczej nie będzie okazji go usłyszeć, gdyż Rapolo jest bardzo małomówny, zawsze uważnie dobiera słowa, a jego wypowiedzi zawierają tylko czyste, istotne informacje bez zbędnych ozdobników.

Natomiast na pierwszym krześle z prawej strony zasiada chudy i niepozorny mężczyzna. Jest wiecznie uśmiechnięty i zawsze tryska dobrym humorem, przez co trudno widząc go stwierdzić, jak bardzo doświadczonym jest wojakiem. To dowodzący drugim szwadronem kawalerii major Chris Saferson, wytrawny znawca wojennego fachu i dziarski pojedynkowicz. Uwielbia krzesać iskry, zarówno w tańcu jak i wymachując swoją szablą, bo podstaw biegłego nią władania uczył się jeszcze od ojca, który także szlifów oficerskich dorobił się na pograniczu. Pochodzi z Dornu gdzie rodzina Safersonów od stuleci jest znanym i szanowanym rodem magnackim. Z racji swojego zawadiackiego stylu przez innych oficerów traktowany jest trochę mniej poważnie, ale wśród żołnierzy jest niezmiennie ceniony za pogodę ducha i przymykanie oka na wojskowy regulamin.

Po jego prawicy siedzi ponury mężczyzna, który ze spojrzeniem wbitym w przeciwległą ścianę komnaty wydaje się nie być zainteresowanym tym co obecnie wokół niego się dzieje. Siwiejąca broda, brwi nisko nasunięte na oczy i poorane zmarszczkami wysokie czoło to szczegóły wyróżniające pułkownika Stephena Brawsa, najlepszego spośród oficerów generała Clementa, mającego pod swoimi rozkazami pierwszą kompanię piechoty. Jest człowiekiem zdecydowanym, upartym i nieprzejednanym, poza tym jest najstarszym należącym do rady. Ma gruby, tubalny głos niosący się echem po zabudowaniach za każdym razem, gdy pułkownik zdecyduje się go użyć. Przeżył wiele bitew i stracił wielu podwładnych, ale, co chyba nikogo nie dziwi trudno wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje o przeszłości. Jego ojciec był właścicielem sporych obszarów leśnych na południe od Tensgul, a matka pochodziła z Dorii i chyba dlatego pułkownik przywiązuje niezwykłą wagę do tradycji i honoru. Pomimo słusznego wieku nadal bez większych problemów wymachuje swoim wielkim, odziedziczonym po doryjskich przodkach półtoraręcznym mieczem.

Miejsce obok niego zajmuje mężczyzna o posturze niedźwiedzia i zwierzęcych manierach. Uznaje hierarchię wojskową i jest posłuszny wyższym rangą, jednakże nie ma cienia wątpliwości, że nigdy nie dostanie rozkazu reprezentowania generała Clementa na jakimkolwiek spotkaniu. Mówi otwarcie „Jestem w armii, aby zabijać moich wrogów”. To podpułkownik Bartolomeo Lafroso pochodzący z Kalornu, jedyny członek korpusu oficerskiego, który nie może się pochwalić szlacheckim pochodzeniem. Wygolona głowa, szpecąca prawy policzek szkaradna blizna po muszkietowej kuli i bujne wąsy, których zazdrości mu zapewne nawet generał stanowią jego dumę i lepiej w jego obecności nie wypowiadać na ten temat nieprzychylnych opinii. Jego oddział, czwarta kompania piechoty składa się w dużej mierze z Kalornczyków, którzy słyną z zadziorności, ale podpułkownik już niejednokrotnie udowodnił, że jest bardziej bezlitosny niż oni wszyscy razem wzięci, więc nie ma problemu z utrzymaniem swoich ludzi w ryzach. Jeśli po przejściu czwartej kompanii przez jakąkolwiek miejscowość nie płonie ani jeden dom i żaden mieszkaniec nie dynda żałośnie, kołysany podmuchami wiatru u powały miejscowej karczmy albo nie sterczy wysoko nad okolicą nawleczony na pal oznacza to, że wydano wyraźne rozporządzenie o surowych karach za żołnierską samowolę. Taki rozkaz pada tylko z dwóch powodów: albo ludność faktycznie jest przyjaźnie nastawiona albo któreś z poprzednich, praktycznie niegroźnych ludzkich siedlisk zostało przez „czwórki” zrównane z ziemią. Ulubioną bronią podpułkownika Lafroso jest już wysłużony i trochę pordzewiały buzdygan, który jednak nadal bez żadnych problemów druzgoce kości, a inne tkanki szybko zamienia w purpurową miazgę.

Ostatnim z oficerów jest pułkownik Damian Vardaggio, któremu podlega pierwszy szwadron kawalerii. Pochodzi z Gilmore i podobnie jak kapitan Berdali przywiązuje dużą wagę do przestrzegania regulaminu, ale w jego przypadku nie jest to jeszcze fanatyzm. Jest średniego wzrostu i krępej budowy ciała. Pomimo, iż ma takie prawo nie nosi zarostu na twarzy, a włosy ma ścięte tak krótko jak szeregowcy. Stara się uchodzić za poważnego, co, trzeba przyznać w zupełnie obcym towarzystwie wychodzi mu nienajgorzej, jednak wśród swoich towarzyszy broni często włącza swój, jak przystało na górala niski i dudniący głos do salw chóralnego śmiechu. Ceniony zarówno przez żołnierzy za sprawiedliwość i obiektywność każdego wydanego osądu, jak i pozostałych oficerów za wszechstronność, bo pułkownik potrafi walczyć praktycznie każdym orężem i zna podstawy taktyki każdej formacji wojskowej.

Pomiędzy zaś nim a majorem Rapolo zasiada najważniejszy człowiek w fortecy, dowódca całego regimentu, generał Jasper Clement. To wysoki, mocno zbudowany mężczyzna o ciemnej karnacji i długich brązowych włosach. Jego harda postura budzi trwogę u nieznajomych, a respekt u podwładnych. Ręce tak silne, że kruszą stal i jednocześnie tak szybkie, że nawet człowiek nie spostrzeże się kiedy rapier, jeszcze przed chwilą bezpiecznie schowany w pochwie teraz połyskuje w dłoni generała, a ze znajdującej się na brzuchu przeciwnika głębokiej rany broczy rubinowa posoka, nogi, mocne i stabilne niczym katedralne filary, pod którymi podłoże zdaje się uginać i masywna bryła muskularnego torsu pokrytego gęstymi kołtunami ciemnych włosów każdemu nasuwają absurdalną z punktu widzenia nauki myśl, że ten oto mężczyzna jest ostatnim dziedzicem nadludzkości Rodian. Wśród żołnierzy krążą pogłoski, iż człowiek ten nie ma uczuć, gdyż jego twarz, pokryta licznymi bliznami, podczas konwersacji jest jak wykuta z kamienia, a spojrzenie jego czarnych jak onyksy oczu sprawia, że nawet doświadczony emisariusz niejednokrotnie zająknie się w trakcie rozmowy. Silne przekonania, cierpliwość i świetna znajomość taktyki czynią go wybitnym dowódcą i znakomitym kandydatem na władcę zjednoczonej i liczącej się w świecie Ragady.

Czasami w sali zasiada jeszcze jedna postać. To siwy i niski starzec, z tak gęsto zarośniętym obliczem, że nie sposób dostrzec mimiki jego twarzy, który, jeśli pojawia się na audiencji zajmuje miejsce obok kapitana di Tello. Rzadko odzywa się, zapewne dlatego, że nie zżył się jeszcze z pozostałymi oficerami, gdyż porucznik Leon Hrafss nie służył razem z nimi w Agarii tylko przez ponad pół wieku w Karis Gor jako dowódca artylerii fortecznej. Gdy pod ciemne mury Twierdzy Wilka przybył regiment generała to właśnie Hrafss podjął decyzję, o poddaniu fortu Jasperowi Clementowi. Dysponuje ciężkim basem i jeśli otworzy usta aby coś powiedzieć, huczy nim niemal identycznie do podległych mu baterii dział. Obecnie dalej sumiennie sprawuje swoje obowiązki i nikt nie wątpi, że rozkaz o przekazaniu nieproszonym przybyszom porcji ołowiu zostanie przez jego załogi wypełniony szybko i bez żadnych sprzeciwów.

Jeden rzut oka na tych ludzi wystarczy, by zrozumieć, że ich poglądy są już ugruntowane i żadne mowy, nawet najwznioślejsze nie zdołają choćby w niewielkim stopniu ich zmienić, dlatego każdy poseł opuszcza Karis Gor, aby zanieść swemu mocodawcy zawsze taką samą, negatywną odpowiedź.

Armia Jaspera Clementa ma zatem praktycznie wszystko, co niezbędne jest do zwycięstwa: błyskotliwego i śmiałego dowódcę, doświadczony i zdecydowany korpus oficerski, zdyscyplinowanych i zdolnych do najwyższych poświęceń żołnierzy, doskonały ekwipunek, niemożliwe do zrujnowania morale i hart ducha, wiarę w słuszność sprawy, o którą przyjdzie im walczyć i niezachwianą ufność we wsparcie Jedynego. Jednak jej słabym punktem jest mała liczebność, bowiem ośmiuset ludzi, nawet tak doskonale znających się na swoim fachu jak oni, nie mają zbyt wielkich szans na zwycięstwo w otwartej bitwie, gdy na jedno skinienie papieża w tysiącach garści zabłysną klingi rapierów, a na rozkaz Hermana Srogiego do tysięcy najemniczych ramion przylgną kolby muszkietów. Jednak czas to potężny sojusznik generała, gdyż formowane są kolejne, posłuszne jego rozkazom pododdziały, bo nie ma tygodnia, by do Twierdzy Wilka nie przybyło choć kilku ludzi, bądź to dezerterów z armii, bądź zbiegów z rozbitych pułków, bądź też dawnych żołnierzy albo oficerów, słowem, ludzi wierzących, że oto jest jeszcze nadzieja dla Ragady.

Każdy, kto przemierzył krokiem jej kamienne fortyfikacje, dotknął chłodnej lufy jednej z jej armat, lub choćby spojrzał w oczy któremuś ze stacjonujących tu żołnierzy zachowa w pamięci jednoznaczny obraz Karis Gor. Ta potężna, rodiańska warownia to ostatnia wyspa normalności na morzu ragadańskiego szaleństwa. Tu ciągle jeszcze biją serca prawdziwych synów Ragady, którzy wciąż kurczowo zaciskają palce na rękojeściach rapierów na samą myśl o straszliwym poniżeniu jakie spotkało ich ukochany kraj, którzy w każdej chwili gotowi są oddać swoje życie, by pomóc sponiewieranej ojczyźnie, którzy codziennie zrywają się na poranną odprawę z ogromną nadzieją w sercach, że wreszcie generał Jasper Clement przemówi do nich tymi już od dawna wyczekiwanymi słowami: „Ragadańczycy! Towarzysze broni! Bracia! Nie pozwolimy naszej Matce dłużej czekać! Już zbyt długo deptana jest przez hołotę!”.



Od jurorów: Bardzo dobry opis lokacji, z bardzo barwnie zarysowanymi NPCami. Kilka zabawnych wstawek oraz mocne wpasowanie w świat Monastyru sprawiają, że praca nadaję się do natychmiastowego wykorzystania i jednocześnie dobrze się czyta. Idealny materiał na LARPa. Niestety, jak na opis fragmentu świata jest to zbyt mały fragmet, a jednocześnie autor fabularnie bardzo mocno twierdzę odizolował od reszty Dominium, tym samym znacząco utrudniając umiejscowienie jej w głównym nurcie przygody dziejącej się na tych terenach.



Czytaj również

praca konkursowa
Praca konkursowa

Komentarze


Masssło
    Let's go...
Ocena:
0
Jako iż obserwuję tu jak dotąd komentatorskie bezrybie, swoisty trójkąt bermudzki, opiniować czas zacząć.
Ja sam po przeczytaniu "Karis Gor..." miałem dość mieszane uczucia. Z jednej strony mój wewnętrzny Pan Aniołek podpowiadał mi, że tekst jest napisany bardzo profesjonalnym językiem i w pełni zasługuję na nagrodę, z drugiej strony niejaki Czart wmawiał mi, że "Karis Gor..." momentami mnie nudził. Obydwaj "panowie mieli rację" w moim przypadku. Sam tekst jest IMO interesujący, a i sam pomysł dość oryginalny, ale jakoś trudno było mi się przemóc żeby go skończyć (może dlatego, że lekturę zacząłem k. 01.00 ? :D) Tak samo miałem po przeczytaniu pierwszej części Virchy. Tekst na wysokim poziomie, ale trochę nużący. Muszę jednak dodać, iż "Karis Gor..." napisany jest ciut przystępniejszym i przyjaźniejszym dla oka, językiem. Podsumowując - kulejący pozytyw :)
07-11-2005 19:16
~darkness47

Użytkownik niezarejestrowany
    Język
Ocena:
0
Coż... mnie najbardziej się niesodobało słówko 'totalnie' czy w podręczniku czy w dodatkacz znalazłeś coś takiego - nie sądzę :-/

Pozatym praca bardzo fajna jedyna rzecz jak dla mnie to brak kilku szkiców tej fortecy coś takiego dało by dobry klimat...

PS jestem fanem Ragady a moja postać jest własnie zwiadowcą który służył w regimencie Clementa :-D
19-11-2005 18:06
~M.M

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Mnie się ten tekst, niestety, nie podoba. Jest raczej nudny, słabo napisany - zdania są długie, pozbawione przecinków, i jak na mój gust pełne grafomańskich opisów. Moim zdaniem świetny pomysł, kiepske wykonanie.
20-11-2005 12:02
~Tammo

Użytkownik niezarejestrowany
    Nic oryginalnego, konwencja trochę Dzikich Pól raczej niż Monastyru
Ocena:
0
Dobry warsztat, grafomańskich opisów nijak nie uświadczyłem. Opis w porządku, tekst nieco za długi, bo ciut na to samo kopyto. Ach jacy oni twardzi, ach, jacy oni prawi, ach, jacy oni zgrani ach... itp. Załapałem po pierwszych dwu oficerach, nie trzeba było aż tak tego ciągnąć.

Bardzo dobre rozbudowanie krótkiego skądinąd fragmentu w podręczniku nt Karis Gor i Jaspera Clementa, dobre opisy ofcerów, zróżnicowane - więc lepsze (aczkolwiek każdy z nich jest zdycsyplinowany, twardy, przerażający, skuteczny i prefesjonalny i kompetentny aż do znudzenia). Jeszcze jedna sprawa, podobały mi się takie detale jak zaznaczanie kto szlachta a kto nie, jakie rapiery, jaie pistolety, fryzury itp. Dbałość o detale powoduje, że ma się ochotę taki tekst we własnym Monastyrze wykorzystać, i parę pomysłów po lekturze już mi się nasunęło. To duży plus, i chylę przed Autorem czoła.

Na minus, muszę przytaknąc Czartowi pana Masssło, bowiem i mnie nieraz przyszło znudzenie łykać a dalej brnąć. ;-) Ja jednak nie znalazłem w pomyśle nic oryginalnego. Tekst trzyma się podręcznika bardzo mocno, nie dodając praktycznie nic nowego (poza oficerami). A fakt, że większość oficerów tak mocno Sarmatami zalatuje i fakt, że generałma o Matce wołać niczym hetman przed bitwą powoduje, że nagle Dzikie Pola wokół rodiańskiej twierdzy zobaczyłem, a raczej nie o to chodziło. ;-)

Co do interpunkcji to chyba M.M inny tekst czytał, bo ja tu zdań długich, pozbawionych przecinków ze świecą muszę szukać. Nie powiem, że interpunkcja idealna, ale nie powiem, że kulejąca, albo, co gorsza - nieobecna.

Czego mi w tekście brak, to pewnego klimatu, który cechować wg mnie taki tekst, o takim miejscu i takich ludziach powinien.

Ci ludzie dwanaście lat krwawili za Dominium. Dzień w dzień ich towarzysze padali, i na każdym posiłku nie można było znaleźć twarzy, któe były jeszcze na poprzednim. Dwanaście lat na froncie. To nie są już rześkie młodzieniaszki, to starzy weterani. To elitarne bractwo, do którego nowi nie trafią, bo przepaść 12 lat ich powstrzyma skuteczniej niż cokolwiek innego. I oto taka kompania, po 12 latach wraca do upragnionego domu... gdzie co zastaje? Rzeź. Szaleństwo. Pożogę. Wojnę domową. Zgliszcza. I trupy. Mnóstwo trupów.

Nie mówią oczywiście, że przez te lata owi weterani nie słyszeli, co się dzieje w domu. Nic równie bzdurnego. Ale obraz jaki po przeczytaniu tego tekstu sobie można wyobrazić nie oddaje goryczy tych ludzi. Ich sterania walką. Ich pewnego zmęczenia. Rutyny. To raczej wygląda jak koszary jednostki w każdej chwili gotowej do wymarszu, nieustannie pod bronią i na baczność, prężnej, młodej, zdrowej ciałem i duchem.

Weterani wojny nigdy nie są prężni. Oni są sprawni. Oni nie są w nieustannej gotowości. Oni tą gotowość osiągają w czasie niemal natychmiastowym. Ich obozowisko nie jest idealnie uporządkowane i przykładowe. Ono jest zorganizowane lepiej od kopca mrówek, podczas gdy na pozór wszystko się tam dzieje chaotycznie i bezładnie. Ci żołnierze mieli 12 lat na nauczenie się wojaczki, i jeśli przeżyli na froncie agaryjskim, to wojaczkę znają. Nie będą się w nią bawić, nie będą nią się fascynować i na pewno, NA PEWNO nie będą się nią przejmować. Raczej ją zrutynizują i uczynią normalnym dniem swego życia. Chlebem powszednim. Tego mi w tekście brakło bodaj najbardziej.

Tak czy inaczej, za lekturę dzięki.
24-11-2005 15:21

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.