string(15) ""
» Blog » Indie i mainstream? Czyli jakie róże mają rosnąć w mojej twierdzy.
31-01-2014 13:14

Indie i mainstream? Czyli jakie róże mają rosnąć w mojej twierdzy.

Odsłony: 384

Bardzo długo nie rozumiałem w ogóle znaczenia słowa "indie". Ilekroć określenie "gry indie" pojawiało się w rozmowie udawałem, że wiem o co chodzi. W rzeczywistości jednak moje rozumienie tego terminu opierało się bardziej na skojarzeniach i domysłach. Oczyma wyobraźni widziałem coś choatycznego, brudnego, niedopracowanego i taniego, bo słowo "indie" kojarzy mi się przede wszystkim geograficznie z syfem na ulicach i tanią (także wykwalifikowaną) siłą roboczą, ewentualnie z pięknoduchami z Zachodu (ostatnio także z CEE) pragnącymi "odnaleźć siebie" w Goa czy innych regionach tego pięknego lecz biednego kraju. Dopiero potem wykoncypowałem sobie, że słowo "indie" to modny obecnie skrót - jak "recka", "prelka", "komp" czy wiele innych. Skrót od słowa "independent" - co jeszcze bardziej zwiększyło moją podejrzliwość. Ilekroć bowiem ktoś mi reklamuje, że coś jest niezależne, zastanawiam się - niezależne od czego? Dominującej kultury? Kultury w ogóle? Paradygmatów społecznych? A może rozumu i/lub zdrowego rozsądku? 

(Być może rozkminiłem źle, i "indie" oznacza skrót od "individual". W takim razie tym bardziej nie rozumiem pewnych pretensji opisanych poniżej.)

Sam kiedyś też pisałem i uczestniczyłem w tworzeniu gier, wtedy jeszcze nie używano (w moim środowisku) słowa "indie". Ale w latach 90 własne gry tworzyło się przeważnie dlatego, że nie było pieniędzy na podręcznik do Warhammera - przynajmniej taki argument prędzej czy później padał z ust tych, z którymi rozmawiałem a którzy prowadzili we własnych światach. "Indie" tym bardziej pasuje do takiego tworu, powstałego z biedy (która w latach 80 i 90 była powszechna i dzisiejszy "biedny student" to już naprawdę nie to samo co ówczesny). Nikt kogo znałem nie chwalił się publicznie tym, że tworzy nowy świat gry - to była ekonomiczna oczywistość ;).

Ale to nic nie znaczy, bo internet wtedy w najlepszym razie wybierało się przez 0202122 a o ISDN to nikt z moich znajomych nawet nie marzył. Teraz każdy ma bloga (nawet ja - po tylu latach ;) ) i może pisać i reklamować co chce i jak chce. Przy tym, ja piszę tę notkę online - kilkanaście lat temu byłoby to niewyobrażalne wręcz marnotrawstwo łącza.

Piszę ten powyższy akapit nie po to, żeby powspominać "stare dobre czasy" tylko żeby przypomnieć tym, którzy z niewiadomych dla mnie przyczyn mają pretensje o niegranie/niekupowanie ich gier przez "ograniczonych" użytkowników jednego - dwóch systemów, że większość "starej gwardii" (którą ja znam) umie i tworzyła takie gry "indie". Jednak w duchu marzyła o podręczniku do Warhammera, który wówczas kosztował ekwiwalent uposażenia miesięcznego (albo i kilkumiesięcznego) żołnierza służby zasadniczej w stopniu szeregowego (było coś takiego ;) ). Pomyślcie, jaka to oszczędność czasu - mieć już stworzony i napisany świat, w końcu można by się skoncentrować na pisaniu przygód i graniu, a nie tylko na robocie. "Zawsze tylko zapier..ć w tym kraju... ";) 

Jedyny podręcznik, jaki w życiu kupiłem - składając się oszczędnościami z bratem - to "Cyberpunk 2020" (lata 90 - nie wiem, która to edycja, już dawno się rozpadł). Miał być "Mechwarrior", ale wydawca opóźniał kolejne miesiące. Podręcznik i system strasznie słaby, fizycznie (kartki wypadały po otwarciu) i merytorycznie. Już wtedy - jeszcze przed studiami - wiedziałem, jak uproszczone i głupie są tam opisy przedstawionego świata, jak nienaturalny (Polska lata 90 - dostęp do broni mieli głównie bandyci) nacisk położony jest na różne rodzaje broni w stosunku do innych produktów, jak płytkie i głupie są koncepcje ekonomiczne (mimo iż nadal nie rozumieliśmy, jaki właściwie w kraju panował system). Mimo to na jego mechanice prowadziłem i z elementów świata korzystałem ile mogłem, bo to po prostu było wygodne. Oszczędzało czas, którego nigdy za dużo nie było i nie będzie. W ostatnich dniach spełniłem marzenie dzieciństwa i kupiłem "Mechwarriora" - za 11,90 PLN. 

W międzyczasie grałem w kilka różnych gier mainstreamowych i w zależności od człowieka potrafiły mnie zaskoczyć zarówno swoją głupotą jak i głębią. Do momentu trafienia na Polter nie wiedziałem jednak nawet, że istnieje konflikt między mainstreamem a "indie". Nie do końca go rozumiem, choć podejrzewam, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Twórcy reklamujący kolejne gry indie liczą zapewne na jakiś rynek zbytu. Trudno mi to komentować poza stwierdzeniem faktu, że na żadnym hobby nikt nigdy nie zbudował imperium od zera - nawet Rebel brał na start kredyt inwestycyjny a przecież RPG to mały wycinek jego sprzedaży. 

Jestem leniwym człowiekiem. Kiedy tylko mogę, korzystam z gotowych rozwiązań w procesie twórczym. Są one przeważnie lepsze i bardziej przemyślane niż gdybym miał je wszystkie robić sam. Zgodnie z zasadą Pareto, zostaje mi 20% do zrobienia samemu. Mimo to, gry "indie" i autorki uważam za bardzo ważny element polskiego krajobrazu RPG. Pobudzają wyobraźnię twórców i ludzi czytających zasady (czasem sama próba zrozumienia to gimnastyka dla umysłu). Generują "życiodajny ferment" nie pozwalając wpaść w samozachwyt nad swoją kolejną kampanią do Mechwarriora czy Warhammera, bo ktoś właśnie wymyślił coś naprawdę prostego i genialnego w zakresie mechaniki - ja sam często to dokooptowuję do swoich gier. Poza tym, ich tworzenie to po prostu hobby - a kimże jestem, żeby oceniać hobby innych osób?

Nie rozumiem jednakże, dlaczego ich twórcy lub proponenci (niektórzy) uważają je za zjawisko elitarne. Poczucie elitarności do elitarności ma się tak jak poczucie władzy do realnej władzy - jest odwrotnie proporcjonalne. Elitarni twórcy nie stawiają też tych gier w opozycji do "skomercjalizowanego mainstreamu", bo po pierwsze, pożal się Boże z tą komercjalizacją a po drugie, jaka opozycja? "Wszystko można zagrać na Warhammerze", ale to "wszystko" nierzadko dostarczają gry "indie". Nie rozumiem pretensji tych proponentów związanych z brakiem sprzedaży gier "indie" - nie można mieć pretensji do rynku, że jest głupi, tylko do siebie, że niewłaściwie się gry reklamuje. Jest wiele kanałów marketingu i dystrybucji takich gier, a być może przy dobrej woli, Polter mógłby taki zbudować? 

Rozumiem natomiast irytacje czy frustracje twórców takich gier, jeśli spotyka ich niezasłużona "szydera" zamiast - nawet miażdżącej, ale konstruktywnej - krytyki. To nie jest konsekwencja podejścia do mainstreamu czy "indie". To konsekwencja braku kultury w sieci, której dopiero nabywamy. I rozumiem szyderę wymierzaną czasem na oślep przez mnie podobnych - kiedy młody człowiek wchodzi w środowisko i od razu zaczyna pisać autorkę (w tym nie ma nic złego!) reklamując ją wszem i wobec jako coś kompletnie nowatorskiego. Przy tym stosując techniki marketingowe które mi przypominają propagandę poprzedniego systemu. "Po owocach ich sądzić będziecie" jest napisane w Piśmie. Piśmie z elektrowni jakie dostaję co kilka miesięcy - ono nigdy nie kłamie i zawsze pokaże, co jest marnotrawieniem prądu. 

Jakiś czas temu zagrałem swoją pierwszą sesję w grę "Fiasco" - to chyba podpada pod kategorię "indie"? Grałem w bardzo wyrobionym RPGowo składzie, m.in. z Petrą Bootmann, która kojarzy się nie tylko z kontrowersyjnymi poglądami na tematy niezwiązane z RPG ale także z nieco fanatycznym protagonizmem gier typu "indie". Cała gra była nietypowym ale bardzo przyjemnym wprowadzeniem mnie w temat. Nie mam poczucia straconego wówczas czasu pomimo, że sama gra przypadła mi do gustu średnio - na dłuższą metę (zagrałem potem jeszcze raz) jest dla mnie zbyt wydumana. Petra jest świetnym graczem* i niezależnie od jej internetowej autokreacji i przekonań dotyczących RPG nie odczułem nigdy braku porozumienia w sprawach typowo dotyczących RPG - nawet, gdy reprezentowała poglądy skrajnie odmienne. Niezależnie bowiem od gier w które gramy na co dzień, hobby - w tym wypadku RPG - jest płaszczyzną porozumienia między ludźmi, którzy w innych warunkach nie mają sobie nic więcej do powiedzenia. To jak spotkanie dwóch ogrodników w "Twierdzy" Exupery'ego:

 

Znałem pewnego ogrodnika, który mi opowiadał o swoim przyjacielu. Żyli obaj przez długi czas jak bracia, zanim życie ich rozdzieliło; wieczorem pili razem herbatę, 
wspólnie świętowali święta, odwiedzali się, żeby zasięgnąć rady albo poczynić sobie zwierzenia.

To prawda, że niewiele mieli sobie do powiedzenia, raczej widziano ich, jak po skończonej pracy spacerowali sobie i w milczeniu przyglądali się kwiatom, grzędom, niebu i drzewom. Ale kiedy jeden z nich na przykład pokiwał głową dotykając palcem jakiejś rośliny, drugi pochylał się także, a widząc szkody zrobione przez gąsienice, także kiwał głową. I każdy kwiat, który się właśnie otworzył, obu sprawiał tę samą przyjemność. 

Ale zdarzyło się, że pewien kupiec zatrudnił jednego z nich i na okres paru tygodni dołączył do swojej karawany. Zmienne koleje losu: rozbójnicy napadający na karawany, a potem wojny między wrogimi cesarstwami, burze, katastrofy okrętowe, ruina majątkowa, żałoba i prace, które trzeba było podejmować, żeby zrobić na chleb, rzucały ogrodnika po szerokim świecie przez całe lata, jak beczkę, którą ciskają fale, aż wędrując tak od ogrodu do ogrodu znalazł się gdzieś bardzo daleko. 


I oto, postarzały już i zamknięty w milczeniu ogrodnik dostał pewnego dnia list od przyjaciela. Bóg jeden wie, ile lat ów list szukał go po lądach i morzach. Bóg jeden wie, jakie pocztowe wozy czy jeźdźcy, jakie statki i karawany niosły go z niezmiennym uporem, jak niezliczone morskie fale, nim trafił do właściwego ogrodu. Tego właśnie ranka, promieniejąc szczęściem i chcąc, aby i inni mieli w nim udział, poprosił mnie, tak jak się prosi o odczytanie wiersza, żebym mu przeczytał otrzymany list. Wpatrywał się przy tym w moją twarz, żeby zobaczyć, jakie wrażenie wywierają na mnie czytane słowa. W liście zaś było tylko parę słów, ponieważ obaj ogrodnicy więcej zręczności okazywali w kopaniu ziemi niż w korespondencji. 

Przeczytałem więc po prostu: „Dziś rano przycinałem róże...” a potem, zadumawszy się nad tym, co w tych słowach najważniejszego, a co wydawało mi się niewyrażalne, pokiwałem głową, tak jak oni mieli we zwyczaju. 

Od tej pory mój ogrodnik nie spoczął ani chwili. Zbierał niezmordowanie informacje z zakresu geografii, żeglugi, dotyczące posłańców pocztowych, karawan i wojen pomiędzy różnymi krajami. Po trzech latach traf zdarzył, że wysyłałem jakieś poselstwo, gdzieś daleko, na krańce ziemi. Wezwałem ogrodnika i oświadczyłem mu: „ Możesz teraz napisać do przyjaciela”. Ucierpiały trochę na tym drzewa w moich sadach oraz jarzyny w warzywniku, a gąsienice miały prawdziwe święto, ponieważ ogrodnik spędzał teraz całe dni u siebie: coś smarował, coś skrobał, znów zaczynał pisać, wysuwając przy tym koniuszek języka jak dziecko nad szkolnym zadaniem; wiedział, że ma coś niezmiernie pilnego do napisania, że musi przekazać przyjacielowi całą prawdę o sobie. Chciał jak gdyby przerzucić własnymi rękami wąską kładkę nad przepaścią, odnaleźć poprzez bariery czasu i przestrzeni drugą połowę siebie. Musiał wyrazić swoją miłość. Na koniec przyszedł do mnie i, zaczerwieniony, pokazał mi odpowiedź, znów wypatrując na mojej twarzy odblasku tej radości, która opromieni adresata, aby – słowem – wypróbować na mnie efekt swoich zwierzeń. Cóż doprawdy mogło być ważniejszego do przekazania niż to, w co on przemieniał dni swojego życia, tak jak niektóre staruszki, do utraty wzroku haftujące kwieciste obrusy dla chwały bożej? I oto przeczytałem te skromne słowa, wypisane pismem starannym, choć niewprawnym, które powierzał przyjacielowi jak najszczerszą modlitwę: „ Dziś rano ja także skończyłem przycinać róże...”

A ja przeczytawszy, milczałem, rozmyślając nad tym, co było tu istotne i co zaczynałem lepiej pojmować, gdyż oni, Panie, łącząc się w Tobie gdzieś ponad krzakami róż, 
nie wiedząc o tym oddawali Ci chwałę. 

(Antoine de Saint Exupéry – Twierdza)

 

*zanim ktokolwiek skomentuje tę celową prowokację, proszę się zastanowić, co w tym zdaniu jest ważne  - moje anachroniczne podejście do płci czy moje uznanie dla owoców konkretnego ludzkiego umysłu? Zwłaszcza pamiętając, jaka jest tematyka tego portalu. Nie przekonacie mnie do zmiany końcówki, pytanie tylko czy to w ogóle ma znaczenie? 

Komentarze


postapokaliptyk
   
Ocena:
+2

jakbyś przeszedł przez to co ja, to wiedziałbyś, że końcówka i jej użycie (nawet niedopowiedziane) ma znaczenie ;)

31-01-2014 13:35
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1

Spoko, każdy z nas był za młodu u dermatologa z jakimś syfem. Młodość ma swoje prawa. ;)

31-01-2014 13:39
sil
   
Ocena:
+5

Indie mają co najmniej dwa znaczenia:

1. Niezależność decyzyjna - autor od początku do końca (czasem nawet do własnoręcznej wysyłki końcowemu odbiorcy) ma kontrolę jak wygląda jego gra i co się z nią dzieje, w domyśle - jest niezależny od "wydawcy" czy wręcz "korporacji".

2. Niezależność projektancka - autor może poeksperymentować sobie z własną grą do woli, uczynić ją taką jaką chce, w domyśle - odejść od tego co jest uznawane za standard, normę, podstawy nie do ruszenia.

Ze względu na wielkość "rynku" w Polsce ciężko mówić o indie/mainstreamie w pierwszym aspekcie - w sumie wszystkie gry wydane w ostatnim roku są indie. 

Według drugiego kryterium rozgraniczenie jest mocno umowne, zwłaszcza, że wiele rozwiązań "indie" przechodzi do bardziej "klasycznych" gier, a i część "indie" nie pada zbyt daleko od jabłoni. Mamy chociażby na jednym biegunie InSpectres (pytanie, czy to indie pod względem pierwszym), na drugim Idee Fixe i np. Woje Miodomiła pośrodku :)

A co do gier "indie projektancko" to za największe nieporozumienie uważam wrzucanie ich do jednego worka. Jak już wielokrotnie pisałem to tak jakby dzielić gry komputerowe na FPSy i inne.

31-01-2014 13:46
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+4
Jeszcze trzecie znaczenie - państwo w Azji Południowej, zajmujące większość subkontynentu indyjskiego.
31-01-2014 14:07
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0

Dzięki za doinformowanie, Sil. Ja do tej pory nie do końca rozumiem, co jest określane tym terminem.

31-01-2014 14:07
Malaggar
   
Ocena:
+2

Dobry Indianin to martwy Indianin jak to ujął klasyk.
I tyle w temacie;)

31-01-2014 14:14
sil
   
Ocena:
+2

Możesz przy okazji zerknąć na to (2006r.)  Niezalezne-gry-fabularne-Indie-RPG-c4267

31-01-2014 14:14
oddtail
   
Ocena:
+2

"Dzięki za doinformowanie, Sil. Ja do tej pory nie do końca rozumiem, co jest określane tym terminem."

Moim zdaniem jest to określenie mocno nieostre - dlatego ciężko je zdefiniować czy wyjaśnić.

Widziałem niedawno ciekawe wideo w Internecie wyjaśniające, że określenie "arthouse cinema" tak naprawde nic nie znaczy, bo jak by nie próbować go zdefiniować, użycie tego terminu jest niekonsekwentne i nielogiczne. Ale w konkluzji autor wideo zauważył, że choć "arthouse" to miarka nieprecyzyjna i krzywa, to jednak bywa wygodna, bo jest prosta.

Myślę, że z "indie" jest podobnie.

31-01-2014 14:23
dzemeuksis
   
Ocena:
0

@Malaggar

W ile z nich grałeś, że masz tak mocno wyrobioną opinię?

31-01-2014 15:29
Petra Bootmann
   
Ocena:
+4

Wiesz, ten tekst byłby dużo sensowniejszy, gdybyś tworzył kategorię gier indie na podstawie jakichkolwiek tytułów (wymienienie Fiasco z błędem w nazwie to trochę mało), zamiast mówił o kategorii "indie" jako czymś ogólnym. Ta kategoria jest wtórna wobec gier i funkcjonuje nie jako naukowy termin, a jako potoczny skrót myślowy - i potocznie nazywa się tak gry z jakimiś nowymi elementami (spotkałam się nawet ze stopniowaniem: "trochę indie", "elementy indie" czy o Fate "za mało indie, żeby nazwać to indie indie").

Generalnie łatwiej jest dyskutować, gdy mówi się o konkretnych tytułach, ew. gdy mówi się o pewnych rozwiązaniach z przykładami z konkretnych tytułów (np. tradycyjny podział ról MG-gracz - np. D&D, GM-full - np. Fiasco).

W kwestii szacunku: jak brać twoje słowa za dobrą monetę, jeśli zaczynasz od insynuacji, popełniasz literówkę w moim nicku i kończysz informacją, że nie zamierzasz respektować preferowanej przeze mnie formy graczka?

Co do Fiasco - zgaduję, że była to sesja z trupem na polu słoneczników?  

31-01-2014 15:59
31137

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+4

Ale ja nie tworzę kategorii, daleki jestem od tego. Nawet nie wiem, od czego należałoby zacząć. Wypowiedzi i materiały, które przeczytałem na ten temat, są sprzeczne. Dorabianie pseudonaukowych (trudno nauki społeczne uznać za pełnoprawną naukę, a nauki o grach RPG tym bardziej - wiem, bo uczestniczyłem w jakimś tam minimalnym stopniu w procesie ich tworzenia w Polsce) teorii operujących terminami o znaczeniu zupełnie innym (choć można prawidłowymi, ale to wymaga wiedzy spoza zakresu wiedzy o grach RPG) tym bardziej nie pomagają w budowaniu sobie spójnego wizerunku.

Co do błędów literowych, już poprawiłem - dziękuję za zwrócenie uwagi. Reszty nie skomentuję, bo wykracza poza dziedzinę zainteresowań. 

Jeśli chodzi o sesję, nie pamiętam. Gry RPG traktuję jak narkotyki, treść halucynacji jest drugorzędna w stosunku do ogólnej zabawy. A poza tym, może tylko ja tak mam, ale ta gra nie wspierała budowania pamiętnych scenariuszy - zapamiętałem dobrą zabawę, ale treści nie. Może dlatego, że grze od początku brakuje celu i przekazu (co jest jej cechą - fabuła tworzy się podczas gry). Nie przeszkadza mi to aż tak, jak sądziłem, że będzie - ale też nie stworzyło zapadających w pamięć "wydarzeń".

31-01-2014 16:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.