» Opowiadania » Ian McCoverty cz. XI

Ian McCoverty cz. XI


wersja do druku

Spotkanie/Informacja

Autor:
Starałem się ułożyć sobie w głowie plan pomieszczeń, by chociaż mniej więcej wiedzieć, w którą stronę się udać w poszukiwaniu tylnego wyjścia. Powoli zacząłem poruszać się na ukos przez salę, przyspieszając z wolna kroku, gdy chmury gazu rozwiewały się prezentując mym oczom całość zniszczeń wewnątrz sali. Zabici i ranni. Dopiero teraz do mych uszu zaczęły docierać jęki, płacz i krzyki. Byłem tak skupiony na ocaleniu własnej skóry, iż zupełnie tego wcześniej nie słyszałem. Mój wzroku poruszał się od ciała do ciała, poszukując Sill. Cały ten czas modliłem się, co zdarza mi się chyba raz na sto lat, żeby jej tu nie było, żeby tylko udało jej się uciec. Nie wiem, co bym zrobił ze sobą, gdybym tamtego dnia znalazł na podłodze jej ciało w kałuży krwi. Nie wiem, czy byłbym w stanie powstrzymać mą rękę, przed przyłożeniem luf obrzyna do szyi. Nie wydaje mi się. Życie bez Sill, to nie życie.
   Gdy doszedłem już do stolika Garmonta nie znajdując śladu po niej, wiedziałem że udało jej się. Uciekła, albo ją porwali. Tak czy inaczej żyje, a to było dla mnie najważniejsze. Jej się powiodło, w odróżnieniu do ochroniarzy Garmonta, którzy martwi leżeli na podłodze, i samego Kinga, którego ciężko było w ogóle zidentyfikować. Broń maszynowa praktycznie rozerwała jego ciało, pozostawiając krwawą miazgę z człowieka, który jeszcze klika chwil wcześniej był nieformalnym królem tego miasta.
   Z chwilowego odrętwienia wyrwały mnie krzyki mundurowych, którzy wbiegli do lokalu. Miałem jeszcze raptem kilkanaście sekund zanim się tutaj pojawią. Czym prędzej ruszyłem w kierunku najbliższych drzwi, licząc że moje sławetne szczęście nie zapomni o mnie w tak newralgicznej sytuacji. No i cóż, na kim jak na kim, ale na swoim szczęściu to ja polegać mogę. Przebiegłem jakieś korytarze, odnogi wiodące do kuchni, kilka drzwi, parę razy pokonałem schodki, by w końcu wypaść na schody przeciwpożarowe. Cały ten mój rajd wewnątrz trwał kilkanaście sekund, ale gdyby ktoś kazał mi go powtórzyć, idąc tym razem w drugą stronę, za cholerę bym nie trafił.
   Zbiegłem po schodach na dół, po czym rozejrzałem się po ulicy, na której stałem. Miała może z pięć metrów szerokości i wiodła między dwoma budynkami - klubem, a jakimś starą rozpadającą się ruderą z zabitymi na głucho drzwiami. Pozostawała mi ucieczka ku jednemu lub drugiemu końcowi, bądź też powrót do środka. Jedna możliwość odpadała automatycznie. Wylot ulicy po mojej lewej stronie zastawiał wóz policyjny, przy którym Joe i jeszcze dwaj funkcjonariusze w mundurach zawzięcie nad czymś debatowali. Joe chował właśnie do bagażnika tą cholerną machinę, która tak zmasakrowała Garmonta i wiedziałem, że lada chwila się obróci, a nie było możliwości by mnie nie dostrzegł. Do przeciwległego końca miałem może 20 metrów. Nie zdążę. Nie ma co się ścigać z ołowiem, gdyż jeszcze nikomu to na zdrowie nie wyszło - mawiał mój znajomy detektyw i trzeba mu przyznać, że miał w tym cholernie dużo o racji.
   Pozostawało wrócić do środka. Na parterze układ korytarzy był prostszy, gdyż większość przestrzeni zajmowała kuchnia i pomieszczenia typu różnorakich składzików, zamknięte na głucho na zamki elektroniczne. A właśnie, zarówno drzwi awaryjne wyjściowe na górze i tutaj, też miały takie zamki, a jednak były otwarte. Z pewnością tamtędy pryśli ludzie Joe'go i on sam, o czym zresztą mogłem się przekonać, ale skąd mieli kod lub karty? Czyżby Garmont został przez kogoś zdradzony? Dziwne, w jakiż to okolicznościach potrafi się człowiekowi włączyć komplikator.
   Obrzyna porzuciłem w kuchni, zerwałem szmatkę z twarzy, a jej zewnętrzną powierzchnią zdecydowanym ruchem potarłem oczy. Zaczęło mnie piec, łzawić i na bank oczy miały teraz czerwony odcień, czego co prawda nie miałem możliwości sprawdzić. W takim stanie, krztusząc się i kaszląc, chwiejnym krokiem wszedłem do głównej sali. Zaraz też jakieś pomocne policyjne ramię zgarnęło mnie w kierunku wyjścia. Wcisnąłem głowę mocno w ramiona, chowając twarz w rękawie i wyszedłem prowadzony przez gliniarza na parking. Pomocny stróż prawa wyprowadził mnie aż za barierki odgradzające gapiów od klubu i jego najbliższego otoczenia, w kierunku stojących pojazdów medycznych. Miałem nadzieję, że zaraz po otrzymaniu pomocy w którymś ze stojących ambulansów, uda mi się niepostrzeżenie prysnąć stąd, bez nachalnego rzucania się w oczy ludziom Joego, którzy jeszcze tu się pewnie gdzieś kręcili.
   Jednakże moje plany legły w gruzach już na starcie, gdy usłyszałem zdecydowany głos skierowany do prowadzącego mnie funkcjonariusza:
   - Dobra robota posterunkowy, teraz ja go przejmuję - mogę się założyć, że właściciel głosu machnął biednemu krawężnikowi jakąś ważną legitymacją przed nosem, co prawie tamtego postawiło na baczność, a czego ja niestety nie miałem możliwości dostrzec.
   Poczułem, że zmienił się uścisk na ramieniu, a dodatkowo pojawił się inny, bardzo nieprzyjemny na wysokości moich nerek. Tym razem już do mnie koleś rzekł:
   - Wiesz co to jest, więc nie próbuj żadnych sztuczek. Idziemy prosto do wozu. - dla dodatkowej motywacji dźgnął mnie ze dwa razy lufą, dając do zrozumienia, że gotów jest tego argumentu użyć.
   Nie pozostawało mi nic innego, jak wykonać polecenie.

Wóz nie zachwycał elegancją - jeszcze nie dawno była to zwykła patrolowa BMW 600. Teraz po kilku przeróbkach, zmianie lakieru i lekkim zwiększeniu komfortu wnętrza, stanowiła świetny środek poruszania się dla osób odczuwających nieprzepartą chęć ochrony swojego tyłka. Policyjny pancerz może nie był nie do przebicia, ale część pocisków zawsze wyłapać potrafił.
   Wsiedliśmy do środka, lokując się w cholernie niewygodnych fotelach. Koleś schował giwerę, co pozwoliło mi się poczuć znacznie bezpieczniej, i zapalił papierosa. Pudełko rzucił na konsolę przed sobą i energicznie włączył się w ruch miejski. Nazwy z paczki odczytać nie potrafiłem, gdyż zapisana była cyrylicą. Cholera, jak koleś może palić takie świństwo i jeszcze żyć? Przecież rosyjskie papierosy, w odróżnieniu do tych pozostających w oficjalnym obrocie, wciąż jeszcze zawierały pełną gamę nikotyny, substancji smolistych i innych paskudztw rozkładających człowieka od środka. Kilka razy próbowałem zapalić te rosyjskie specyfiki i o mało płuc nie wyplułem. Może to stad się wzięło, że nie pijam wódki, gustując raczej w alkoholach kolorowych. Już kilka razy słyszałem plotkę, że bez dobrego przetarcia wodą ognistą z kraju moskiewskiego szlaku, zwanego potocznie gardzielą, nie da się stosować drugiej używki. No cóż, w każdej plotce pozostaje ponoć ziarno prawdy.
   W pewnej chwili koleś się odezwał, nie pozostawiając wątpliwości co do swojej tożsamości. Przedstawił się jako przyjaciel Pincuita, jego współpracownik i wielbiciel, jak to określił. W chwili gdy to usłyszałem, poczułem się trochę niezręcznie nie bardzo wiedząc, jak mu przekazać że mój przyjaciel nie żyje. Jednak widać, koleś należał do podgatunku "homo sapiens Ulicy" i doskonale już się w sprawie orientował. Szczerze mówiąc nie za bardzo wiedziałem czego ten gliniarz, który nawet się nie przedstawił, może ode mnie chcieć. No przecież nie skupi się na przekazaniu mi li tylko wyrazów kondolencji. Jechaliśmy w stronę centrum, a on milczał jak zaklęty. Ja kulturalnie, a raczej z powodu braku nici zrozumienia, również nie narzucałem się z rozmową. Odezwał się dopiero na kilka minut przed końcem naszej wspólnej wycieczki. Dał mi jakiś kawałek kartki z adresem do sprawdzenia i nakazał pospiesznie odebrać paczkę Pincuita.
   Wyrzucił mnie pod jakimś domem handlowym, gdzie stałem jak fragles po braindance'ie próbując dojść co tu w mieście się tak naprawdę wyprawia. Gliniarze przejmują sprzęt ciężki, którym można spokojnie roboty budowlane typu rozbiórka wykonywać; broń wcina i nikt tak naprawdę nic o niej nie wie, właściwie to również dobrze mogło mi się to wszystko ubzdurać; strzelaniny i zamachy - na Makaroniarzy i Japończyków - ginie King w swojej własnej knajpie; ktoś morduje Pincuita, nie trudno powziąć takie zdanie, gdyż w reakcje alergiczne w banalnych operacjach to ja nie wierzę; no i do tego wszystkiego jeszcze ta paczka do odbioru. Cholera, czułem się zupełnie jak w porąbanym Wesołym Miasteczku, gdzie wrzucono mnie na karuzelę, obracającą się po wszystkich możliwych płaszczyznach, z prędkością dźwięku. Wszystko przelatuje wokół mnie, a ja żadnej nici nie mogę związać z drugą, tylko podążam z miejsca na miejsce jak wściekły szczur.
   I znowu ktoś coś chce - odezwał się wredny dzwonek telefonu. Sill. Rozmawiałem z nią patrząc na skrawek kartki, który dostałem od gliniarza i w jednej chwili powziąłem decyzję. Niecałe półgodziny później, już wspólnie, jechaliśmy taksówką w kierunku Wschodniej Mariny, pod adres wskazany nam przez informatora Pincuita.
   Umysł szalał mi w tym czasie, przeskakując z wniosku na wniosek, starając się przeprowadzić jakiś w miarę dokładny, albo chociaż trzymający się kupy, proces dedukcji. Oczywiście szło mi to jak krew z nosa, aczkolwiek zajęcie było na tyle absorbujące, że nie zamieniłem z Sill chyba nawet jednego słowa po drodze. Zresztą i ona miała swoje jakieś problemy, bo z tego co zauważyłem, całą drogę jechała wpatrując się w migające za szybami miasto, myślami błądząc gdzieś na innej płaszczyźnie egzystencjalnej. Taksówkarz, tym razem jakiś taktowny, uznał nas widocznie za skłóconą parę, przechodzącą etap wzajemnego ignorowania, i całą swoją uwagę poświęcił na kierowanie. I zresztą słusznie, bo gdyby nie jego refleks, przy wjeździe do Mariny wchrzanilibyśmy się na grzejącą pod prąd potężną ciężarówkę. Nigdy dobry z fizyki nie byłem, aczkolwiek sądzę, że biorąc pod uwagę zsumowane prędkości obu pojazdów w momencie starcia, a zwłaszcza masę naszego przeciwnika, stawiało to nas na zdecydowanie przegranej pozycji. I to przegranej już na amen! Stąd też nie omieszkałem dołożyć kierowcy sporego co nieco do rachunku z racji jego uprzejmości i wkładu jaki poczynił, by Ian McCoverty dalej spacerował po ulicach Night City.



Komentarze


~Konrad

Użytkownik niezarejestrowany
    temat
Ocena:
0
nawet fajne tak dalej
12-12-2002 16:32
   
Ocena:
0
przeczytalem wszystkie odcinki po kolei. Niezle, niezle, nie najgorsze. Bledy oczywiscie sa, ale... Oby tak dalej. A kiedy ciag dalszy?
23-05-2003 22:04

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.