Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć
Szczęściarze z tych Amerykanów. Tyle lat kolorowego kina, komiksów, seriali. Jest od czego odcinać kupony i z czego robić remaki. Jak akurat scenarzyści stracą wenę, to nic nie stoi na przeszkodzie, by kolejnemu pokoleniu odbiorców sprzedać Drużynę A czy Miami Vice. Tymczasem polska kultura masowa przez parę dekad egzystowała w szarym baraku w obrębie bloku wschodniego. Pomimo tego dorobiła się kilku ikon i kultowych dzieł, na których po latach można spróbować ponownie zarobić.
Sztos, Złoto dezerterów czy nawet Ogniem i mieczem to próby kontynuowania sukcesów ważnych pozycji rodzimej kinematografii. I aż dziw bierze, że tak długo musieliśmy czekać na kogoś, kto sięgnie po jednego z największych herosów Polski Ludowej – agenta J-23, Hansa Klossa, bohatera Stawki większej niż życie.
Wydawało się, że marka trafiła w dobre ręce. Zwłaszcza nazwisko scenarzysty, Władysława Pasikowskiego, miało gwarantować nowoczesny styl narracji. Również Patryk Vega ma na swoim koncie uznany serial kryminalny, a przecież nowy Kloss musiał być bohaterem twardszym, przekonującym dla odbiorcy z epoki Bonda i Bourne'a. Niestety, jeden PitBull wiosny nie czyni, a i Katyń to zupełnie inna para oficerek.

Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć to kolejna produkcja, która udowodniła, że w Polsce nie istnieje (bo i skąd miałaby się wziąć?) mocno zakorzeniona tradycja kina widowiskowego. Wyobraźnia operatorów sprowadza się do ujęć z perspektywy żaby na koła nadjeżdżających samochodów i spadające bomby. Gdy trzeba już było posłać jedną z tych ostatnich w jadący samochód, kamera przeskoczyła na obserwującego wszystko przez lornetkę Klossa. Odświeżenie konwencji odbywa się za sprawą nieobecnych w serialu bryzgów krwi, oderwanych nóg i tym podobnych elementów, które mają podkreślić grozę wojny. Nie wolno też zapomnieć o koszeniu działkiem nacierających jak mięso armatnie niemieckich żołnierzy. Wszystko to jest niestety nudne, wtórne i schematyczne, a do tego dochodzą papierowe postacie i pretekstowa tematyka.
Sytuację próbuje ratować niezły konstrukcyjnie scenariusz, w którego wypadku można przymknąć oko na kilka absurdów i klisz. Akcja toczy się równolegle w roku 1975, gdy naziści próbują odnaleźć zaginioną bursztynową komnatę, oraz w roku 1945, pod sam koniec wojny, gdy tenże skarb zaginął. Przeskoki między tymi dwoma momentami pozwalają zbudować obiecującą intrygę, która raz czy drugi ma nawet szansę zaskoczyć widza. Problem polega na tym, że w filmach zdarza się występować aktorom. Ci zaś potrafią rozłożyć nawet najlepszą historię.
W tej konkurencji prym wiedzie Marta Żmuda-Trzebiatowska, której ktoś wyrządził krzywdę, obsadzając ją w roli siedemnastolatki (!). Sceny, w których Elsa wdzięczy się do Klossa, są po prostu żenujące. Trzebiatowska zwyczajnie nie ma ogrania pozaserialowego, ale to reżyser powinien był jej przekazać, że udawanie dzieci zawsze źle się kończy. W całym filmie zresztą brak jakiejkolwiek ciekawej postaci kobiecej (oprócz Elsy jest jeszcze jedna, równie fatalna). A przecież takowych w Stawce nie brakowało, żeby wspomnieć tylko Wiesławę Mazurkiewicz jako Hannę Bösel w Podwójnym nelsonie.

W młodego Klossa wcielił się uciekający od komediowych ról Tomasz Kot i trzeba przyznać, że nie poległ, starając się oddać nonszalancki szarm agenta J-23. Poległa za to osoba odpowiadająca za charakteryzację, która postanowiła utlenić aktorowi włosy i brwi, przez co jego twarz wypada niezwykle sztucznie. Kot mimo tego próbuje coś zagrać, ale niestety nie bardzo ma z kim. Podobny los przypadł w udziale Emilowi Karewiczowi, który powraca jako Brunner i rzeczywiście można w niego uwierzyć jako ukrywającego się przed tropicielami nazistów zbrodniarza. Niestety, o ile Karewicz to naprawdę świetny aktor, o tyle Stanisław Mikulski nigdy do pierwszej ligi nie należał. Po latach, gdy czas odcisnął już na nim swoje piętno, tym wyraźniej widać, że aktorsko Mikulski nie ma za wiele do zaoferowania poza płaską twarzą i monotonnie wygłaszanymi kwestiami. Ta porażka obciąża konto reżysera, który zdecydowanie przesadził z eksploatowaniem emerytowanego oficera Abwehry.
Walkę o dobre imię polskiej szkoły aktorskiej próbowało podjąć kilku odważnych ludzi. Zdecydowanie pochwalić należy Piotra Adamczyka, który jako młody Hermann Brunner nie szarżuje, ale jest prawdziwie groźną świnią. To w zasadzie chyba jedyny przypadek w tym filmie, w którym aktor naprawdę nawiązał do oryginalnej kreacji, dodając przy okazji coś od siebie. Nieźle wypada również w roli drugoplanowej Adam Woronowicz, inny aktor starający się odkleić od wizerunku specjalisty od grania świętych. Poza tym na pochwałę za powstrzymanie szczękościsku zasługuje Daniel Olbrychski, który ograniczył rozbuchaną mimikę i nie miał problemu z zagraniem "dowódcy halabardników". Jak widać, nie najgorzej jest na drugim i trzecim planie. Niestety, gdy przychodzi do tego, by trochę dłużej pobyć na pierwszym i coś zagrać, a nie tylko wystąpić, zaczynają się schody.
Fanów kultowej serii może ucieszyć kilka smaczków i nawiązań. Część z nich włożono do filmu trochę na siłę, a wyjątek może stanowić list Klossa do Stedtkego (z odcinka Wiem, kim jesteś), który z pomysłem wykorzystano do połączenia historii. Na więcej nie pozwalała prawdopodobnie przyjęta konwencja. Nowa Stawka to zdecydowanie kino akcji, nastawione na stosunkowo szybkie tempo, podczas gdy ta stara wpisywała się w nurt kameralnego, skupionego na zagadkach i walce umysłów kina szpiegowskiego.
Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć to film, który broni się tylko na tle mizerii (lub wręcz braku) polskiego kina sensacyjnego. Jednak jeżeli nie ma się w zwyczaju dawać Polakom taryfy ulgowej tylko za to, że nie mieli się gdzie i od kogo nauczyć tworzenia tego typu produkcji, lepiej odświeżyć sobie klasyczną, serialową wersję. Nawet jeśli nie mogła się pochwalić się tak efektownym zwiastunem.
Sztos, Złoto dezerterów czy nawet Ogniem i mieczem to próby kontynuowania sukcesów ważnych pozycji rodzimej kinematografii. I aż dziw bierze, że tak długo musieliśmy czekać na kogoś, kto sięgnie po jednego z największych herosów Polski Ludowej – agenta J-23, Hansa Klossa, bohatera Stawki większej niż życie.
Wydawało się, że marka trafiła w dobre ręce. Zwłaszcza nazwisko scenarzysty, Władysława Pasikowskiego, miało gwarantować nowoczesny styl narracji. Również Patryk Vega ma na swoim koncie uznany serial kryminalny, a przecież nowy Kloss musiał być bohaterem twardszym, przekonującym dla odbiorcy z epoki Bonda i Bourne'a. Niestety, jeden PitBull wiosny nie czyni, a i Katyń to zupełnie inna para oficerek.

Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć to kolejna produkcja, która udowodniła, że w Polsce nie istnieje (bo i skąd miałaby się wziąć?) mocno zakorzeniona tradycja kina widowiskowego. Wyobraźnia operatorów sprowadza się do ujęć z perspektywy żaby na koła nadjeżdżających samochodów i spadające bomby. Gdy trzeba już było posłać jedną z tych ostatnich w jadący samochód, kamera przeskoczyła na obserwującego wszystko przez lornetkę Klossa. Odświeżenie konwencji odbywa się za sprawą nieobecnych w serialu bryzgów krwi, oderwanych nóg i tym podobnych elementów, które mają podkreślić grozę wojny. Nie wolno też zapomnieć o koszeniu działkiem nacierających jak mięso armatnie niemieckich żołnierzy. Wszystko to jest niestety nudne, wtórne i schematyczne, a do tego dochodzą papierowe postacie i pretekstowa tematyka.
Sytuację próbuje ratować niezły konstrukcyjnie scenariusz, w którego wypadku można przymknąć oko na kilka absurdów i klisz. Akcja toczy się równolegle w roku 1975, gdy naziści próbują odnaleźć zaginioną bursztynową komnatę, oraz w roku 1945, pod sam koniec wojny, gdy tenże skarb zaginął. Przeskoki między tymi dwoma momentami pozwalają zbudować obiecującą intrygę, która raz czy drugi ma nawet szansę zaskoczyć widza. Problem polega na tym, że w filmach zdarza się występować aktorom. Ci zaś potrafią rozłożyć nawet najlepszą historię.
W tej konkurencji prym wiedzie Marta Żmuda-Trzebiatowska, której ktoś wyrządził krzywdę, obsadzając ją w roli siedemnastolatki (!). Sceny, w których Elsa wdzięczy się do Klossa, są po prostu żenujące. Trzebiatowska zwyczajnie nie ma ogrania pozaserialowego, ale to reżyser powinien był jej przekazać, że udawanie dzieci zawsze źle się kończy. W całym filmie zresztą brak jakiejkolwiek ciekawej postaci kobiecej (oprócz Elsy jest jeszcze jedna, równie fatalna). A przecież takowych w Stawce nie brakowało, żeby wspomnieć tylko Wiesławę Mazurkiewicz jako Hannę Bösel w Podwójnym nelsonie.

W młodego Klossa wcielił się uciekający od komediowych ról Tomasz Kot i trzeba przyznać, że nie poległ, starając się oddać nonszalancki szarm agenta J-23. Poległa za to osoba odpowiadająca za charakteryzację, która postanowiła utlenić aktorowi włosy i brwi, przez co jego twarz wypada niezwykle sztucznie. Kot mimo tego próbuje coś zagrać, ale niestety nie bardzo ma z kim. Podobny los przypadł w udziale Emilowi Karewiczowi, który powraca jako Brunner i rzeczywiście można w niego uwierzyć jako ukrywającego się przed tropicielami nazistów zbrodniarza. Niestety, o ile Karewicz to naprawdę świetny aktor, o tyle Stanisław Mikulski nigdy do pierwszej ligi nie należał. Po latach, gdy czas odcisnął już na nim swoje piętno, tym wyraźniej widać, że aktorsko Mikulski nie ma za wiele do zaoferowania poza płaską twarzą i monotonnie wygłaszanymi kwestiami. Ta porażka obciąża konto reżysera, który zdecydowanie przesadził z eksploatowaniem emerytowanego oficera Abwehry.
Walkę o dobre imię polskiej szkoły aktorskiej próbowało podjąć kilku odważnych ludzi. Zdecydowanie pochwalić należy Piotra Adamczyka, który jako młody Hermann Brunner nie szarżuje, ale jest prawdziwie groźną świnią. To w zasadzie chyba jedyny przypadek w tym filmie, w którym aktor naprawdę nawiązał do oryginalnej kreacji, dodając przy okazji coś od siebie. Nieźle wypada również w roli drugoplanowej Adam Woronowicz, inny aktor starający się odkleić od wizerunku specjalisty od grania świętych. Poza tym na pochwałę za powstrzymanie szczękościsku zasługuje Daniel Olbrychski, który ograniczył rozbuchaną mimikę i nie miał problemu z zagraniem "dowódcy halabardników". Jak widać, nie najgorzej jest na drugim i trzecim planie. Niestety, gdy przychodzi do tego, by trochę dłużej pobyć na pierwszym i coś zagrać, a nie tylko wystąpić, zaczynają się schody.
Fanów kultowej serii może ucieszyć kilka smaczków i nawiązań. Część z nich włożono do filmu trochę na siłę, a wyjątek może stanowić list Klossa do Stedtkego (z odcinka Wiem, kim jesteś), który z pomysłem wykorzystano do połączenia historii. Na więcej nie pozwalała prawdopodobnie przyjęta konwencja. Nowa Stawka to zdecydowanie kino akcji, nastawione na stosunkowo szybkie tempo, podczas gdy ta stara wpisywała się w nurt kameralnego, skupionego na zagadkach i walce umysłów kina szpiegowskiego.
Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć to film, który broni się tylko na tle mizerii (lub wręcz braku) polskiego kina sensacyjnego. Jednak jeżeli nie ma się w zwyczaju dawać Polakom taryfy ulgowej tylko za to, że nie mieli się gdzie i od kogo nauczyć tworzenia tego typu produkcji, lepiej odświeżyć sobie klasyczną, serialową wersję. Nawet jeśli nie mogła się pochwalić się tak efektownym zwiastunem.
Galeria
Tytuł: Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć
Reżyseria: Patryk Vega
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Muzyka: Łukasz Targosz
Zdjęcia: Mirosław Brożek
Obsada: Tomasz Kot, Stanisław Mikulski, Piotr Adamczyk, Emil Karewicz, Daniel Olbrychski, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Anna Szarek, Wojciech Mecwaldowski
Kraj produkcji: Polska
Rok produkcji: 2011
Data premiery: 16 marca 2012
Czas projekcji: 120 min.
Reżyseria: Patryk Vega
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Muzyka: Łukasz Targosz
Zdjęcia: Mirosław Brożek
Obsada: Tomasz Kot, Stanisław Mikulski, Piotr Adamczyk, Emil Karewicz, Daniel Olbrychski, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Anna Szarek, Wojciech Mecwaldowski
Kraj produkcji: Polska
Rok produkcji: 2011
Data premiery: 16 marca 2012
Czas projekcji: 120 min.




