» Teksty » Artykuły » Gwiezdne wojny – Narodziny legendy #1

Gwiezdne wojny – Narodziny legendy #1


wersja do druku

Każda saga ma swój początek

Autor: Redakcja: Onimano

Gwiezdne wojny – Narodziny legendy #1
Dawno, dawno temu w odległej (szczególnie dla krajów tzw. bratniej przyjaźni) galaktyce zwanej Ameryką, żył sobie młody i piękny chłopiec imieniem Jurek.

George Walton Lucas Jr., bo tak brzmi pełnie imię i nazwisko tegoż młodzieńca, urodził się 14 maja 1944 r. w miasteczku Modesto w Kalifornii. Marzył, że zostanie kierowcą rajdowym (odbicie tych marzeń można znaleźć w każdym niemal jego filmie, wystarczy przypomnieć sobie Powrót Jedi albo Mroczne widmo...), jednak plany te przekreślił poważny wypadek. Lucas, który otarł się wtedy o śmierć, zmienił nieco swoje spojrzenie na świat; ukończył lokalny college i zdał na wydział filmowy Uniwersytetu Południowej Kalifornii.

Jak większość młodych Amerykanów (a trzeba pamiętać, że do młodzieży zaliczali się wówczas także Spielberg, Scott, Cameron czy Howard) wychował się na komiksach, westernach, filmach gangsterskich i science-fiction. Te ostatnie nie reprezentowały sobą specjalnie wysokiego poziomu - fabuła była zazwyczaj sztampowa i przewidywalna, efekty specjalne – żałosne, a postacie i potwory – tandetne. Opierały się głównie na straszeniu tym, co czeka w głębinach kosmosu.... A mimo to cieszyły się dużą popularnością. Dlaczego?

Trwał "kosmiczny wyścig" pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i ZSRR, a wszechświat, mimo że znacznie się przybliżył, nadal był pełen tajemnic. Ludzie byli spragnieni nowości, wiedzy o tak odległym i groźnym świecie. Fantastycznonaukowe filmy klasy B były pożywką dla wyobraźni młodzieży lat 50. i 60. George chętnie oglądał np. serial o Flashu Gordonie - sportowcu z Ziemi, który walczył z kosmicznym łotrem Mingiem. Kolejne odcinki Flasha były wyświetlane w kinach przed seansami, Jerzy do kina wybierał się wtedy nie tyle na film, ile na nowy fragment przygód Gordona właśnie. Mocno zapadł mu w pamięć także film Kierunek Księżyc, bo opowiedziane w nim fikcyjne wydarzenia niedługo potem stały się rzeczywistością.

Wszystko to wywarło wpływ na młodego Lucasa. Ale nie tylko to...

Kiedy George Lucas był pięcioletnim dzieckiem, inny George - Orwell - wydał jedną ze swoich najsłynniejszych powieści: antyutopię o prostym, czytelnym tytule Rok 1984. Ponura wizja przyszłości totalitarnego świata zdobyła ogromną popularność, a już w 1956 r. pojawiła się jej pierwsza ekranizacja.

ZSRR nie było już wówczas postrzegane jako egzotyczne państwo dobrego wujka Stalina i jeszcze lepszego wujka Chruszczowa. Obywatele państw europejskich i amerykańskich z niepokojem obserwowali spięcia na linii Waszyngton - Moskwa i wydarzenia we wschodniej Europie. Może właśnie dlatego pierwszy, zaledwie trzyminutowy film młodego Lucasa był, jaki był. Nosił tytuł Freiheit (niem. "wolność"), a w roli głównej wystąpił Randal Kleiser. Film opowiadał historię młodego Niemca, który usiłował przedostać się do wolnej RFN przez mur berliński, ale został zastrzelony przez stojących na straży żołnierzy.

Tą krótkometrażówką, jak i innymi, kręconymi w czasie studiów, George zwrócił na siebie uwagę publiki. Uważano go za obiecującego, młodego reżysera; jego filmy były dobrze zrobione od strony technicznej i jeszcze lepiej od strony fabularnej.

Jurek nie miał zamiaru przekonać swoich sympatyków że się mylą. Jego kolejny ważny film był zadziwiający nie tylko dla widzów przyzwyczajonych głównie do słodkich banałów z Doris Day. George nakręcił go w 1967 roku i nadał mu intrygujący tytuł Electronic Labyritnh THX 1138 4EB. Obraz trwał piętnaście minut i zachwycił wszystkich, którzy czekali na zmiany, na nowe, przyszłościowe kino. Byli jednak i tacy, którzy zarzucali mu, że jest przeintelektualizowany i pełen dziwacznych, niespotykanych ujęć. Że zbytnio różni się od tego, co znali; że jest za bardzo "inny".

George'owi jednak przyniósł nagrodę firmy Warner Bros. i możliwość spędzenia kilku miesięcy na planie filmu Tęcza Finiana kręconego przez znanego już wówczas Francisa Forda Coppolę. Można powiedzieć, że młody reżyser miał nieprawdopodobne szczęście.

Nietrudno się domyślić, że panowie przypadli sobie do gustu. Obaj cieszyli się opinią "młodych zdolnych", mieli podobne plany i marzenia - chcieli rewolucji w przestarzałym ich zdaniem systemie. Chcieli odmiany.

Na początku lat 70. wytworzyło się nowe pokolenie reżyserów. Do ich grona należeli między innymi Scorsese, Friedkin, Bogdanovich i, oczywiście, Lucas, oraz nieformalny przywódca - Coppola. Mieli w ręku poważny atut: byli młodzi, rozumieli swoje pokolenie, które nie interesowało się już dziełami dawnych producentów i reżyserów. Wytwórnie coraz chętniej realizowały ich filmy, widzowie coraz chętniej je oglądali. Rodziło się Nowe Hollywood. George przyjaźnił się z Coppolą i uważał go za swojego mentora. Z kolei Francis Ford cenił Lucasa i wierzył, że jest on geniuszem, któremu trzeba pomóc w ukształtowaniu własnego stylu. Widocznym dowodem ich współpracy było założenie wytwórni American Zoetrope.

To właśnie dla niej miał zadebiutować George. Przyjaciel namawiał go do sfilmowania Czasu apokalipsy wg scenariusza Johna Miliusa. Ostatecznie jednak Lucas postanowił nakręcić pełnometrażową wersję swojego studenckiego THX 1138. Opowieść ta była zgodna z filozofią Nowego Hollywood, więc koledzy dali reżyserowi swoje błogosławieństwo. W rolach głównych wystąpili: Robert Duvall, Maggie McOmie i Donald Pleasance. Obraz opowiadał o społeczeństwie odległej przyszłości żyjącym głęboko pod ziemią, kontrolowanym przez nieokreślony system totalitarny. Ludzie nie mają tu imion a jedynie numery; są sprowadzeni do roli półautomatów, niezdolnych do wyrwania się z tego zaklętego kręgu. Jednak THX 1138 i LUH 3417 próbują przeciwstawić się złu i bezdusznemu systemowi, uciec. Podobnie jak u Orwella, nie mają szans na zrealizowanie tych pragnień.

Film przerażał przeciętnego widza scenografią, obrazem. W wielu scenach można było zobaczyć ludzi o ogolonych głowach, ubranych w białe, ascetyczne stroje, znajdujących się w białych, sterylnych pomieszczeniach. Pustka. Bezkres bieli. Społeczeństwo maszyn. Nowy świat, w którym nie istnieją już emocje ani marzenia.

Producenci nie byli zachwyceni. Wymiernym efektem tegoż niezadowolenia było żądanie zwrotu zainwestowanych w film 300 tysięcy dolarów. Film jakąś popularność jednak zdobył, a jego specjalna edycja wyszła na DVD jesienią 2004 roku.

Po debiutanckim filmie Lucasa widać było, że młody reżyser zapowiadał się na twórcę niemalże awangardowego, niezależnego. Chciał, tak jak Coppola, De Palma czy Milius, tworzyć kino osobiste, oparte na przekazie jakiejś idei. Kino nowej ery.

Dzięki THX 1138 Lucas wyrobił sobie pewną pozycję wśród filmowców. Producenci jednak nie mieli o nim najlepszej opinii: był zbyt niezależny i zbyt uparty. Nie poddawał się naciskom studia, nie zamierzał nikomu ułatwiać życia. Mimo to dostał trochę poważnych propozycji, ale wolał się skupić na własnych projektach i zrealizować swoje plany.

Miał dwadzieścia siedem lat, gdy usłyszał o nim świat...

American Zoetrope zeszło z tego świata w 1972 r. Zgodnie z harcerską i macgyverowską zasadą "jak nie masz czegoś, to zrób to sam", Jurek założył własną wytwórnię i nazwał ją LucasFilm. Postanowił też stworzyć film inny, niż do tej pory - konwencjonalny, łatwiejszy w odbiorze i zabawny. Krótko mówiąc: dochodowy (cóż, tak to jest, jak się potrzebuje kasy).

Filmem owym było American Graffiti, które ujrzało światło dzienne w 1973 r. Ta na poły autobiograficzna opowieść o pokoleniu reżysera - portet młodzieży żyjącej w 1962 r. w małym miasteczku - przyniosła Lucasowi pięć nominacji do Oscara, Złoty Glob i zarobiła 100 milionów dolarów. George odbierał kolejne nagrody, rozwijał karierę, inwestował w firmę. Coraz częściej jednak myślał o stworzeniu czegoś nowego - niezwykłego uniwersum, gdzie wciąż trwa walka pomiędzy dobrem i złem. Chciał urzeczywistnić świat ze swojego opowiadania, wierzył w to, że projekt ma szansę na realizację - uwierzył w Gwiezdne wojny.

W 1972 roku powiedział przyjaciołom, że chciałby zrealizować film science-fiction dla dzieciaków. Wszyscy uznali to za świetny żart, przecież do tej pory Lucas robił coś dokładnie odwrotnego. Byli skłonni przypuszczać, że to określenie ukrywa prawdziwą wizję głębokiego filmu, zgodnego z wytycznymi Nowego Hollywood, że będzie to s-f pokroju THX 1138.

W brulionie w zielone linie, ołówkiem nr 2 George naszkicował pierwszy zarys fabuły projektu, któremu nadał roboczy tytuł Star Wars. Szkic liczył czternaście stron i sporo różnił się od tego, co dzisiaj znamy jako fabułę Nowej nadziei. Przede wszystkim zaś różnił się od tego, czego oczekiwali producenci. "Wszyscy pukali się w czoło" - powiedział potem Lucas.

Na pewno wśród tych "wszystkich" byli przedstawiciele Universalu. Pierwsze zdanie szkicu scenariusza, który przedstawił im Lucas, brzmiało:

"Oto historia Mace'a Windu, powszechnie wielbionego Jedi-Bendu z Ophuchi, opowiedziana Unby'emu C.J. Thape, uczniowi - padawanowi słynnego Jedi".


Akcja toczyła się w XXIII w. W owej opowieści pojawił się już stary generał Luke Skywalker - ostatni Jedi, księżniczka Leia, kudłaci Obcy, Yavin, Imperium i będący jego stolicą Alderaan oraz dwaj urzędnicy, którzy ostatecznie przekształcili się w roboty.

Historia entuzjazmu wśród przedstawicieli Universalu bynajmniej nie wzbudziła. Twierdzili oni, że publiczność nie jest zainteresowana fantastyką, a technika nie jest w stanie zrealizować wizji młodego reżysera. Lucas przeniósł się zatem do innej wytwórni - 20th Century Fox - i podpisał umowę na napisanie scenariusza i wyreżyserowanie filmu s-f. Koncern wyłożył na produkcję 8 milionów dolarów, a potem dorzucił jeszcze trzy.

W 1974 r. Lucas stworzył pierwszą wersję swojego scenariusza. Wcześniej zwierzył się ze swych planów Coppoli, który od razu zaczął "rozpracowywać" postać księżniczki. Na tyle skutecznie, że przerażony George (film wszak miał być dla dzieci...) w pierwszym scenariuszu zrobił z Lei czternastolatkę, której przybranymi rodzicami są król Kayos i królowa Breeha z Aquilae ( w późniejszych wersjach Leia jest córką Baila Antillesa i mieszka na pokojowym świecie Organa Major). Udało mu się też przemycić postać Coppoli - jest on przemytnikiem Hanem Solo. Z tą tylko drobną różnicą, że Lucas chciał, aby Han miał czarną lub zieloną skórę... W tym samym scenariuszu pojawia się już książe Valorum, Chewbacca, Annikin Starkiller (sic!) i Ben Skywalker.

Szesnastoletni Annikin jest synem znakomitego wojownika Kane'a i bratem dziesięcioletniego Deaka, z którymi mieszka na Utapau ukrywając się przed złowrogim Sithem Vaderem; natomiast Ben ochrania rodzinę królewską. Skywalker, Annikin i wystrzelone ze statku roboty lądują na małej planecie. Uciekają stamtąd z pomocą przemytnika Solo i trafiają na planetę Wookieech. Leia zostaje schwytana i przewieziona na stację bojową wielkości księżyca (brzmi znajomo?), Annikin też trafia do niewoli. Skywalker i Solo opracowują plan odbicia Lei i zniszczenia stacji. Plan, który udaje się w pełni zrealizować.

Rok potem Lucas opracował kolejną koncepcję. Tym razem rzecz zaczynała się w Republice Galaktycznej ochranianej przez Jedi-Bendu, którym przewodzi generał Skywalker i jego dwanaścioro (hm...) dzieci. Żródłem Mocy Innych, z której korzystają Jedi-Bendu jest cudowny kryształ Kiber. Opętany pragnieniem jego zdobycia Darth Vader morduje kolejnych Jedi-Bendu, wśród których są też rodzice Luke'a Starkillera. Luke znajduje zakodowane w małym robocie (któremu towarzyszy gadatliwy android) plany Gwiazdy Śmierci i drogi do Kryształu, wysłane przez uwięzioną Leię. Han Solo i Starkiller dołączają do gen. Skywalkera, Luke ratuje Leię i niszczy Gwiazdę Śmierci.

Kryształ pojawia się też w trzeciej wersji scenariusza, która powstała w 1976 r. Luke nadal nosi nazwisko Starkiller, ale mieszka już na farmie z wujem i ciotką (jego ojciec został zabity w bitwie o Condawn przez Lorda Sithów z Alderaan), a do szukania pomocy u starego Bena Kenobiego skłania go odkrycie obrazu Lei zakodowanego w pamięci Artoo. Oczywiście, obaj decydują się ruszyć na pomoc księżniczce. Podczas lotu Ben wyczuwa kryształ i każe chłopcu go odnaleźć, sam też go szuka, ale natyka się na Vadera i zostaje ranny. Ratują go - jakżeby inaczej - Luke i młody szmugler Han Solo, zaś dzięki mocy kryształu przekazanego Starkillerowi przez starego Jedi, Gwiazda Śmierci zostaje zniszczona. Na końcu wszyscy zostają nagrodzeni medalami przez uwolnioną ze stacji księżniczkę.

Czwarta wersja, która ujrzała światło dzienne na początku 1976 r., to niemal gotowy, znany wszystkim, scenariusz Nowej nadziei. Jak to się stało, ze jednej opowieści zrobiło się sześć? Gdzieś około 1974 roku Lucas zrozumiał, że wymyślona przez niego historia jest zbyt długa jak na jeden film. Skromny, czternastostronicowy szkic rozrósł się do 200 stron prawdziwej epopei. Pojawiło się w nim dużo wątków znanych z późniejszych epizodów. Trudno stwierdzić, kiedy George miał konkretnie ustaloną wersję scenariusza, bo cały czas tworzył i rozważał kolejne koncepcje.

Nazwa Jedi straciła w końcu drugi człon, a Han Solo - zieloną skórę (ponoć ze względów finansowych). Postać Korelianina znacznie wysunęła się na pierwszy plan. Przez jakiś czas Lucas planował zrobić z Luke'a dziewczynę, aby tych dwoje mogło się w sobie zakochać! Jeszcze innym pomysłem było uczynienie Hana starszym bratem Luke'a (wątek rodzeństwa powraca zresztą, jak nietrudno sobie przypomnieć, w EVI)... George musiał się też zdecydować jakie nazwisko nadać Luke'owi - wyobraźcie sobie, że streszczając komuś fabułę Sagi, wspominacie o jednym z głównych bohaterów, który nosi nazwisko Starkiller...

Wiele postaci i miejsc, o których pisał George już we wstępnym szkicu, pojawiło się dopiero w nowej trylogii - wystarczy tu wspomnieć o Mace Windu, padawanach czy Valorumie. Początkowo miało istnieć dwóch czarnych rycerzy - Sithów: Darth i Vader; Chewbacca i Cheewie to w pierwszym zarysie dwie różne postacie. Pozostaje tylko powtórzyć za księżniczką Leią: "Ale plątanina"...

Plątaniną niewątpliwie było dla Lucasa całe uniwersum, które z taką troskliwością tworzył. W końcu, jak się już rzekło, sam musiał przyznać, że wymyślony przez niego scenariusz absolutnie nie jest na jeden film. Skróty tylko zagmatwały by historię i zniechęciły widzów... Z drugiej strony, absolutnie nie wierzył w to, że dostanie szansę opowiedzenia całej historii. Musiał znaleźć rozwiązanie.

Rozwiązaniem było zrealizowanie jednej części, ale w taki sposób, aby widzowie mogli domyślać się, co zdarzyło się wcześniej. Zwróćcie uwagę, że choć w napisach początkowych Nowej nadziei pojawia się wzmianka o zwycięskim starciu rebeliantów z wojskami Imperium, nie oglądamy jej w filmie. Obi-Wan opowiada Luke'owi dzieje Zakonu, ale jest jedynym Jedi, którego widzimy. Wymyślona przez George'a historia była otwarta, stanowiła tylko wycinek dziejów całego uniwersum. Nie wymagała jednak zastanawiania się nad przeszłością bohaterów - nie było to konieczne do zrozumienia fabuły.

Reżyser postanowił nadać swemu dziełu tytuł Star Wars: From the Adventures of Luke Skywalker. Właśnie pod taką nazwą w 1976 roku ukazała się książka opowiadająca przygody Luke'a i spółki. Napisał ją na podstawie scenariusza ghostwriter Alan Dean Foster (swoją drogą, całkiem popularny pisarz fantasy, autor m.in. cyklu Spellsinger, w którym pojawia się smok-marksista Falameezar ), rozbudowując wizję George'a. Jednakowoż na okładce pojawiło się nazwisko tylko tego ostatniego i to Lucas jest oficjalnie autorem powieści. Osobiście polecam ją przeczytać (zakładając, że ktoś jeszcze tego nie uczynił), bo pojawia się w niej dużo scen niewykorzystanych w filmie, poza tym jest całkiem nieźle napisana.

Do pobrania
Pobierz artykuł w pliku PDF (1,8 MB).



Czytaj również

Han Solo
Początki są najciekawsze
- recenzja
Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
Idzie nowe
- recenzja
Star Wars Legendy. Opowieści Jedi: Dawni Rycerze
Rycerze jeszcze starszej republiki
- recenzja

Komentarze


~Kate

Użytkownik niezarejestrowany
    Narodziny legendy
Ocena:
0
Chcę, żeby kolejne części gwiezdnych wojen powstawały jak najszybciej!!!!!
09-10-2006 10:33
~Iroden

Użytkownik niezarejestrowany
    THX 1138
Ocena:
0
Ten film miał ok. 85 min., a nie 15...
08-09-2009 18:05
~Iroden

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ah, przepraszam, moja pomyłka... 15 min. miała wersja krótkometrażowa, nieuważnie przeczytałem fragment tekstu.
08-09-2009 18:09
~Lechu

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Autorka napisała, że w pierwszych wersjach scenariusza Gwiezdnych Wojen pojawia sie "złowrogi Sith Vader". Czy pojęcie Sith nie powstało przypadkiem w Expanded Universe ?? Przecież w Starej Trylogii nie pojawia się słowo Sith ??
18-01-2011 15:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.