» Skarbiec » Opowiadania » Guardaespaldas

Guardaespaldas


wersja do druku
Autor:
Guardaespaldas
Jeśli ktoś chciałby się przyjrzeć człowiekowi siedzącemu w kącie gospody, zobaczyłby młodego mężczyznę z czarną brodą i wąsami oraz długimi czarnymi włosami związanymi na karku, z rapierem przy boku. Conrado Ortega siedział w najciemniejszym kącie sali zgodnie z otrzymanym poleceniem i zastanawiał się nad zadaniem, jakie go czeka. Czyżby znowu ochrona chłopów przed bandą rzezimieszków? Cóż, jakiekolwiek to zadanie nie będzie, wykona je najlepiej, jak będzie potrafił. W końcu jest rycerzem Róży i Krzyża. A to zobowiązuje.

Gdy Ortega i jego sześciu towarzyszy przybyli do wioski, było właśnie południe i, jak zawsze o tej porze, życie zamarło. Ludzie pochowali się, by w zaciszu własnych domów przeczekać najgorętsze godziny dnia. Psy leżały w cieniu bud i tylko odprowadziły przybyszów wzrokiem, gdy ci przemierzali główną ulicę wioski. Zatrzymali się przed największym domem, a Conrado zsiadł z konia i zapukał do drzwi. Usłyszeli wewnątrz poruszenie i po chwili w drzwiach stanął niski człowiek o gładko wygolonej twarzy, ubrany tylko w jasne płócienne spodnie. Mężczyzna podrapał się w głowę i, o ile było to możliwe, jeszcze bardziej potargał swoje krótkie, ciemne włosy.
- Pan Alejandro Costino, przedstawiciel tej wioski? - Spytał Ortega, lekko poirytowany panującym upałem i faktem, że nikt ich tu nie oczekiwał. Domniemany wójt skinął głową i przyjrzał się siedmiu mężczyznom, którzy właśnie zsiedli z koni.
- Tak, tak, to ja. - Mężczyzna dopiero teraz odzyskał rezon. - Proszę panów o wybaczenie, ale nie spodziewaliśmy się was tak wcześnie.
Kilka chwil później wszyscy siedzieli już w największej izbie domu. Gospodarz dokładnie wyjaśnił im sytuację. Wioska nazywała się Santa Elena. Leżała z dala od innych osiedli, do najbliższego miasta było trzy dni drogi. Mieszkańcy żyli z tego, co sami sobie wyhodowali. I żyliby tak w spokoju, gdyby w okolicy nie pojawiła się banda opryszków...

Rozmyślania Conrado przerwał człowiek, który natychmiast po wejściu do gospody skierował się w jego stronę. Był to niski mężczyzna, ubrany w kolorowe ponczo i sombrero.
- Pan Ortega? - Bardziej stwierdził niż zapytał przybysz. Conrado skinął głową.
- Grand Clemente Moravia zaprasza do siebie. - Powiedział mężczyzna. Ortega uśmiechnął się pod nosem. Jeśli ma coś zrobić dla tutejszego granda, który, jak wiedział, też należał do zakonu, to trafił lepiej niż przypuszczał. Gdy jechał za swoim przewodnikiem, w oddali widział promienie zachodzącego słońca złocące dachy domów pobliskiego miasta. Myślami wrócił do wydarzeń sprzed kilku miesięcy. Bezwiednie dotknął palcami blizny na ramieniu, pamiątki z Santa Elena.

- Ta banda, która grasuje w okolicy, pojawiła się kilka miesięcy temu. - Podjął wyjaśnienia Alejandro Costino. -. Na początku nie sprawiali kłopotów, ale po krótkim czasie rozzuchwalili się i zaczęli rabować nasze plony. - W głosie wójta pobrzmiewała bezsilność. - Musieliśmy się na to godzić, jesteśmy tylko rolnikami, żyjemy z tego, co uda nam się wyhodować. Gdy ataki stały się częstsze, zaczął nam grozić głód. W zeszłym tygodniu posłałem do miasta po ratunek. Dziękujemy Prorokom, że panowie tam byli. To niebywałe szczęście, Zakon i rycerze, którzy mają bronić bezbronnych... - Wójt zaczął mówić coraz szybciej.
- Tak. - Przerwał przyjaciel Ortegi, Fernando Ruiz. - Proszę nam powiedzieć ilu ich jest i gdzie się ukrywają. - Fernando nigdy nie lubił za dużo mówić. Najchętniej pojechałby tam zaraz, oznajmiając swoje przybycie grą na gitarze.
- Nie wiemy dokładnie ilu ich jest, ale sądząc po tym ile i jak często zabierają żywność, jest ich około dziesięciu. Przychodzą i odchodzą z północy. Około pół dnia drogi stąd w tamtym kierunku jest kilka jaskiń. Prawdopodobnie tam się zaszyli. Jeszcze jedno: ci ludzie nie wyglądają na Castillan. Mają jasne włosy i słabo mówią w naszym języku.
- W porządku. -Rzekł Ortega. - Najlepiej będzie wyruszyć tam przed wieczorem, by zaskoczyć ich w nocy. - Popatrzył na towarzyszy szukając ich aprobaty. W ciągu krótkiego czasu, który ze sobą spędzili wyrósł na kogoś w rodzaju przywódcy, ale nie chciał decydować sam.
Towarzysze jednak zaakceptowali plan bez żadnego sprzeciwu.
Kilka następnych godzin spędzili odpoczywając i naradzając się. Wyruszyli przed zachodem słońca. Jeden z mieszkańców wsi pojechał z nimi jako przewodnik. Jak okiem sięgnąć rozciągały się przed nimi pola uprawne. Do celu dotarli w nocy. Księżyc i gwiazdy świeciły jasno, tak, że zdołali zobaczyć dwie postaci na tle czarnego wejścia do groty, największej z kilku jaskiń znajdujących się w okolicy. Ci ludzie byli prawdopodobnie wartownikami. Ortega zastanawiał się nad celem ustawiania wart na takim pustkowiu, gdy usłyszał w oddali wycie wilka.
Dwaj towarzysze Ortegi zaszli strażników od tyłu, pozbawili ich przytomności i związali. Nie chcieli nikogo zabijać, jeśli nie było to konieczne. Potem weszli do groty i to samo zrobili z dziewiątką mężczyzn, którzy spali w jaskini. Była to olbrzymia skalna grota, na końcu której znajdowało się przejście do innego pomieszczenia, skąd wydobywał się słaby blask ognia. Pierwszy poszedł tam Fernando. Zaraz potem wyszedł zataczając się. Jego wzrok wyrażał bezbrzeżne zdumienie, a koszula na jego piersi szybko zabarwiała się na czerwono. Za nim ukazała się kobieta, dzierżąc w dłoniach topór. Widząc nieprzytomnych towarzyszy rzuciła się szaleńczo do przodu, chcąc swym ostrzem dosięgnąć dwóch stojących najbliżej mężczyzn. Zanim, zaślepiona wściekłością, potknęła się o fałdy własnej, długiej koszuli i runęła na ziemię, zdążyła jeszcze zranić Ortegę w ramię. Gdy leżała u ich stóp, jej wzrok pełen był nienawiści, Spodziewała się, że ją zabiją, a fakt, że tego nie zrobili potęgował jeszcze jej upokorzenie.

Pogrążony w myślach Conrado nie usłyszał, gdy człowiek, który go tu przyprowadził oznajmił, że są już na miejscu. Mężczyzna dotknął jego ramienia i powtórzył, że już przybyli. Conrado rozejrzał się dookoła. Na dużym dziedzińcu stało kilka zabudowań, największym był niski budynek pomalowany na biało. Drzwi były otwarte, więc wszedł do środka. Zauważyła go starsza kobieta i zanim zdążył wyjaśnić, kim jest podeszła do niego. - Pan Ortega. - Powitała go uśmiechając się szeroko. - Dobrze, że nareszcie pan przybył. Proszę za mną. Grand Clemente już czeka.
Kobieta poprowadziła go przez ogromny korytarz i zapukała do jednych z kilkorga drzwi, po czym otworzyła je i, poczekawszy aż wejdzie, zamknęła za nim. Conrado wkroczył do niewielkiego pokoju, którego środek zajmowało mahoniowe biurko, a duże okno wpuszczało ostatnie promienie słońca.Za blatem siedział około pięćdziesięcioletni mężczyzna o lekko siwiejących włosach i starannie utrzymanej bródce. Przypominał Conrado jego własnego ojca, był może kilka lat od niego młodszy. Grand Clemente uśmiechnął się do wchodzącego gościa i wskazał mu fotel naprzeciwko siebie.
- Miło cię gościć w moich skromnych progach. Nawet tu dotarły wieści o twoich czynach. Słyszałem, że bandzie w Santa Elena przewodziła kobieta. To nie do pomyślenia, żeby niewiasty nie siedziały w domu, tylko rozbijały się po jaskiniach.
- Tak, czasy się zmieniają. A ta kobieta uciekła z więzienia w Eisen i dotarła aż tutaj. Pewnie myślała, że nikt jej tu nie znajdzie. Jej banda to dezerterzy z tamtejszej armii. Nieźle się tu urządzili, ale pozwalali sobie na zbyt wiele. I dostali to, na co zasłużyli.
- To znaczy, że nie żyją? - Zapytał grand Clemente z wyraźną ciekawością. - Nie. Odstawiliśmy ich do więzienia w San Elisco. Pewnie upomną się o nich Eiseńczycy.
- Kto to widział. - Grand Clemente jeszcze raz z niedowierzaniem pokręcił głową. - To dobrze, że mamy takich ludzi, jak rycerze Zakonu Róży i Krzyża, na których zawsze można liczyć. Ale porozmawiajmy o czymś innym. Jak się czuje ojciec? W latach młodości byliśmy bliskimi przyjaciółmi, ale dawno się nie widzieliśmy.
- Ojciec ma się dobrze, dziękuję, zdrowie mu ma szczęście dopisuje. Obecnie cały czas zajmuje mu Mercedes. - Conrado uśmiechnął się na wspomnienie małej siostrzyczki. - Papa wprost ubóstwia to dziecko. - Ortega zresztą sam za nią przepadał. Wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo fascynująca jest taka mała istotka. Szczególnie rozczulało go przekonanie małej, że jak dorośnie, na pewno wyjdzie za Conrado.
- Tak, dzieci to prawdziwy skarb, szczególnie w naszym wieku. Choć w tych niespokojnych czasach trzeba go jeszcze pilniej strzec. - Grand Clemente zasępił się. - Przez wojnę z Montaigne nasz kraj przestał być bezpiecznym miejscem. Właśnie po to cię tu wezwałem mój synu. Mam tylko jedną córkę i postanowiłem ją wysłać do krewnych do Vodacce. Niech tam przeczeka wojnę. Ale najpierw musi się tam dostać. Najlepsza będzie droga morska. Oczywiście wybrałem już odpowiednich ludzi do tej wyprawy, ale potrzebuję kogoś zaufanego. Ktoś musi wszystkich utrzymać w ryzach i zaopiekować się moją córką. Wybrałem ciebie. Mam nadzieje, że moja prośba nie jest ci niemiła.
- Naszym obowiązkiem jest służyć pomocą innym członkom Zakonu, a pomóc tak znakomitemu mężowi to także zaszczyt. - Conrado naprawdę tak uważał, ale lekko uśmiechnął się w myślach. To naprawdę więcej, niż się spodziewał. Chciał jeszcze tylko zobaczyć przyszłą podopieczną.
Jak na zawołanie z korytarza dobiegł go kobiecy śmiech i stukot bucików. Po chwili ktoś zapukał do drzwi i, zanim grand zdążył odpowiedzieć, do pokoju wbiegła młodziutka dziewczyna. W dodatku bardzo ładna. Ubrana była w cienką białą sukienkę, a jej długie, kruczoczarne włosy zdobił wianuszek białych kwiatów. Gdy zobaczyła, że w pokoju jest ktoś jeszcze oprócz jej ojca, przez chwilę się zawahała, ale zaraz dygnęła wdzięcznie, potem podbiegła do fotela i pocałowała papę w policzek. W tym czasie Conrado otrząsnął się z zaskoczenia i złożył przed panną prawdziwie dworski ukłon. Dziewczyna stanęła obok fotela ojca i popatrzyła ze smutkiem na nieznajomego mężczyznę.
- Córeczko, to pan Conrado Ortega, mówiłem ci o nim. A to Ana Lucia, moja córka.
- A więc to pan ma mnie stąd zabrać i wywieźć gdzieś z dala od rodziców, domu...
- Ana - grand Clemente przerwał córce łagodnie. -Rozmawialiśmy o tym, wiesz, że tak będzie dla ciebie najlepiej.
- Tak, tatku, wiem. - Przyznała dziewczyna zrezygnowana. Wiedziała, że w pewnych sprawach na nic zdają się kłótnie z ojcem. -Czy ustaliłeś już kiedy mam...mamy wyruszyć?
- Skoro pan Ortega już do nas przybył, najlepiej będzie, jeśli wyruszycie jutro rano. Przez noc zdążę przygotować statek. A teraz powinniście już oboje odpocząć. Dla ciebie, Conrado, przygotowano już pokój. Maria cię zaprowadzi.
Ortega z wdzięcznością przyjął propozycję.
- Już idźcie, moje dzieci. Dobrej nocy.
Następnego dnia zbudzono go o świcie. Po pośpiesznym śniadaniu on, Ana i jej ojciec wyruszyli nad morze. Po godzinie dotarli do celu. Czekał tam na nich niewielki statek handlowy, który miał ich zabrać do Vodacce. Oprócz załogi, na statku, na wypadek kłopotów, znajdowało się piętnastu uzbrojonych ludzi.
Ortega obawiał się ataku ze strony piratów, ale grand Clemente był zadziwiająco pewny, że "Castillańskiej Róży", jej pasażerom, a także winu w ładowni, które szczególnie upodobał sobie krewny granda mieszkający w Vodacce, nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
Conrado pierwszy wszedł na pokład statku, by wszystko sprawdzić, zaznajomić się z ludźmi, a także dać czas ojcu i córce na pożegnanie. Gdy Ana Lucia wchodziła po trapie, widział, jak ukradkiem ocierała łzy. Wkrótce podniesiono żagle i statek wyruszył ku swemu przeznaczeniu.
Aż do wieczora Ana nie wychodziła ze swojej kajuty. Dołączyła do mężczyzn dopiero w porze kolacji. Conrado prowadził właśnie z kapitanem ożywioną dyskusję na temat toczącej się wojny. Obaj wstali, gdy dziewczyna wchodziła do mesy. Podczas jedzenia odzywała się tylko odpowiadając na pytania. Ani kapitan, ani Ortega nie mieli jej tego za złe, widać było, że przeżywa rozstanie z rodzicami i Castillią.
Po posiłku Conrado zabrał z kajuty swoją gitarę i wyszedł na pokład. Nie było prawie nikogo, tylko kilku marynarzy. Ortega oparł się o burtę i zanucił starą ludową przyśpiewkę o Marii, która poszła do lasu. Nie był może mistrzem, ale cokolwiek grał, czy była to rzewna ballada, czy skoczna muzyka do tańca, ludzie zawsze słuchali go z przyjemnością. Teraz także dwaj marynarze podeszli do niego zwabieni znajomą melodią. Gdy jeszcze nie przebrzmiały ostatnie dźwięki Conrado usłyszał klaskanie i z ciemności wyłoniła się Ana Lucia.
- Brawo, nie wiedziałam, że potrafi pan tak ślicznie grać.
Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie. Ortega pierwszy raz zobaczył jej uśmiech i natychmiast zapragnął, by podczas tych kilku dni, które spędzą razem, śmiała się jak najczęściej.
- Potrafię trochę grać. - przyznał Conrado. - Nauczył mnie mój brat, Claudio. On jest prawdziwym mistrzem. Ale teraz może co najwyżej przygrywać swoim żołnierzom w wojskowej kantynie.
- Pański brat jest w wojsku?
- Tak, i to nawet nie jeden, a dwóch. Teraz pewnie walczą gdzieś z Monteignczykami. - powiedział Ortega ze smutkiem. - Mam nadzieję, że jeszcze ich zobaczę.
- Żałuję, że nie jestem mężczyzną.- W głosie dziewczyny pobrzmiewała zawziętość. - Wtedy mogłabym walczyć i ojciec nie wysyłałby mnie na koniec świata.
Conrado uśmiechnął się w myślach. Pierwszy raz słyszał, żeby Vodacce nazywać końcem świata. Wielu uważa je za jego centrum.
- Niech pani tak nie mówi. Ojciec bardzo panią kocha i robi to tylko dla pani dobra. - Poza tym, świat bardzo straciłby, gdyby nie było na nim tak pięknej istoty. - Ostatniej myśli jednak nie wypowiedział głośno.
- Wszyscy wiedzą najlepiej, co jest dla mnie dobre. - Znacznie mniej wojowniczo stwierdziła dziewczyna. - Ale martwię się o mamę. Została sama. - Nie ma pani rodzeństwa? - Zapytał Ortega z zainteresowaniem.
- Niestety nie. Mama nie mogła mieć więcej dzieci, po tym, jak urodziła mnie. - Ostatnie słowa Ana powiedziała ze spuszczoną głową, jakby niepewna, czy można o takich sprawach mówić z mężczyzną. - Rodzice robili, co mogli, bym nie czuła się samotna, choć czasem zastanawiam się, jak to jest mieć dużo braci i sióstr.
- Mam trzech braci i siostrę, więc przez większość czasu jest całkiem wesoło, choć czasem mamy siebie dość.
Przez chwilę oboje wpatrywali się w nocne niebo, na którym błyszczały gwiazdy. Ciszę przerwał niepewny głos Any:
- Słyszałam o wydarzeniach w Santa Elena. Czy ta kobieta... Czy ona była ładna? Podobno miała całkiem jasne włosy?
- Mogę panią zapewnić, że nie może się w niczym równać z żadną kobietą w Castilli. - Usiłował ukryć rozbawienie. Dobrze, że było ciemno.
Wkrótce Ana i Conrado rozeszli się do swoich kajut. Zasnęli szybko kołysani szumem fal. Mężczyźnie przyśniła się Mercedes. Wciąż bawił się z nią nad rzeką w rodzinnej okolicy, gdy do jego uszu dotarły krzyki ludzi i hałas na pokładzie. Zaraz potem ktoś załomotał do jego kajuty.
- Szybko, wstawać, statek został zaatakowany. - Wrzasnął ktoś pod drzwiami i zaraz pobiegł dalej.
Ortega natychmiast się rozbudził, pośpiesznie naciągnął spodnie i chwyciwszy rapier wybiegł na zewnątrz. Na dole w panice biegała załoga statku, a najemnicy, tak jak on, właśnie nadbiegali z bronią. Człowiek, którego Ortega nie znał, w jednej ręce trzymał szablę, a drugą otwierał kolejne drzwi. Jeden z majtków próbujący mu przeszkodzić został raniony w rękę. Gdy Conrado pobiegł w tamtym kierunku, mężczyzna właśnie otwierał kolejne drzwi.
- Rzuć broń i odwróć się - Zażądał Ortega przykładając nieznajomemu rapier do szyi.
Mężczyzna odwrócił się błyskawicznie, jednocześnie wznosząc szablę do ciosu. Nie zdążył jej opuścić, ponieważ osunął się bezwładnie. Za nim stał kucharz trzymając w rękach patelnię.
- Nigdy nie myślałem, że moja kuchnia jest tak niebezpieczna. - Uśmiechnął się patrząc na nieprzytomnego mężczyznę. - Ale chodźmy przekonać się, kto śmie zakłócać nasz spokój.
Razem wybiegli na górny pokład. Z "Castillańką Różą" sczepiony linami był drugi okręt, prawie dwukrotnie większy. Na pokładzie stało kilku ludzi z pochodniami, w których blasku żagle wydawały się czerwone. Na szczycie masztu zawieszona była flaga, na której wymalowany szkielet zdawał się tańczyć w porywach wiatru. Po przerzuconych przez obie burty prowizorycznych trapach na pokład mniejszego statku wbiegali ludzie uzbrojeni w szable i natychmiast podejmowali walkę z czekającymi już najemnikami granda Clemente i załogą.
Napastników było ponad czterdziestu, ale nie spodziewali się tak zawziętego oporu. Najemnicy byli wyszkolonymi szermierzami i od ich ciosów padało najwięcej piratów, ale sami marynarze też radzili sobie nieźle. Conrado zobaczył, jak trzech napastników próbuje okrążyć kapitana, wokół którego już leżały dwa ciała, pobiegł w tamtym kierunku i jednym ruchem rozpłatał dwóch. Trzeciego nadział na swój rapier Ortega. Na dziobie jeden z żołnierzy nie zdążył sparować uderzenia szabli małego człowieczka z okiem przewiązanym czarną opaską i przewrócił się na pokład. Zdążył jeszcze podstawić nogę jednookiemu, tak, że ten stracił równowagę i wyleciał za burtę. Kolejny z najemników opierając się o maszt, dwoma rapierami odpierał ataki napastników.
- Poszukać dziewczyny i wracać! - Wrzeszczał wysoki, chudy mężczyzna o siwych włosach i bujnej, siwej brodzie, który obserwował całą scenę z pirackiego statku. Najpierw patrzył na walczących z niewzruszonym spokojem, lecz w miarę jak przewaga jego ludzi malała, zaczął się niecierpliwić.
Ortega wraz z kapitanem usłyszeli krzyk i zauważyli, że dwaj mężczyźni, którzy byli najbliżej schodów, próbowali zbiec na dół. Jeden dostał w twarz pięścią od kapitana, drugi od Conrado. Obaj padli nieprzytomni. Widząc to herszt sam wskoczył na pokład "Castillańskiej Róży".
Natknął się na Ortegę. Stanęli naprzeciw siebie. Kapitan piratów także walczył stylem Aldana, jednej z castillańskich szkół, i radził sobie całkiem dobrze, do momentu, gdy Conrado zamarkował paradę i wyprowadził szybkie pchnięcie. Zanim tamten zdążył się zorientować, co się stało, Conrado wyciągał ostrze z jego piersi.
Zorientowawszy się, że ich kapitan nie żyje, piraci zaczęli się wycofywać. Lżej ranni pomagali przejść na swój statek, tym, którzy nie mogli utrzymać się na własnych nogach. Z konieczności zostawili za sobą martwych towarzyszy. Obrońcy "Róży" patrzyli obojętnie. Nie pomagali pozbyć się rozbitych w proch napastników, ale też nie przeszkadzali w odwrocie. Zresztą, trzeba było pomóc własnym rannym. Okazało się, że cztery osoby nie żyją, a osiem odniosło rany. Gdy opatrywano najbardziej potrzebujących na rufie, Conrado zauważył Anę, która w powalanej krwią sukni klęczała obok dwóch ciał. Obok niej leżał sztylet.
Dziewczyna trzęsła się z przerażenia i szeptała coś zbielałymi ustami:
- Nie żyją. Zabiłam ich.
W ferworze walki Ortega nie dostrzegł, że dziewczyna walczyła z atakującymi piratami. Poniewczasie opanowało go przerażenie. Gdyby coś jej się stało... Jednocześnie był na nią wściekły i pełen podziwu. Uklęknął obok i wziąwszy ją w ramiona kołysał jak małe dziecko.
Gdy wszystkie ciała, zarówno piratów jak i tych, którzy zginęli w obronie statku powierzono opiece Matki Głębi, Conrado zaprowadził dziewczynę do kajuty i poczekał, aż zaśnie.
Zobaczył się też z człowiekiem, którego kucharz uderzył patelnią. Towarzysze nie zabrali go, bo nie wiedzieli gdzie jest. Właśnie się ocknął i, zorientowawszy się w sytuacji, okazał się całkiem rozmowny. Należał do bandy pirackiej, która grasowała po Castillańskim wybrzeżu.
Jego kapitan nazywał się Abelardo Navarro. Był synem kupca i dawno temu miał przejąć rodzinny interes. Zakochał się w pięknej dziewczynie i chciał się z nią ożenić. Musiał jednak wyjechać na kilka miesięcy w interesach, a gdy wrócił, ukochana była już żoną innego mężczyzny. Nazywał się Clemente Moravia. Abelardo wpadł we wściekłość, twierdząc, że Moravia ukradł mu narzeczoną. Postanowił się zemścić. Wyzwał go na pojedynek, ale rywal dotkliwie go zranił, potęgując tylko wściekłość Navarro. Potem chciał porwać dawną ukochaną, ale dowiedział się, że jest w ciąży. Zanim urodziło się dziecko, Abelardo został napadnięty przez piratów i spędził w niewoli kilka lat. Nie zapomniał jednak o dawnej zniewadze. Sam zorganizował piracką załogę i zdecydował, że najlepszą zemstą będzie zabranie grandowi Moravia jego własnej córki. I prawie by mu się to udało. Był już tak blisko.

Jeśli ktoś chciałby się przyjrzeć człowiekowi stojącemu w promieniach zachodzącego słońca na dziobie niewielkiego statku handlowego, zobaczyłby młodego mężczyznę z czarną brodą i wąsami oraz długimi czarnymi włosami związanymi na karku, mężczyznę, do boku którego przytulała się dziewczyna. W dodatku bardzo ładna.



Ocena: 5 / 6



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.