Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa, zgubę niosący i klęski nieprzeliczone Achajom...

Qchnia artystyczna #8

Autor: Anna Brzezińska

Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa, zgubę niosący i klęski nieprzeliczone Achajom...
Nie wiem, jakich bohaterów powinni tworzyć początkujący – albo nawet bardzo doświadczeni – pisarze. Nie usiłuję się tutaj ustawiać bohatersko w kontrze do Malakha, który spisał swoje sugestie w felietonie, aczkolwiek oczekiwanie, że będziemy całkowicie zgodni, wydaje mi się naiwne. Umiejętność pisania jest w ogromnym stopniu umiejętnością bardzo osobistego patrzenia na świat. Nie ma dwóch takich samych spojrzeń. Jedni będą zaludniali swe wyimaginowane światy herosami, inni nieudacznikami. Oba spojrzenia są tak samo uprawnione.

Chciałabym tylko podpowiedzieć kilka prostych sztuczek. Z pewnością większość z nich znacie i na pewno z każdą zetknęliście się na kartach książek.

Ale najpierw o podstawowych błędach popełnianych przez początkujących autorów w tekstach nadsyłanych do Runy. Przede wszystkim jest to słabe zróżnicowanie postaci. Zamiast tworzyć osoby, autorzy rozpisują po prostu funkcje fabularne, np. tworząc Pierwszą Naiwną, Którą Kocha Nasz Bohater, Żeby w Pierwszej Scenie Dało się Pokazać Cycki. Takie postaci nie żyją, po prostu popychają naprzód akcję. Nie namawiam bynajmniej do opisywania w detalu każdej epizodycznej postaci, jaka się przewinie przez tekst, jednak te podstawowe osoby powinny zostać zarysowane w sposób, który wzbudzi w czytelniku zainteresowanie, emocje, cokolwiek. Nie powinny zostawać wydmuszkami.

Kolejnym błędem jest pospieszne wprowadzanie zbyt wielu postaci. Cóż, wyznam wstydliwie, że w prologu swojej pierwszej powieści na kilku kartkach mężnie opisałam całą kilkunastoosobową drużynę, która miała towarzyszyć bohaterowi w queście po Magiczny Durszlak. Jak się domyślacie, powieść nigdy nie ujrzała światła dziennego, Mirek Kowalski z wydawnictwa NOWA bez ogródek oznajmił, że nikt nie zdoła tej masy imion – przeraźliwie obco brzmiących, naturalnie – zapamiętać. Jeśli czytelnik ma podążyć za postacią, ten nie może pozostać zbiorem dziwacznie skonfigurowanych głosek. Jeśli bardzo szybko wprowadzamy tuziny bohaterów, nie uda się ich odpowiednio zindywidualizować.

Niezwykle irytujące jest również tworzenie – dużym nakładem słów oraz przestrzeni – bohaterów, którzy potem bez sensu przepadają w narracji. Jasne że w życiu tak bywa, że spędzamy z kimś kilka godzin w pociągu, znamy jego typ alergii, ulubione kolory, rozmaite pierwsze razy oraz żarcie, jakich się zatruł w wieku pięciu lat na urodzinach cioci Misi, a potem nie spotykamy delikwenta nigdy więcej. Powieść jednak zwykle nie naśladuje wiernie życia. Wiem, że możemy wymyślić rozmaite, fabuły chaotyczne lub przypominające gry losowe etc., ale tutaj mówimy o bardziej klasycznych narracjach. Powieść rządzi się pewnymi prawidłami, wewnętrzną logiką, która porządkuje wydarzenia; nie podejmuję się dyskusji, czy w prawdziwym życiu istnieje taki porządek, czy też rządzi nim kompletny chaos. W każdym razie jeśli wprowadzamy postać i obudowujemy ją jej własną historią, wówczas nie ma sensu zupełnie bez powodu ukatrupić jej kilkanaście stron dalej albo, co gorsza, całkowicie o niej zapomnieć. Te zapomniane postaci irytują mnie chyba najbardziej. Przebóg, jeśli chłopina wyrusza na Łysą Górę w towarzystwie dwóch krasnoludów i rudobrodego elfa, pies z kulawą nogą mu drogi nie zastąpi, o przerzedzeniu kompanii nie wspominając, to niechże nie dotrze tam samowtór albo w towarzystwie piersiastej ogrzycy. Z zabijaniem dobrze skonstruowanych postaci jest trudniej, bo czasami ma to sens (bezsens świata, nieprzewidywalność nieszczęścia – istnieje mnóstwo powodów). Trzeba jednak zastanowić się właśnie nad tym sensem, a nie w pewnym momencie nudzić się własną kreacją. I uwierzcie, że to znudzenie i brak całościowej koncepcji wbrew pozorom widać bardzo wyraźnie. Nad bohaterami trzeba panować.

A teraz bardziej szczegółowo o sposobach budowania postaci.

Język. Ludzie nie mówią w taki sam sposób. Każdy z nas, mówiąc, tworzy mimowolnie własną metrykę. Słownictwo odzwierciedla wychowanie, wykształcenie, upodobania i, tworząc charakterystykę postaci, należy się zastanowić, jak dalece jej język będzie zindywidualizowany. W języku odbijają się nasze wcześniejsze lektury, ale też w ogóle rozliczne teksty popkultury, funkcjonujące jako zapożyczenia, cytaty, metafory. W moim pokoleniu większość ludzi widziała, powiedzmy, Czterech pancernych i psa, pamiętam zresztą, jak zaskoczyło mnie odkrycie, że grepsami naszych dzielnych tankistów przerzucali się ochoczo Estończycy i Rosjanie. Istnieje wiele takich właśnie "dóbr wspólnych", czy to pokoleniowych, czy środowiskowych: nieznajomość tego kodu kulturowego mocno utrudnia porozumienie. Dlatego, tworząc postać, należy rozstrzygnąć, co było dla bohatera ważne, do czego może się odwoływać, a co będzie dla niego zupełnie obce. Ale to nigdy nie jest oczywiste. Dzieciak z robotniczej rodziny czasów najbardziej drapieżnego amerykańskiego kapitalizmu, porozumiewający się ze światem poprzez cytaty z Walta Whitmana, może się wydać na pierwszy rzut oka niewiarygodny, prawda? Michael Cunningham zrobił na tym koncepcie świetny tekst.

Język zmienia się w zależności od tego, z kim rozmawiamy. Często ludzie osuwają się w język grup, z którymi chcą się identyfikować – klną, udając mocnych ludzi, albo wchodzą w paranaukowy żargon, żeby podkreślić swoją intelektualną wartość. Jesteśmy językowymi kameleonami, dopasowujemy się, żeby być lepiej zrozumianymi albo żeby zaskarbić sobie akceptację czy podziw rozmówców. Im bardziej świadomie bohater posługuje się językiem, tym więcej jest różnych rozmówców, do których potrafi się dopasować. Innymi słowy, pokancerowany dzieciak z rodziny patologicznej raczej nie pogada jak równy z równym z lekarzem, który będzie mu wyjaśniał zasadę działania respiratora, do którego go zaraz podłączą. Chyba że akurat ma pamięć absolutną i zwyczaj grzebania na wysypisku śmieci, na które trafiają podręczniki medyczne z likwidowanej biblioteki akademickiej.

Działa to również w drugą stronę. Niektórzy nie czynią najmniejszych językowych ustępstw dla wygody rozmówcy i na przykład lekarz, rozmawiający z tymże dzieciakiem wyłącznie poprzez latynizmy, może tak robić z kilku powodów. Może być po prostu kiepski w komunikacji. Może profesjonalizować (tak, jak pojmuje tę profesjonalizację) tę relację, kryjąc się za bezosobowymi formułami. Może okazywać wyższość. Może zaznaczać swoją odrębność czy funkcję. Może wreszcie zgłaszać swoje votum separatum do świata. Mnóstwo przyczyn wpływa na to, jak w danej chwili mówimy.

Media sprawiają, że język bardzo mocno się teraz ujednolica. Tracą na znaczeniu zwroty, które kiedyś wpajano młodziankom do głów jako swoiste papierki lakmusowe dobrego wychowania (np. że w wyliczeniach typu "me and Bobby McGee" Bobby powinien znaleźć się na początku). Trudniej zgadnąć, gdzie mieszkał czy mieszka nasz rozmówca. Wciąż jednak istnieją gwary, żargony i regionalizmy. Poza tym większość z nas ma swoje ulubione zwroty, wplatane w wypowiedzi. Pamiętacie Cześnika dyktującego Dyndalskiemu list do Wacława? Właśnie o to "mocium panie" chodzi. Czasami jest to swojska "kurwa", innym razem naiwnie emigracyjne "eee", wplatane pomiędzy wyrazy, jeszcze innym "proszę ja ciebie", które w ustach współczesnego trzydziestolatka może sugerować mnóstwo rzeczy – wychowanie przez dziadków, chęć podkreślenia swego konserwatyzmu czy wreszcie wyobcowanie (jak widzicie, niektóre będą świadome, inne nie).

Strój. Krasnolud był wysoki na dwa łokcie, kaptur miał czerwony, obszyty lisim futrem, pelerynę brązową z najcenniejszego jedwabiu, na plecach przytroczony miecz dwuręczny, a na nogach wyplatane łapcie.

No, nie.

Pomijając już, że opis poprzez takie proste wyliczenie jest boleśnie powtarzalny i nudny, strój ma znaczenie wykraczające poza swobodny melanż atrakcyjnych elementów i jest to szczególnie ważne w dawnych czasach. Obecnie ubiór jest najczęściej demonstracją osobowości, jakiejś naszej wizji samych siebie. W przeszłości było zupełnie inaczej. Pewne materiały, pewne kolory, pewne elementy przyodziewku były zarezerwowane dla grup społecznych i określały status człowieka. Nie tylko jego zamożność, ale pochodzenie, stan cywilny, naturalnie płeć. Nie bez powodu renesansowe ustawodawstwo miejskie jest pełne zakazów i nakazów, co kto może nosić. Tak więc wiadomo, że ladacznice nie powinny wdziewać jedwabi oraz klejnotów, a Żydzi mają obowiązek przyozdabiać stroje hańbiącymi żółtymi opaskami. Ale nie jest to równanie z jedną niewiadomą, bo bogate kurtyzany nosiły, co chciały, a i zasobni Żydzi znali sposoby, by uniknąć rozlicznych ograniczeń.

Tu prosta zagadka – jak rozpoznać Judasza na wielu starych płótnach? Bo rudy jest, a rudzi, wszak wiadomo, przeniewierczy są i natury skłonni do zdrady. Niemniej często również po hańbiących elementach stroju, jakie narzucano Żydom. Jak powszechnie wiadomo, pozostali, poczciwi i prawowierni apostołowie nie mogli być Semitami.

Z kolorami jest równie skomplikowana sprawa, bo różne odcienie tej samej barwy mogą być w zależności od odcienia hańbiące lub zaszczytne (np. żółty jako kolor przypisany zdrajcom i królewskie złoto). Z tkaninami też kłopot, bo po pierwsze ludzie chcieli zawsze wyglądać na zamożniejszych i bardziej czcigodnych niż byli, więc naginali prawo, ile się dało, a po drugie, pojawiały się rozmaite podróbki.

Nie ma sensu rozwodzić się tutaj nad dawnymi strojami i symboliką barw, bo to ciekawy, ale i ogromny temat. Ważne jest, że nawiązując do pewnych epok trzeba starannie poznać – lub stworzyć, jeśli kraina jest wymyślona – dress code i operować nim w miarę świadomie. On nie musi być całkowicie spójny, bo też nigdy nie był. Ludzie zawsze popełniali gafy, maskowali ubóstwo lub napawali się nuworyszowskim przepychem. Musi zostać jednak przemyślany. Łapcie pasują do dwuręcznego miecza naprawdę wyłącznie na wyjątkowe okazje.

Symbole. Pisałam już o symbolice barw. Należy sobie zdawać sprawę, że pewne cechy mają znaczenie symboliczne, różne w zależności od kultury (np. biel może symbolizować śmierć lub wesele). Dlatego autor musi sobie zdawać sprawę, że bohater konsekwentnie przyodziany w czerń będzie budził pewne skojarzenia. Podobnie znaczące staną się cechy fizyczne, czysto przecież losowe. Otóż nie. Bardzo długo wierzono, że wygląd jest odbiciem wewnętrznej harmonii bądź jej braku. Brzydota stanowiła stygmat grzechów, które niejako zapisywały się na twarzach grzeszników (ten motyw zostanie później rozwinięty w Portrecie Doriana Graya Oskara Wilde'a). Nie bez powodu homeryccy bohaterowie są jasnowłosi i jasnoocy, a brudne szmaty, które niesie do prania królewna Nauzykaa, pozostają świetliste – jasność, świetlistość są atrybutami szlachetności również jeszcze później. To nie muszą być opisy faktycznego stanu, zamiast sprawozdania z rzeczywistości wchodzi myślenie symboliczne. Jeśli autor chce się w jakiś sposób odwoływać do przeszłości, z powodzeniem może wykorzystywać dawne techniki.

A propos dawnych technik: Nie wiem, jak się toto nazywa, ale literaturoznawcy pewnie usłużnie podpowiedzą. W dawnych tekstach pewne epitety są niejako na stałe przypisane pewnym osobom. Atena jest sowiooka (choćby głęboko spała), Zeus gromowładny (choćby przez przypadek zmienił się w bydlę pod Europą), a Odys przebiegły (nawet kiedy robi z siebie głupka). Te cechy stanowią o ich podstawowej naturze, dlatego pozostają niezmienne. To kolejna ciekawa technika.

Ale symbole nie sprowadzają się do prostych elementów opisu. Kolejną opcją jest wprowadzenie do narracji pewnych przedmiotów czy sytuacji, które będą charakteryzowały bohaterów nie wprost, ale właśnie symbolicznie. Tropienie tych wszystkich symboli jest utrapieniem na lekcjach polskiego, ale podczas pisania staje się tym lepszą zabawą, im bardziej skomplikowany jest motyw. Przykładów jest tu mnóstwo i mnóstwo tradycji, z jakich można czerpać. Muchy, które otaczają rojem bohatera, mogą się pojawić z przypadku, mogą wyczuć na nim resztki ścierwa, a mogą wreszcie symbolizować jego nieczystą, diabelską naturę. Czaszka pojawiająca się na grzbietach książek w pracowni maga może symbolizować nekromancję, śmierć, ale też przemijanie i ulotność ludzkich mozołów.

Można to rozgrywać jeszcze ciekawiej, wydaje mi się, że szczególnie przez akcje i sytuacje. Jeśli w pierwszej scenie pojawia się bohaterka – żeby było bardziej oczywiście, nazwijmy ją Fos – zapalająca lampę, o poranku widzimy ją wyruszającą po oliwę do lampy, jej narzeczony wyruszył na wojnę, to mniej więcej mamy jej charakterystykę. Nie trzeba opisywać duszoszczipatielnie jej dogłębnego uczucia do chłopiny, wystarczy napisać, jak wieczorami obchodzi całe domostwo i zapala lampy w oknach, a poza tym przesycić jej obecność w fabule symboliką światła. Na przykład w scenie w kościele włączyć czytanie fragmentu z Biblii o pannach mądrych i głupich; wrzucić jako motto fragment Psalmu 119 etc.

Aha, od razu dodam, że świetnie wyobrażam sobie wykorzystanie całej tej symboliki a rebours, czyli wprowadzenie przeniewierczej dziwki, która pod nieobecność narzeczonego sypia na prawo i lewo, zachodzi w ciążę, po czym wykrwawia się, usiłując ją pokątnie spędzić. Wówczas symbolika lampy i światła będzie stanowiła świetny kontrapunkt, ukazując wzorzec i stereotyp płciowy, który bohaterka łamie.

Tu urwę, bo dzień się zmierzcha i wypada pozostawić kilka sztuczek do następnego felietonu.
Zatem dobranoc!
"Jest późno i noc już bliska
spokojnie płynie Ren
i jarzy się krawędź urwiska
za którym gaśnie dzień"
.