Outpost 2
» Recenzje » Giganci ze stali

Giganci ze stali


wersja do druku

Nie da się rozbić Atomu

Autor: Redakcja: Kamil 'New_One' Jędrasiak

Giganci ze stali
Giganci ze stali, najnowszy film Shawna Levy'ego, znajduje się na szczycie listy box office. Pytanie: czy widownia posłuchała reklamowej zachęty? Czy dzieci poszły na ten film zobaczyć roboty, mężczyźni kupili bilet dla boksu, a kobiety dla Hugh Jackmana? Ja, prosta kobieta, przyznaję się bez bicia, że na to ostatnie odpowiedziałabym "tak". Tak, chciałam zobaczyć ten film ze względu na Hugh. A teraz się kajam, bo Giganci ze stali wcale nie Jackmanem stoją.

Jest rok 2020. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być po staremu. Moda nie uległa drastycznej zmianie, samochody ciągle poruszają się po asfalcie, nic nie wiadomo o żadnym kryzysie, epoce lodowcowej (ewentualnie globalnym ociepleniu) czy końcu świata. A jednak, coś się zmieniło. Otóż ludzie zostali wyparci z ringu przez roboty. Teraz maszyny są gwiazdami boksu, a ich ludzcy trenerzy stoją z boku z pilotem w ręku.

Jednym z takich trenerów jest Charlie Kenton (przewrotnie obsadzony w roli podłej postaci Hugh Jackman), który w starych, dobrych czasach – czyli nam współczesnym, ha! – sam bił się na ringu. Teraz wszystko mu się sypie, nawet jego robot, który podczas wiejskiego jarmarku przegrywa w walce z ogromnym bykiem. Kenton jest ponadto zadłużony u wielu ludzi na niebagatelną sumę kilkudziesięciu tysięcy dolarów. W samą porę udaje mu się jednak zobaczyć przysłowiowe światełko w tunelu. Szkoda tylko, że owo światełko zasłania mu jego własny, 11-letni syn Max (Dakota Goyo), którym Charlie przestał się przejmować w momencie jego poczęcia. Niestety, obaj Kentonowie są zmuszeni do trzymiesięcznego, wspólnego życia. A co się przez ten czas wydarzy, to już raczej łatwo zgadnąć.

Wprawdzie reżyserem Gigantów ze stali jest Shawn Levy, ale należy zwrócić również uwagę na osobę producenta, czyli Stevena Spielberga. Jak to u reżysera E.T. bywa, nieważne, z jakim gatunkiem filmowym mamy do czynienia, wątek rodzinny musi mocno dać o sobie znać. Ten film nie jest wyjątkiem; konflikt między trudnym ojcem a równie trudnym w pożyciu synem to główny motyw przedstawionej historii.

Panowie mają ze sobą wiele wspólnego: oprócz genów dochodzi jeszcze charakter i wspólne zainteresowanie boksem robotów. Z tym, że Charliego interesuje bardziej to, ile może na danej walce zarobić, tymczasem Max to prawdziwy pasjonat Młodszy Kenton – paradoksalnie – charakteryzuje się też bardziej zdroworozsądkowym podejściem do życia, niż jego rodzic, który, umówmy się, jest życiowym nieudacznikiem. Charlie marzy o wielkiej fortunie, której i tak nie potrafiłby spożytkować. Niestety (czy może stety), nie zarabia się wielkich pieniędzy robiąc równie wielkie NIC. Bohater przez cały film będzie się więc uczył od syna pokory i odpowiedzialności, by w finale zrozumieć sens powiedzenia "bez pracy nie ma kołaczy".

Giganci ze stali to także kolejny film w stylu "walka Dawida z Goliatem". Otóż, po stracie kolejnego (i to naprawdę "czaderskiego" robo-pięściarza), Charlie zabiera syna ze sobą na wysypisko, po części do nowej "bokserskiej maszyny". Tam, oprócz zwykłego złomu, Max znajduje także robota, którego postanawia przygarnąć. Atom, bo tak się zwie nowy przyjaciel Maksa, to przestarzały model, zaprojektowany do roli partnera sparingowego dla prawdziwych wojowników. Wydawać by się mogło, że nie ma w nim nic nadzwyczajnego – ot, stara maszyna, dobra do muzeum. Wystarczy jednak, by ktoś (Max) dał mu szansę i uwierzył w to, że Atom zdolny jest do rzeczy wielkich, o jakich nikt by go nie podejrzewał. Oczywiście nic od razu – by osiągnąć sukces, potrzeba pracy i wysiłku. Jednak wiara i wsparcie to, kluczowe kwestie na drodze do sławy i szacunku.

Biorąc pod uwagę filmy, które pokazują bunt maszyn przeciw ludziom, Giganci ze stali są ostatnią deską ratunku przed szaleńczym strachem wobec sztucznej inteligencji. W pewnym sensie, to ostoja normalności. Roboty wcale nie muszą czyhać na życie swych stwórców niczym potwór Frankensteina. Ciągle mogą służyć rozrywce, być wielkimi zabawkami dla dużych chłopców (dla małych też, jak widać). Co prawda kreuje się z nich gwiazdy, ale umówmy się: Barbie też jest celebrytką. Zabawka to zabawka, nieważne czy umie kopnąć z półobrotu, czy mówić "Mama!". Owszem, jest w Atomie coś takiego, że aż kusi, by nazwać to świadomością. Jednak jest to tylko odbicie jego właściciela, nie zaś ludzka jaźń.

Skoro o robotach mowa, to aż trudno uwierzyć, że w filmie, którego tytułowymi bohaterami są maszyny, efekty specjalne są tak nienachalne. Prawdziwe, materialne modele robotów widoczne są wtedy, gdy się nie poruszają. Kiedy natomiast walczą lub chodzą, zastosowana została technika rodem z Avatara, czyli "simulcam" motion capture, przy której użyciu za wzór ruchów posłużyły gesty legendarnego boksera, Sugar Ray Leonarda. Jasne, zabieg ten widać na ekranie, ale jest tego tak mało i bez narzucania się, że w dobie konwertowania filmów green screenów, After Effects itp. taki minimalizm pachnie wręcz nowością.

Giganci ze stali to iście Hollywoodzkie Kino. Komercyjna, gadżeciarska Rozrywka. Czyli to, co lubię najbardziej. Bez silenia się na nadzwyczajne efekciarstwo i bez artystycznego zadęcia, film Levy'ego jest dwugodzinną, fabularną bajką dla małych i dużych, rodem z "Fabryki Snów". Mamy tutaj Księżniczkę uwięzioną w wieży, czyli Evangeline Lilly w roli Bailey, właścicielki podupadającej bokserskiej sali treningowej. Jest Król, czyli Charlie, który na koniec odzyskuje koronę i zdobywa Księżniczkę. Max to spragniony miłości i zainteresowania ze strony ojca Mały Książę. Król i Książę mają wrogów, których muszą pokonać. Atom zaś jest odpowiednikiem magii w tej opowieści.

Jest również morał, ale tego już komentować nie będę – każdy odnajdzie w tym filmie (mam nadzieję) coś dla siebie. W każdym razie ma taką możliwość, ale czy z niej skorzysta, zależy wyłącznie od indywidualnego nastawienia i woli. Tylko dlaczego odmawiać sobie odrobiny luzu i relaksu przy lekkiej, filmowej bajce? Przecież kina między innymi dlatego nie mają okien, żeby nie patrzeć na szarą rzeczywistość na zewnątrz. Kupując bilet, kupujesz chwilę oderwania od świata codzienności. A to, jak daleko dasz się porwać, zależy tylko od Ciebie. Ja przepadłam…
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria


9.0
Ocena recenzenta
6.59
Ocena użytkowników
Średnia z 11 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Real Steel
Reżyseria: Shawn Levy
Scenariusz: John Gatins, Dan Gilroy, Jeremy Leven
Muzyka: Danny Elfman
Zdjęcia: Mauro Fiore
Obsada: Hugh Jackman, Evangeline Lilly, Kevin Durand
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2011
Data premiery: 14 października 2011
Dystrybutor: Forum Film



Czytaj również

2013: Top 5 filmów
Podsumowanie najlepszych filmów minionego roku
Logan: Wolverine
Pożegnanie z klasą
- recenzja
Chappie
Wszystko to już było, ale nadal bawi
- recenzja
The Last Days on Mars
Space zombies
- recenzja
Labirynt
Warto dać się porwać!
- recenzja
Cosmopolis [DVD]
Dziwny nie znaczy gorszy... ani lepszy
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Aesandill
   
Ocena:
0
Zgadzam się z recką, choć przez kilka głupotek(jak dzieciak wydobył i wrzucił na wózek robota?) w filmie IMHO nie zasługuje na 9.
Pozdrawiam
Aes
16-11-2011 08:24
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+3
Kolejny swietnie przetlumaczony tytuł :D
16-11-2011 08:29
Aesandill
   
Ocena:
0
Mówi więcej niż "prawdziwa stal", nie sądzisz?
Pozdrawiam
Aes
16-11-2011 09:25
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Właściwie w polskim tłumaczeniu ten tytuł od razu wyjaśnia o czym jest film, kto w nim gra i jak się skończy :)
Niesamowite!

Uwielbiam te wszystkie Tajemnice Syriusza (Screamers) Krwie Bohaterów (Salute of the Juggers), Smakosze (Jeepers Creepers)... itd.
16-11-2011 10:51
Siriel
   
Ocena:
0
Podziękuj dystrybutorowi. To zwykle jakiś mądry człek z działu marketingu wymyśla polski tytuł, "żeby się lepiej sprzedał".

A tłumacz ma tytuł narzucony, jak "Szklaną pułapkę" czy "Matrix". I później musi się biedzić z Supermenem. :)
16-11-2011 12:09
~plepleple

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Akurat Krew Bohaterów (The blood of heroes) to tytuł oryginalny pod jakim znany jest film o Juggersach :P
16-11-2011 21:18
Malaggar
   
Ocena:
+1
Gruszczy to tani hejter zaniżający ocenę.
16-11-2011 21:27
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@pleple
akurat dziwne, bo znam go jako "Salute of the Juggers".
16-11-2011 21:37
~plepleple

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Bo się zdarza, że film czy gra ma różne tytuły (UFO ---> X-Com, Another World --> Out of this world). Wyjątkowo więc w tym przypadku "Krew Bohaterów" nie została wzięta z czapy:

http://en.wikipedia.org/wiki/The_B lood_of_Heroes
17-11-2011 06:51
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
No tak, zdarza sie. Przytoczyleś argument wiki, wiec nie sposob sie kłócić. Tyle że na półeczce mam jeszcze VHSa wydanego przez Vision, gdzie jak byk stoi "Krew Bohaterów" po polsku i Salute of the Jugger po angielsku. Także ten tytuł pojawia się jako czolowka w filmie, choć lektor z przekonaniem czyta napis angielski jako krew bohaterów :).
O blood of heroes nie ma ani slowa.
Ale ok, sa dwa tytuły, a nawet więcej. Co nie zmiena faktu że filmy są w Polsce beznadziejnie tłumaczone z zasady.
Kiedy wrocilem do kraju i probowalem porozmawiać o paru nowszych filmach ze znajomymi, to był problem, bo gdy rzucałem angielskim tytułem, lub jego polskim tłumaczeniem, to nie wiedzieli o czym mowie w polowie przypadkow, chyba ze zaczalem opisywac fabułę.
Najlepszy ubaw miałem z "inglorious basterds" (nie mylić z "the inglorious bastards" z 1978, jakze celnie przetlumaczone zresztą jak "Bohaterowie z Piekła") czyli "bękartami wojny". Podobnie mialo się z kultowym "Kellys Heroes", o ktorym nikt w PL nie słyszał, bo tu wszyscy znają tylko "złoto dla zuchwałych".
17-11-2011 08:01
sirDuch
   
Ocena:
0
@zigzak generalnie to prawda, jest mnóstwo tytułów spartolonych/wymyślonych przez dystrybutorów. Jednak rozumiem ich kłopoty, bo czasem tytuł - jak np wspomniany 'Jeepers Creepers' - może się fajnie ogrywać w języku angielskim, zaś tłumaczenie 'na żywca' może przynieść bardzo mierny efekt, a nie zawsze można zostawić oryginalny niepolski wyraz (vide np. Avatar). Tak też rozumiem, dlaczego pierwszy Terminator pojawił się niegdyś na naszych ekranach jako 'Elektroniczny morderca'. Żeby nikt nie pomyślał, ze to film np. o uczniu szewca. Itd. Dziś, kiedy zachodnie znaczenie tego słowa pojawia się u nas na pierwszym planie może to śmieszyć, ale prawie 30 lat temu to nie było to takie oczywiste.
17-11-2011 10:51
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
No jak usłyszałem "Smakosz" po raz pierwszy to spadłem ze stołka, bo właśnie wyobrażałem sobie tłustego dżentelmena degustującego potrawy, a nie skrzydlate nitoperzowate coś co zżera ludzi :)
Ja tych kłopotów nie rozumiem, bo chocby głupi "Pożeracz" byłby lepszy niż "Smakosz".

Poza tym, jak widać po "Gigantach ze stali", to wciąż ten problem istnieje, pomimo że zachodnie znaczenie tego tytułu nie jest jakieś super skomplikowane czy niejasne.
17-11-2011 11:02
earl
   
Ocena:
0
@ zigzak

Odnośnie Twoich uwag dotyczących tłumaczeń tytułów, to zawsze przypominają mi się przekłady ze starych filmów, jak np. "Wirujący seks" (Dirty Dancing), "Elektroniczny morderca" (Terminator) czy "Wykidajło" (Road House).
17-11-2011 23:48

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.