» Skarbiec » Opowiadania » Gdzie Legion mówi dobranoc - The Highwaywomen

Gdzie Legion mówi dobranoc - The Highwaywomen


wersja do druku
Autor:
Gdzie Legion mówi dobranoc - The Highwaywomen
To, co się dzieje naprawdę nie istnieje
Więc nie warto mieć niczego tylko karmić zmysły

– Kuba Sienkiewicz


- Tak, panie? - Wysoki, przystojny mężczyzna uchylił kapelusza przed swym zwierzchnikiem.
- Trasa Carleon - Canguine -cierpko rzucił starszy człowiek. - Dwie bandytki. Jedna Montenka, druga Castillanka. Obie zlikwidować.
- Cóż to - młodszy uśmiechnął się. - Rabują bogatych i oddają biednym?
- Gdzie tam! Rabują bogatych, a pieniądze dają Kościołowi. Watycyńskiemu.
- Cooo?
- No, właśnie. Masz tu ich dossier - starszy mężczyzna podał młodszemu gruby plik papierów. - Tylko, Will, nie zawiedź.
- Bez obaw - uśmiechnął się zuchowato William, gładząc brodę przystrzyżoną a'la Jeremiah Berek. - W końcu to tylko kobiety.
- No, no...
"To 'no, no' Arthura okazało się prorocze" - pomyślał osłupiały Will, po przeczytaniu bogatego w szczegóły dossier Inez i Joan.

- Dobra, dobra, bez takich mi tu! - Rozeźlona Inez sprawnie założyła dźwignię szlachcicowi, który usiłował się wyrwać.
- Joan! Weź go uduś, bo mi się nie chce prochu na szlachetnego pana marnować! O... już będziemy grzeczni? - Zakpiła, gdy szlachcic nagle się uspokoił.


Inez była Castillanką, którą wygnano z kraju. Dlaczego - nie wiadomo. Wiadomo jednak, że wylądowała w Montaigne, gdzie spotkała Joan, parającą się oszustwami. Dołączyła do niej i przez pewien czas z powodzeniem zajmowała się wymuszeniami i ściąganiem długów, lecz gdy obie stały się nieco zbyt znane, (co nie było szczególnym osiągnięciem przy ich hulaszczym trybie życia) musiały szybko ewakuować się z Montaigne. Bardzo, ale to bardzo szybko.
A że pierwszy kapitan, który zgodził się zabrać je na pokład brał kurs na Avalon - cóż, żyć i nie pozwalać żyć innym można i w Avalonie!

-Ojej...Mon Dieu, chyba uderzyłam zbyt mocno - uśmiechnęła się kpiąco Joan, patrząc na leżącego na ziemi obok związanego i zakneblowanego woźnicy szlachcica.
- Czy ty doprawdy zawsze musisz ich tłuc w splot słoneczny? - Inez sprawnie wiązała kończyny wielmoży.
- Lubię - lakonicznie odparła jasnowłosa. - Prosto i skutecznie.
- Tak, a teraz musimy czekać, aż odzyska przytomność!


W odróżnieniu od Castillanki, życiorys Joan jest znany. Córka pirata i ladacznicy po rodzicach odziedziczyła skłonności do przestępczego światka. Mimo naturalnych predyspozycji, nie poszła w ślady matki ("przyjemność to przyjemność, nie mieszajmy w to pieniędzy..."), lecz zajęła się szarlatanerią i oszustwami. Trzeba przyznać, że łatwo dać się oszukać tak czarującej dziewczynie!
Od pierwszego spotkania poczuła w Inez bratnią duszę - ich duet zaś szybko zasłynął jako "zdolny do wszystkiego". W bardzo wielu aspektach, jak przyznawali niektórzy z dwuznacznym uśmiechem.

- No popatrz, obudził się nasz aniołek - Joan uśmiechnęła się lekko.
- W końcu! Myślałam, że będziemy tak czekać do wieczora - mruknęła cierpko Inez.
- Słuchaj, szlachetny panie - zwróciła się do szlachcica. - Nie chcemy cię okradać z cennego dobytku dewastując ten, jakże piękny, powóz - w oczach bogacza pojawiła się ulga.
- Weźmiemy więc cały powóz - ciągnęła spokojnie. - Ale nie martw się, gdyż jak tylko dotrzemy do Carleon, na pewno poinformujemy straż, że jakiś szlachetny pan został niecnie obrabowany i bezradnie czeka na pomoc...
- Mamy nadzieję, że rozumie pan, iż pańskie dobra posłużą zbożnym celom, gdyż przekażemy je natychmiast jako ofiarę Kościołowi Watycyńskiemu - dodała Joan. - Do zobaczenia więc przy innej, szczęśliwszej okazji!
Uśmiechnęły się słodko i odeszły. Szlachcic usłyszał jeszcze pełen dezaprobaty głos Castillanki:
- Co za czasy, żeby ludzie tak bez ochrony jeździli... przecież tu rabusie po lasach się kryją!


"Ładne muszą być" - uśmiechnął się do siebie Will, patrząc na portrety łotrzyc. Joan była postawną blondynką o brązowych oczach i czarującym uśmiechu pełnych warg, których kąciki były kusząco wygięte w górę - zdawało się, że dziewczyna składa pewną propozycję, którą wielu mężczyzn chętnie by przyjęło. Bujne włosy miała swobodnie rozpuszczone, opadały na kształtne ramiona. Dłonie Montenki były duże, lecz wąskie, o długich, szczupłych palcach. Inez była jej kompletnym przeciwieństwem. Drobna brunetka, której półdługie włosy opadały na twarz. Niejeden miał ochotę pieszczotliwie odgarnąć czarne lśniące pasma z drobnej, dziecinnej buzi o wiecznie jakby nadąsanej minie. Czerwone usta miała kapryśnie wydęte, ale w oczach skrzył się demoniczny błysk, żywo kontrastujący z dziecinnym wyglądem.
Nie da się ukryć - ten duet miał styl.

- Padre Jacobe? - Kobiece głosy rozbrzmiały śmiechem na plebanii niewielkiego kościółka. - Padre! Gdzie jesteś?
- Idę, moje dzieci, idę! - Zabrzmiał donośny, wesoły głos, a za chwilkę pojawił się padre Jacobe, pasterz niewielkiej Carleońskiej trzódki Kościoła Watycyńskiego. Był wysokim, postawnym mężczyzną o włosach koloru jesiennych liści i podobnej barwy oczach. Nie da się ukryć, że prezentował się bardziej jak awanturnik niż świętobliwy kapłan, zresztą, mało która kobieta patrząc na niego myślała o świętobliwych sprawach.
O dziwo, większość jego trzódki składała się z kobiet.
Inez i Joan podeszły do kapłana i przytuliły się doń ciepło. Objął je niedźwiedzim uściskiem i wycałował serdecznie.
- No, jak tam, koteczki, co dzisiaj macie?
- Powóz, Jacobe, powóz - Joan uśmiechnęła się i wyciągnęła wino z kredensu. Padre usiadł na krześle i, pieszcząc siedzącą mu na kolanach Inez, słuchał opowieści Montenki.
- Dobra, powóz przehandlujemy, a pieniądze wysyłamy do Eisen. Padre Vincent prosił o jakąś zapomogę. - Jacobe uniósł bez wysiłku Castillankę i posadził ją na stole. - Wy czekajcie, a ja pójdę załatwić sprawę powozu. Mam nadzieję, - głos stwardniał - że poinformowałyście straż o tym nieboraku? - Jasne, Jacobe, za kogo ty nas masz? - Oburzyły się dziewczyny, a padre uniósł wymowny wzrok ku niebu. Theus jednak widział i nie grzmiał, na szczęście zresztą dla samego Jacobe'a.


"Dlaczego jednak przekazują pieniądze Kościołowi? I to Watycyńskiemu?" - Will łamał sobie nad tym głowę od dobrej pół godziny, kiedy powóz zajechał do Carleon. Szybko udał się do gospody, gdzie miał zarezerwowane miejsce i, wciąż czytając dossier, zjadł ciepłą kolację. Nadal roztrząsając problem umył się pospiesznie i położył spać.

Jacobe ziewnął potężnie, czytając opasłe tomiszcze. "Dobra, tyle na dzisiaj, idę spać." Przeciągnął się i szybko rozebrał, jednocześnie odmawiając modlitwę. Chwilę po tym jak się położył, usłyszał pukanie do drzwi.
- No, co tam? - Spytał, słysząc chichot. Joan i Inez wślizgnęły się przez uchylone drzwi i wdzięcznie dygnęły. Były boso i w kusych koszulkach, odsłaniających wdzięki. Jacobe przewrócił oczami:
- Miłosierny Theusie, i Ty na to pozwalasz! No dobra, dobra, wskakujcie - z uśmiechem odsunął kołdrę. Dziewczyny ulokowały się po obu jego stronach. - Wy mnie strasznie wodzicie na pokuszenie - westchnął, oddając pocałunek Joan. - Nie - zmienił zdanie, z dłonią na biodrze Inez. - Wyście mnie już zwiodły.
Ani on jednak, ani obie dziewczyny, nie wyglądali, jakby się tym specjalnie przejęli.


Po szybkim śniadaniu, Will zaczął zachowywać się jak bogacz, który poszukuje najwytworniejszego powozu, najbardziej kulturalnego woźnicy i ogólnie największego splendoru, by dostać się do Canguine. Wszem i wobec oznajmiał, że planuje dobić w Canguine świetny interes, więc musi uważać, gdyż ma przy sobie dużo pieniędzy.
Wiedział naturalnie, że bandytki momentalnie zorientują się, że to łgarstwo grubymi nićmi szyte, miał jednak nadzieję, że ich dusze hazardzistek nie oprą się wyzwaniu. Liczył na to, że plotki o bogatym frajerze, który podróżuje do Canguine bez obstawy, osłabi ich czujność.
Miał całkowitą rację. Nie wiedział jednak - bo i skąd - o padre Jacobe.

- Dziewczęta - padre zdjął mokry płaszcz i popatrzył na swoje towarzyszki, sączące mszalne wino (wczoraj skończyło się inne) i grające w karty. Obie, jak zauważył padre, szachrowały niemiłosiernie. - Ktoś chce was ściągnąć w pułapkę.
Inez ostentacyjnie wzruszyła ramionami. Joan uniosła wzrok znad kart i uśmiechnęła się zmysłowo. Jacobe usiadł przy stole i łyknął wina, prosto z butelki.
- Koteczki, mówię poważnie. To jest tak oczywiste, że aż kłopotliwe.
- Czemu? - Joan odłożyła karty na stół i, oparłszy podbródek na dłoniach, wpatrzyła się w mężczyznę. Inez ziewnęła jak kot i oblizała wargi.
- Bo jeżeli jeden człowiek robi taki szum, to znaczy, że się nie boi. Jeżeli robi tę szopkę specjalnie dla nas, tym gorzej.
- Dokładnie, Inez - skinął głową Jacobe. - Dlatego nie wolno wam go lekceważyć.
Obie uśmiechnęły się lekko. Padre wzruszył ramionami.
-I dlatego ja pojadę z wami.


Will jeszcze raz sprawdził wyposażenie. Garota? Jest. Igły zamoczone w stężonych kroplach obezwładniających? Są. Sztylety? Są. Więcej nie potrzebował - był prawdziwym profesjonalistą. Wiedział, że żadna z pań nie używa łuku, zrezygnował więc z broni dalekiego zasięgu. Fakt, miały pistolety, ale ani razu z nich nie skorzystały, podczas całego dwumiesięcznego pobytu w Avalonie.
Odetchnął głęboko i uśmiechnął się. Czuł adrenalinę buzującą w jego żyłach, a to było najwspanialsze uczucie, jakie znał, w porównaniu z nim pieszczoty kobiet wydawały się mdłe. Przygładził strój nowobogackiego kupca i poprawił ułożenie pistoletu.
Był gotów do drogi i całkowicie pełen zwycięstwa. "No, drogie panie - pomyślał - skończyły się szczęśliwe dnie."
Wsiadł do powozu i zajął się podziwianiem widoków.

Joan ubrała nowouszyty komplecik - kremowa bluzka i ciemnozielone spodnie idealnie pasowały do jej subtelnej urody. Inez zaś wybrała białą tunikę i szare pończochy, opinające zgrabne nogi. Broń? Obie wzięły po parze pistoletów i kastety.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się zawsze stroicie - Jacobe pokręcił głową.
- Proste - Joan wplatała we włosy aksamitną wstążkę. - Rabujemy bogatych. Przez wzgląd na ich wysoką pozycję, staramy się wyglądać odpowiednio. Chyba lepiej być obrabowanym przez dwie urocze panny, niż stado obdartych łachmaniarzy - wydęła lśniące wargi.
- Mamy szacunek dla klienta - wymamrotała Inez z ustami pełnymi szpilek, którymi upinała włosy.
- Kobiety... - mruknął w osłupieniu Jacobe. Sam ubrany był w ciemną koszulę i spodnie, a przy boku miał szpadę.
Byli gotowi do drogi i pewni zwycięstwa. "No, panie chętny - pomyślała Joan - niedługo się panem zajmiemy."


Drzewa szumiały, koła powozu turkotały na często uczęszczanej trasie. Will oparł głowę na dłoni, zmrużonymi oczyma lustrując widoki za oknem. Był skoncentrowany. Czuł, jak po skroni spływa mu kropla potu.

Inez i Joan ciągnęły losy.
-Masz szczęście, kwiatuszku - Joan uśmiechnęła się widząc, że pociągnęła dłuższą słomkę. - Dla ciebie szlachcic, dla mnie woźnica.
Inez uśmiechnęła się kącikami ust.


Will oddychał głęboko. Był pewien, że rozbójniczki zaatakują na tym właśnie odcinku trasy - gęsto zalesionym i ciemnym nawet w słoneczne dnie... choć po prawdzie niezbyt wiele ich było w Avalonie.

Powóz zatrząsł się, gdy Joan zeskoczyła z drzewa na kozła i jednym kopnięciem w twarz zwaliła zeń woźnicę. Sprawnie ściągnęła cugle i zatrzymała konie. Zeskoczyła z kozła i podbiegła do leżącego mężczyzny. Zgrzytnęła zębami, gdy zobaczyła, że niechcący rozcięła mu twarz obcasem. "Taki był przystojny - pomyślała - a teraz do niczego już mi się nie przyda, bo oszpecony." Z rezygnacją obejrzała się, by zobaczyć, jak Inez radzi sobie ze szlachcicem i nagle zdała sobie sprawę, że już było po wszystkim, tylko ona - co za sierota! - wszystko przegapiła. Bo oto Inez leżała na ziemi, a nad nią pochylał się młody, co najwyżej trzydziestoletni mężczyzna o jasnych włosach.

Kiedy tylko Will poczuł, że powóz się zatrząsł, natychmiast otworzył drzwi i wyskoczył na zewnątrz. Ledwie podniósł się z ziemi naskoczyła na niego czarnulka, pewnie chwytając za ramiona i przewracając go na plecy. Nie próbował jej zatrzymać, zamiast tego wykorzystał impet uderzenia, by - przytrzymując za przedramiona - przewrócić ją na ziemię. Udało mu się, bo dziewczyna, choć zwinna, była leciutka. Oboje błyskawicznie zerwali się z ziemi i jak na komendę uśmiechnęli. Byli równie zwinni, Will był tylko cięższy - jedno i drugie o tym wiedziało, więc postanowił to wykorzystać. Zamarkował rzucenie się na dziewczynę, a gdy się uchyliła, przeskoczył nad nią, zgrabnie wylądował i błyskawicznie odwróciwszy się chwycił ją mocno za obie łydki i pociągnął do siebie. Gdy grzmotnęła zdrowo o ziemię, przygniótł ją ciężarem ciała i wyszeptał do ucha:
-A taka ładna byłaś...
-Stój w miejscu! - Krzyknął, widząc Joan. - Nie ruszaj się, bo inaczej ją zabiję. Uśmiechnął się widząc, jak Montenka posłusznie zamarła. "Kobiety - westchnął. - Rzadko kiedy obserwuje się taką solidarność. Jaka szkoda, że będę musiał je zabić."

W tym momencie pojawił się Jacobe, pełnym uprzejmego zdziwienia spojrzeniem mierząc całą scenę.
- Przepraszam, że przeszkadzam - zaczął.
- Ach nie, nie, nie szkodzi - uśmiechnął się Will, trzymając za kark Inez. - Pan w jakimś konkretnym celu?
- O tak, jak najbardziej - pokiwał głową padre. - Czemuż to napastuje pan bezbronne kobiety?
- Bezbronne? - Roześmiał się Will - Jasne! Takie bezbronne, jak i ja! Jacob uniósł brew z niedowierzaniem.
- Te dwie tutaj - wskazał Will na Joan - to łotrzyce, które napadają i rabują bezbronnych podróżnych. Trudno w to uwierzyć, wiem, ale cóż... piękno bywa zdradliwe.
- Mogę? - Jacobe zbliżył się do Willa sygnalizując, że chciałby przyjrzeć się leżącej. - No tak... - mruknął i uchylił się momentalnie, a pięść Willa minęła go o kilka centymetrów. Złapał ją i pociągnął, a zaskoczony napastnik przewrócił się na Inez, która jęknęła pod jego ciężarem
-Przepraszam - wymruczał odruchowo. Usiłował kopnąć Jacobe'a, ale ten zgrabnie uniknął uderzenia i, błyskawicznie dobywszy szpady, przyłożył ją do gardła Willa.
-Ani drgnij - zasugerował uprzejmie. Ciemne oczy Avalończyka mrugnęły. Inez znowu jęknęła.

-To się nazywa finta w fincie w fincie - stwierdził Will.
-Nie - poprawiła go Inez - to się nazywa "ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że ty wiesz".
Padre Jacobe i Joan milczeli, pijąc wino z prowiantu Willa. Siedzieli wszyscy na leśnej polance i spokojnie się posilali.
-Cóż, szlachetny panie, czegóż żądasz ode mnie w zamian za zachowanie mojego życia? - Will zawsze był bezpośredni.
Zapadła cisza. Jacobe bawił się winem w kieliszku i wyglądał, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
-Proste - odetchnął. Podjął decyzję. - Zdobędziesz dla mnie pewien drobiazg. Cenny drobiazg, naturalnie.
-Naturalnie - machinalnie odparł Will, patrząc na Inez, która szepnęła coś do ucha Joan. Zaśmiały się. - A jaki drobiazg?
-Syrnecki artefakcik - wyszczerzył zęby padre.
Dziewczęta zaśmiały się głośniej, widząc minę Willa. Jacobe też się roześmiał - wyobraził sobie minę mężczyzny, gdy powie mu skąd ma zdobyć ten artefakt.

-Szlachetny panie - Inez popatrzyła na Willa z uśmiechem. - Nadal uważasz, że jestem ładna?
Mężczyzna pokiwał głową, patrząc w milczeniu na kobietę. Cisza przedłużała się niezręcznie. Wreszcie Inez machnęła ręką.
-Jasne, Avalończyk. - Ujęła go pod ramię i zdecydowanie poprowadziła wzdłuż krętego korytarza. - Z wami nie da się inaczej.v -Gdzie idziemy? - Spytał mężczyzna. Castillanka obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem: czy on był naprawdę taki tępy, czy tylko udawał?
-Do mojej sypialni, a gdzie jeszcze...

-Co masz zamiar teraz robić, Jacobe? - Joan powoli szczotkowała swoje piękne włosy.
-Nie wiem jeszcze. Może pojadę do Inlandii.
-Inlandia? Hm... tam nas jeszcze nie było - uśmiechnęła się kobieta. -Chcecie ze mną jechać?
-Nie! - Roześmiała się. - Popracowaliśmy razem, miło było, ale nam się na razie nie spieszy stąd wyjeżdżać. Rabunek jest całkiem dochodowym zajęciem, a poza tym będziemy mieć oko na tego Willa. Po prostu, jeżeli kiedyś będziemy musiały zmykać, byłoby miło znowu się spotkać.
-Mi też byłoby miło - z galanterią zapewnił ją Jacobe, przytulając ciepło.

Dwa tygodnie później sir Artur Cavanagh poważnie się zdziwił, gdy doniesiono mu, że do bandytek na szlaku Carleon - Canguine dołączył mężczyzna o imieniu Will.


Ocena: 5 / 6



Czytaj również

Lars Ericsson
Łotr, zdradziecki kapitan statku z Vendel
Vista e Vita
Vodacciański scenariusz o poszukiwaniach, podstępie i miłości

Komentarze


~Scratch (Mateusz'ek, brat Kamila)

Użytkownik niezarejestrowany
    Podziwiam...?
Ocena:
0
Khem khem... Dlaczego dopiero TERAZ dowiaduję się o istnieniu tak genialnej strony? Wytłumaczysz mi przy kolejnym spotkaniu. ^_^

Swoją drogą "opowiadanie" (o ile można to tak nazwać) jest naprawde fascynujące! Dobra, kończe pisać, bo jeszcze długa lista przede mną.
20-11-2004 21:42

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.