» Skarbiec » Opowiadania » Gdzie Legion mówi dobranoc - Telenowela castillianska

Gdzie Legion mówi dobranoc - Telenowela castillianska


wersja do druku
Autor:
Gdzie Legion mówi dobranoc - Telenowela castillianska
Z cyklu Gdzie Legion mówi dobranoc prezentujemy telenowelę castillianską pióra Mony.Rezultat sierpniowej nudy. Zaśnieżony styczeń jest wprost wymarzoną porą na letnie romanse. Uwaga! Niezwykle wysokie stężenie harlequina.


***

Joanne obudziła Inez potrząsając ją za ramię. Czarnowłosa zamruczała i nakryła głowę kocem.
-Inez, wiadomość dla ciebie! - Krzyknęła jej do ucha zniecierpliwiona Montenka.
-Uaa.. - Wstrząsnęła się Castillanka. - No dobra, dobra, kogo do mnie Legion niesie?
-Nikogo - Joanne przeciągnęła się miękko. - Jakiś chłopak spytał się, czy mieszka tu niska czarnowłosa Castillanka o imieniu Inez. Powiedziałam, że tak, ale przyjmuje dopiero po południu, chyba, ze chodzi o wybitkę, na to on, że ma list zostawić.
-O... - Ziewnęła Inez. - No, to popatrzmy, co też ktoś chce ode mnie...
Urwała, patrząc na monogram odciśnięty na laku. Szybko rozerwała pieczęć i przebiegła wzrokiem list. Zbladła tak silnie, że przyjaciółka przestraszyła się:
-Inez, co ci... wody, brandy...?
-Nnie - nieswoim głosem wyszeptała dziewczyna. - Nic mi nie jest...
Joanne wyrwała jej list z ręki i przeczytała powoli. "Zawiadamiam panią, że Alvaro de Luna zginął w katastrofie statku 'Estrella del Sur'. Tym samym uznaję więź między nami za ostatecznie zerwaną. Aristi de Luna"

Księżyc w pełni... jakże jest piękny, złota kula na granatowej płachcie pełnej gwiazd, z których każda nosi czyjeś pragnienia i sny. A cóż jest piękniejszego, niż taka noc spędzana z ludźmi, którym ufasz?
Ciemnowłosa dziewczyna uśmiechała się tak lekko, że w księżycowym świetle trudno było zgadnąć - prawdziwy to uśmiech czy tylko złudzenie. Drobne palce tańczyły po strunach gitary, jedynej pamiątki z Castille, jaka Inez pozostała. Joanne i Will leżeli w posłaniu przy ognisku, przytuleni i zasłuchani.
Inez grała dla nich castillańskie kołysanki. Niskim, spokojnym głosem śpiewała o miejscu, z którego ją wygnano, a które nadal, jak każdy jej rodak, kochała całą miłością swojego gorącego, castillańskiego serca.
Gdy skończyła, Joanne i William spali, oddychając równo i spokojnie. Gdyby któreś z nich się obudziło, dostrzegłoby w uśmiechu Inez gorycz i smutek.
Spadająca gwiazda zalśniła na niebie.

Dwudziestoletnia Inez stała na pokładzie "Marii Luizy", statku, który zabierał ja do Montaigne. Mocno zaciskała palce na burcie, zagryzała wargi, by nie wybuchnąć szlochem. Wpijała spojrzenie w ziemię, której nie miała już ujrzeć...
Wiatr zawiał jej czarne loki na twarz, lecz ich nie odgarniała. Stała, wpatrzona w castillański brzeg, dopóki nie zniknął jej z oczu.

Will pił herbatę, w zamyśleniu patrząc na kobiety siedzące bez ruchu nad pustym pergaminem. Joanne machinalnie przygryzała złoty lok owinięty dookoła palca, Inez utkwiła nieruchome, kocie spojrzenie w niedalekim mrowisku. Cała trójka milczała.
-Bors MacAllister. - Inez sięgnęła po pióro i zapisała imię i nazwisko najlepszego avalońskiego wywiadowcy, - który posiada coś, co mamy zdobyć. - Do nazwiska dorysowała strzałkę, na końcu której dopisała "skarbuś". Pokiwała głową.
-Medalionik duży nie jest - włączyła się Joanne, rysując na pergaminie owal wielkości zaciśniętej pięści. - Ma to swoje minusy i plusy, trudno będzie paskudztwo znaleźć, ale łatwo będzie go ze sobą wozić.
-Chyba, że w jakiś sposób rezonuje z magią - dodał Will, natychmiast obdarzony dwoma niechętnymi spojrzeniami. Nie rezygnował jednak.
-Może akurat jest to coś, co pomaga czarnoksiężnikom i oni świetnie wyczują obecność medalionu? Jeżeli tak, to co?
-To będziesz nas bronił - cierpko rzuciła Castillanka, ziewając i po kociemu pokazując ostre ząbki.
-Mamy pudełko ze stali kutej na zimno - wyjaśniła nieco milszym tonem Montenka. - Nawet, jeżeli nie ograniczy to jakiejś dziwacznej emanacji medalionu, to żaden wasz czarnoksiężnik ani żaden Sidhe, nie zobaczy, co jest wewnątrz.
-Miejmy nadzieję - mruknął Avalończyk.

Słońce zachodziło, Will wrócił z drwami i zabrał się za rozpalanie ogniska, jednym uchem słuchając gorączkowych półgłosów kobiet. Nagle rozbrzmiał krzyk Joanne:
-Jestem genialna! Genialna!
Spojrzał na koc, na którym dziewczęta obmyślały sposób zdobycia syrneckiego artefaktu dla Jacobe. Joanne z triumfalnym uśmiechem przybrała napuszoną pozę zwycięzcy. Inez uniosła lekko brew, prosząc przyjaciółkę, by uzasadniła swoją ekstrawagancką hipotezę. Joanne z uśmiechem wyjaśniła swój plan, a gdy skończyła, Will i Inez zgodnie pokiwali głowami z wilczymi uśmiechami. To był dobry pomysł, a jego prostota powinna zmylić nawet tak starego wygę jak Bors MacAllister.
Wiele lat później Joanne miała przeklinać ten pomysł, który zmienił losy jej przyjaźni z Inez. Bo gdyby to nie Inez miała ukraść artefakt, wszystko potoczyłoby się inaczej. Decyzja jednak została podjęta i klamka zapadła.
Wystarczy kilka słów, by zmienić przeznaczenie człowieka, a niektórzy twierdzą, że nie potrzeba do tego vodacciańskiej Wiedźmy. Wystarczy wypowiedzieć niewłaściwe życzenie w złą godzinę - takie słowa najczęściej się spełniają...

-Nie mogła zrobić tego specjalnie, na Theusa! - Matka Inez drżała, przytulając córkę. Inez siedziała spokojnie, z nieruchomą twarzą, ze spojrzeniem utkwionym w twarzy Alvaro. On jednak nie patrzył na nią, milczał, daleki, obojętny.
-Fakty są faktami, Mario - surowo orzekł ojciec, przy potakujących pomrukach starszawego już dona Aristi de Luna. - Nasza córka okazała się być zwykłą morderczynią. Sprawiedliwość nakazuje w tym wypadku...
-Oddanie jej w ręce męża - sucho przerwał Alvaro. Inez spuściła wzrok.
-Khm... Tak, właśnie - chrząknął ojciec. - I co masz zamiar zrobić z morderczynią twojego brata?
Inez wlepiła wzrok w splecione na podołku dłonie, czując, jak otwiera się pod nią przepaść, gdy głos jej męża, który tyle razy słyszała nabrzmiały radością, sucho i rzeczowo wydaje na nią wyrok. Uniosła jednak głowę, patrząc z dumą godną Castillanki. Z nieprzeniknionym obliczem słuchała słów, które miały stać się jej przeznaczeniem:
-Wyjedź z Castille, Inez de Luna. Nigdy nie używaj mojego nazwiska. I nigdy nie śmiej wracać.
-I obyśmy nigdy się nie spotkali - dodał chrapliwym szeptem.
Nigdy, nigdy, nigdy...Słowa, które miały dźwięczeć w jej uszach przez wiele samotnych nocy...

-Dzień dobry - Michael Comb, rządca majątku sir Borsa MacAllistera, zwrócił się do dwójki przybyszów, czekających na niego w ciemnym korytarzu. - Państwo mają do mnie jakąś sprawę?
-Tak, proszę pana, to sprawa związana z przyjęciem planowanym przez pana MacAllistera. Chcielibyśmy uświetnić bankiet naszymi skromnymi umiejętnościami.
-Aah... artyści?
-W pewnym sensie.
-Proszę więc za mną, porozmawiamy przy herbacie.
Comb podreptał w głąb domostwa, prowadząc dwójkę nieznajomych. Wprowadził ich do niewielkiego pokoiku i zaproponował herbatę, za którą przybysze uprzejmie podziękowali. Bystre oko rządcy z zadowoleniem oceniło urodę złotowłosej kobiety, ubranej skromnie, lecz gustownie. Z równą aprobatą zlustrował mężczyznę, postawnego i przystojnego, ubranego surowo i zapewne lekceważącego coraz modniejsze obecnie koronki i żaboty, których on, Michael Comb, nie był w stanie znieść. Przeto uprzejmie zapytał o cel wizyty.
-Nazywam się William Bryant, a to moja kuzynka, Joan - złotowłosa skinęła głową, uśmiechając się wdzięcznie. - Zarabiamy na chleb organizując uliczne występy, ale zajmujemy się także przedstawieniami zabawiającymi szlachetnie urodzonych na ich przyjęciach. Sama możliwość wystąpienia na bankiecie u tak szanowanego człowieka, jakim jest pan MacAllister, byłaby dla nas zaszczytem.
Michael Comb pokiwał głową z uznaniem: ten młody człowiek wiedział, gdzie jest jego miejsce i umiał odpowiednio wyrażać się o ludziach znaczniejszych od siebie.
-A jakież są wasze przedstawienia?
-Udajemy rabusiów - uśmiechnęła się lekko kobieta. - Podczas któregoś z posiłków pozorujemy rabunek... Naturalnie, gramy tylko, ku rozrywce szlachetnych pań i panów.
-Hmm... - zmarszczył brwi Comb. - A jaką mogę mieć gwarancję, że to tylko udawanie?
Oboje uśmiechnęli się:
-Proszę - mężczyzna podał arkusz papieru. - Oto rekomendacje od ludzi, na których przyjęciach odgrywaliśmy takie scenki.
Rządca pokiwał głową.
-Rozumiem... a jaka jest państwa cena?
-Mówiłem już, że zaszczytem dla nas jest sama możliwość pokazania się panu MacAllisterowi, pieniądze będą dla nas mile widzianym dodatkiem, a ich sumę pozostawiamy pańskiemu uznaniu. Nie śmielibyśmy się targować w domu tak szlachetnego pana...
Michael Comb uśmiechnął się szczerze. Ta dwójka naprawdę mu się spodobała.
-Cóż, zatem jesteście zaangażowani.
Joanne i Will pochylili głowy, ukrywając cyniczne uśmiechy.

-I jak wam się tu żyje, Inez, spokojnie i szczęśliwie? - Przystojny mężczyzna uśmiechnął się zawadiacko patrząc na dziewczynę obierającą nożykiem jabłko. Skrzywiła twarz w uśmiechu.
-Z pewnością dużo spokojniej i szczęśliwiej niż wyobraża to sobie większość ludzi, Domingo.
Roześmiał się, jakby powiedziała coś dowcipnego, a Inez zerknęła na niego z niechęcią. Domingo był jej szwagrem i tylko dlatego tolerowała jego obecność. Normalnie dawno wyrzuciłaby tego zadufanego fircyka za drzwi. W dodatku pozwalał sobie w stosunku do niej na zbyt poufałe - nawet jak na jej dość swobodny gust - zachowanie.
-Masz coś do powiedzenia, czy tylko przyszedłeś grać mi na nerwach? - Obrzuciła szwagra spojrzeniem zazwyczaj zarezerwowanym dla poborców podatków. Domingo zabłysnął w uśmiechu olśniewająco białymi zębami. Mimo, że starszy od Alvaro o jakieś trzy lata, wyglądał znacznie młodziej z twarzą bez śladu zmarszczek i blizn.
-Nie ma małego Alvaro? - Inez prychnęła; Alvaro był wyższy od swojego brata i przymiotnik "mały" naprawdę do niego nie pasował.
-Al wyjechał rano, o czym doskonale wiesz, jako, że mówiliśmy ci o tym przy wczorajszej wieczerzy. Trzeba było wstać wcześniej, a nie wylegiwać się do południa - "a teraz idź sobie i odczep się ode mnie", zabrzmiało w jej tonie.
-Cóż, pozwoli mi to na spędzenie z tobą kilku miłych chwil - stwierdził mężczyzna. Inez najeżyła się. - Chętnie skosztowałbym twojego jabłuszka.
-To moje jabłuszko i nie dzielę się nim z byle kim - wzruszyła ramionami.
-Może jednak?- Przysunął się bliżej.
-Słuchaj, człowieku - pogroziła mu nożykiem dziewczyna. - Odczep się ode mnie, albo wszystko powiem Alvaro i...
-I co? - Domingo zaśmiał się cynicznie. - Myślisz, że ci uwierzy? Daj spokój, odłóż ten nożyk, pokażę ci, co znaczy prawdziwy mężczyzna...
Inez zdenerwowała się nie na żarty. Ilekroć później usiłowała przypomnieć sobie szczegóły, pamiętała tylko rzucającego się na nią Domingo i jej nieznaczny ruch ręką. Ręką trzymającą nożyk.
Zwykły, krótki nożyk do owoców nie jest w stanie zrobić komuś większej krzywdy, przynajmniej dopóki nie podcina się nim czyjejś grdyki.

Inez zerwała się ze snu, zlana potem, ciężko łapiąc oddech. Obrzuciła jeszcze nieprzytomnym spojrzeniem otoczenie i westchnęła. Noc, księżyc w pierwszej nocy po pełni, dogasające ognisko, obok ciepło śpiących Willa i Joanne. Ukryła twarz w dłoniach. Poczuła na głowie ciepło czyjejś ręki. Will.
-Co jest, mała, nie śpisz?
-Miałam zły sen i się obudziłam.
-Cauchemar? - Zaspany głos Joanne.
-Mhm. Śpijmy dalej. Jutro czeka nas ciężki dzień, przyjęcie u chwilowego właściciela naszego skarbusia.

-Idee jest taka. My z Willem odstawiamy szopkę, ty, mała, robisz włam. - Joanne pudrowała sobie twarz. - Jeśli MacAllister ma skarbusia przy sobie, zwijamy go my, jeśli nie, zwijasz go ty.
-Wiem, kwiatuszku - Inez leżała na łóżku w maleńkim pokoiku, jedynym, jaki mogli dostać w gospodzie "Pod Czarnym Szponem".
Will z uśmiechem przymierzył czarną półmaskę zasłaniającą górną część twarzy.
-Pasuje do pelerynki? - Wdzięczył się, parodiując stereotypowego Montenczyka. Dziewczyny roześmiały się.
-Jak wyglądam? - Joanne okręciła się przed Inez, która otaksowała ją wzrokiem. Suknia podkreślała smukłość figury Montenki, ciemnofiołkowa barwa rozjaśniała delikatny koloryt karnacji, dyskretny makijaż uwydatniał urodę.
-Pięknie - Inez uśmiechnęła się szczerze. - Tylko jeszcze trochę biżuterii... - Dobrała przyjaciółce kilka drogocennych drobiazgów.
-A, właśnie, tak mi się przypomniało - Will zawadiacko podkręcił sobie wąsika. - Dlaczego nigdy nie nosisz biżuterii?
-Mam pierścionek - Castillanka ze zdziwieniem machnęła prawą ręką. - A innej po prostu nie lubię.
-No - sapnęła, gdy uznała, że oboje prezentują się co najmniej profesjonalnie do odgrywanych ról. - Połamcie nogi, skarby.
-Ty też, maleńka - uśmiechnęli się Montenka i Avalończyk.

Gdy Joanne i William wchodzili do domostwa Borsa MacAllistera, Inez zręcznie wspięła się po ogrodzeniu i bezszelestnie przekradła do ściany domu, w której jaśniał prostokąt okna gabinetu MacAllistera. Jak kot wdrapała się po bluszczu i przyczaiła przy oknie, znajdując oparcie dla stóp na balustradzie. Uspokoiła oddech i skupiła uwagę na hałasach dochodzących z wewnątrz. Miała czas. Bankiet był wydawany na zewnątrz, więc słyszała śmiech i rozmowy. Kiedy przyjaciele wkroczą do akcji, strzelą z pistoletu. Wtedy dopiero ma zacząć działać. Mimowolnie powróciła do wspomnień przed siedmiu lat, a zazwyczaj pogardliwie wygięte usta rozjaśnił ciepły i smutny uśmiech.

-Tnij, tnij, kobieto! Na co czekasz?! - Krzyk Alvaro rozbrzmiał na dziedzińcu. Inez zawirowała w piruecie i pchnęła, jednak mężczyzna z łatwością odbił ostrze jej rapiera. Uśmiechnęła się, zdyszana, odgarniając z czoła czarne kosmyki. Alvaro również się uśmiechnął, chowając rapier.
-Lepiej, mała. Lepiej. No, starczy na dziś, chodźmy coś zjeść. Gabriela przygotowała na kolację vodacciańską sałatkę.
-Świetnie! - Inez przeciągnęła się, aż zatrzeszczały jej stawy. - Uwielbiam!
-Wiem, ze uwielbiasz - parsknął. - Gabriela też wie.
Objął piętnastolatkę i poprowadził w stronę łaźni, wytykając jeszcze niektóre błędy, jakie zauważył w trakcie treningu. Inez kiwała głową. Szybko umyli się przed wieczerzą i w doskonałych nastrojach poszli do kuchni - nie przepadając za samotnymi posiłkami w jadalni, woleli jeść ze służbą.
Po kolacji jak zwykle rozsiedli się we wspólnej sypialni, gdzie grali na gitarach lub czytali książki. Tym razem Inez zabrała się za szlifowanie ballady, którą ułożyli kilka dni temu, a Alvaro pisał listy do ojca.
-Ojciec dopytuje się, jak nasze małżeństwo - ziewnął mężczyzna. Inez odłożyła instrument i fuknęła jak rozdrażniona kotka.
-A jak ma być? Normalne małżeństwo, gdzie mąż jest dwa razy starszy od żony.
-Bardzo ci to przeszkadza? - Castillańczyk pracowicie kaligrafował list, pozornie nie zwracając na nią uwagi.
-Nie - uśmiechnęła się nieznacznie Inez. Cicho podeszła do męża i oplotła mu szyję ramionami. Pieszczotliwie pogładził ją po rękach. Przeczesała jego półdługie włosy i oblizała nagle spierzchnięte wargi.
-Siwiejesz - zauważyła lekko zmienionym głosem. Wzruszył ramionami. Cisza, która nagle zapadła, przygniotła ich niemal fizycznie.
-Pójdę do łóżka - szepnęła. Skinął głową.
-Zaraz przyjdę.

-Dlaczego nie wziąłeś sobie żadnej kochanki? - Inez leżała w koszuli, odrzuciwszy koc, zupełnie nieprzydatny w czasie castillańskich parnych nocy. Alvaro oparł głowę na ręce i patrzył na jej rysującą się w półmroku sylwetkę.
-Mam żonę. - W stłumionym głosie Inez nie doszukała się sarkazmu. Obrzuciła go szybkim spojrzeniem.
-A żona nie spełnia małżeńskiego obowiązku.
-Nie, nie spełnia - odparł ze spokojem.
-I? - Z wyczekiwaniem zapytała dziewczyna.
-I co chcesz usłyszeć? - Sarkastyczny uśmiech wykwitł na wąskich wargach. - Że czekam? Że za moją cierpliwość powinienem zostać uznany za męczennika? Że jak się zaraz nie przykryjesz kocem, to zrobię coś, czego później pewnie będę żałować?
-Co zrobisz? - W szepcie Inez zabrzmiała nuta prowokacji.
Mężczyzna pochylił się na nią i powoli pocałował, długo i starannie smakując jej usta. Zarzuciła mu ramiona na szyję, przyciskając się do niego. Oddawała pocałunki, rozwiązując jednocześnie jego koszulę i drżąc pod dotykiem szorstkiej dłoni. Rozebrali się szybko i patrzyli na siebie z dziwnie wygłodniałym uśmiechem, który starły pierwsze pocałunki. W pośpiechu, jak gdyby miał to być ich ostatni raz, dotykali się z coraz większą śmiałością, aż Alvaro roześmiał się szczerze:
-Zachowuję się jak młokos, wybacz.
-Co mam wybaczać? - Zamruczała Inez, lecz zaraz westchnęła, gdy mężczyzna powoli i spokojnie zaczął pieścić jej ciało, delikatnie, jakby bał się zetrzeć księżycowy blask z jej lśniącej od potu skóry. Wąskie wargi dotykały każdego skrawka drżącego ciała, dłonie Castillańczyka muskały lekko opaloną skórę, powodując dreszcz i kolejne westchnienie.
-Czekałem - głos mężczyzny był bardzo niski i chrapliwy. - A teraz mam zamiar należycie rozpocząć nasze małżeństwo.
To był dobry początek, zaiste.

Michael Comb z uznaniem obejrzał dwójkę "artystów". Skinął głową i wskazał im niewielkie, wygodnie urządzone pomieszczenie.
-Tu dostaniecie jedzenie, a kiedy nadejdzie czas, zawołam was. Dobrze?
Skinęli głowami.

-Spokój? - Bors MacAllister otworzył cicho drzwi i zwrócił się do leżącego na łóżku mężczyzny.
-Tak, sir, absolutny spokój - głos był niski i sarkastyczny. - Mam na wszystko oko, tak, jak powiedziałem. Umowa to umowa.
-Racja - skinął głową MacAllister. - Wrócę na przyjęcie, by nie było żadnych wątpliwości. Nie spodziewam się wprawdzie, by ktoś stosował tak prymitywne sposoby, by odwrócić moją uwagę, lecz strzeżonego Theus strzeże.
Trzasnęły zamykane drzwi. Zaskrzypiały sprężyny łóżka, gdy mężczyzna wstał. Cicho podszedł do okna.
-Uratowałem ci życie. Miej więc tyle odwagi, by mi się pokazać.
Inez bezszelestnie wyszła z bluszczu gęsto oplatającego mur. Stanęła na szerokim parapecie i spojrzała na stojącego niżej człowieka. Księżyc oświetlał jego twarz, znajomą, tak bardzo znajomą, że niemal straciła równowagę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
Wysoki i szczupły, jak zawsze. Trzymał się nadal prosto, choć musiał być już pod czterdziestkę, biorąc pod uwagę dzielące ich piętnaście lat różnicy. Półdługie, spięte na karku czarne włosy nosiły znaczne pasma siwizny. Twarz, przedwcześnie postarzała, poznaczona bliznami i szramami. Przenikliwe spojrzenie brązowych, zimnych oczu, orli nos i mocno zarysowane usta o wąskich wargach miały lekko uniesiony lewy kącik, nadający twarzy wyraz szyderczego dystansu.
-Zejdź - w głosie brzmiał rozkaz, którego usłuchała, jak zawsze. Zeskoczyła z parapetu do pokoju, opuszczając głowę i modląc się, by jej nie rozpoznał. On jednak uniósł jej podbródek, chcąc przyjrzeć się, jakiegoż to ptaszka przyłapał...
W ciszy można było usłyszeć tylko przyspieszone oddechy. Brązowe oczy mężczyzny straciły na kilka chwil przejmujący chłód. Czarne oczy Inez zwilgotniały, zamrugała szybko powiekami. Powoli, z oporem, mężczyzna uniósł rękę i jakby bezwolnie dotknął policzka dziewczyny.
-Inez - powiedział z widocznym wysiłkiem ochrypłym szeptem.
-Al. - Głos Inez był tak cichy, że z trudnością dochodził do jej własnych uszu. - Mówiono mi, że nie żyjesz. Mówiono mi... - reszta zdania zamarła, gdy Castillańczyk przytulił ją mocno do piersi.

W szelest toalet i gwar rozmów wdarł się głuchy strzał, a zaraz po nim na stół wskoczył - niczym demon z Otchłani - wysoki zamaskowany mężczyzna.
-Piękne panie, szlachetni panowie - w nienagannym avalońskim odezwał się ubrany na czarno człowiek. - Prawdziwym dla nas zaszczytem jest spotkanie tak wysoko urodzonych ludzi.
-O, zdecydowanie - dopiero teraz zwrócono uwagę na stojącą obok MacAllistera kobietę. Sam Bors drgnął zaskoczony, słysząc miły sopran przy swoim uchu. Kobieta posłała mu dłonią całusa i zdjęła z jego szyi ozdobny naszyjnik. - Pozwolimy sobie zatem na zachowanie kilku drobnych pamiątek. Nie! - Ostro zwróciła się do kobiety, która chciała zerwać się z krzesła. - Ani drgnij, szlachetna pani, inaczej ten łotr strzeli!
W istocie, zamaskowany mężczyzna mierzył do towarzystwa z dwóch pistoletów uśmiechając się z wyrachowaniem.

-Co ty tu robisz, Al?
-Pracuję.
-Po co?
-Na życie.
-A Castille?
-Nie ma już mojej Castille. Nie mam po co wracać. A ty, Inez? Po co Legion cię tu przywiał?

Kobieta sprawnie zdejmowała klejnoty, którymi ozdobili się arystokraci, drżący lekko ze strachu. Zamaskowany mężczyzna przechadzał się wzdłuż stołu, na każdy szmer reagując wymierzeniem pistoletu.
Gdy Joanne zebrała zadowalającą ilość błyskotek, Will zeskoczył ze stołu i ukłonił się dwornie.
-Panie i panowie, dziękujemy za waszą łaskawość - lekka ironia zabrzmiała w jego głosie. Kobieta skłoniła się równie dworsko:
-Jesteśmy nią zaszczyceni.

-Ten medallón? - Alvaro zdjął z szyi naszyjnik. Inez uśmiechnęła się z wysiłkiem i skinęła głową. Wzięła artefakt i niedbale wsunęła do kieszeni. Wyjęła strzałkę z grotem w zielonej pochewce.
-Usypiające? - Znowu skinęła głową. Mężczyzna uśmiechnął się.
-Pamiętaj, masz u mnie dług. Spłacisz, gdy zażądam.
-Spłacę, gdy zażądasz - głos dziewczyny zadrżał, odwróciła wzrok. - Spłacę, Alvaro de Luna. Kiedyś, gdy będę mogła wrócić...
-Nigdy nie będziesz mogła wrócić - przerwał jej. - Nigdy. Dopilnowali tego.
Opuściła głowę, powstrzymując szloch.
-Ale ja też nie wrócę. Zamieszkam gdzieś, daleko od wszystkiego. I kiedy już będę sam, zawołam cię, Inez, byś spłaciła swój dług.
-Usłyszę cię. - Inez podniosła głowę i skierowała spojrzenie za okno. - Nie wiem tylko, czy nie będzie za późno...
-Nigdy - na twarzy mężczyzny nie było śladu uśmiechu, lecz jego głos złagodniał. - Nigdy nie będzie za późno.
Położył się na łóżku i podłożył ręce pod głowę. Wyglądał, jakby spał. Dziewczyna załadowała pistolet strzałkowy, cofnęła się pod okno i wymierzyła w jego udo. Pociągnęła za spust i spokojnie podeszła do Castillańczyka. Patrzył na nią z niewzruszonym spokojem.
-Wiesz, Al...
-Wiem - przerwał jej z uśmiechem. - Ja też za tobą tęsknię i...
Dziewczyna zamknęła mu usta rozpaczliwym pocałunkiem.

-Panie MacAllister! Żądam natychmiastowych wyjaśnień, jak takie zajście mogło mieć miejsce w pańskim domu!
-Moje klejnoty warte były tysiące gilderów! (Akurat, szepnęła Joanne do Willa, ta stara prukwa ma naszyjnik z tombaku i kolorowych szkiełek!)
-Panie MacAllister... - kolejne pełne pretensji pytanie przerywa strzał. Z krzaków wychodzi zamaskowany mężczyzna i jego towarzyszka, oboje mają na twarzach uśmiechy.
-Dostojne panie, szlachetni panowie - skłania się William. - Spieszymy powiedzieć państwu, że ich klejnotom nic się nie stało. Mamy je tutaj, całe i bezpieczne.
-Cały ten zamęt grą był jedynie, ku waszej rozrywce - uśmiech złotowłosej jest zniewalający. - Mamy nadzieję, że poczuliście dreszcz emocji, który teraz, z perspektywy chwili, jest ożywiający.
Kilku wielmożów odpowiada uśmiechami.
-No, MacAllister, a to nam numer wyciąłeś! - Rubasznie śmieje się starszy Szot. - Przyszliśmy na kolejne nudne przyjęcie, a tu proszę, proszę!
-Zaskoczyłeś nas, przyjacielu - uśmiecha się postawna kobieta. Gospodarz kiwa głową z aprobatą.
-Dobrą sztukę odegraliście, przyjaciele - zwraca się do "artystów". - Bądźcie więc dziś moimi gośćmi.
-To dla nas niezwykły zaszczyt, panie.

-Inez nas zabije... Mieliśmy być w zajeździe dobre cztery godziny temu!
-Nie przejmuj się, nic nam nie zrobi. Pytanie, czy zdobyła nasze maleństwo.
-Tak myślę. Nie jestem pewna, ale nigdy jakoś się na niej nie zawiodłam.
-Długo ją znasz?
-Szlajamy się razem po świecie od dwóch lat... ale czy ją znam...?
-Światło świeci się w oknie, dobra nasza.
-Pourquoi?
-Przynajmniej jej nie obudzimy.

-No! - Will odetchnął z głęboką ulgą, ściągając pelerynę. - Inez, masz to?
Dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się kącikiem ust.
-Były problemy? - Joanne podeszła do Avalończyka dając mu znak, by rozpiął jej haftki przy sukni. Sama wyjmowała spinki z ułożonych włosów.
Inez pokręciła głową bez słowa, za chwilę powtórzyła ruch. Wyjęła z kieszeni medalion, popatrzyła nań przelotnie i podała Williamowi. Bez słowa zaczęła się przebierać. Joanne obrzuciła ją badawczym spojrzeniem.
-Wszystko w porządku? - Castillanka wzruszyła ramionami. Joanne westchnęła cicho.
-Will, trzeba by skombinować nam jakiś przyzwoitszy nocleg. Zajmij się tym...
-Ale...
-Nie ma ale - W głosie Montenki zabrzmiał rozkaz. - Portera też nie ma - rzuciła aluzję.
Will prychnął ostentacyjnie i wyszedł, zamykając starannie drzwi. Joanne podeszła do przyjaciółki i spojrzała na nią z góry.
-Co jest, mała? Wyglądasz, jakbyś spotkała upiora.
Inez tylko pokiwała głową.
-Zaraza... Eh bien, chodź tu do mnie i mi opowiedz, o co chodzi, przecież... - urwała, gdy przyjaciółka objęła ją mocno i rozszlochała się. Joanne usiadła na łóżku, trzymając Inez w ramionach i szepcząc jakieś słowa pocieszenia. Zapomniany artefakt Jacobe leżał na łóżku lśniąc w świetle świecy.
Zajmą się nim jutro... albo pojutrze, kiedy wytrzeźwieją.

Dwa miesiące po tym dziwnym popołudniu Inez patrzyła na białą suknię, taką, jaką sobie zażyczyła, prostą i skromną. Przymierzyła welon ze wzgardliwym uśmiechem i zaczęła się ubierać. Niedługo będzie miała trzynaście lat. Ciekawe, kiedy urodzi pierwszego dzieciaka. Nie. Nie będzie tak myśleć. Czeka na nią nowa przygoda. Całkiem nowa, bez wiecznie narzekających rodziców. Nie wiadomo, jaki będzie ten mąż, ale zawsze to jakaś różnica.
Padre Esteban już czekał, uśmiechając się ciepło. Inez go lubiła, z wzajemnością. Przeciągnęła się, ignorując karcący wzrok matki i ustawiła przy wystrojonym ojcu. Jego pulchna twarz lśniła od potu. Inez wykrzywiła z obrzydzeniem wargi. Powoli ruszyła z ojcem w stronę ołtarza, nie patrząc na stojącego obok mężczyznę. Niewiele zapamiętała z nabożeństwa, powtarzając sobie, że powinna być absolutnie spokojna.
W istocie, zdobyła się nawet na to, by chłodnym spojrzeniem zmierzyć nowo poślubionego małżonka. Usta, którymi musnął jej wargi były twarde i wąskie. Podał jej rękę i wyprowadził z kościoła, dostosowując tempo do jej kroków.
Rodzinne przyjęcie, które miało być torturą, okazało się całkiem udane. Alvaro był duszą towarzystwa i rozbawiał gości, ignorując Inez, która mogła pogrążyć się w myślach. Potem jednak, gdy zbliżała się chwila odjazdu do nowego domu, Inez ścisnęło w gardle. Bez słowa pożegnała się z rodzicami i braćmi, wsiadła do powozu i utkwiła wzrok w splecionych dłoniach. Alvaro usiadł obok niej, milcząc, wdychając lekki aromat pomarańczy.
-Twoja madre mówiła mi, że już krwawisz i będziesz mogła mi urodzić wiele dzieci - przerwał milczenie. Inez skuliła się ledwo zauważalnie. Mężczyzna uśmiechnął się i nachylił nad jej uchem.
-Nie chcę dzieci, mała damo. Nie chcę, żebyś się mnie bała. Obserwowałem cię i widzę, że jesteś nie tylko ładną, ale i inteligentną osóbką. Jeżeli chcesz, możemy spróbować wykrzesać jakąś przyjaźń z tego małżeństwa. Chcesz?
Inez uniosła spojrzenie i po raz pierwszy w brązowych tęczówkach mężczyzny dostrzegła ciepły błysk. Uśmiechnęła się lekko i skinęła głową.
-Si.

Inez opierała się o burtę w zamyśleniu patrząc na avaloński brzeg. Na jej ustach błądził ledwie uchwytny uśmiech. Jacobe patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami.
-Wszystko w porządku, Inez?
-Si, Jacobe. - Dziewczyna popatrzyła na niego jasnym, spokojnym spojrzeniem.
Kobiety, pomyślał padre. Myślisz, że je znasz, a one w pewnym momencie rzucają na ciebie takie spojrzenie, że zaczynasz wątpić w to, że kiedykolwiek mogłeś się ośmielić je zrozumieć.
Castillanka uśmiechnęła się, jakby doskonale znała myśli ojca. Poprawiła pierścionek na lewej ręce i wąski krążek metalu na prawej dłoni, zaciskając zaraz pięść, jakby bała się, że zsunie się z jej palca. Jacobe uniósł brew; był dobrym obserwatorem a nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział tę obrączkę. Inez zauważyła jego spojrzenie i zmrużyła oczy w uśmiechu.
-Niektórzy przez całe życie szukają starożytnych artefaktów, tajemnicy Siódmego Morza, wydzierają naturze sekrety... Wspaniałe, pełne przygód życie. Zastanawiam się...
-Tak, Inez? - Jacobe oparł się o burtę.
-Po co? - Dokończyła spokojnie kobieta. Obdarzyła przyjaciela zagadkowym spojrzeniem i szepnęła na odchodne - czasami przecież okazuje się, że twoje siódme morze jest na wyciągnięcie ręki.

Smak pomarańczy w pełnym castillańskim słońcu... ciepły zapach skórki, ogrzanej słonecznymi promieniami i wąskimi palcami przesuwającymi się po chropowatej powierzchni owocu. Lekki powiew południowego wiatru, niosący ledwie uchwytny zapach morza. Spokojny oddech ojca, nieco przyspieszony oddech matki, z głębi domu śmiech którejś ze służących.
Dwunastoletnia Inez bawi się pomarańczą, patrząc na swoich rodziców, ważąc coś w myślach. Ma podrapane ręce i nogi, widoczne spod krótkiej, jasnej sukienki. Nie nosi pończoszek, dawno by je podarła. Matka gniewała się o to kiedyś, mawiała, że nikt nie będzie chciał się ożenić z taką ciemnoskórą dzikuską, opaloną jak chłopka. Cóż, teraz zabrakło jej argumentu.
Inez drapie się po nosie, zostawiając na skórze kroplę pomarańczowego soku. Obrzuca wzrokiem dwudziestosiedmioletniego mężczyznę, przypatrującego się jej w skupieniu. Uśmiecha się do niego i widzi, jak lewy kącik jego ust unosi się w parodii uprzejmego grymasu.
-Matko, ojcze, zaszczytem dla mnie jest oddanie ręki tak intrygującemu mężczyźnie - kuriozalne zdanie wypowiada z uśmiechem. Na litość Theusa, a czegóż mogła się spodziewać? Przecież jasne było, że po dwóch starszych synach ojciec wyda ją za mąż najszybciej, jak się da. A że to małżeństwo polityczne, pewnie po zaręczynach spędzi w domu jeszcze dobre kilka lat nim dojdzie do ślubu. I dobrze, Negra miała się wkrótce oźrebić... Mężczyzna śmieje się głośno, szczerze ubawiony.
-Mam nadzieję, że nie rozczarujesz się mną, mała damo. Zresztą, nie będziesz miała czasu.
Inez marszczy czoło, usiłując zrozumieć dwuznaczną wypowiedź.
-Postanowiliśmy wraz z ojcem Alvaro, Donem de Luna, że weźmiecie ślub za dwa miesiące - uśmiecha się pogodnie ojciec, rad, że tym razem córka nie sprawiła mu kłopotu. Dziewczynka unosi w zdumieniu brwi, pomarańczowe krople kapią na białą sukienkę.
Matka uśmiecha się sztucznie, tylko mężczyzna patrzy na nią uważnie. Ale na twarzy Castillanki pojawia się jedynie lekki uśmiech, maska kryjąca prawdziwe uczucia.
-Pójdę więc wyszywać wyprawkę - jej głos jest spokojny i opanowany. Skłania się rodzicom, Alvaro i wychodzi bezszelestnie. Kiedy przechodzi obok mężczyzny, ten czuje zapach pomarańczy i uśmiecha się w zadumie.
-Będę dbał o nią - mówi cicho, patrząc na ojca Inez, który obrzuca go zdumionym spojrzeniem, jakby nie było potrzeby takiej deklaracji.



Ocena: 5 / 6



Czytaj również

El Fuego Interno
Tłumaczenie magii ognia z "Castille"

Komentarze


Linka
   
Ocena:
0
Tak, stężenie harlequina wysokie. Ale było w sam raz, żeby poczytać wczoraj do podusi :)
Trochę nie łapię sensu prowadzenia jednego wątku "do przodu" i drugiego cofającego się w przeszłość. Czyżby taka klamra łapiąca wszystko - zaczęło się dobrze, więc będzie to dobrym zakończeniem? Nie mniej zaintrygował mnie taki zabieg literacki :) (choć na początku nie mogłam się do tego przyzwyczaić :P).
27-01-2005 10:16
Morphea
   
Ocena:
0
Spodobało mi się, jest niezłe :D
Aż się przypomina trylogia Elenium, gdzie też pokazany jest związek miedzy 20-letnia damą, a 40-letnim rycerzem.
14-01-2006 13:55
~Mona

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A... bo ja zawsze miałam fazę na starszych facetów :)
19-12-2008 23:53

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.