» Fragmenty książek » Fiolet

Fiolet


wersja do druku

Drugi fragment - Rozdział 1

Autor:
Fiolet
1.


READY!
Serce terkocze z częstotliwością przynajmniej stu uderzeń na minutę. Płuca chwytają powietrze: raz-dwa, raz-dwa, wdech-wydech, głęboko, maksymalnym skurczem przepony. Włókienka mięśni nóg drżą w oczekiwaniu na...
SET!
Uda spinają się i rozluźniają rytmicznie. Usta zasychają w nagłą pustynię.
Szereg osób, stłoczonych przed tobą w ciasnym korytarzu samolotu AN 28, zastyga na ułamek sekundy...
GO!
Sylwetki pędzą naprzód, ty wraz z nimi, niechętne nogi zginają się posłusznie, prawa, lewa, prawa, lewa, ułamki sekund trwają wieczność Wreszcie plecy poprzednika znikają, osuwają się w dół jak spowolniona klatka starego filmu. Pod stopami otwiera się przepaść.
Pięć tysięcy metrów w dół.
Wyciągasz ręce lekko do przodu, pochylasz ciało. Szybki rzut, wybicie z prawej nogi...
I już jesteś w ogrodzie Pana Boga wśród chmur.
Pędzisz w miękkim powietrzu, głową w dół, śmiejąc się jak dziecko: strach został gdzieś w górze, na pokładzie samolotu – a może nigdy go nie było?
Rozkładasz ręce, wyginasz kręgosłup do przodu, żeby nie wywinąć salta. Zaraz po odzyskaniu równowagi cofasz dłonie, lekko układając je wzdłuż boków. Rozłożone ręce hamowałyby cię zbytnio, a przecież nie chcesz marnować czasu?
Makieta Róży majaczy poniżej, wokół niej uwijają się ciemne sylwetki zespołu wsparcia. Nie marnuj czasu na podziwianie oślepiająco białych chmur i błękitnego nieba, robota czeka. Masz tam być, przy Róży, i to jak najszybciej!
Dociskasz ręce do boków, łączysz nogi. Prostujesz plecy, układając ciało w strzałę i tak pikujesz w dół. Powietrze świszczy w szczelinach kasku, prędkość: dwieście kilometrów na godzinę – i rośnie!
Ejże, nie przesadzaj: formacja z Różą tuż-tuż. Hamuj, bo przestrzelisz: przelecisz poniżej wszystkich i to będzie koniec twojego udziału w skoku. Przyśpieszyć zawsze można: wygniesz się, zmniejszysz powierzchnię ciała, a za tym i opór powietrza, i będziesz śmigać, jak chcesz. Ale jeśli spadniesz zbyt nisko, to już wyżej nie zdołasz podlecieć.
Rozkładasz więc ręce, rozszerzasz nieco nogi, plecy wyginasz w przód. Przechodzisz do płaskiej – idealnej sylwetki do pracy zespołowej w powietrzu. Korygujesz wygięcie, aż do dostosowania własnej prędkości do szybkości spadania formacji, co tworzy złudzenie, jakby się zastygło w powietrzu – i patrzysz, co się dzieje, patrzysz uważnie.
Róża tnie w dół równo, stabilnie. Niestety ponad nią szaleje spadochroniarski chaos.
Eli i Manior owszem, dotarli do celu, utrzymują swoje pozycje, ale cóż z tego, skoro pozostałych nosi po niebie niemalże jak podstawówkę. Nie potrafią wyrównać poziomu: jedni są za wysoko, drudzy za nisko, a kiedy zaczynają zbyt nerwowo korygować pozycję, tracą symetrię sylwetki, obracają się i spływają to tu, to tam.
No, cóż, musisz się jakoś przedostać przez ten bałagan.
Ostrożnie doginasz się, przyśpieszasz. Sterujesz oszczędnymi ruchami rąk i nóg. Niżej. W prawo. Teraz do przodu. Uważaj na Nika, zapieprza przed siebie niczym szarżujący byk, zaraz pozamiata wszystkich i wszystko. Zejdź mu z drogi. Twoja pozycja jest tam, obok Eli, widzisz ją?
Ślepy by nie zauważył. Na tle śmigających bielą cumulusów Eli tkwi niczym wykrzyknik. Wściekłość zdaje się promieniować z jej nienagannie płaskiej, stabilnej, symetrycznej sylwetki. Bez mała można usłyszeć myśli spadochroniarki: nie powinno jej tu być, w tym całym nieporadnym, bezładnym syfie. Powinna spadać paręnaście kilometrów stąd. Biec do prawdziwej Róży, wśród prawdziwych Os.
Polska do góry! – krzyczał przed półgodziną SKYWATCH czerwonymi literami. Głosy z dowództwa powtarzały pośpiesznie: cała Polska do góry! Osy do boju, start!
Potem dorzucały z coraz większym napięciem: Kraków, siadaj. Wrocław, siadaj. Na dół, Gdańsk.
Warszawa do góry! Warszawa!
Rzut oka na wysokościomierz.
Trzy tysiące metrów.
Zaciskasz wargi. Na tej wysokości prawdziwe Osy już wiszą na płatkach, stalowa igła, wbita w znamię, sączy zielonkawy siarczan miedzi. Żegnajcie, roślinki, nie zadomowicie się na naszej Ziemi.
A tu we wsparciu co za burdel, panie kochany. Syf, malaria i korniki. Z pięciu osób, potrzebnych naraz do przytrzymania kwiatka, na miejscu są raptem trzy.
Trzy – bo i ty dokujesz elegancko, pokonując ostatnie metry delikatnymi, wyważonymi kopnięciami nóg. Przechodzisz do płaskiej, tniesz w dół równo jak po sznurku. I czekasz. Chociaż wiesz dobrze, że czekasz tak naprawdę na nic, ten skok nie uda się, nie ma na to szans. Bałagan staje się coraz bardziej nerwowy, skoczkowie latają to tu, to tam, nie mogąc odnaleźć swoich pozycji. Równie dobrze moglibyście wszyscy odwrócić się i odtrackować w siną dal. Marnujecie tylko czas.
Gdzieś tam walczą ci, którzy potrafią latać precyzyjnie i bezbłędnie: Drakkar, Neon, Filozof, Żuczek, Kokos, Star, Gabryś, Kocher, Pinio i Iks.
Któryś z nich może nie wrócić. A może nie wróci żaden. Któż to wie?
Powracasz wzrokiem do wysokościomierza. Dwa tysiące metrów. Spoglądacie po sobie z Eli i Maniorem. I powoli, bardzo wyraźnie, kręcicie głowami. Nic z tego. Porażka. Zwalony ten skok.
No nic, poczekacie jeszcze siedem sekund, z każdą z nich kolejne pięćdziesiąt metrów poleci w dół. Zgodnie z planem, na tysiąc trzystu metrach, zamachacie do rozejścia.
Gdzieś tam leci prawdziwa Róża, wwierca się w mózg niespokojna myśl. Ktoś nie wróci ze skoku. Jeszcze nigdy nie wrócili w komplecie.
Tysiąc siedemset.
Lecą za Różą prawie do samej ziemi, by podać cały zapas trucizny, aż do końca. Otwierają się późno, na ostatnich metrach. Czasze spadochronów zapasowych startują szybciej niż głównych, więc Osy ciągną za zapas, ostatnią i jedyną szansę wyjścia cało z tej awantury.
Czasem się to udaje...
Tysiąc pięćset.
...a czasem nie.
Tysiąc trzysta. Rozejście.
Protrack, wysokościomierz akustyczny, potwierdza tę wiadomość głośnym pik pik pik! Wyciągasz ramiona, krzyżujesz je przed sobą w charakterystycznym geście. Patrzysz, jak pozostali machają przed sobą rękami. Tysiąc trzysta metrów, kończymy ten skok. Łatwizna. Bezpiecznie, wysoko. Tysiąc trzysta.
Odwracasz się przez prawe ramię, ustawiasz ciało w tracku: dłonie ułożone płasko, równolegle do ziemi, ręce wzdłuż boków, nieco rozstawione, nogi szerzej. Ta sylwetka pozwala przemieszczać się do przodu znacznie lepiej niż strzała, która głównie wbija cię w dół.
Odlatujesz na rozsądną odległość, wracasz do płaskiej, rozglądasz się uważnie na boki, w górę i w dół. Gdzie są pozostali? Okej, nikogo w pobliżu. Machasz więc lewą dłonią przed sobą, to sygnał dla pozostałych: otwieram się teraz! Jeśli ktoś pozostał niezauważony powyżej, ma szansę umknąć przed twoją napełniającą się czaszą. Inaczej zderzycie się i może pójdziecie do piachu oboje.
Tysiąc metrów. Protrack odzywa się znów, ale teraz inaczej, nagląco: pikpikpik, otwieraj się, otwieraj!
Wyciągasz w przód i górę lewą rękę zgiętą w łokciu, a prawą sięgasz w tył, do pilocika skrytego w kieszonce pokrowca. Chwytasz skórzaną piłeczkę wystającą z kieszonki, ciskasz ją zdecydowanym ruchem. Wraz z nią wychodzi pilocik, napełnia się powietrzem. Jego opór wysuwa taśmę łączącą, ta wyciąga zawleczkę z pokrowca.
W międzyczasie wyrzucasz obie ręce do przodu, starając ustawić ciało jak najbardziej wzwyż, jak to się mówi: nad horyzont. Otwierająca się czasza wyhamuje cię zaraz ze stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę do zaledwie kilkunastu i postawi do pionu. Jeśli ustawisz sylwetkę pod horyzont, będzie bolało. Oj, tak.
W ślad za zawleczką wychodzi paczka, w której złożona jest czasza spadochronu. Linki nośne wyplatają się z jej gumek niemalże błyskawicznie, wreszcie: szuuut! – wyślizguje się materiał czaszy. Bach! – czujesz mocne szarpnięcie, ciało podrywane jest do góry z przeciążeniem kilku G. Ćssss pstryk, wyrównuje się ciśnienie w uszach.
Zadzierasz głowę, sprawdzając czaszę: wszystko w porządku, komory całe, prawidłowo napełnione, bez uszkodzeń czy pęknięć. Slajder właśnie zjeżdża po linkach, pomógł uporządkować proces otwierania się czaszy, a teraz wisi tuż nad tobą i czeka na ściągnięcie. Wszystko gra.
Sięgasz wzwyż, do kołków sterowniczych. Odhamowujesz je czym prędzej, rozglądasz się, czy nikogo nie ma w pobliżu. Wpaść w czyjąś czaszę, splątać się z nią i zrobić tak zwaną kanapę podczas skoku treningowego do Róży, hm, to nie byłby najlepszy pomysł.
Czysto!
Puszczasz kołki, zaciągasz linki slajdera, niech nie furkocze nad głową. I znowu chwytasz kołki. Zaciągasz jeden, na maksa. Czasza pochyla się na bok, wpada w obroty, coraz szybciej i szybciej. Spadochron po spirali pędzi w dół.
– Heja! – krzyczysz na cały głos, nogi wirują nad horyzontem.
Krew huczy w uszach, bum, bum. Oto karuzela, jakiej nie ma żadne wesołe miasteczko!
Łup!
Makieta Róży wali w ziemię, wzbijając fontanny piachu.
Osy wkrótce będą wracać ze swojego skoku. Ciekawe, czy...
Euforia znika niczym zdmuchnięty płomień świecy. Odpuszczasz kołek, wyrównujesz lot. Zerkasz na wysokościomierz. Pięćset metrów. Wypadałoby przymierzać się do lądowania.
Zabudowania Bemowa rosną w oczach. Zielona płyta lądowiska jest tuż pod tobą, Eli jako wyrzucająca spisała się doskonale.
Biało-czerwony rękaw, wskazujący kierunek wiatru, unosi się w poziomie: równo, bez żadnych trzepotów ni zawirowań. Idealne warunki do lądowania.
Kręcisz się chwilę w strefie oczekiwania, a potem lewym skrętem nachodzisz nad cel. Aj, pochrzaniła się odległość, trzeba trochę poesować: spadochron skręca w prawo, w lewo, w prawo, w lewo... Wreszcie jest dobrze, podchodzisz do lądowania, spokojnie, rozważnie, z długiej prostej. W stosownej chwili zaciągasz kołki, czasza wypływa do góry, odpuszczasz zaraz i lądujesz elegancko, przebiegając parę kroków po trawie. Witamy na ziemi, jak przebiegał skok?
Beznadzieja, proszę Państwa, beznadzieja. A jak tam u Os?
Odwracasz się śpiesznie, zwijasz linki, zarzucasz na ramię zwiotczałą czaszę. Biegniesz na start.

2.


– Bardzo dobrze, Milka! – oznajmił Ślimak, rozparty na fotelu w kwadracie, czyli stanowisku lotniczego dowodzenia.
Wpatrzyła mu się w twarz w poszukiwaniu choćby ochłapów informacji. Wiesz coś o Osach, Ślimaku? Wiesz? Żyją?
Ale Kierownik Skoków przesunął po niej beznamiętnie wzrokiem i wrócił do śledzenia lądowań pozostałych członków zespołu.
– No proszę, kolejny kandydat na ofiarę! – zawarczał, widząc Gnoma, wyjątkowo dynamicznie podchodzącego do lądowania. – Kiedyś przywali, prędzej czy później...
Milka obróciła głowę. Gnom wykonywał właśnie ulubiony manewr doświadczonych spadochroniarzy: haktern. Dość ryzykowny, ale imponujący, jeśli się go wykona prawidłowo. Najpierw trzeba napędzić spadochron za pomocą kilku gwałtownych skrętów, a potem w ostrym półkolu zacząć schodzić w dół. Przedstawia się to niewątpliwie atrakcyjnie: człowiek spada z nieba, powietrze świszczy dookoła, a obserwatorzy wytrzeszczają oczy z przerażeniem: zaraz uderzy w glebę! W odpowiednim momencie skoczek hamuje, podkulając nogi, jeszcze przez chwilę mknie tuż nad ziemią... a potem czasza zwalnia, unosi się, wreszcie delikatnie opada. Trzeba tylko przebiec parę kroków i już się wylądowało, widzowie oddychają z ulgą, a potem zazwyczaj klaszczą z podziwem. Bardzo efektowny manewr, jeśli wyjdzie.
Tym razem nie wyszedł.
W ułamkach sekund Gnom pojął, że jest za nisko i nie zdąży płynnie wytracić prędkości. Nie dokończył więc zakrętu, zaczął gwałtownie hamować, zbyt gwałtownie. Czasza straciła siłę nośną i zamiast wypłynąć, zwaliła się w dół. Spadochroniarz uderzył w ziemię, przekoziołkował... i został na miejscu. Nie ruszał się.
– Gnom, czy ty wierzysz w grawitację? – wydarł się Ślimak i ruszył ku niemu co sił, wysupłując z kieszeni komórkę, by połączyć się z pogotowiem.
Wszyscy poderwali się do biegu. Ktoś pochwycił ciężką torbę medyczną, drugi dołączył do niego, złapał za drugi uchwyt, ponieśli ją razem.
Gnom leżał na trawie, niemal zupełnie przykryty materiałem czaszy. Ślimak zerwał go błyskawicznie, obrzucił skoczka badawczym spojrzeniem. Blada twarz, zamknięte oczy. Lewa noga zgięta w kolanie pod bardzo niepokojącym kątem. Krew? Nie, ani śladu.
Klęknął przy rannym, zbliżył ucho do jego ust, wychwycił szmer oddechu. Nieco uspokojony, namacał puls na tętnicy szyjnej.
– Żyje – obwieścił głośno. – Weźcie się tutaj nie tłoczcie, dajcie mu trochę powietrza.
Rozległy się pełne ulgi westchnienia, zgromadzeni skoczkowie cofnęli się parę kroków, rozluźniając krąg. Gnom zamrugał oczami, uniósł nieco twarz i popatrzył na nich z miną pełną skruchy. Jęknął boleśnie. Głowa opadła mu z powrotem na wilgotną trawę.
– Nie ruszaj się – polecił Ślimak. – Poczekamy, aż Niko wyląduje.
Milka odwróciła wzrok ku paramedykowi, podchodzącemu do przyziemienia. Lubiła patrzeć, jak ten spokojnie, z niesamowitą gracją zatrzymuje spadochron tuż nad trawą... a potem dotyka jej stopami, niedbale, jakby schodził z rozbujanego hamaka.
Niko wylądował tuż obok nich, niewątpliwie jeszcze będąc u góry zauważył, co się wydarzyło. Czym prędzej wyplątał się z uprzęży i podbiegł do rannego.
– Oho – powiedział, ledwo rzuciwszy okiem. – Noga złamana.
– Tyle to i ja wiem – mruknął Ślimak. – Wezwałem pogotowie, zaraz tu będą. Mamy przecież priorytet...
Medyk przyklęknął przy Gnomie. Zajrzał mu w oczy, zakrył raz jedno, raz drugie, sprawdzając źrenice. Przeciągnął palcem po prawej łydce skoczka.
– Czujesz?
– Mhmmm...
– Dajcie kołnierz ortopedyczny, na wszelki wypadek. Nieźle przywalił, nie wiemy, co się z tego wykluje.
Ślimak wyciągnął sprzęt z torby, pomógł założyć go rannemu. Dopinali ostatnie rzepy, gdy rozległo się wycie karetki.
Pędziła ku nim po trawie lotniska, błyskając światłami. Lekarz z pogotowia już stał w na wpół otwartych drzwiach. Wyskoczył z pojazdu, zanim ten jeszcze na dobre się zatrzymał.
– Ohoho – powtórzył nieświadomie po koledze. – Noga złamana.
– Zawieźcie go do szpitala na Szaserów – zarządził Ślimak. – Nieźle przywalił. Nasz medyk podejrzewa...
– Taaa... – Ratownicy wysypali się z karetki, wyciągnęli nosze. – Na Szaserów. Jak priorytet, to priorytet. Jasne.
Odsunęli Nika i Ślimaka, ostrożnie pochwycili Gnoma. Wyswobodzili go z uprzęży, położyli na nosze, władowali do środka samochodu. I pomknęli czym prędzej do szpitala, zostawiając za sobą wyraźne ślady opon.
Ślimak pochylił się. Zaczął zwijać porzuconą, wypiętą czaszę.
– No i pięknie! – Teraz, kiedy pogotowie odjechało, pofolgował sobie na całego. – Pięknie, kurwa, pięknie! Pe ka pe! O jednego we wsparciu mniej. Ale najwyraźniej wszystkim wam tu śpieszno do piachu. Otwarcia, jak zwykle, poniżej wszelkiej krytyki. Manior!
Wezwany wyprostował się, z wysokości swoich prawie dwóch metrów wzrostu popatrzył w dół na znacznie niższego Ślimaka. Na twarzy miał wyraz niekłamanego zdziwienia, jakby oto właśnie obserwował jakieś niezwykle rzadkie zjawisko.
– Tak, kierowniku? – powiedział powoli. – Słucham?
Ślimak nie dał się nabrać na tę demonstrację. Znał Maniora nie od dziś.
– Oświeć mnie, proszę, ile to jest: ponad dziewięćdziesiąt sekund opóźnienia z pięciu tysięcy metrów? – zapytał ze zjadliwą uprzejmością. – Bo mi się chyba matematyka popsuła. Na ilu metrach wisiałeś? Dawaj wysokościomierz, już!
Skoczek wzruszył ramionami. Wyjął z kasku wysokościomierz akustyczny, podał go na wyprostowanej ręce. Ślimak pochwycił komputerek gniewnym ruchem, pogmerał wśród przycisków. Sprawdził wysokość otwarcia spadochronu.
– Kurwa mać! – zaklął przez zaciśnięte zęby i odrzucił sprzęt właścicielowi.
Manior schwycił urządzenie i schował je z miną niewyrażającą żadnych uczuć.
– Koniec treningów na dzisiaj – oznajmił dobitnie Ślimak. – Zbiórka za pół godziny w spadochroniarni. Ja dzwonię do Komisji Badania Wypadków Lotniczych. O ile, oczywiście, nie są zajęci gdzie indziej... – Odwrócił się i pomaszerował w kierunku zabudowań. Wściekłość wylewała się z niego każdym porem skóry.
Milka popatrzyła w ślad za nim, a potem wbiła wzrok w ziemię. Nie odzywała się, czując wyraźnie napięcie, buzujące w zespole pozostałym na płycie lotniska. Nikt nie chciał odezwać się pierwszy. Każde słowo mogło okazać się wstępem do awantury.
– No i co tu się, kurwa, dzieje? – wybuchnęła wreszcie Eli. – Czy wyście już kompletnie poszaleli? Bohaterowie zasrani, sodówa wam do głowy uderza. Prawie nikt nie doszedł do Róży, latacie gorzej niż podstawówka! Gnom przyjebał, aż miło. Popisowy haktern, nie ma co. A ciebie, Manior, nie będę nawet pytała, na ilu metrach wisiałeś. Mnie wystarczy wiedzieć, że jak Ślimak jedzie telemetrem po horyzoncie, to już jest nisko. Za nisko!
– Wyluzuj, Eli! – zawarczał gniewnie Manior. – Osy też lecą do samej ziemi, kiedy trzeba! Oglądasz filmy z ich skoków, nie? Poproś Filozofa, niech ci przegra, jeśli chcesz sobie coś utrwalić. Albo nie wrzeszcz, tylko spytaj, skoro nie rozumiesz.
– To są ćwiczenia! – wrzasnęła oburzona. – Tylko ćwiczenia, na litość boską! W odróżnieniu od Drakkara nie musisz ładować pełnego zasobnika! Gówno zdziałasz, jeżeli rozwalisz się teraz! A utłucz się, jeśli ci tak na tym zależy, proszę bardzo, ale w akcji, przy prawdziwej Róży, jasne? Może to ty powinieneś spytać, skoro nie rozumiesz? Czy to do ciebie przemawia, czy mam ci może narysować schemacik?
Oczy Maniora rozjarzyły się niczym u wściekłego wilka. Niewiele było osób, od których był skłonny przyjmować pouczenia, i Eli z pewnością nie była jedną z nich.
– Nic nie zrobisz podczas akcji, nic a nic, jeżeli nie zrobisz tego przedtem na treningu! Dlatego też nawet na szkoleniach zamierzam się zachowywać tak, jakby to była akcja. I mam w dupie, czy to do ciebie przemawia! Tak samo jak wisi mi, czy to przemawia do generała, kabewuelki, ministra, prezydenta czy kogokolwiek. To Drakkar będzie mnie przyjmował do Os i wybacz, moja droga, ale nie sądzę, żeby się sugerował akurat twoim zdaniem!
Eli spąsowiała, odwróciła twarz. Nie odpowiedziała nic.
Manior poprawił czaszę, zsuwającą mu się z ramienia.
– Chodźmy do spadochroniarni – rzucił wciąż drżącym z gniewu głosem. – Ślimak wzywa. A może Wódz już dzwonił i dowiemy się, co i jak u Os?
Odwrócił się i ruszył do budynków Aeroklubu.
Milka spuściła głowę, wraz z pozostałymi powędrowała do spadochroniarni, w całkowitej ciszy, dudniącej w uszach głośniej niż ryk silników lądującego Skytrucka.



Czytaj również

Fiolet - Magdalena Kozak
HCN zabija! Fiolet nudzi!
- recenzja
Fiolet - Magdalena Kozak
Cyjanowodór, adrenalina i gra ze śmiercią
- recenzja
Fiolet
Prolog
Młody
Wielki powrót serii o Nocarzu
- recenzja
Nikt
Zaskakujący finał
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.