» Artykuły » Felietoniki » Felietoniki: Piractwo

Felietoniki: Piractwo


wersja do druku

To cyfrowe oczywiście

Autor: Redakcja: Katarzyna 'Bagheera' Bodziony

Felietoniki: Piractwo
Najczęstszą pewnie rzeczą, na którą narzekają studia producenckie i dystrybutorzy jest piractwo. Ściąganie gier z sieci i kopie zapasowe spędzają sen z powiek wszystkim, którzy chcą zarobić na interesującym nas wycinku rynku. Rzucając hasło Piractwo jako kolejny temat Felietoników spodziewałem się, że może być krucho, bo wszyscy napiszą to samo. A jednak - daliśmy radę i każdy spojrzał na temat ze innej perspektywy.

Zapraszam do przeczytania naszych wynurzeń w tym temacie. Możecie także wyrazić swoje opinie w komentarzach.

vampire500
Problem piractwa był, jest i będzie. Wydawcy łudzący się, że uda im się go wyeliminować poprzez coraz to wymyślniejsze systemy DRM (Digital Rights Management, czyli zarządzanie prawami cyfrowymi), są po prostu w błędzie. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą twierdzić: Po co mam płacić, skoro na stronie X lub Y mam to za darmo?. Uwagi typu ściąganie pirackich gier jest równoważne kradzieży ze sklepu spowodują co najwyżej popukanie się w czoło.

Najgorsze jest jednak to, że w większości przypadków piractwo i wszelakie próby jego wyeliminowania godzą w uczciwych użytkowników. Gracze pecetowi od dawien dawna zamknięci są w błędnym kole DRM, co najlepiej pokazuje przykład niedawnych działań Ubisoftu. Francuska korporacja wprowadziła wymóg nieprzerwanego dostępu do internetu, nawet w grach tylko i wyłącznie single player. Chcesz pograć na laptopie? Niestety, nie tym razem. Zabezpieczenia antypirackie powodują, że gracze nie chcą kupować pewnych gier, a wydawca zrzuca niską sprzedaż na karb piractwa i postanawia opracować nowe, lepsze metody zabezpieczające. Tak naprawdę jedynym rozsądnym i w miarę skutecznym systemem DRM jest Steam, w którym wystarczy jednorazowo przypisać grę do osobistego profilu, po czym można przejść w tryb offline i cieszyć się rozgrywka zawsze i wszędzie. Ale może dość już o PC i skupmy się na piractwie konsolowym.

Tak, tak, konsole również dotknięte są plagą piractwa, aczkolwiek jej stopień waha się w zależności od urządzenia. W obecnej generacji prawdopodobnie najbardziej ucierpiał DS. Tzw. flashcarty (na przykład R4 DS, Acecard czy CycloDS Evolution) umożliwiają uruchomienie dowolnej gry ściągniętej z internetu bez konieczności jakiejkolwiek ingerencji w konsolę. Jeśli chodzi o łatwość uruchomienia pirackich kopii, to „lepszy” jest chyba jedynie Dreamcast (konsola Segi nie miała absolutnie żadnych zabezpieczeń antypirackich, wystarczyło nagrać grę na płytę CD-R). Nintendo oraz (co najważniejsze) twórcy gier stracili przez tego typu urządzenia spore pieniądze. W wielu krajach ich sprzedaż jest zakazana, ale jak wiadomo „dla chcącego nic trudnego” (w Japonii - mimo zakazu – R4 są sprzedawane na prowizorycznych straganach). Nadchodzący 3DS ma podobno być bardzo dobrze zabezpieczony – miejmy nadzieję, że Nintendo stanie na wysokości zadania.

Dla większości jednak najbardziej znaną formą konsolowego piractwa jest używanie tzw. modchipów. Układy te wymagały trochę zabawy z lutownicą i powodowały, że zmodyfikowana konsola „nabierała się” na czytanie nieoryginalnej płyty. Oczywiście tego rodzaju ingerencja powodowała utratę gwarancji, ale co to takiego dla złaknionego darmowych gier pirata?

Moim skromnym zdaniem ktoś, kto „ściąga sobie gierkę”, najzwyczajniej w świecie nie potrafi docenić cudzej pracy. Stworzenie gry wymaga naprawdę dużego wysiłku i ludzie odpowiedzialni za nią zasługują na wyrazy uznania. Mam nadzieję, że kiedyś i piraci zaczną to dostrzegać.


Gonz
Generalnie trudno rozpocząć jakikolwiek tekst o piractwie inaczej, niż od stwierdzenia, że ten proceder jest zły. Nie chodzi nawet o łamanie prawa, co jest raczej oczywiste. Jest to przecież podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy – my czyli gracze, dziennikarze branżowi, producenci gier, wydawcy i dystrybutorzy. Produkcja nowoczesnych gier pochłania miliony dolarów, a na dotacje i granty autorzy raczej nie mogą liczyć. Jedynie na uczciwość swoich fanów i klientów. Bez tego rynek zwyczajnie padnie.

Faktem jednak jest, że piszę to jako dość syty 30-latek, dla którego zakup nowej gry czy starter-packa do Move nie oznacza spłukania się z dwumiesięcznego kieszonkowego (jeju, ile teraz w ogóle wynosi średnie kieszonkowe?). Pozwalam sobie na inwestycję w oryginały, bo mogę sobie na to pozwolić. Tak samo jak na kupowanie komiksów (polskich, czy też oryginalnych wydań), zamiast czytać skany. Czuję się zobowiązany, bo autorom kasa się zwyczajnie należy. Dla chcącego jednak nic trudnego. Sam korzystam z rynku drugiego obiegu, nie bazuję tylko na drogich premierach, pożyczam gry od kumpli, wymieniam się z ludkami z Internetu. Nawet gimnazjalista o minimalnych przychodach może sobie na to pozwolić.

Przyznam się jednak, że choć wiadomo, że piracenie jest złe, gracz korzystający z „nielegali” powinien posypywać sobie głowę popiołem i pluć w lustro za każdym razem, gdy się w nim przegląda, to przecież to nie jest to takie proste. Nie chodzi mi tu nawet o delikwentów, którzy łamanie zabezpieczeń X360 tłumaczą faktem, że Microsoft blokował usługę LIVE dla Polaków, więc się rewanżują. To tak nie działa. Jak praktyki firmy mi nie pasują, to zawsze mogę zwrócić się z własnymi pieniążkami do konkurencji.

Chodzi mi o inny problem. Emulacje i retrogaming. Przecież wiadomo, że to naruszanie praw autorskich oraz korzystanie z nielegalnych, cyfrowych kopii kartridży. Niektóre gry mają reedycje w cyfrowej dystrybucji, niektóre archiwalne pozycje da się kupić, ale jest jednak mnóstwo gier, które nie dotarły do Europy czy USA. Jest też mnóstwo pozycji, które wyszły na platformy, które nie dotarły do naszej części świata. Ba, niektóre gry powstały przecież tylko na automaty, które nie wyjechały poza obręb Japonii, a nawet jeśli dotarły do Polski, to szczęściarzem może nazwać się jegomość, który wie gdzie je znaleźć. I co z tym robić? I jak się czuć, grając w emulowane hity z Neo Geo czy Capcom Game System? Wynika z tego, że jak przestępca, ale za to jak przestępca ubawiony, a w dodatku bogatszy o doświadczenia, których inaczej zdobyć się nie da.


neishin
W życiu posiadałem już kilka konsol i prawie nigdy nie zniżyłem się do tego, by je przerabiać. Choć wszyscy dookoła na potęgę grali na "kopiach zapasowych", ja uparcie kupowałem czy zdobywałem oryginalne gry. W takich grach jest jakiś czar - pudełko, drukowany krążek z grą, książeczka – zwłaszcza, jeśli całość jest świetnie pomyślana ze strony edytorskiej. Taka gra ma to, co marketingowcy fachowo nazywają „wartością dodaną”, a czego brakuje nieopisanej płytce w białej kopertce.

Jak pewnie zauważyliście, w pierwszym zdaniu poprzedniego akapitu pojawiło się stwierdzenie "prawie nigdy". Otóż w przypadku pierwszego Xboxa dałem się skusić, a właściwie to mnie zmuszono. Jak być może niektórzy pamiętają, w naszym pięknym nadwiślańskim kraju zdobyć jakąś ciekawą pozycję na tą konsolę było dosyć trudno. Wtedy zakupy internetowe nie było aż tak rozpropagowane, więc to też nie wchodziło w rachubę. Ogólnie bieda - więc przerobiłem konsolę, żeby mieć w co grać.

Zresztą moja opowieść, jak to grałem w pirackie gry, też jest zabawna. Całość miała miejsce na giełdzie komputerowej w Katowicach, gdzie takie usługi wykonywano na miejscu. Stracha miałem straszliwego i to z kilku powodów - że "technik" zniszczy mi konsolę, że wpadnie policja, że w ogóle konsoli nie odzyskam (bo przecież potwierdzenia przyjęcia sprzętu „do serwisu” nie dostałem). Wszystko jednak skończyło się szczęśliwie, a do tego majster złota rączka sprzedał mi naręcze gier. Spomiędzy tych zagrałem chyba w dwie, z czego ukończyłem jedną. Reszta płytek nigdy nie wylądowała w czytniku. Czemu? Przekleństwo dobrobytu jak mniemam. Kiedy ma się kilkanaście/dziesiąt gier, to w sumie nie wiadomo w co grać, więc nie gra się w nic. A swoją drogą te dwa tytuły, które odpaliłem, miały tendencję do zwieszania się w losowych momentach.

Po takich przeżyciach stwierdziłem, że nie ma co się w piractwo bawić. Stać mnie na to, żeby od czasu do czasu kupić nową grę, a nawet jeśli nie, to istnieje zupełnie legalny drugi obieg (choć producenci gier bardzo starają się go ograniczyć). Wolę zapłacić, żeby dostać produkt niewybrakowany, który w razie czego mogę reklamować. No i dać zarobić ekipie, która dostarcza mi rozrywki, by mogła to robić dalej.


Mateusz Niemczyk
Ostatnimi czasy coraz więcej osób decyduje się na zakup oryginalnych gier. Jeszcze kilka lat temu po przeczytaniu takiej informacji popłakałbym się ze śmiechu, gratulując autorowi tego typu słów wyśmienitego żartu. Przy obecnej generacji konsol sprawa nie jest już taka prosta. Gry powoli wypracowują sobie miano medium trafiającego do masowego odbiorcy i często są stawiane na tej samej półce, co film czy literatura. W związku z tym złośliwi twórcy znajdują coraz to nowsze sposoby, żeby zmusić biednych graczy do uczciwości. Jako że każda generacja elektronicznych zabezpieczeń zostanie prędzej czy później złamana, trzeba szukać nowych i niestety mniej wygodnych dla uczciwego gracza rozwiązań. Na przekór tematowi tego odcinka felietonów, nie zamierzam pisać o elektronicznym piractwie w klasycznym znaczeniu tych słów. W tym temacie moje stanowisko jest jasne i klarowne – nie kradnę i nie przerabiam konsol.

Zamiast zwykłego biadolenia o złodziejstwie i braku uczciwości wśród polskich graczy, chciałbym poruszyć temat piractwa…ze strony twórców gier. Zjawisko jest stosunkowo nowe i nie wszyscy mogli usłyszeć, o co chodzi. Mam na myśli handel używanymi grami, czyli główną podporę uczciwej części graczy w naszym kraju. Otóż twórcom nie wystarczy już, że kupujemy oryginalną wersję ich gry i płacimy za ładne pudełko oraz książeczkę te kilkadziesiąt złotych. Zgodnie z ich tokiem myślenia, mamy iść do sklepu i kupić nową grę w folii, a po jej przejściu ustawić pudełko na półce. Albo wyrzucić, ważne, żeby raz ukończona gra nie poszła w świat. Koncepcja do najnowszych oczywiście nie należy, ale tym razem wygląda na to, że może wejść w życie. Na razie mamy jednorazowe kody na integralną zawartość gry albo dodatkowe bronie, ale wkrótce te łagodne prztyczki od producentów mogą zamienić się w coś większego. Electronic Arts przetarło szlak, każąc dopłacać posiadaczom wersji z drugiej ręki za możliwość gry online. Należy zadać sobie pytanie, co stanie się z naszym rodzimym rynkiem gier, jeżeli inni giganci podążą tą drogą. Osobiście nie wyobrażam sobie grania na konsoli, jeżeli serwisy aukcyjne oraz strony oferujące wymianę gier stracą rację bytu w tym temacie. Najsmutniejsze jest jednak to, że piratów akcja pewnie i tak nie dotknie, gdyż zapewne znajdą oni sposób na obejście złośliwych regulacji.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Komentarze

string(15) ""

sugai
   
Ocena:
0
Wszelkiego rodzaju DRM-y uważam za debilizm, który ma za zadanie jedynie utrudnić życie uczciwym użytkownikom. Zawsze kupowałem oryginały, co mój kumpel kwitował puknięciem w czoło. Ale ostatnio miarka się u mnie przebrała i to przy Windows XP Home. Otóż wymieniłem ostatnio płytę główną. Gościu, który mi ją wymieniał powiedział, że będę musiał sobie Windowsa aktywować. Ok myślę sobie, nie będzie problemu. Wezmę podam kilkanaście cyferek i tyle. Po czym odpalam komputer a on zamiast normalnie mi się zalogować wiesza mi się. W trybie awaryjnym wszystko ok. Przeinstalowuje wszystkie sterowniki i nic. Dzwonię do specjalisty a on mi na to, że będę chyba zmuszony do reinstalki systemu. Co to to nie. Dzwonię do w/w kumpla a on na to nie bój nic dam ci cracka i będzie po problemie. Rzeczywiście, od tamtej pory problemu nie ma.
Jedynie kumpel się trochę pośmiał i tyle.

Konkluzja taka, że posiadam scrackowanego oryginalnego Windowsa, z piękną naklejką na obudowie.

Aha, żeby było ciekawiej sprawdzałem oryginalność kilka razy na stronie Microsoftu.
Za każdym razem przechodziłem test pozytywnie.
29-09-2010 17:41
Umbra
    No tak to bywa.
Ocena:
0
Jeśli chodzi o konsole to jestem fanem PS i niektórych tytułów, które na niego wyszły. Ale mam komputer osobisty i laptopa i nie mam dużo czasu na konsole, jedynie u znajomych kiedy sie spotkamy zeby wypic piwo i przy okazji cos zagrac. Z tym piractwem to przez wiele lat tlumaczylem to (jak wszyscy) brakiem pieniędzy i dalej trochę tak jest, ale jakoś moi znajomi mogą mieć nie przerobione konsole i co jakiś czas kupić oryginalną grę za 2-3 stówy. Dochodzi do tego fakt, że na przerobione konsole (kiedyś tak było nie wiem jak jest teraz) nie działały czasem gry oryginalne. Nie wiem też jak jest z PS3, jakiś czas temu znajomy mówił mi, że jeszcze nie przerobili, dalej tak jest? To by było bardzo długo jak by się crackerom nie udawało.
29-09-2010 18:10
neishin
   
Ocena:
0
Właśnie ostatnio komuś się w końcu udało. Ale żyjemy w XXI wieku, a konsole podpięte są do sieci i pobierają aktualizacje - minęło kilka dni i wyszedł patch systemowy, który uodparnia (podobno) konsolę na scrackowanie (to że przy okazji część nieoryginalnych akcesorów przestała działać to zupełnie inna bajka :/). Zobaczymy gdzie to dal pójdzie.
29-09-2010 22:58
Gonz
   
Ocena:
0
@sugai - szczwaność Microsoftu. O ile wiem OEMowe windowsy (nie wiem jakie masz) przypisują się do mainboardu jakoś. po zmianie płyty głównej orginalny windows jest (bez cracka) do śmieci.

co mi przypomina sytuacje z Xboxem. po trzech RROD wymieniono mi konsolę. gry z cyfrowej dystrybucji działają jako dema, bo też są przypisane do tamtej umarłej konsoli. z serwisem o tym nie pogadam, bo nie mamy jeszcze LIVE. da się pograć, ale tylko będąc online. a że w game roomie nie mam sieci (PS3 radzi sobie pięknie z wifi, więc po co mi kolejny kabel), to zlewam to, a na M$ jestem śmiertelnie obrażony.
30-09-2010 02:12
sugai
   
Ocena:
0
@Gonz - żaden OEM. Windowsa kupiłem oddzielnie w sklepie, żeby nie mieć później problemów. Jak widać mój błąd. Jakbym go ściągnął to nie miałbym kłopotów i cztery stówy w kieszeni by zostały. Jak to mówią nauka nie idzie w las...
30-09-2010 08:32
Gonz
   
Ocena:
0
oprosz. no ja tak zostałem poinformowany akurat nabywając wersję OEMową w szarym pudełku taką. nie wiedziałem że M$ sobie tak poczyna że po całości leci. kupować orginał a potem krakować? bez sensu. to jest zniechęcanie klienta do legalnego oprogramowania, kolejne zresztą.
30-09-2010 12:04
twilitekid
   
Ocena:
0
@sugai, może w sklepie sprzedali ci OEM :>. Z OEMami jest tak, że jest to licencja na dany komputer.

Gonz, można jakoś przenieść licencje z jednej konsoli na drugą. Czytałem kiedyś o tym i w sumie to prosty proceder. Wyguglaj sobie.
09-10-2010 17:22
Gonz
   
Ocena:
0
mam na to wywalone, i przeniosłem się z jednej konsoli na drugą, i marka sprzętu tez się zmieniła. jak ja mam szperać po sieci i kombinować żeby grać w coś za co zapłaciłem, to wolę płacić komuś innemu.
16-10-2010 23:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.