» Czytelnia » Opowiadania » Epitafium dla bohatera

Epitafium dla bohatera


wersja do druku
Autor: Redakcja: hallucyon
Ilustracje: Jakub 'KRed' Redys

Epitafium dla bohatera
Nie lubię dumać nad przeszłością, wracać myślą do szczeniackich lat, kiedy byłem naiwnym głupcem włóczącym się z bandą sobie podobnych po gościńcach całego Imperium. Na pewno nie były to lata zmarnowane, tego nie twierdzę. Wiele się wówczas nauczyłem o ludziach, życiu i w ogóle, choć była to gorzka nauka. Zrobiła ze mnie tego, kim dzisiaj jestem i dała mi to, co obecnie posiadam. Zdziwilibyście się wiedząc, jak dużo tego jest.

Więc nie żałuję minionych lat. Powtarzam jednak: rozpamiętuję stare dzieje wyjątkowo niechętnie. Podobno wraz z upływem czasu przeszłość zaciera się, traci swe ostre, bolesne kontury. Może. Moje wspomnienia jeszcze się tak nie stępiły.

Dlatego potrząsnąłem głową, starając się przegnać natrętne obrazy z dawnych lat. Przy okazji strąciłem z kapelusza kilkanaście kropel. Mżyło od chwili, kiedy zjawiliśmy się na cmentarzu. Taki właśnie urok ma wiosna w Suddenlandzie. Deszcz, mgły od świtu do zmierzchu, brudne niebo. Senność. No i cholerne przeziębienie.

Smarknąłem w palce, wytarłem je w spodnie i któryś raz z rzędu rozejrzałem się po twarzach stojących wokoło ludzi. Rodzina zmarłego, wcale liczna, jacyś przyjaciele domu, plus nasza osobliwa trójka. Elf, krasnolud i ja, w tej chwili zapewne najbogatszy człowiek w okolicy. Staliśmy ramię w ramię, jak niegdyś. Czwarty członek naszej starej drużyny zajmował dębową trumnę. Rzec by można: spotkanie po latach. Ile to już będzie? Poszukałem w pamięci dat. Elf dołączył do nas w pierwszym roku panowania Karla Franza. Rozstaliśmy się z nim i krasnoludem jakieś... zaraz, zaraz, dwadzieścia lat temu! Świadomość własnego wieku pogorszyła mi i tak już nienajlepszy humor. Kiedy nadejdzie moja kolej na bycie główną atrakcją podobnego przedstawienia?

Wzdrygnąłem się i odmówiłem w myślach krótką modlitwę do mego nowego boga. To pomagało skupić się na przyjemniejszych stronach żywota, docenić ile się ma i ile jeszcze można zdobyć. Samopoczucie od razu mi się polepszyło.

Dół, w którym miała być złożona trumna, napełniał się powoli wodą. Obok, wielce przejęty swoją rolą, młody kapłan Morra wygłaszał piskliwym głosem tradycyjną formułę pożegnalną.

- ... i otwórz szeroko Ostatnią Bramę przed strudzonym wędrowcem, który stanął u progu Twego królestwa. Panie Śmierci, zważ czyny tego męża i wyznacz należne mu miejsce w krainie przodków... – młodzieniec odziany w czarny, wełniany habit, z wyszywanym srebrną nicią znakiem Wrót na piersi, rozłożył szeroko ręce, jakby chciał zebrać w dłonie coraz silniej zacinający deszcz. Wydawało mi się, że daleko za zabudowaniami osady mignęła błyskawica, rozświetlając szybko puchnące, mroczne chmury. Zbliżały się w naszym kierunku.
- Klepsydra się przesypała – kontynuował kapłan. Biedak za wszelką cenę starał się ignorować deszcz, który psuł mu cały, zapewne ćwiczony przed lustrem, efekt. – Czas Waldofa Brauera nadszedł. Jednak pozostawił on po sobie wyraźny ślad w naszej pamięci, a jego krew zachowała kontynuację w licznym potomstwie: dzieciach i wnukach.

Stłumiłem ziewnięcie. Z nosa przestało cieknąć, dla odmiany poczułem w nim narastające kręcenie. Obawiałem się, że za moment kichnę donośnie, ściągając na siebie gniewne spojrzenia rodziny zmarłego. Na ich twarzach rysował się niekłamany żal: kobiety miały zaczerwienione oczy, mężczyźni zaciśnięte usta. Na chwilę wypełniła mnie zazdrość. Oto Waldi miał kogoś, kto odwiedzi jego grób, kto będzie nosił jego nazwisko, wspomni go z westchnieniem. Jest to jakaś forma nieśmiertelności. A ja dotychczas nie przywiązywałem do niej należytej wagi...

Brzemienne deszczem niebiosa zagrzmiały nad naszymi głowami. Przegnałem głupie myśli o przemijaniu. Drogi Waldof Brauer był trupem, a ja zdecydowanie i na pewno wciąż żyłem. To on powinien mi zazdrościć. Na przykład tego, że mogłem gapić się na ładniutką dziewczynę naprzeciwko, chyba jedną z jego najmłodszych córek (bo chyba nie wnuczek?!). Ślicznotka, może koło siedemnastu lat, wypukła tam gdzie należy, z dużymi brązowymi oczami, bez czepka na kasztanowych włosach, a więc jeszcze niezamężna. Taka uroda marnowała się na prowincji. Mężczyzna mojego formatu, z koneksjami w najlepszej dzielnicy Nuln, mógłby właściwie pokierować jej przyszłością. Tu, w Bodendorfie (jeden Sigmar wie, czy ta dziura to małe miasteczko, czy tylko większa wioska) mogła tylko rodzić kolejne bachory i przedwcześnie się postarzeć.

Dziewczyna chyba poczuła, że jest obserwowana, bo spojrzała w moją stronę. Postarałem się zaprezentować swój najlepszy współczujący uśmiech, odpowiednio stonowany, w końcu grzebali jej ojca. Szybko spuściła wzrok.

Kapłan wreszcie skończył, a ja byłem gotów nagrodzić ten fakt oklaskami. Morryta rozejrzał się po zebranych, jakby oceniał wrażenie, jakie odniosła celebra. Najwyraźniej ukontentowany, zamaszyście naznaczył jeszcze trumnę biała kredą i dopełnił rytuału, uwalniając skrzeczące czarne ptaszysko ze stojącej obok, w błocie, klatki. Kiedy przemoknięty kruk wzbijał się w ponure niebo, przez głowę przemknęła mi kolejna myśl, zdecydowanie nie na miejscu w tych okolicznościach. Byłem mianowicie ciekaw, czy ptaka przyuczono do tego zadania tak, że później sam wracał do właściciela i był wykorzystywany wielokrotnie? Musiało tak być, nie mogli przecież na każdą okoliczność chwytać wciąż nowych kruków. Ciekawe, czy dałoby się na tym zarobić?

Opuszczono trumnę. Starsze kobiety uderzyły w lament, mężczyźni zaczęli spiesznie zasypywać grób. Wzmógł się wiatr i deszcz. Chmury wreszcie do nas dotarły. Grzmoty niemal pokrywały się z błyskawicami, robiło się groźnie. Kapłan Morra szybko pożegnał najbliższą rodzinę zmarłego, zerknął z ciekawością na elfa (w tej chwili zdecydowałem, że Bodendorf to jednak duża wieś) i oddalił się, starając dostojnie brodzić w błocie. Z niezłym skutkiem. W ślad za nim poszło kilka innych osób. Młoda dziewczyna, na którą zwróciłem uwagę, wraz ze starszą, pewnikiem zamężną siostrą obejmowały matkę – drobną kobietę o poszarzałej twarzy i pustych oczach. Przez chwilę chciałem do nich podejść, coś powiedzieć, tak chyba wypadało, ale zmieniłem zdanie. Będzie jeszcze ku temu okazja. Byłem wystarczająco przemoknięty i zziębnięty. Poprawiłem wilgotny, zimny kołnierz peleryny i spojrzałem na stojącego tuż obok krasnoluda. Sibald wyciskał wodę z niegdyś czarnej brody. Kiwnął mi głową. Wcześniej zamieniliśmy tylko kilka słów, warto było pogadać w cztery oczy.

- Głodnyś? – spytał pierwszy. Przytaknąłem. Zaproszono nas co prawda na wieczorną stypę, ale do zmroku pozostało jeszcze trochę czasu. Choć niebo sugerowało coś innego, było dopiero wczesne popołudnie. Lubiłem mieć pełny żołądek, a nie spodziewałem się, żeby stypa Brauerów była wystawna. Przekąska była więc dobrym pomysłem.
- Ja stawiam – powiedziałem, kuląc się odruchowo przy kolejnym grzmocie.

Krasnolud tylko się uśmiechnął i, nie zwlekając, ruszył w stronę osady. Miałem już podążyć za nim, ale po chwili wahania odwróciłem się do elfa, który nie drgnął od początku pogrzebu. Teraz także stał sztywno, okryty długim płaszczem z kapturem, z jakimś napięciem wpatrzony w rosnącą mogiłę. Na nieruchomej, pociągłej twarzy elfa, tak bladej, że niemal lśniącej, nie odcisnął się żaden ślad czasu, jaki dzielił nas od ostatniego spotkania przed laty. Kiedyś zawsze czułem się przy nim nieswojo. Nic się nie zmieniło.

- Taelu Felisinie, przyłączysz się do nas? – spytałem. Zwracając się do ostrouchego, należało zawsze użyć jego pełnego imienia (no, może wyłączywszy okoliczności walki), inaczej elf po prostu cię ignorował. – Wspomnimy Waldiego przy kielichu wina – dodałem. Zamrugał. Naprawdę wydawał się być myślami gdzieś daleko. A może dawno? Spojrzał na mnie jakbym był natrętnie ujadającym kundlem, tak przynajmniej to odebrałem.
- Rupercie Rimmer, zjawiłem się tu, by oddać cześć zmarłemu towarzyszowi i może kiedyś odwiedzę także twój grób – odpowiedział świergotliwym głosem, wyraźnie akcentując ostatnie słowa. - Chcesz sycić pragnienie i głód, gdy ledwie dopełniono obrzędów pożegnalnych? - spytał beznamiętnie.

Stłumiłem przekleństwo. Nienawidziłem przeklętego tonu elfa, jego gładkiej buźki
i wydumanych mądrości nie wartych złamanego szylinga. Drań irytował mnie całym sobą.

- Czyli nie? – warknąłem. Wściekły, ślizgając się w błocie i lawirując między rosnącymi kałużami, ruszyłem w kierunku cmentarnej bramy. Lało już jak z cebra. Krasnolud znikał właśnie za wysoką, zadbaną palisadą Bodendorfu. Burza na dobre objęła niebo nad nami, poganiając grabarzy i ostatnich żałobników. Miałem szczerą nadzieję, że elfa trafi grom albo inna cholera i zabije na miejscu. Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego przed laty Waldi uparł się, by uratować tego nieludzia przed pewną śmiercią z rąk wściekłej tłuszczy. Należało mu się. Jeszcze jak!
* * *


Odłamałem z krawędzi spękanego, wypaczonego blatu kolejną drzazgę i wróciłem do dłubania w zębach. Niewielki karczemny stół, przy którym siedzieliśmy z krasnoludem, zawalały cynowe talerze z obgryzionymi kośćmi kurczęcia, ogryzkami warzyw i kruszynami chleba. W nieustanny łomot deszczu o dach wtrącały się grzmoty. Szalejąca od dobrej godziny burza, wśród wielu miejscowych wzbudzająca zabobonny lęk, zagnała ludzi do domostw i opustoszyła karczmę. Nasza dwójka nie reagowała na odgłosy wściekłego żywiołu. Gospodarz był jeszcze bardziej zaprawiony, a może po prostu przygłuchy. Drzemał smacznie przy szynkwasie, wsparty plecami o beczkę z kiszoną kapustą. Do otwartej gęby spływały mu powoli smarki z nosa. Nie mogłem oderwać wzorku od tego widowiska.

Karczma nie miała szyldu. Była jedynym przyzwoitym miejscem do nocowania z dwóch tego typu przybytków w Bodendorfie. Wziąłem tu pokój – ciasną, ale stosunkowo czystą izbę na piętrze, czy raczej poddaszu. Przy bagażach cały czas warował mój sługa, Johann. Nie przywiozłem ze sobą wielu dóbr, ale same ubrania mogły być w tej osadzie bardzo łakomym kąskiem. Poza tym ktoś musiał uważać, żeby nie przemokły. Nie ufałem szczelności dachu tej gospody.

Oderwałem wzrok od chrapiącego bezwstydnie karczmarza i z westchnieniem popuściłem pasa. Trochę sobie pofolgowaliśmy z jadłem. W perspektywie wieczornej stypy miałem zamiar tylko odrobinkę zaimponować krasnoludowi zasobnością swej kabzy. Tutejsze ceny okazały się jednak tak przystępne, że przełamałem wrodzone skąpstwo i obficie sypnąłem srebrem. Objedliśmy się.

Sibald wychylił kolejny kufel piwa, za które płaciłem, i starannie wytarł rękawem wąsy.
Nigdy nie widziałem, żeby przy stole czkał czy pierdział. Nigdy zupa czy piwo nie kapało mu z brody. Co z niego za krasnolud?

- I ja dostałem list – odpowiedział mi wreszcie na pytanie, które zadałem pół kufla wcześniej. – Brauer musiał go wysłać przynajmniej miesiąc temu. Szczęście, żem akurat był w Karaku. I że pismo gdzieś po drodze nie przepadło. Ale że i elf tu się zjawił? Zdumiało mnie to. Mimo wszystko.

Kiwnąłem głową. Wyglądało na to, że Waldi z jakiegoś powodu uparł się zebrać tu całą naszą trójkę. Po tylu latach… Mnie i krasnoludowi napisał, ze jest ciężko chory i błaga o przybycie, nim będzie za późno. Ja dotarłem na miejsce wczoraj, krasnolud dzień wcześniej, parę godzin po śmierci Brauera. A więc obaj spóźniliśmy się. Co do elfa...

- Powiedziano mi, że Feliesin był tu pierwszy. Myślę, że zdążył jeszcze porozmawiać z Waldim – stwierdziłem. – Zagadnę o to na stypie. Elf raczej nam nie zdradzi o co chodzi. Dziś na pogrzebie wydawał się wyjątkowo... – szukałem odpowiedniego słowa. Nie znalazłem. – Powiedzmy „zmartwiony”. To raczej do niego niepodobne. Zawsze miał do wszystkiego taki dystans....
- "Zmartwiony"? A może zadufany, hę? – zarechotał krasnolud. – Nie cierpię go, tak jak ty Rupercie, ale musisz przyznać, że z Brauerem on był najsilniej związany.

Wzruszyłem ramionami. Elf zaszczycił nas swą obecnością na pogrzebie pewnie rzeczywiście tylko dlatego, że był winny Waldiemu życie. Z tego samego powodu wędrował też z nami przed laty. Chciał spłacić dług. W końcu, po czterech latach wędrówki, udało mu się. Albo po prostu stwierdził, że to wystarczy. Odszedł. Potem odłączył się od nas krasnolud. Ja z Brauerem jeszcze przez rok włóczyliśmy się na południu Rzeszy. Zżyliśmy się. Doszło nawet do tego, że wołaliśmy na siebie zdrobniale: Waldi i Ru. Ru i Waldi. Niech mnie Chaos weźmie – wciąż nie mogłem uwierzyć, ze to było dwadzieścia lat temu! Dwadzieścia lat!

- To Brauer spajał naszą kompanię. Był mężnym i rozumnym mężem – stwierdził krasnolud napełniając nam kufle i z powagą wznosząc swój. – Jeszcze raz za jego zdrowie!
- Może – cmoknąłem, gdy wypiliśmy. – Odwagi nikt mu nie odmawiał. Ale życie mógł sobie lepiej poukładać. Zobacz, jak skończył. Przyznasz chyba, że Bodendorf to zabita deskami dziura?

Sibald wzruszył ramionami zaglądając do dzbana. – Może tego chciał, Rupercie? Może było mu tu dobrze, hę? – odstawił naczynie i zerknął na chrapiącego karczmarza. – Hola, człowieku! Ocknijże się i przynieś nam jeszcze jeden garniec!

Skrzywiłem się na to, ale zmilczałem. Niepotrzebnie obiecałem na początku, że wszystko idzie na mój rachunek. Piwo nie było tu drogie, ale kto mi powie, ile ten opój jest w stanie go wyżłopać?

- A pamiętasz, jak się wykaraskaliśmy z tej kabały w Bögenhafen? – zagadnął Sibald. - Kiedy zaklinowałem się w kanałach z parszywymi szczurami na karku i Waldof...
- Musimy mówić o dawnych czasach? – przerwałem mu trochę za ostro. – Było, minęło. Wracając do elfa i naszego tu przybycia, co masz teraz zamiar zrobić, Sibald? Może sprawa, dla której nas tu Waldi sprowadził nie umarła razem z nim? Mam przeczucie, że długouchego coś gryzło. Załóżmy, że miało to związek z ich rozmową. Chciałbym się bardzo dowiedzieć w czym rzecz. Czy przypadkiem coś nie przejdzie nam koło nosa, rozumiesz?

Krasnolud zaczął tarmosić brodę. Myślał. Przydreptał do nas ziewający straszliwie karczmarz z garncem ociekającym piwem. Nalał i spytał, czy może uczynić dla nas coś jeszcze. Kazałem mu zabrać ze stołu kości i zmienić świecę na stole. Ogarek strasznie kopcił.

Kiedy Sibald bez odpowiedzi przywarł do pełnego kufla, zadumałem się. Może Waldi chciał nam coś osobiście ofiarować? Jakąś pamiątkę? Skarb? Nie, raczej zostawiłby go dzieciom...

- O elfa nie dbam – powiedział nagle Sibald odstawiając z hałasem naczynie. – Zresztą
i tak go nie przejrzymy. Zawsze wyglądał jak nawiedzony, parszywe nasienie. Tak mi się widzi, że dla tych długowiecznych darmozjadów śmierć to rzecz raczej trudna do przełknięcia, rozumiesz? Na pogrzebie elf wyobraził sobie swój własny marny koniec i dlatego humor mu skisł. Mnie zresztą też przy tym zawodzeniu klechy się przykrzyło. A ty jak zwykle wyciągasz zbyt daleko idące wnioski. Brauer chciał się pewnie pożegnać – znów łyknął piwa. – Ten rytuał pogrzebowy... Wciąż nie mogę zrozumieć, czemu nie palicie swych zmarłych, skazując ich na gnicie i pożarcie przez robactwo...

Roześmiałem się. Sibald nic się nie zmienił. Po kilku piwach zaczynał filozofować. Jak większość krasnoludów, wciąż wszystkim i wszędzie stawiał za niedościgły wzór kanony własnej podupadłej rasy, wcale przecież nie lepszej od elfów. To do ludzi należała przyszłość świata. Do ambitnych ludzi.

Na zewnątrz jakby uspokoiło się, deszcz zelżał. Gospodarz wraz ze służebną dziewką wziął się za rozpalanie przygaszonego paleniska i porządkowanie izby. Pewnie spodziewał się wkrótce liczniejszej klienteli. Przeciągnąłem się, zerkając na zadek pochylonej posługaczki. Sibald dostrzegł to i zacmokał.

- Nic się nie zmieniłeś – stwierdził z uśmiechem. – Pies na baby!
- Trzeba umieć czerpać z życia przyjemność – odparłem. – A przyjemności i spokój mogą zapewnić tylko pieniądze.
- Taaa – mruknął. – Nie musisz tego tak podkreślać. Zauważyłem, że ci się powiodło. Sakiewka wypchana i to srebrem, pachołek na zawołanie, konie jak się patrzy. Brakuje tylko karocy!
- Prawda, nie narzekam – powiedziałem z przekąsem. - Po naszej wagabundzie poszedłem po rozum do głowy. Osiadłem w Nuln i postanowiłem się dorobić. Zainwestowałem. Zajmuję się pośrednictwem w handlu. Jestem też właścicielem niewielkiego lombardu, zatrudniam kilka osób. Moje nazwisko już coś znaczy w mieście – Przesadzałem, ale niewiele. - Mam już swoje lata, Sibald – dodałem. – Jestem niewiele młodszy od Waldiego i nie chcę umrzeć w nieheblowanej trumnie, złożonej w wilgotnym dole w takim miejscu jak to – Chyba pod wpływem pogrzebu i myśli, które mnie tam dopadły, opowiedziałem krasnoludowi w kilku zdaniach o długiej i bolesnej drodze do własnego interesu. Przemilczałem co wstydliwsze rzeczy i konieczne kompromisy ze swoim sumieniem, na które w dzisiejszych czasach człowiek ambitny musi się niestety decydować. Nie dodałem też nic o swojej nowej religii. Tego Sibald na pewno by nie zrozumiał.
- Nie walczę już ze światem – podsumowałem wreszcie nieco przydługi monolog. - Dopasowałem się do niego. I uwierz mi, nie narzekam.
- Wcale nieźle, Herr Rimmer, wcale nieźle! – powiedział po dobrej chwili krasnolud. Moja przemowa chyba go trochę zaskoczyła. Już jej żałowałem. Odszukałem drzazgę i wróciłem do dłubania w zębach. Wypiliśmy moje zdrowie, potem jego. Zagadnięty, Sibald bąknął parę słów o sobie. Nie miał się specjalnie czym chwalić.
- Zaopatruję twierdzę – powiedział lakonicznie. – Czasami przy piwie wspominam naszą młodość. Hoduję brzuch, myślę o konkurach i ożenku, a u nas to bardzo poważna sprawa. Chyba już do tego dojrzałem. Czas płynie powoli – uśmiechnął się. W górnej szczęce miał wstawiony srebrny ząb, nie zauważyłem tego wcześniej. – Myślałeś o rodzinie, Rupert? Żona, dzieci? U was to wszystko jest łatwiejsze.
- Mam kobiety, kiedy tego chcę – odrzekłem. – Często, ale krótko. Wystarcza.

Ogień zaczął wesoło buzować w palenisku. Przechodząca obok służebna obdarzyła mnie zachęcającym uśmiechem. Widać wachlarz usług w karczmach Bodendorfu był zbliżony do tego z Nuln. Sibald się zamyślił i ja na moment także odpłynąłem gdzieś myślami. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, widać tematy do rozmowy skończyły się. Dwadzieścia lat to jednak przepaść. Niegdyś, choć z konieczności, polegaliśmy jeden na drugim, teraz byliśmy już innymi osobami. Ja przytyłem kilka kamieni, wyłysiałem. Krasnolud miał chyba problemy ze wzrokiem, mrużył oczy. Zmieniliśmy się. Czy teraz zaryzykowałbym dla niego zdrowiem, o życiu nie wspominając? Wątpiłem. Póki co płaciłem za jego piwo.

Cisza przedłużała się i zaczynała być coraz bardziej krępująca. Dopiłem swój trunek i wstałem.

- Zobaczymy się na stypie – kiwnąłem krasnoludowi.
- Oczywista! Po zmroku, prawda? – pożegnał mnie wznosząc kufel. - Przyjdę.

Wdrapałem się powoli na piętro po niemiłosiernie skrzypiących schodach i w półmroku odszukałem drzwi do swojego pokoju. Nędzne deski ledwo trzymały się na skórzanych zawiasach. Wewnątrz, za progiem, drzemał na siedząco Johann, mój sługa. Chłopak miał może piętnaście lat, był rozgarnięty i umiał przywalić pałką, ale musiałem jeszcze wyplenić z niego lenistwo. Obudziłem go czubkiem buta.

- Słuchaj, wałkoniu – powiedziałem groźnie, gdy zerwał się z podłogi i wyprostował mrugając. – Za jakiś czas idę na stypę. Zadbaj zaraz o balię ciepłej wody i świeże ubranie z bagażu. Może ten czarny kubrak przeszywany srebrną nicią. Potem doglądnij koni i zjedz coś. Masz tu na wszystko całego szylinga.
- Tak panie, już lecę! – chwycił za klamkę.
- Czekaj! Znajdź też jakąś dziewkę, która nada się na łaziebną, rozumiesz? Na dole kręci się taka jedna. Może będzie chciała zarobić srebrnika albo dwa.

Wyszczerzył się i przytaknął. Znał moje upodobania.

- No, to idź już – zacząłem rozpinać kaftan, wracając myślami do młodej córki Waldiego. Nieżyjący kompan nie wybaczyłby mi natury tych myśli. Może na stypie będę miał okazję zamienić z nią słowo? Tymczasem kąpiel w towarzystwie chętnej dziewki pozwoli mi się odprężyć i jednocześnie oddać cześć Panu Przyjemności. Może jednak nie będę żałował przyjazdu tutaj?
* * *


Jak się spodziewałem, uczta na cześć zmarłego nie zachwyciła wystawnością. Na trzech niewielkich stołach ustawionych w podkowę było (jak z kolei oczekiwał Sibald) trochę trunków, ale na zakąskach już zbywało. Tu i ówdzie rozstawiono trochę chleba, sera i kiełbas, puszczono w obieg gar z kapuśniakiem. Jak na kilkunastoosobowe zgromadzenie w izbie było cicho, nieliczne słowa wymieniano półgębkiem. Rozwodniony alkohol powoli uderzał do głów. Rodzina i znajomi zmarłego zajmowali się na razie jedzeniem i wzdychaniem. Ktoś niemrawo wzniósł toast za Waldiego. Kobiety co chwila chlipały albo przynosiły coś z izby kuchennej. Zacząłem żałować, że tu jestem. Dla zabicia czasu przyjrzałem się bliżej miejscu, w którym zdecydował się żyć i umrzeć Waldi.

Dom Brauerów miał dużą sień i kilka izb, do tego poddasze. Na ścianach wisiało trochę skór, dostrzegłem też wypłowiały gobelin, pewnie jakiś stary łup Waldiego. Pomieszczenia były czyste i przytulne, na stołach stały woskowe, nie łojowe świece. Nie był to biedny dom, ale i nie bogaty. Ciekawe, czy Brauer sam go wybudował? A może trafił tu zupełnie przypadkiem i pojął za żonę dziewkę ze sporym wianem? To drugie bardziej pasowało do Waldiego, którego kiedyś znałem.

Elf oczywiście nie przyszedł, zaś krasnolud spóźniał się, co wywołało moje zdziwienie. Posadzono mnie na ławie u końca jednego ze stołów, z dala od wdowy i dzieci zmarłego, za to w pobliżu jakiegoś śliniącego się dziadygi, który sięgając trzęsącymi się rękoma po kolejne naczynia, przesuwał się powoli w moim kierunku. Po wysiorbaniu zupy przysnął mi na ramieniu. Szturchając go, zacząłem się zastanawiać, czy w Bodendorfem nie panuje jakaś klątwa senności. Mój karczmarz, sługa, teraz ten staruch. Prześladowali mnie niewyspani ludzie.

Moje kuksańce oczywiście nie obudziły starego. Kiedy stuknął głową o blat stołu i nie otworzył oczu, zastanowiłem się, czy aby nie umarł. Ktoś musiał zauważyć moją minę, bo obok nagle wyrosła dziewczyna, ta sama, na którą zwróciłem uwagę na cmentarzu. Wcześniej nie odstępowała matki. Sama jednak nie płakała. Ten wieczór może jeszcze nie był całkowicie stracony...

- Dziadku, czas położyć się na przypiecku – poprosiła starego słodkim głosem. Pachniała równie rozkosznie i w dodatku znała chyba czary: staruszek pod wpływem jej głosu, a może dotyku, otworzył oczy i uśmiechnął się bezzębnie.
- Pomogę panience – zaoferowałem się i razem wytaszczyliśmy dziadygę do sąsiedniej izby. Nie była to kuchnia, ale komora sypialna. Tu także był piec z przygotowanym na nim miejscem do spania, a do tego duże, proste łoże i skrzynia na ubrania. Drugie drzwi prowadziły do kolejnego pomieszczenia. Na ścianie wisiała dobrze utrzymana, wyczyszczona broń: włócznie, tarcza i miecz.

Dziadek, okryty wytartym kolorowym pledem, zwinął się na przypiecku w kłębek i z miną szczęśliwego idioty ponownie opuścił jawę. Takich lepiej zawczasu dobijać – pomyślałem.

Dziewczyna podziękowała mi i chciała wracać do stołu.

- Panienka jest córką Waldiego, prawda? – zatrzymałem ją.

Kiwnęła głową.

- Ja zaś nazywam się Rimmer. Rupert Rimmer – skłoniłem się dwornie. – Do usług.
- Mnie panie wołają Greta, z domu Brauer – powiedziała nieco zmieszana. Zerknęła za siebie i jakby z wahaniem kontynuowała – Wiem, że niegdyś tułaliście się panie z mym ojcem...
- Tułaliśmy? To chyba złe słowo. Szukaliśmy przygód, walczyliśmy z Chaosem, który chce pochłonąć świat – Przybrałem poważny wyraz twarzy. - Było nas kiedyś czterech, w tym dwóch nieludzi, elf i krasnolud. Widziałaś ich pewnie na pogrzebie. Później przemierzaliśmy gościńce już tylko we dwóch, z twym ojcem. Stare dzieje... A ja nie jestem żadnym panem, dorastałem w podobnej wiosce – kłamałem jak z nut.
- Nieludzie nie przyszli na stypę. Wiecie dlaczego? – spytała poprawiając staremu pled. Przestało jej się śpieszyć do jadalni. Dziadek zaczął mamrotać coś przez sen.
- Bo to nieludzie właśnie. Nikt nie wie, co zrobią, co powiedzą. To dziwolągi. A cóż? – spytałem. – Chciałaś pewnie ponownie zobaczyć elfa? To dziwadło.
- Nie panie – zaprzeczyła smutno. – Co mi po nim? Myślałam, że elfy to czarodzieje, i że ten uzdrowi mego ojca. Nie uzdrowił, zostawił go Morrowi. Wcale mi nie brak nieludziów.
- Nieludzi – poprawiłem machinalnie – Więc Felisin, ten elf, był u was jeszcze przed śmiercią Waldiego?
- Tak panie, rankiem. Wieczorem ojciec już nie żył - westchnęła. Wzdychała też ślicznie.
- Wiesz może, o czym rozmawiali? – spytałem chyba zbyt natarczywie, bo spojrzała się na mnie z uwagą. Z sali jadalnej doleciał nas jakiś żałobny śpiew, któremu towarzyszyło kwilenie piszczałki. Chyba nie zaczną tańcować?
- Nie. Zamknęli się w izbie. Potem elf po prostu wyszedł, nic nie mówiąc – dziewczynie łzy stanęły w oczach. Liczyłem, że się rozbeczy i wówczas będę miał okazję ją przygarnąć, przytulić, ale wzięła się szybko w garść.
- Posłuchaj Greto. Mogę mówić ci po imieniu, prawda?

Skinęła głową, ocierając nos rękawem.

- Wiesz, że twój ojciec uratował mi życie? – starałem się, by mój głos zabrzmiał odpowiednio dramatycznie. - Byliśmy jak bracia. Wiele razem przeszliśmy, odwiedziliśmy magiczne miejsca, widzieliśmy cuda. Opowiadał ci?
- Nie – zawahała się i westchnęła. – Nigdy. Ojciec nie chciał prawić nam o swej młodości. A tyle razy go pytaliśmy.
- Szkoda – cmoknąłem. - Przemierzyliśmy razem cały Wissenland, Averland, dotarliśmy do Sylvanii. Te nazwy coś ci mówią?

Wzruszyła ramionami.

- Byłaś kiedyś w Nuln?

Zaprzeczyła, lekko się czerwieniąc. Świetnie, trochę wstydziła się tej swojej prowincji.

- Powinnaś zobaczyć to miasto. Jest cudowne. Kolorowe, hałaśliwe, tłoczne. Nie chciałabyś kiedyś stąd wyjechać Greto? Zobaczyć świat? Nauczyć się czytać i pisać? Odziewać się w piękne suknie? – zrobiłem krótką pauzę. Jak aktorzy na deskach Elektorskiego Teatru w Nuln.
- Mogę cię stąd zabrać, Greto.

Spojrzała na mnie czujnie i wygładziła machinalnie spódnicę.

- Mnie, panie? – spytała cicho. Śliczna i całkiem bystra. Coraz bardziej mi się podobała.
- Przez pamięć twego ojca – zełgałem. – Jesteś tak do niego podobna... Mam u niego dług i w ten sposób mogę go spłacić. Pomagając jego rodzinie, kształcąc jego dzieci... – Odkryłem chyba u siebie nowy talent, usta same wypowiadały te dyrdymały. Rzadko miałem okazję grać dobrego wujaszka, ale ta zabawa miała swój urok.
- Musimy wracać – powiedziała nagle i ruszyła do jadalni. Zastąpiłem jej drogę i wziąłem za rękę.
- Wybacz mi, Greto – zwiesiłem głowę. - Nie powinienem proponować ci wyjazdu, jestem obcym mężczyzną w wieku twego ojca. Pewnie myślisz... – westchnąłem. - Przepraszam. Zresztą trzeba mieć sporo odwagi, by nagle opuścić dom.
- Jestem już dorosła i mogę robić co chcę! – powiedziała hardo. – Ale przecież matula... Domu trzeba doglądać, pomagać w obejściu… Gdzie mi tam w wielki świat!
- Widzę, żeś dorosła. Rozsądna i troskliwa. Ale pomyśl... – przysunąłem się do niej. To był chyba błąd. Bez słowa wywinęła mi się spod ręki i uciekła na salę. Głupia krowa!
- No, no – usłyszałem za sobą głos. Z tyłu stał oparty o piec Sibald, zerkając z uśmiechem na chrapiącego dziadka. Musiał wejść do izby przez drugie drzwi, od kuchni, a ja go nie usłyszałem. Traciłem na starość czujność?
- Ten sam Rupert co kiedyś. Nieraz dostało nam się przez twoją chuć. Nie przepuścisz nawet dziecku Brauera! – krasnolud splunął w kąt. Nie wiedziałem, czy kpi, czy się obrusza.
- Nie twoja sprawa! – warknąłem. – Długo tu stoisz? Spóźniłeś się na toasty!

Skrzywił się. Chciał coś rzec, spojrzał na mnie a potem przytknął dłonie do pieca. Na sali obok lekko podpitym głosem ktoś wymieniał "za co szanował i kochał ślachetnego kuma Brauera".

- Śledziłem elfa – powiedział wreszcie krasnolud. Udało mu się mnie ponownie zaskoczyć. Zamknąłem całkowicie drzwi do głównej izby, odcinając nieco hałas, i oparłem się o nie plecami.
- Ładnie to tak? Elfa?- spytałem.

Wzruszył ramionami.

- Coś mnie podkusiło... Sam nie wiem. Ostrouchy zawsze był taki czujny, a dam głowę, że dziś się nie zorientował! – ściszył głos. - Mieszka w stajni przy bramie, na stryszku jak ty, tylko w gorszych warunkach. Po zmroku wrócił na cmentarz. Siedzi nad mogiłą Brauera. Modli się albo medytuje, nie wiem. Pewnie jest tam do teraz. Znudziło mnie czekanie.
- Elfy! – rzuciłem z irytacją. – Kto je zrozumie?
- Miał przypasaną broń – dodał nagle krasnolud.
- No i co? Wyszedłbyś po zmroku za palisadę bez broni? Nawet jak byś był elfem?

Nie odpowiedział. Sibald wszędzie targał ze sobą swój młot. Twierdził, że jest magiczny. Teraz też go miał, przewieszonego cudacznie przez plecy. Ech, wszystkie krasnoludy są obłąkane na punkcie czającego się dookoła niebezpieczeństwa.

Oderwałem się od drzwi i uchyliłem je.

- Chodź, napijemy się – powiedziałem. - Jutro wypytamy wdowę o ostatnie chwile Waldiego. Delikatnie. Może coś wyjaśni.
- Taak. Napijmy się – przytaknął krasnolud. - Opowiemy im kilka naszych przygód? Z Brauerem w roli głównej? Ubarwionych czy zmyślonych?

Rozbawił mnie. Niech mu będzie.

- Zmyślonych, Sibald – powiedziałem. - Są ciekawsze i bardziej odpowiednie na stypę. Nie uważasz?

Wróciliśmy więc do głównej izby i razem złożyliśmy kondolencje wdowie. Wspomnieliśmy przy tym odwagę, mądrość i szlachetność jej męża, popierając to kilkoma przykładami. Jego synowie i sąsiedzi zaczęli wypytywać o szczegóły owych przykładów, chciwi bajek o przygodach i bohaterskich czynach. Wówczas Sibald się rozkręcił. Pomagając sobie kolejnymi kuflami, wtykanymi mu w ręce przez słuchaczy, nie szczędząc gestykulacji, krzyków i obrazowych powarkiwań, zaczął snuć fantastyczną, wyrywkową opowieść o naszych losach. Ja siedziałem cicho obok i tylko potakiwałem w momentach, kiedy jakieś całkowite niedorzeczności w opowiadanej historii wymagały potwierdzenia. Naturalnie zawsze dostarczałem takowego. W celu uwiarygodnienia jakiegoś nonsensu wymyślonego przez krasnoluda pokazałem nawet brzydką bliznę na ramieniu. Tak naprawdę była to pamiątka po usuwaniu wyjątkowo chybionego tatuażu.

Tego wieczora usłyszałem miedzy innymi, jak przed wieloma laty nasza czwórka poszukiwaczy przygód, szlachetnych awanturników bez skazy, ślubowała sobie wieczną przyjaźń. Jak bohatersko wyrwała z rąk bretońskich porywaczy córkę pewnego szlachcica z Bögenhafen i jak polowaliśmy na smoki w Górach Szarych. Sibald wspomniał też o naszych poszukiwaniach skarbów w starożytnych kurhanach i o pełnej poświęcenia walce z łowcami niewolników w Księstwach Granicznych. Opowiadał i opowiadał, a ja miałem wrażenie, że im więcej krasnolud mówi, tym bardziej jest przekonany o prawdziwości własnych słów. Ja wciąż przytakiwałem, odbierałem poklepywania po ramieniu, łechcące słowa uznania. Uśmiechałem się w duchu widząc, że i Greta dała się ponieść opowieści. Odprężyłem się, wypiłem kilka kubków kończącego się szybko, wątpliwej wartości wina. Zaczęła ogarniać mnie senność.

W pewnej chwili, może pod wpływem jakiegoś zdania Sibalda, głowę wypełniły mi obrazy z innej wersji przeszłości. Tej prawdziwej. Nużącej, monotonnej i ponurej. Nijak nienadającej się na opowieść, bo nieciekawej, czasami wstydliwej, gorszącej, nieraz ohydnej.

Moja młodość to przede wszystkim ból nóg, odciski, rozmokłe trakty, głód i niechęć ludzi wobec takich wagabundów jak my. Niewdzięczne dorywcze prace, drobne kradzieże, rozboje, korumpowanie przedstawicieli prawa, zastraszanie wieśniaków, najmowanie się w charakterze ochroniarzy padalcom i wydrwigroszom, oszołamiające kariery karczemnych wykidajłów albo bezwzględnych reketerów. Pamiętałem nasze kłótnie o nędzne „łupy”, wzajemne pretensje i oskarżenia z byle powodu. Pamiętałem wilgotny chłód celi, w której przesiedzieliśmy z Waldim dobre dwa miesiące. Za nic. Naprawdę. Kiedy wreszcie trafiliśmy za kraty, to niezasłużenie. Ironia losu...

Jedno było jednak prawdą w słowach krasnoluda. Mięliśmy cholerne szczęście albo, nie wiedzieć czemu, czuwali nad nami bogowie. Ten szalony okres włóczęgi i szukania kłopotów udało się przeżyć całej naszej czwórce. W jednym kawałku. A to spore osiągnięcie, naprawdę. Niewielu awanturnikom tak sprzyjał los. Jeśli nie płacili życiem, to kalectwem, obłędem, lochem. Nie smrodliwym aresztem tylko galerami lub kamieniołomem. U nas zaś „przygoda” skończyła się na kilku złamaniach i bliznach. Przynajmniej tyle było widać.

Przyznać trzeba, że nigdy nie grzeszyliśmy brawurą, nie broniliśmy straconych spraw. Chociaż raz czy dwa emocje nas ponosiły, zdawaliśmy sobie sprawę, że naiwne przekonanie o konieczności obrony prawdy i sprawiedliwości grozi głupią śmiercią. Prawda, zdarzało się nam działać pod wpływem impulsu, ryzykować życie wszystkich dla jakiejś głupoty i przyznam, że często działo się to z mojego powodu. Ale tak było tylko na samym początku. Wędrówka szybko nas naprostowała.

Opuściłem stypę przed północą. Nie mogłem tam dłużej usiedzieć. Coś zaczęło mnie dusić. Drażniły mnie gesty przyjaźni podchmielonych ludzi, niekończące się gadanie pijanego Sibalda, podziękowania zapłakanej wdowy, nawet uśmiechy zmęczonej Grety. Dziewczyna nie uśmiechała się do mnie, tylko do kogoś, kim nie byłem i być nie chciałem. Miałem dość. Po powrocie do karczmy spytałem Johanna o nasze konie i zadowolony z odpowiedzi ległem na trzeszczącym łóżku. Zasnąłem natychmiast.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Komentarze

string(15) ""

Hadrian Samoracci
   
Ocena:
0
I koniec? Rozjechali się i spotkali sie dopiero na pogrzebie Ruperta, nie wiedząc nawet kim się stał?
No i co z elfem panie bajarzu, toć nie godzi się zostawiać opowieści bez zakończenia. Co powiedział mu Waldi?
Artek budzi zainteresowanie, ode mnie masz plusa, mimo, że generalnie nie przepadam za takimi wielorasowymi grupami poszukiwaczy przygód.
20-03-2008 19:45
karp
   
Ocena:
0
To pierwsza część opowiadania, informacja o tym znajduje się w newsie, który już wisi w dziale. Część druga (i ostatnia) niebawem.
20-03-2008 20:42
Aramil Liadon
   
Ocena:
0
Bardzo dobra robota, szkoda tylko że jeszcze nie dokończona...
Trapi mnie niedopowiedzenie historii z elfem, ale dzięki temu bardziej niecierpliwie będę czekał na drugą część...

Zapewne ilustracja przedstawiająca pogrzeb należy do paskuda. Kolejna dobra praca, tak trzymaj.
21-03-2008 15:03
Iman
   
Ocena:
0
Jako część pierwsza całkiem, całkiem. Podoba mi się sposób narracji oraz przedstawienia życia poszukiwacza przygód (zwykle jednak autorzy wybierają te walki ze smokami i rycerzami Chaosu ;) ). Czekam na cz. 2
22-03-2008 10:17
Pantokrator
   
Ocena:
0
Jeśli w części 2. narrator i główny bohater okaże się czcicielem chaosu, bojkotuję lekturę opowiadań na polterze na czas dłuższy. Błoto - OK, deszcz - OK, krew pot i łzy - czemu nie. Ale jako czytelnik otwarcie protestuję przeciwko wciskaniu chaośników w każdy metr kwadratowy przestrzeni zaludnionej Imperium. Są już po prostu nudni...
24-03-2008 20:13
Mari Huana
   
Ocena:
0
Zgadzam się z Pantokratorem. Czasami człowiek nabiera wrażenia, że ludzie stają sie mniejszością w Imperium i że żadna inwazja chaosowi nie będzie potrzebna. Spotyka się ich tylu, że mogliby 'demokratycznie' wybrać nowego imperatora. IMHO trochę realizmu by nie zaszkodziło, w końcu jeśli zdolności bojowe przedstawiciela chaosu przewyższają ludzki (a przewyższają) oraz jest ich więcej ( a na to wygląda), to co jeszcze ludzie robią w Imperium?
25-03-2008 10:44
karp
   
Ocena:
0
Jeśliby patrzeć na dział opowiadania, rzeczywiscie Chaos jest tematem dominującym - albo przynajmniej przewija się w tle, natomiast z szortami tak "źle" juz nie jest.

Ale nie o tym chciałem. Narzekacie, ze w opowiadaniach ze świata Warhammera jest ciągle Chaos i mutanci, i ze dość, wystarczy. A nie wydaje sie wam, ze to trochę tak, jakbym narzekal że kryminały są o zabójcach i złodziejach?

Oczywiscie, że Stary Świat to nie tylko Chaos i mutanci - ale nalezy pamiętać, że są oni jego mocnymi cechami charakterystycznymi - podobnie jak Zabójcy trolli i Skaveny.
25-03-2008 12:57
Pantokrator
   
Ocena:
0
Oczywiście, że chaos jest nieodłącznym elementem świata. Ale nie jest elementem niezbędnym. Można napisac dobre opowiadanie i bez chaosu - w końcu typowo warhammerowych motywów są całe setki.

Na polterze nie pisze się o zabójcach trolli, zwycięstwach krasnoludów czy potężnej armii Imperium. Tu mamy błoto i zło, które niemal zawsze triumfuje. Zawsze na końcu okazuje się, że sprzedawca eliksirów w sielankowej historyjce naprawdę czci Nurgla i wcisnął pięknej dziewczynie jakąś plugawą zarazę w płynie. A nawet jeśli nie wygrywa wprost, to przynajmniej szczęśliwie ucieka, a główny bohater pozytywny ginie od trucizny. Czy to nie przesada?

Akurat ten tekst w tej części ustrzegł się nafaszerowania wszystkiego chaosem. A co więcej, zaintrygował na tyle, że z wielkim zainteresowaniem zabrałem się za 2. jego część.

EDIT: To był jakiś sen, ta 2. część, czy po prostu przed chwilą zniknęła z poltera?
25-03-2008 22:46
karp
   
Ocena:
0
Spokojnie, to tylko awaria ;)
26-03-2008 08:19
Kroshgar
    GZ
Ocena:
0
Jedno z najlepszych opowiadań do Młota jakie czytałem.
26-03-2008 10:56
Maestro
    GENIALNE GRAFIKI!
Ocena:
0
O, nie było mnie chwilę i opublikowaliście moje opowiadanko, jak miło ;-)
Dzięki za wszelkie uwagi.
Ja ze swojej strony pochwalę ilustracje - są wspaniałe!!!
04-04-2008 13:42

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.