string(15) ""
» Blog » Elysium - Rewolucja w Niebie?
25-08-2013 13:21

Elysium - Rewolucja w Niebie?

W działach: film | Odsłony: 466

Elysium - Rewolucja w Niebie?

Wczoraj wybraliśmy się z Emilką do kina na Elizjum. I w związku z tym filmem mam dziś kilka myśli i spostrzeżeń.

Dzień wcześniej obejrzeliśmy "Dystrykt 9", tak by wprowadzić Emilkę w klimat Blomkampa, miałem więc okazję odświeżyć sobie ten świetny film i porównać do niego Elizjum. Porównanie to wypadło zdecydowanie na niekorzyść nowszej z dwóch produkcji, znalazłem w niej jednak kilka smaczków które spowodowały, że nie mogę nazwać tego filmu słabym - chociaż majstersztykiem (jak D9) z pewnością nie jest w moim przekonaniu.

Strasznie nie lubię dawać ostrzeżeń antyspoilerowych, bo mnie te spoilery kompletnie nie przeszkadzają, ale jeśli ktoś ma z tym problem i lubi być zaskakiwany, to proponuję dalej nie czytać. Mogą (i raczej na pewno) wypsnąć mi się jakieś informacje, które moglibyście chcieć rozkminić samemu. Zresztą tych zaskoczeń za dużo nie ma - to w końcu, mimo wszystko, film hollywoodzki.

Slums? Jaki slums?

I to jest chyba jego największa porażka. Wiele się mówiło o tym, jak w D9  Blomkamp hardkorowo  przedstawił syf i brud slumsów "krewetek" w Johannesburgu. Z recenzji w necie człowiek wizualizuje sobie, że Kalifornia z Elysium będzie podobnie syfiasta, zła i wypaczona. No cóż, rozczarowanie. Różnice pomiędzy biedotą z Ziemi a elitami z Elizjum są, czywiście, ale tutaj reżyser nie poszedł w ekstrema jak w D9. Ot, trochę lepszy slums, albo zubożała dzielnica robotnicza w Meksyku. Do faveli Sao Paulo czy Rio De Janeiro znanych z naszego świata to temu miejscu jeszcze dużo brakuje,o syfie D9 już nie wspominając. Tak jakby amerykański widz nie był w stanie sobie wyobrazić, że jego kraj może upaść tak nisko. W każdym razie - symbolizm tego filmu, oparty na przerysowaniach, w momencie pokazania "slumsów" stanowczo się rozmywa. Bardziej przypomina mi to dzielnice biedoty z niedawnego reamke'u "Total Recall", niż przerysowane slumsy D9. Zresztą, lokacje slumsów były kręcone w Mexico City, któremu daaaleko do najgorszych miejsc na Ziemi.

Gwiazdy

Kolejna sprawa, to "gwiazdorska" obsada. Cóż, Matt Damon i Jodie Foster po prostu nie dali rady filmowi Blomkampa. Obydwoje zagrali mdło, drętwo i nijako, i obydwoje mieli bezsensowne i niekoherentne sceny.

Max, który przez cały film próbuje się dostać do automedu by wyleczyć chorobę popromienną w ostatniej chwili ma to gdzieś i się bohatersko poświęca - i nie jest w tym zbytnio przekonujący. Sam wątek z chorobą popromienną też jest słabo zagrany - w sumie bohater czuje się źle tylko na początku, potem bierze jakieś superpigułki, po których zachowuje się normalnie, walczy, kopie itd - jedynie w dwóch momentach coś go tam boli i się zwija z bólu. Przyznam, że Jason "Drewniana Twarz" Statham w "Krank" zagrał dużo lepiej. 

Minister Delacourt, twarda, silna i bezkopromisowa kobieta, która przez cały film sprawia wrażenie, że przeżyje wszystko i trzeba ją będzie rąbać na kawałki żeby przestała atakować, w swoich ostatnich chwilach nagle się poddaje w walce o życie - chociaż miała ( tym bardziej miał ją widz) świadomość, że wystarczyło powstrzymać krwawenie i wrzucić ją do pobliskiego automeda, by cudownie ozdrowiała. Zwłaszcza, że dzieje się to tuż po tym, jak mój ulubieniec w tym filmie odbudowuje sobie zmasakrowaną granatem twarz.

Agent Specjalny Kruger vel Wikus Van Der Merwe

Właśnie, mój ulubieniec. Jak mówię, dzień wcześniej oglądałem Dystrykt 9. Z jakim zdumieniem dostrzegłem że Kruger, tajny agent, najemnik i zabójca w jednym, to Wikus Van Der Merwe, główny (ludzki) bohater D9! Sharlto Copley, grający wcześniej ciapowatego Wikusa, tym razem wcielił się w prawdziwego badassa, niezwykle fajny czarny charakter. Wg mnie to najlepiej skonstruowana i zagrana postać w tym filmie. Jego dwóch pomagierów też należy pochwalić. Drake i Crowe po prostu dają radę, i są czymś o wiele więcej, niż zwykli minioni do rozwalenia po drodze. W rolę Drake'a wcielił się Brandon Auret, znany z roli szefa najemników z D9, w rolę Crowe'a zaś - Josh Blacker, znany z Transporter: The Series (dość podobny do Stathama) czy ze Stargate Universe, gdzie wystąpił jako sierżant Spencer. Crowe wypada wyraźnie gorzej w tym duecie, Drake jest dużo bardziej wizualny i osobowy, obdarzony swoistym poczuciem humoru. Ma też swój "feature move", który pojawił się także w D9 - pokazuje środkowy palec i język swojemu celowi, np gdy rzuci w niego granatem. To czarne poczucie humoru jest zresztą charakterystyczne dla całej trójki. Rozładowuje ono napięcie niektórych co bardziej "mrocznych" scen - za to scenarzyście/reżyserowi i aktorom spory plus. 

Podobnie rzecz ma się z ekipą "coyotes" - postaci ekipy przemycającej ludzi na Elizjum są dużo ciekawsze niż "gwiazdorska obsada".

Coyotes i nawiązania

Blomkamp lubi w swoich filmach krytykę społeczną. W Dystrykcie 9 meliśmy pokazany apartheid wobec obcych, tutaj mamy krytykę bogatych, którzy nie używają swoich bogactw by wesprzeć biednych. W obu filach wyeksponowany jest też wątek przestępczości, która na tych różnicach żeruje - w D9 mieliśmy nigeryjskie gangi handlujące kocim żarciem i bronią. W Elizjum używa dość wyraźnych nawiązań do przemytu ludzi z Meksyku do USA, tylko tutaj coyotes wysyłają biedotę na Elizjum nie do pracy, a do automedów, które mogą wyleczyć każdą chorobę. Tak w D9, jak i w Elysium główny bohater oczywiście stoi po stronie tych słabszych, biednych, prześladowanych - chociaż w obu przypadkach niejako wbrew swojej woli.

Warto też zwrócić uwagę na swoistą interpretację mitów, na którą pokusił się reżyser. Elizjum to w końcu swoiste "niebo" w wydzielonej części Hadesu (lub ponad Oceanem Zachodnim), gdzie trafiają dusze dobrych ludzi, zapominając o smutkach i bolączkach życia śmiertelnego. To kraina wiecznej szczęśliwości, gdzie zawsze jest wiosna i wszystko jest piękne. W filmie "dobrzy ludzie" są zastąpieni przez "bogatych ludzi", ale zasada pozostaje ta sama.

Dalej - mamy swoistego herosa, któremu już w dzieciństwie wieszczono, że dokona czegoś wielkiego - tutaj hiszpańskojęzyczna zakonnica zamiast Pytii.

Pracuje w "Armordyne", firmie zbrojeniowej, takich "Kuźniach Bogów", gdzie tworzy wspaniałe bronie dla swoich panów - zupełnie jak Svartalfy pracujące dla Odyna w mitologii nordyckiej, czy karły w "Pieśni o Nielungach". Kowali herosów znajdziemy sporo w mitologiach.

Heros ten jest niechętny, staje jednak w sytuacji bez wyjścia, otrzymuje magiczny sprzęt i magiczny napój - tutaj ruski egzoszkielet i chip pamięciowy, oraz pigułki niwelujące efekty choroby popromiennej).

Oczywiście, prometeizm bohatera przebija jak cholera z każdego kawałka filmu. Zamiast ognia, daje ludziom status obywateli (i dostęp do automedów), co czyni ich równym bogom. Poświęca przy tym siebie, chociaż w porównaniu z Prometeuszem wychodzi z tego obronną ręką - po prostu umiera, nikt mu wątroby nie wyjada (chociaż dostaje nożem w jej okolice od Krugera).

Nektar, Ambrozja - w mitologii greckiej dawały bogom nieśmiertelność i wieczną młodość. Bogowie zakazali Śmiewrtelnikom ich spożywania. Zupełnie jak z automedami.

"Raven" (Kruk), nazwa pojazdu Krugera, który zabiera Maxa na Elizjum. Kruki są często posłannikami bogów - miał je na usługach Apollo, miał je Odyn. 

Kruger, to taki Loki, Trikster, i trochę Szatan - niby jeden z Elizjan, ale wygnany, "strącony z niebios" bo raz, że musi żyć posród śmiertelników, to jeszcze zostaje zwolniony ze swojej funkcji (wygnanie Szatana z Niebios). Postanawia więc sam zaprowadzić porządki w Elizjum i pozbyć się swoich mocodawców.

Wspomniałem wyżej "Total Recall", remake sprzed roku. W obu filmach znajdziemy wiele elementów wspólnych. Roboty policyjne, walkę klas, separację tychże, rewolucję, niechętnego bohatera, zabawy z pamięcią. O ile "TR" poszedł bardziej w widowisko techniczne, o tyle "E" bardziej skupiał się na ludziach - ale gadżety miał fajne.

Gadżety

Tutaj gruby plus dla ekipy przygotowujacej modele. O ile egzoszkielety były takie jakby na siłę (sic!) i niepotrzebne, o tyle reszta gadżetów zdecydowanie mi się podobała. Przerobiony kałach prujący mikrogranatami, eksplodujące dyski i shurikeny, wojskowy Raven robiący równocześnie za Blackhawka, wahadłowiec i centrum dowodzenia Krugera, Ręczna Wyrzutnia Pocisków Ziemia - Kosmos, osobisty generator pola siłowego, czy mój ulubieniec - "otwieracz" laserowy, gdzie możesz sobie wybrać kształt wyciętej dziury jak w zabawkowym wskaźniku laserowym. Na uwagę zasługują też roboty policyjne (+ specjalne kudos dla "kuratora") i stratolimuzyna "złego szefa".

Same zaś automedy... hmm. Traktuję je jako wyjątek i zawieszam przy nich niewiarę kompletnie, bo mają swoje uzasadnienie w filmie, stając się symbolem nieśmiertelności, młodości i poniekąd - bogactwa. Są takim jakby symbolem boskości, ambrozją i nektarem olimpijskich bogów, po który chcą sięgnąć robaki z Ziemi.

 

Rewolucja w Niebie?

Tutaj mam kilka przemyśleń. To już któryś z kolei film SF z ostatnich lat, gdzie pojawia się wątek swoistej walki asymetrycznej, zwykle rewolucyjnej. Mieliśmy to w "Avatarze", gdzie szlachetne niebieskie dzikusy wyganiają ludzi z Pandory, mieliśmy to w "Total Recall", gdzie główny bohater (a raczej jego sztuczna osobowość) niszczy system i windę będącą narzędziem opresji. Mamy to i tutaj - Bohater swym poświęceniem daje biedocie na Ziemi dostęp do cudów technologicznych Elizjum.

I co mnie niepomiernie irytuje w tych filmach to to, że w momencie gdy dochodzi do przewrotu, historia się kończy. Nikt nie mówi co było dalej, nie pokazuje czkawki, jaką takie rewolucje się odbijają. Już nie mówiąc, jak bardzo są one bez sensu. Spójrzmy na "Elysium". Oto bohater, w przyszłości z pewnością męczennik, razem z grupą coyotes wpada na boski Olimp i zrzuca "pomoc humanitarną" na przeludnioną, biedną Ziemię, przy okazji uniemożliwiając "złemu" Krugerowi przejęcie władzy. Wyobraźmy sobie analogiczną sytuację w naszym świecie. Grupa coyotes przebija się przez kordony Border Patrol i rusza na Waszyngton, gdzie wpada do Białego Domu, załatwia Obamę i wprowadza nowe rządy. Pomińmy oczywiście absurdalność takiej możliwości. Otwierają granice dla Meksyku, wpuszczają strumień uchodźców, i dają im darmową opiekę lekarską. Pracy wszystkim nie dadzą, bo przecież nie starczy. Może pozwolą im zamieszkać w Beverly Hills? Ok, ilu Meksykanów zmieści się w Beverly Hills? I kto tam będzie mieszkał? Bo na pewno nie robotnicy z fabryk, których szybko wygonią szefowie kartelów, gdy już zostaną senatorami i gubernatorami. Jak szybko skończy się pomoc medyczna, gdy do kraju wpuścimy 115 mln ludzi? Co zrobi te 115 mln ludzi, którzy nie mają co jeść i za co żyć, a nagle wszyscy są zdrowi i bez pracy?

Inny przykład to "Avatar". Wszystk niby dobrze się kończy, źli chciwi Ziemianie zostają wygnani z Pandory (w większości górnicy i naukowcy, bo wojska to tam za wiele nie było). Jeśli dobrze pamiętam, lot z Ziemi na Pandorę trwał coś 4 lata. Ok, więc Ziemianie wracają na Ziemię i co, grzecznie ta zostają? Teraz nie dość że są chciwi (unobtanium) to jeszcze wściekli. Dajmy im rok na przygotowania. I kolejne 4 lata na powrót na Pandorę. I po 9 latach na orbicie pojawia się flota, tym razem nie naukowców i górników, tylko wojskowych. Z czołgami, mechami, myśliwcami, bronią ciężką. Tak samo jak pojawili się w Iraku czy Afganistanie, gdy zaczęło im brakować ropy. Tak jak pojawili się w Tenochtiltan, tak jak pojawili się w Cuzco. 

Oczywiście przeciwstawiam tu realistyczny pragmatyzm wyidealizowanemu obrazowi z filmów. Ale film to także dziedzina sztuki, a ta zaś ma zadawać pytania, na które każdy może sobie odpowiedzieć. Ja sobie odpowiedziałem tak. Świat "Elysium" w skutek działania głównego bohatera szybko się rozleci i albo wróci do takiego samego układu w jakim był wcześniej (a bogaczy i polityków zastąpia najsilniejsze jednostki, mafiozi i kryminaliści), albo jeszcze bardziej upadnie. Zastanawia mnie jednak, ile osób odebrało ten film jako kolejną zachętę do bezmyślnego "fight the system", jako "lewacką propagandę", która ich zainspiruje do jakichś dziwacznych -izmów w przyszłości w imię równości wszystkiego i wszystkich.

Możliwe że ta moja irytacja na zakończenia powyższych filmów jest celową intencją autorów, ma nas pobudzić do myślenia - co dalej? Jeśli jednak nie takie było ich zamierzenie, to proponuję zastanowić się nad tym i tak, choćby po to, by pokontemplować sztukę dłużej.

Film w każdym razie warto obejrzeć. do maestrii D9 mu daleko, ale dla samego Krugera/Wikusa i jego paczki warto.

3
Notka polecana przez: Aesandill, raduciou, XLs
Poleć innym tę notkę

Komentarze

Autor tego bloga samodzielnie moderuje komentarze i administracja serwisu nie ingeruje w ich treść.

raduciou
   
Ocena:
+1
polecam bo ciekawa notka, bo Elizjum.
25-08-2013 20:43
Sting
   
Ocena:
+1
Słusznie prawisz Zig o tym filmie. W zasadzie to się nim rozczarowałem, ale to częsta rzecz ostatnimi czasy, gdy chodzę do kina. Mam również inne odczucia odnośnie D9, które zupełnie nie przypadło mi do gustu. Moim zdaniem było nudne, mdłe i stawiające niby głębokie problemy w zinfantylizowanym świetle. No, ale może miałem wtedy jakiś kiepski dzień. :P
 
26-08-2013 08:00
XLs
   
Ocena:
+1
Podstawowym problemem każdej rewolucji, jest to że władze do rąk dostają przywódcy wojskowi i propagandyści. Ci natomiast całkowicie się nie nadają całkowicie do rządzenia. Widzieliśmy to wiele razy. (ps Elizjum to taka pochwała systemów komunistycznych, obalmy tych co na górze, niech wszyscy mają równo;)
Polecam notkę bo dobra i Zig nie Trolluje:)
26-08-2013 09:33
Kumo
   
Ocena:
0
W zasadzie trudno mówić o obaleniu władzy - po prostu każdy otrzymał te same prawa, co mieszkańcy Elizjum. Rząd został ten sam, chyba że system (o którego działaniu i procedurach w sumie nic nie wiemy) znalazł lepszych kandydatów wśród dotychczasowych "uciskanych mas".

Jak dla mnie najgorszym i nie trzymającym się kupy motywem w filmie sa te nieszczęsne pojazdy ambulatoryjne na końcu... Po grzyba ktoś je budował i nie wykorzystywał? Cyba po to, żeby wkurzeni ludzie organizowali jakiś "niby - ruch oporu" i regularnie rozbijali się wahadłowcami na Elizjum, zamiast grzecznie pracować i zwiększać produktywność...
26-08-2013 23:29

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.