» Recenzje » Dzieje Elenium - David Eddings

Dzieje Elenium - David Eddings

Dzieje Elenium - David Eddings
Do tej pory niewiele słyszałem o Davidzie Eddingsie. Pobieżne przeszukanie Internetu wykazało, że jest on amerykańskim pisarzem, całkiem popularnym w Stanach, a i w Polsce nie brakuje mu fanów. Jako że jestem niepoprawnym miłośnikiem literatury z gatunku fantasy (w szczególności tego klasycznego, reprezentowanego chociażby przez Władcę Pierścieni), chętnie zgłosiłem się do zrecenzowania trylogii Dzieje Elenium, opowiadającej o przygodach dzielnego rycerza Sparhawka i jego nie mniej odważnych towarzyszy, którzy muszą – jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało – uratować świat. Wrażenia? Szczerze mówiąc, mieszane.

Na samym początku warto wspomnieć, że cykl ten ma jedną ciekawą cechę: akcja została podzielona na trzy tomy w taki sposób, że czytając ma się wrażenie, jakby były to trzy, jedynie luźno ze sobą powiązane powieści. Przykładowo – wydarzenia przedstawione w pierwszej części zostały zarysowane w drugiej, dzięki czemu czytelnik wie mniej więcej, o co chodzi. Prawdę mówiąc, pierwszy tom jest tak napisany, że również zdaje się streszczać akcję "poprzednich części" (których nie ma); gdyby nie odpowiednie oznaczenia , można by mieć wątpliwości, czy autor nie napisał książki, która poprzedza wydarzenia z Diamentowego tronu. Zabieg taki ma zarówno pozytywne, jak i negatywne strony – z jednej, czytelnik, który z jakichś powodów nie sięgnął na początku po pierwszy tom trylogii, nie będzie miał problemu ze znajomością poprzednich przygód rycerzy; jednak z drugiej, osobiście wolę, gdy poszczególne części danej serii były ze sobą ściśle powiązane, tworząc spójną całość.

Dzieje Elenium przedstawiają, jak już wspomniałem, historię Sparhawka – członka rycerskiego Zakonu Pandionu w służbie Kościoła – i jego przyjaciół, którzy wywodzą się zarówno, niczym Sparhawk, ze stanu rycerskiego, jak pozostałych warstw społecznych. Niemniej wszyscy są w jakiś sposób związani z Kościołem – przykładowo Sephrenia jest styricką (czyli należącą do jednej z ras ludzi zamieszkujących kontynent, na którym toczy się akcja powieści, Eosię) czarodziejką, która uczy młodych rycerzy tajników magii; Kurik to z kolei wierny giermek i przyjaciel Sparhawka, a Berit jest nowicjuszem starającym się o zdobycie rycerskiego pasa; jedynym wyjątkiem jest chyba tutaj Talen – uliczny złodziej, jeden z najlepszych w swoim fachu – jednak i on okazuje się już w pierwszym tomie związany z jednym z kompanów Sparhawka.

Tom pierwszy, Diamentowy tron, rozpoczyna się w momencie, gdy Sparhawk wraca z dziesięcioletniego wygnania w Rendorze – krainie leżącej na południe od Eosii, gdzie słońce pali niemiłosiernie przez cały rok, a miejscowi ludzie nie grzeszą bystrością; można powiedzieć, że są oni archetypem społeczeństwa, które bezwolnie poddaje się władzy religijnego fanatyka-przywódcy, gdyż "zbyt długo przebywało na słońcu, aby móc samodzielnie myśleć". Takich stereotypów jest w książkach więcej, ale o tym za chwilę. W każdym razie, kiedy Sparhawk zadamawia się już w domu, dowiaduje się, że pod jego nieobecność królowa Ehlana, którą wychowywał od dziecka, zachorowała i przy życiu utrzymuje ją tylko magicznie stworzona przez Sephrenię i Pandionitów kryształowa skorupa. Dzięki podstępowi i pomocy przyjaciół, dowiaduje się on, że za aktualnym stanem królowej stoi Annias – prymas Cimmury, który jest w stanie poświęcić wszystko, aby zrealizować swoje ambicje, a mianowicie objąć stanowisko arcyprałata, czyli najwyższą możliwą funkcję, jaką może piastować duchowny. Rycerz, nie zastanawiając się długo, siodła swojego narowistego konia Farana, zbiera towarzyszy i rusza w podróż przez połowę kontynentu w poszukiwaniu lekarstwa.

W czasie podróży po Eosii, do Sparhawka dołączają rycerze z innych zakonów rycerskich. Warto tu zatrzymać się przy kreowanych przez autora bohaterach. Są oni nosicielami pewnych wzorców osobowościowych. Przykładowo Tynian z Zakonu Alcjonu z Deiry to wieczny wesołek, mający na każdą okazję zabawną opowieść. Z kolei przedstawiciel Zakonu Cyriników z Aricum pan Bevier jest człowiekiem o przesadnej wręcz pobożności. Podobnie jest z większością bohaterów występujących u Eddingsa. Są oni psychologicznie prości (chociaż żaden nie jest nieskazitelny i nawet szlachetni rycerze czasem posuwają się do brutalnego morderstwa) i mają kilka cech, które pisarz uwydatnił. Ktoś może powiedzieć, że taki zabieg zabija głębię bohaterów; całkiem możliwe, jednak oceniam go pozytywnie. W trakcie lektury pozwala on lepiej kojarzyć danych bohaterów, szczególnie jeśli mamy problemy z zapamiętaniem wszystkich charakterystycznych dla fantasy nazw i imion. Drugą zaletą jest możliwość skupienia się całkowicie na fabule, która w tych powieściach gra pierwsze skrzypce.

Właśnie, fabuła – jest ona zdecydowanie największą zaletą trylogii. Pierwszy tom to swoisty prolog do wydarzeń przedstawionych w dwóch pozostałych częściach. Pod jego koniec, Sparhawk dowiaduje się, że jedyne lekarstwo to magiczny, stworzony wieki temu klejnot Bhelliom, obdarzający mocą zdolną zniszczyć świat. Drugi tom, Rubinowy Rycerz, przedstawia długie poszukiwania, które podejmuje rycerz, aby go odnaleźć, przemierzając przy okazji drugą połowę kontynentu. Z kolei w trzeciej części, Szafirowej róży, Sparhawk, zdobywszy tytułowy klejnot, rusza najpierw przeszkodzić Annianasowi w zdobyciu tytułu arcyprałata, a następnie, cały czas wraz z przyjaciółmi, do odległej krainy Zemoch w celu zniszczenia złego boga Azasha, który od setek lat rzuca swój cień na Eosię, i zażegnania zła raz na zawsze.

Brzmi banalnie? Tak jest w rzeczywistości, często aż za bardzo – szczególnie kłuje w oczy motyw ze zniszczeniem złego boga przy użyciu magicznego artefaktu, który zdaje się być żywcem wyjęty z Władcy Pierścieni. Trzeba jednak przyznać, że inne wątki, szczególnie poboczne są całkiem ciekawe. Intrygi zawarte w fabule zostały bardzo zgrabnie splecione i interesujące – choć cel zawsze pozostaje ten sam (powstrzymać Anniasa lub, w przypadku prymasa, zdobyć tron arcyprałata), to środki i plany z nim związane niezwykle wciągają. Fabuła jest jak bohaterowie – prosta, ale poszczególne perypetie Sparhawka są ciekawe i czyta się je szybko, choć w pewnym momencie stają się przewidywalne.

Największą wadą tych powieści wydało mi się to, że bohaterom zawsze wszystko się udaje, czasem nawet nie mają na to wpływu. Nie ważne, jaka przeszkoda stanie na ich drodze do uratowania królowej – znajdą oni, często błyskawicznie rozwiązanie, czy to będzie krewny jednego z rycerzy, czy znajomości młodego złodzieja Kaltena, które zdobył dzięki swemu przełożonemu (a które dają mu wpływy niemal na całym kontynencie, a już na pewno w większych miastach), czy Sephrenia, mająca czar "akurat na tę okazję". Nie przypominam sobie, aby drużyna zaliczyła "porażkę" inną, niż kilka ran w walce (z których, poza jednym przypadkiem, wychodzą cało), co mnie bardzo irytowało – rozumiem, że to heroic fantasy, ale bez przesady, nawet największym zdarzają się niepowodzenia! Najbardziej denerwujące jest, co prawda pojawiające się rzadziej, ale za to w momentach kluczowych, swoiste deus ex machina – można to zjawisko zaobserwować choćby w finalnych scenach Rubinowego rycerza, gdzie Sparhawk mimo tego, że "spartaczył" walkę i tak osiąga swój cel, lub trzeciego tomu, w którym pod koniec, dzięki boskiej pomocy, nic nie jest w stanie zatrzymać rycerza.

Oprócz tego widzę jeszcze dwie wady warsztatu pisarskiego Eddingsa; mianowicie, niektóre sceny są za długie i przydałoby im się kilka cięć. Opisy, kiedy rycerz po raz enty wdziewa ciężką zbroję, odbiera łupy, które Kalten ukradł spotkanym osobom czy poskramia agresywnego konia stają się zwyczajnie nudne i niepotrzebnie wydłużają akcję. Poza tym, powieści miejscami są tak strasznie sztuczne, że aż razi to w oczy i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to aby nie żart albo fragment napisany przez nastolatka tworzącego swoje pierwsze opowiadania. Sztandarowym przykładem tego może być zachowanie Kurika w momencie, w którym chwali swojego nieślubnego syna. Na szczęście nie jest to częste i nie trwa zbyt długo, ale potrafi zepsuć przyjemność z czytania.

Świat wykreowany przez autora jest całkiem dobrze zarysowany. Większość spraw jest podporządkowana religii – istnieje Kościół szerzący wiarę w Boga Elenów, będący (poza kilkoma nazwami) niemal kalką Kościoła Katolickiego; osobną religię mają Styricy – "poganie" wyznający Starszych i Młodszych Bogów Styricum(które to bóstwa notabene znacznie częściej dają o sobie znać, niż "prawdziwy" Bóg Elenów)– w końcu Sparhawk pod koniec Szafirowej Róży wyrusza zniszczyć właśnie jednego z nich, w czym pomaga mu inna bogini. Kontynent czytelnik poznaje podczas podróży drużyny rycerza, a jest on niezwykle różnorodny – od spalonych pustkowi Rendoru, przez Lamorkadię, w której wiecznie toczą się lokalne wojny, aż po mroźną, zamieszkałą przez trole Thalesię, gdzie herszt gildii złodziei stara się ze swoich pracowników uczynić wykwintnych bywalców szlacheckich rodów. Można powiedzieć, że miłośnicy rozbudowanych, różnokulturowych (choć miejscami niespójnych) światów będą zadowoleni.

Na koniec mogę powiedzieć, że w ogólnym rozrachunku Dzieje Elenium to całkiem dobra trylogia. Miejscami razi sztucznością, niedopracowaniem czy też brakami w warsztacie literackim autora, ale posiada interesującą fabułę, która w tego typu powieściach jest dla mnie najważniejsza. Eddings, mimo swych wad, potrafi wciągnąć czytelnika na tyle, aby chciało się czytać kolejne rozdziały. Dzieje... nie są pozycją wybitną czy nawet dobrą, ale jedno wiem na pewno – jeśli będę chciał przeczytać ciekawą książkę fantasy, bez wahania sięgnę po inne pozycje tego autora.

Ocena: 3.5/6

Tytuł: Diamentowy tron (Diamond Throne)
Cykl: Dzieje Elenium
Tom: 1
Autor: David Eddings
Tłumaczenie: Maria Duch
Wydawca: Książnica
Miejsce wydania: Katowice
Data wydania: 26 lutego 2007
Liczba stron: 416
ISBN-13: 978-83-250-0107-0
Oprawa: miękka
Wymiary: 110 x 175 cm
Seria: Książnica kieszonkowa
Cena: 19,90 zł


Tytuł: Rubinowy rycerz (The Ruby Khight)
Cykl: Dzieje Elenium
Tom: 2
Autor: David Eddings
Tłumaczenie: Maria Duch
Wydawca: Książnica
Miejsce wydania: Katowice
Data wydania: 23 marca 2007
Liczba stron: 384
ISBN-13: 978-83-250-0117-9
Seria: Książnica kieszonkowa
Cena: 15,00 zł




Czytaj również

Diamentowy tron – David Eddings
Coś dla miłośników klasycznej fantasy
- recenzja
Belgeriada
Tolkien się w grobie przewraca
- recenzja
Młodsi bogowie - David Eddings, Leigh Eddings
Prawie epicki epilog
- recenzja
Gambit magika - David Eddings
Powieściowa Xena
- recenzja
Królowa magii – David Eddings
Belgariada: Księga druga
- recenzja

Komentarze


~plastic man

Użytkownik niezarejestrowany
    recenzja
Ocena:
0
Drogi żelazny mistrzu na wstępie zaznacze iz duzym nietaktem jest pisanie recenzji bez szerszego obrazu tworczosci autora i zarzucanie w niej w.w "braków w warsztacie literackim" może najpierw polece szanownemu recenzentowi lekture Belgariady i dopiero po tym bedzie mozna mowic o sztucznościach i niedociągnieciach DE argument o tym iż autor inspiruje sie Władcą Pierścieni równie dobrze można przyłożyc do 2/3 literatury fantasy reasumując nie przyznanie trylogii Elenium statusu książki "dobrej" to lekka przesada
26-07-2008 14:25
Panthera
   
Ocena:
0
plastic man - Znaczy się, każdemu ma się podobać bo pan jest znany i napisał sławne rzeczy? Trochę chyba przesadzasz.
Ja sięgnęłam po Eddingsa właśnie dlatego, że tyle o nim dobrego słyszałam i bardzo się przejechałam na tej trylogii. Może i Belgariada jest lepsza ale nie szybko po nią sięgnie po tym co mi zaserwowano tutaj.
26-07-2008 15:01
iron_master
    @plastic man
Ocena:
0
Wiem, że fajno się móc zapoznać z całą twórczością danego autora przed zrecenzowaniem choć jednej pozycji, ale dla mnie jest to fizycznie niemożliwe. Zresztą, zauważ, że nie porównuje do innych dzieł Eddingsa, bo ich nie znam, więc nie wiem skąd ten zarzut.
Zresztą, ja recenzowałem tę trylogię, nie poprzednie. Inaczej mówiać, gdyby Dukaj napisał jakiś chłam, to powiedziałbym, że to chłam i czytać nie warto, choćby nie wiem jak świetne byłyby jego inne powieści.

argument o tym iż autor inspiruje sie Władcą Pierścieni równie dobrze można przyłożyc do 2/3 literatury fantasy
Oczywiście, co nie znaczy, że jest to zjawisko dobre ;-)

EDIT do poniższego:
Cóż, chyba po prostu rozmijamy się w gustach. Bywa :-)
26-07-2008 16:05
~Snoth

Użytkownik niezarejestrowany
    Jaki recenzent taka recenzja.
Ocena:
0
Z ciebie takie nieporawny miłośnik fantasy (ala Władca Pierścieni) jak z "Wiedźmina" "Hobbit". Skoro największym mankamentem recenzowanej przez ciebie książkie jest to że jej bohaterom wszystko się udaje. Cóż powiem tylko że dróżynie pierścienia również jestem i podobnie jak "plastic man" ciekawym jestem jaką ocenę postawił byś dziełom Tolkiena. Pewnie mielibyśmy tu z tego trochę smiechu :P
26-07-2008 17:06
malakh
   
Ocena:
0
Właśnie, fabuła – jest ona zdecydowanie największą zaletą trylogii. Pierwszy tom to swoisty prolog do wydarzeń przedstawionych w dwóch pozostałych częściach. Pod jego koniec, Sparhawk dowiaduje się, że jedyne lekarstwo to magiczny, stworzony wieki temu klejnot Bhelliom, obdarzający mocą zdolną zniszczyć świat. Drugi tom, Rubinowy Rycerz, przedstawia długie poszukiwania, które podejmuje rycerz, aby go odnaleźć, przemierzając przy okazji drugą połowę kontynentu. Z kolei w trzeciej części, Szafirowej róży, Sparhawk, zdobywszy tytułowy klejnot, rusza najpierw przeszkodzić Annianasowi w zdobyciu tytułu arcyprałata, a następnie, cały czas wraz z przyjaciółmi, do odległej krainy Zemoch w celu zniszczenia złego boga Azasha, który od setek lat rzuca swój cień na Eosię, i zażegnania zła raz na zawsze.

Za duży spoiler;p

Tak jest w rzeczywistości, często aż za bardzo – szczególnie kłuje w oczy motyw ze zniszczeniem złego boga przy użyciu magicznego artefaktu, który zdaje się być żywcem wyjęty z Władcy Pierścieni.

Ee tam. Skojarzenia z "Władcą pierścieni"? W takim zarysie, czyli zniszczenie złego za pomocą artefaktu tak, ale jakoś czytając ksiązki nie miałem wrażenie wtórności, bo wszystko było rozegrane zupełnie inaczej.
To jest po prostu klasyczny quest, z którym mamy do czynienia w dziesiątkach, a nawet setkach pozycji fantasy.

jednak z drugiej, osobiście wolę, gdy poszczególne części danej serii były ze sobą ściśle powiązane, tworząc spójną całość.

Kurde, czytałem to jakiś czas temu, ale też nie zauwazyłem owej niespójności.

Nie przypominam sobie, aby drużyna zaliczyła "porażkę" inną, niż kilka ran w walce (z których, poza jednym przypadkiem, wychodzą cało), co mnie bardzo irytowało – rozumiem, że to heroic fantasy, ale bez przesady, nawet największym zdarzają się niepowodzenia!

Dobra, czytałem to daawno temu, ale czy przypadkiem komuś z drużyny się nie umarło, hę? (a może to było w "Tamuli"?). Zresztą jedna z ran Kurika do najlżejszych też nie należała.

Miejscami razi sztucznością, niedopracowaniem czy też brakami w warsztacie literackim autora, ale posiada interesującą fabułę, która w tego typu powieściach jest dla mnie najważniejsza.

Trochę za mocno powiedziane. Warsztat Eddingsa jest dobry - dostosowany do powieści czystko rozrywkowych ("Elenium" nigdy niczym więcej byc nie miało), aczkolwiek to już kwestia bardzo subiektywna.

Ogólnie ksiązkę poleciłbym młodym czytelnikom - sprawdza się w charakterze wprowadzenia do gatunku.

--------edit----

może najpierw polece szanownemu recenzentowi lekture Belgariady i dopiero po tym bedzie mozna mowic o sztucznościach i niedociągnieciach

Ojej, a ja czytałem i "Belgariadę" i "Tamuli" i "Czas pogardy" i "Tajemnicę", a nawet "Belgarath Czarodziej" się napatoczył... i nie widzę różnicy w warsztacie, w porównaniu z "Elenium". Eddings pisze baaardzo prostym językiem - niektórym może się to nie podobać;p

27-07-2008 10:20
iron_master
    @malakh
Ocena:
0
Kurde, czytałem to jakiś czas temu, ale też nie zauwazyłem owej niespójności.
Może trochę niejsano się wyraziłem - chodziło o to, że części są ze sobą powiązane w stopniu mniejszym, niż inne znane mi książki :-)

Dobra, czytałem to daawno temu, ale czy przypadkiem komuś z drużyny się nie umarło, hę? (a może to było w "Tamuli"?). Zresztą jedna z ran Kurika do najlżejszych też nie należała.
kilka ran w walce (z których, poza jednym przypadkiem, wychodzą cało)
Nie chciałem spoilerować ;-P

Reszta - gusta ;-)
27-07-2008 11:28
malakh
   
Ocena:
0
"kilka ran w walce (z których, poza jednym przypadkiem, wychodzą cało)
Nie chciałem spoilerować ;-P"

Mea culpa, nie zauwazyłem tego "poza jednym przypadkiem" - ślepnę na starość;p
27-07-2008 23:07
~historyk

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
strasznie słaba ta recenzja.
Po 1. jest b. rozwlekła i bełkotliwa.
Po 2. recenzent zdradza zbyt wiele z treści książki.
Po 3. - nie sądzę by dobrym recenzentem fantasy był ignorant nie znający najważniejszych pozycji, a akurat Eddings (o którym autor "niewiele słyszał") to jeden z najważniejszych pisarzy fantasy; jego Belgariada jest umieszczana w każdym zestawieniu najlepszych pozycji tego gatunku (u Sapkowskiego nawet w TOP 10)
31-07-2008 17:32
~af

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
To ciekawe co autorzyna tej recenzji prawi. Tyle, że Eddings jest uważany za jedengo z głównych przedstawicieli nurtu "wysokiej fantasy" lat 80-90 i ma miliony fanów na całym świecie. Jest popularniejszy od Jordana, Feista i innych...

Problem z książkami Eddingsa w Polsce jest taki, że niestety jego książki na początku wydawał Amber a tam tłumacze to byli szmaciarze studenciaki. Teraz niestety też nie jest lepiej. Eddingsa należy czytać w oryginale.
10-07-2010 18:24
earl
   
Ocena:
0
Również nie zgadzam się z oceną recenzenta, ze powieść jest do bani. Dla mnie akurat i Elenium i Tamuli to jedne z najbardziej przyjemnych cykli,jakie przeczytałem. No, ale nie każdy ma takie same upodobania.
31-05-2011 06:57

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.