» Blog » Dwa i pół snu - opowiadanie
20-02-2020 10:32

Dwa i pół snu - opowiadanie

Odsłony: 140

Niebieski citroen jechał drogą poprzez pogrążony w mroku nocy las. Jak gdyby ciemność nie była wystarczającym utrudnieniem dla widoczności, to dodatkowo okolicę spowijała gęsta, zawiesista mgła. Pomimo włączenia przeciwmgielnych świateł zasięg wzroku ograniczał się do nie więcej jak trzech metrów – reszta świata ginęła za zasłoną, na dobrą sprawę mogłaby w ogóle nie istnieć.

Dlatego też kobieta siedząca za kierownicą jechała powoli i ostrożnie. Całą uwagę skupiała na drodze, tak, aby zawczasu dostrzec każdą ewentualną przeszkodę czy choćby zakręt. Matkę interesował jedynie ten niewielki fragment rzeczywistości, który mogła dojrzeć przez przednią szybę dzięki promieniom świateł. Natomiast jej synek, ulokowany na tylnym siedzeniu, bez przerwy patrzył w bok, gdzie oprócz ściany mgły mógł podziwiać jedynie fragmenty powykręcanych, bezlistnych drzew rosnących przy jezdni.Tak przynajmniej można by uznać.

– Mamo, widzisz ich? – niespodziewanie rozległo się pytanie.

– Kogo? – spytała mimochodem kobieta, nie odwracając wzroku.

– No, te twarze. We mgle, w lesie – powiedział chłopczyk.

Matka niczego nie odrzekła. Mały bawił się w szukanie wymyślonych kształtów we mgle? Może i dobrze. Przynajmniej nie będzie się nudził. W tym tempie dotarcie do domu zabierze im jeszcze co najmniej godzinę, może jeśli dzięki wyobraźni mały czymś się zajmie, zamiast przeszkadzać w prowadzeniu, podróż pójdzie sprawniej.

Niestety, nadzieje matki okazały się płonne. Chłopczyk zmienił nieco pozycję, tym razem przylepiając nos do tylnej szyby, jakby chciał się dokładnie czemuś przyjrzeć, a potem oznajmił:

– Mamo, czy to elfy?

– Jakie znowu elfy, do cho… – kobieta przerwała w ostatniej chwili i westchnęła z irytacją. – Skarbie, przestań. Muszę się skupić na drodze. Opowiesz mi wszystko, jak wrócimy, ale na razie nie gadaj, bo na coś się wpakujemy.

Prośba matki nie wywarła skutku. Dzieciak milczał może przez pięć sekund, po czym oznajmił:

– To chyba nie elfy. Mają spiczaste uszy. Ale są brzydkie. I straszne… Mamo? Możesz jechać szybciej? Szybciej niż one?

– Nie, nie mogę, zwłaszcza, że ciągle mnie rozpraszasz! – krzyknęła matka, w końcu odwracając się w stronę syna. Gdy to zrobiła, jej wzrok padł na tylną szybę, a raczej na to, co było przez nią widać. Natychmiast zapomniała o drodze i kierownicy. Wrzasnęła, jakby ją ze skóry obdzierano.

 

Zapadła ciemność. I w tym momencie Maciek zrozumiał, że to już koniec snu. Szkoda… Czy zawsze muszą się urywać w najstraszniejszym – czyli najfajniejszym – momencie? Trzynastolatek niechętnie otworzył oczy. Poprzez zasłonięte firanki dostrzegł, że już świta. Zerknął na zegarek – było dziesięć po piątej. Paskudnie. Maciek lubił budzić się w środku nocy – na przykład koło pierwszej, czy drugiej. Obudzić się, spojrzeć na zegar, uświadomić sobie, jak wiele błogiego snu jeszcze zostało, nim trzeba będzie wstać – to była czysta przyjemność, zwłaszcza jeśli rankiem nie szło się do szkoły. Ale obudzić się tuż przed porą na wstanie… Nie, tego Maciek nie lubił. Wiedział, że już nie zaśnie, a nawet jeśli zadrzemie, to i tak po chwili się zerwie, kierowany bezsensownym strachem i uczuciem, że przespał „godzinę zero”, nawet jeśli tak naprawdę minie tylko kilka minut od zamknięcia oczu. Zawsze tak było. Naprawdę wnerwiające.

Dziś Maciek wraz z resztą rodziny miał wstać o szóstej. Tak zarządzili rodzice. Zaplanowali dwudniowy wypad na działkę do ciotki Marzeny. Ciotka wraz z mężem i synem mieszkała ponad sto dwadzieścia kilometrów stąd, więc, jak powiedział tata „wyruszymy z rana, żeby nie marnować dnia”. Prawdę mówiąc, Maciek nie miałby nic przeciwko temu, żeby wyjechać dużo później. Nie chodziło tylko o to, że nie miał ochoty być na nogach od szóstej rano w wakacyjny dzień. Po prostu wolałby skrócić czas spędzony na działce do minimum. I tak nie było tam co robić… W dodatku Stefan, syn ciotki, znowu będzie sobie z niego robił cały czas jaja…

Dla poprawy humoru, Maciek zaczął rozmyślać o śnie. Dobry był, krótki, ale miał klimat. Kojarzył mu się trochę z Królem Olch – ale nie tym z "Wiedźmina", tylko oryginalnym, z tego niemieckiego wiersza. Szkoda, że Maciek się obudził, zanim zobaczył, co się czaiło we mgle… A w ogóle to czy w nocy może być mgła? Ona to chyba raczej nad ranem się pojawia… A, chrzanić to! Sny to sny, dlatego właśnie są fajne, że mają mało co wspólnego z rzeczywistością!

Dzięki rozmyślaniom czas szybciej zleciał. Ani się Maciek obejrzał, a drzwi do pokoju uchyliły się i rozległ się głos mamy, nakazujący mu wstać. Chłopak westchnął, a potem wyszedł spod pościeli, ubrał się i ruszył do kuchni. Mama właśnie robiła kanapki Jaśkowi.

– Sam sobie coś zrobisz, dobrze? – rzuciła w stronę starszego syna, kładąc kromkę chleba na talerzu ośmiolatka.

– Jasne, mamo – odpowiedział Maciek.

– Pięknie. To ja się pójdę umyć – oświadczyła kobieta, po czym zniknęła w łazience. Maciek ukroił sobie chleba, a potem zrobił dwie kanapki z serem. Jasiek milczał, przeżuwając jedzenie i machając nogami. Do uszu trzynastolatka dochodził szum wody z łazienki oraz szmer telewizora dochodzący z salonu. Pewnie ojciec coś oglądał. Chłopak szybko zjadł pierwszą kanapkę, a potem z drugą w dłoni ruszył do pokoju. Co prawda mama nie pozwalała mu jeść w salonie… Ale przecież tego nie widziała, prawda? Zresztą, postara się być ostrożny i nie nakruszyć.

Telewizor faktycznie był włączony, ale tata go nie oglądał. Grzebał w szufladzie komody, szukając czegoś.

– Cześć, tata. Czego szukasz?

– Cześć, młody. Mapy drogowej. Pomyślałem, że na wszelki wypadek ją wezmę – odparł ojciec, wciąż kucając i przeglądając papierzyska.

– Pomóc ci? – spytał Maciek, z nadzieją, że odpowiedź będzie brzmiała „nie”. Nienawidził szukać rzeczy. Przeglądało się to samo miejsce dziesięć razy, a i tak na końcu okazywało się, że to coś leżało tam cały czas, tylko jakimś cudem dziewięć razy to przeoczyłeś.

– Nie, niby jak miałbyś mi pomóc? Na pewno jest gdzieś tu, a we dwóch w tej szufladzie grzebać nie będziemy. Dzięki.

Maciek skrycie odetchnął z ulgą, a potem zaczął wpatrywać się w telewizor. Był włączony na kanał regionalny, gdzie zwykle nadawano jedynie pogodę, wiadomości lokalne czy reklamy miejscowych drobnych przedsiębiorców – czyli, według Maćka, same nudne głupoty. Zresztą, nawet gdyby leciało coś ciekawego, nie miałby przecież czasu, żeby obejrzeć to do końca.

Aktualnie na ekranie widniała spikerka przekazująca wiadomości. Maćka w ogóle nie interesowało, co kobieta ma do powiedzenia (jak to możliwe, że kogoś ciekawą ceny buraków cukrowych?), ale jej twarz przyciągnęła jego wzrok. Nie ze względu na urodę – Maćka niespecjalnie interesowały dziewczyny, a tym bardziej dorosłe kobiety. Poza tym spikerka wcale nie była ładna. Była… No może nie brzydka, ale jakoś tak dziwnie wyglądała. Jakby była chora. Twarz miała wychudzoną, włosy rzadkie, a jej oczy gapiły się bezmyślnie gdzieś w przestrzeń. Zresztą, jej głos też nie porywał – wiadomości przekazywała tak monotonnie, jakby recytowała je z pamięci bez zrozumienia. Co w sumie Maćka nie dziwiło. Jednakże w tej chwili chłopiec zorientował się, że akurat nadszedł ten rzadki przypadek, kiedy w wiadomościach lokalnych podawano jakąś faktycznie ważną informację.

– …droga powiatowa numer E 9875 zostaje zamknięta. Zalecamy objazd przez Rowy Przyleśne – powiedziała kobieta.

– Co ona gada? – spytał ojciec, wciąż buszując w szufladzie.

– Że będziemy musieli jechać przez Rowy, bo jest objazd – odparł Maciek.

– Ech, to jeszcze wydłuży drogę… Czemu ten objazd? Wypadek? Roboty drogowe?

– Nie powiedziała – oświadczył trzynastolatek, wpychając do ust ostatni kawałek kanapki, a potem ponownie skierował wzrok na ekran, czekając, czy też dziennikarka zdecyduje się uzasadnić konieczność zamknięcia drogi. Ale kobieta milczała. Już nie wpatrywała się w dal. Teraz jej spojrzenie było żywe i czujne. Maćka ogarnęło absurdalne uczucie, jakby spikerka wpatrywała się właśnie w niego. W tej chwili coś zalśniło w obu kącikach oczu dziennikarki. Po chwili po jej policzkach spłynęły dwie krwawe łzy, zostawiając po sobie czerwone smugi. Maciek wrzasnął. Bogu dzięki, że już przełknął, inaczej chyba zakrztusiłby się na śmierć.

– Co jest? – spytał ojciec, zrywając się na równe nogi, z broszurą o żółtych okładkach w dłoni.

Maciek wahał się przez chwilę. Gdyby powiedział, co zobaczył, pewnie by mu się dostało. Rodzice bardzo niechętnie patrzyli na jego zainteresowanie fantasy i horrorami (i tak nie odróżniali jednego od drugiego). Gdyby pomyśleli, że ma od nich jakieś zwidy, na pewno dostałby szlaban.

Poza tym… Tak prawdę mówiąc, to sam nie był pewien, czy mu się to nie przywidziało. Nie mógł sprawdzić, bo wiadomości już się skończyły. W tej chwili na ekranie mężczyzna mieniący się Wujkiem Czesiem reklamował swoje Jaja od Szczęśliwych Kur.

– Nie, nic… Coś mi się przypomniało. Ale nic ważnego – wyjąkał w końcu.

– Aha, no dobrze – odparł ojciec, a potem pomachał trzymaną broszurą. – Mam mapę! Zaraz zerknę na ten objazd…

– Co? Objazd? – spytała mama, wchodząc do salonu. Zdążyła się nie tylko wykąpać, ale i przebrać. – W takim razie musimy się pospieszyć jeśli chcemy dotrzeć do Marzeny przed zmierzchem!

„Przed zmierzchem? Będziemy tam przed południem, nawet gdybyśmy zatrzymywali się na siku w każdym lasku” – pomyślał Maciek.

Mimo wszystko, rodzina popędzana przez matkę zorganizowała się na tyle sprawnie, że w ciągu piętnastu minut wszyscy siedzieli w samochodzie i podążali na spotkanie z ciotką Marzeną i Stefanem. Wkrótce opuścili miasteczko i skierowali się na drogę prowadzącą przez Rowy Przyleśne. Miejscowość o tej nazwie była niewielką rolniczą wioską. Kiedy przejeżdżali przez nią, Maciek przysunął twarz do okna. Lubił patrzeć na pola uprawne. Równe połacie falującego zboża miały w sobie coś uspokajającego… Tym razem też tak było. Przynajmniej z początku. Po chwili Maciek uświadomił sobie coś dziwnego – nie było widać ludzi. Ani w wiosce, ani na polach. Co prawda było dosyć wcześnie, ale chyba mimo wszystko nie na tyle, żeby nie napotkać żadnych przechodniów spieszących do pracy lub do sklepu czy też rolników na polu. Za to pośród łanów zboża wznosiły się strachy na wróble. Całe mnóstwo. Jeden obok drugiego. Niektóre duże, inne dosyć małe, ale wszystkie zbudowane w ten sam sposób – z szeroko ustawionymi „nogami” i „ramionami”, tak, że cała sylwetka tworzyła literę „x”. Widać też było wbite w ziemię paliki podtrzymujące każdego ze strachów. Dziwne… Po co one? Skoro i tak „nogi” musiały być kijami wbitymi w ziemię?… Bo tak było, prawda?

Maćka ogarnęło straszliwe podejrzenie. Gdyby nie to, że strachy stały daleko od drogi, a każdy z nich miał naciśnięty na twarz („Nie na twarz, tam nie ma żadnych twarzy, tylko zwykłe gałgany, nie bądź głupi) słomkowy kapelusz, być może byłby w stanie sprawdzić, czy obrazy podsuwane mu przez umysł są prawdziwe.

– Co tak wszyscy cicho siedzicie? – spytał tata. – Bo jeszcze usnę… Jak nie chcecie rozmawiać, to może trochę muzyki?

– Pewnie, puść coś! – poprosił Maciek. Jakaś wesoła piosenka sprawi, ze droga będzie się mniej dłużyć. I pomoże odegnać głupie myśli… To pewnie przez ten sen. Chyba rodzice mieli rację, za dużo naoglądał się historii o duchach i demonach i teraz mu odbija.

Tata, szybkim ruchem ręki zdjętej z kierownicy, włączył radio. Rozległa się muzyka. Dziwna melodia grana na fletach i jakieś słowa w tle. Dźwięk instrumentów był dużo głośniejszy od śpiewu, więc Maciek musiał wytężyć słuch, żeby zrozumieć słowa. I tak mu się to nie udało – kobiecy głos śpiewał w jakimś obcym języku. Nie po angielsku, tyle trzynastolatek był pewien.

– Co to za śpiewy dzikich ludów? Czy tam jakichś hinduskich sekciarzy? – prychnęła mama. – Weź przełącz.

Prawdę mówiąc, Maciek chętnie wysłuchałby tego utworu do końca. Był jakiś taki… „hipnotyzujący” jak to mówili w filmach i książkach, „wkręcający” jakby to określili jego koledzy z klasy. Jednakże wolał nie protestować. Tata posłusznie wcisnął przycisk, aby zmienić kanał – ale kiedy to zrobił, z radia rozległ się jedynie szum. Tak samo na innych stacjach. Nawet kiedy ojciec postanowił wrócić na pierwszy kanał, okazało się, że radio niczego nie odbiera.

– Albo się popsuło, albo nie ma zasięgu – stwierdził tata z rezygnacją i wyłączył urządzenie.

Co dziwne, pomimo objazdu na drodze nie spotkali zbyt wielu innych samochodów. Aż do teraz. Kilkanaście z nich stało po obu stronach pobocza. Kiedy ojciec podjechał bliżej, okazało się, że miał tu miejsce wypadek. Co prawda żaden z samochodów nie wyglądał na uszkodzony – ani zadrapania – jednakże niewątpliwie byli ranni.

– Nie patrzcie! – krzyknęła mama w kierunku tylnych siedzeń. Jasiek posłusznie zasłonił oczy, ale Maciek nie usłuchał matki. Z chorobliwą fascynacją przyglądał się poszkodowanym i martwym. Ciału mężczyzny, bezwładnie spoczywające za kierownicą, z wielką dziurą o równiutkich, okrągłych brzegach, przechodzącą na wylot przez głowę. Człowiekowi z urwaną nogą, z wystającą z kikuta śnieżnobiała kością, siedzącemu w rowie. Tata zwolnił, żeby nikogo nie potrącić. Kiedy tak się wlekli, tuż przed maską ich auta przeszła dziewczynka, mniej więcej w wieku Jaśka. Zatrzymała się na chwilę, obdarzyła całą rodzinę smętnym spojrzeniem i otworzyła usta. A potem jakby… Rzygnęła krwią. Nie, w sumie nie rzygnęła. Po prostu rozchyliła wargi, a spomiędzy nich buchnął strumień czerwonej cieczy. A potem, jak gdyby nigdy nic, ruszyła dalej.

Tego było już za wiele dla mamy.

– Zatrzymaj się, powinnam im pomóc – zwróciła się do taty. – W końcu jestem pielęgniarką.

– Daj spokój, pogotowie jest na miejscu! – żachnął się ojciec. Faktycznie, pośród samochodów stał ambulans. – To ich robota. Ty masz urlop!

– No nie wiem. Nie wygląda na to, żeby sobie radzili… – mruknęła mama. Właśnie mijali jednego z sanitariuszy. Jedno spojrzenie na niego mogło przekonać, że mama ma rację. Biały fartuch („Czy pogotowie nie nosi takich czerwonych strojów z żółtymi odblaskami? Może tylko w telewizji” – pomyślał Maciek) był poplamiony w wielu miejscach krwią. Zresztą nie tylko fartuch – jego twarz była pokryta krwawiącymi ranami. Jakkolwiek byłoby to dziwne, wyglądało na to, że sami sanitariusze też ulegli wypadkowi.

– Nie, dosyć tego, zatrzymaj się! – rozkazał mama. Determinacja w jej głosie była tak silna, że ojciec bez słowa zjechał na pobocze i zgasił silnik. Kobieta otworzyła drzwi i ruszyła w stronę lekarza.

– Och, jak to dobrze, że się państwo zatrzymali. Już się niepokoiłem, że będę musiał państwa zmusić – rozległ się głos okaleczonego sanitariusza. W tym czasie mama zaczęła szperać w leżącej obok na jezdni lekarskiej torbie, w poszukiwaniu opatrunków i narzędzi.

– Zmusić? – mruknął ojciec. – Tą drogę też zamknęli? Jak pech, to pech.

Jaśka znudziło już zasłanianie sobie oczu, więc odsunął dłonie od twarzy, by się rozejrzeć. Kiedy tylko spojrzał przez okno wrzasnął, a potem ponownie zakrył oczy, tym razem z własnej woli. Maciek postanowił zerknąć w tę samą stronę, żeby sprawdzić, co tak przeraziło jego małego braciszka. Okazało się, że Jasiek spojrzał na ambulans. A raczej na lekarza siedzącego na przednim siedzeniu. Mężczyzna bębnił palcami w kierownicę, a jego spojrzenie było spokojne, wręcz wyluzowane. To znaczy, spojrzenie tego jednego oka, które wciąż miał. Połowa jego twarzy… Trudno to było nazwać twarzą. W pierwszej chwili widok skojarzył się Maćkowi z Harveyem „Dwie Twarze” Dentem, jedną z postaci z Batmana… A potem przyszło mu na myśl inne porównanie. W sklepie mięsnym na wystawie czasem leżały takie kości, które ludzie kupowali żeby wrzucić do zupy, albo dać psu… Były niemal całkiem oskrobane – niemal. Wciąż pozostawała na nich cienka, równa warstewka czerwonego mięsa i białego tłuszczu.

Tak właśnie wyglądała lewa połowa twarzy kierowcy ambulansu. To było… chore. Pomimo straszliwego okaleczenia mężczyzna zachowywał się, jakby nic się nie stało… A sama rana… Wyglądała zbyt równo… Zbyt porządnie, aby mogła być skutkiem wypadku.

No i te samochody… Żaden nie miał nawet zadrapania. Żaden.

Maciek zrozumiał, że prawdopodobnie na tej drodze nie doszło do żadnego wypadku. A mimo to „sanitariusze” – o ile można ich tak nazwać – i tak wiedzieli, że będą się mieli kim „zaopiekować”. Ich dobra przyjaciółka, dziennikarka o krwawiących oczach zadbała o to, że na wiejskiej, mało uczęszczanej drodze tego dnia pojawi się odpowiednia ilość ludzi…

Zrozumiał także, że jego podejrzenia co do strachów na wróble w Rowach były uzasadnione.

Najwyraźniej mama przeglądając torbę lekarską doszła do podobnie paskudnych wniosków. Maciek wolał nie wyobrażać sobie, co tam znalazła. W każdym razie ze wstrętem i strachem wypisanym na twarzy odrzuciła torbę i podbiegła do samochodu. Usiadła na miejscu i krzyknęła „Jedź!”.

– Co się stało? – spytał tata, włączając silnik.

– Później – wymamrotała kobieta. – Po prostu jedź… Jak najdalej od tych… ludzi.

„Oni opanowali nawet telewizję, mamo. Nigdzie przed nimi nie uciekniemy” – pomyślał Maciek.

Na razie wyglądało na to, że nie uciekną przed nimi ani kilometra. Nadaremno tata raz po raz przekręcał kluczyk, silnik nie chciał zapalić.

– Co jest do cholery? – warknął ojciec.

Jeden z piekielnych medyków niespiesznym krokiem podążał w stronę samochodu rodziny. W jego dłoni lśnił skalpel wyciągnięty z odrzuconej przez mamę torby.

 

Łukasz otworzył oczy, a potem zamrugał kilka razy. Sam już nie wiedział, co naprawdę mu się przed chwilą przyśniło, a co sam sobie dośpiewał leżąc tak na wpół wybudzony. Często mu się to zdarzało – w końcu sen to tak naprawdę zaledwie parę króciutkich nielogicznych scen, a czasem nawet mniej – oderwane od siebie chaotyczne obrazy, czy nawet samo… wrażenie? Dopiero po odpowiedniej obróbce stają się prawdziwą historią. Tak samo było i w tym wypadku… Dwa sny, a jakoś udało się je Łukaszowi połączyć w jedną całość. Nie mógł się doczekać ranka, kiedy będzie mógł przelać je na papier. Może wreszcie uda mu się napisać coś na poziomie drukowalności…

Ale na razie był środek nocy. Najlepsze, co Łukasz mógł zrobić, to ponownie zasnąć – wiedział, że i tak nie zapomni tego, co mu się przyśniło, nie po tym, jak dokładnie obmyślił i rozbudował te historyjki… Czy raczej jedną historyjkę złożoną z dwóch snów.

Jednak nie tak łatwo było zasnąć z tym silnikiem dudniącym za oknem. Do cholery, czemu ten facet nie mógł go wyłączyć? Przecież nie było zimno. Czy takie stanie z pracującym silnikiem nie szkodzi samochodowi?

Łukasz wydał pełne irytacji westchnienie, a potem wstał z łóżka i podszedł do okna. Odrobinę odsłonił firankę, żeby zerknąć na warczącą maszynę.

W świetle rzucanym przez reflektory pojazdu chłopak mógł wyraźnie dostrzec stojący na parkingu samochód, a także jego właściciela. Kierowca opierał się o maskę. Jak gdyby wyczuł, że ktoś go obserwuje, uniósł głowę i spojrzał wprost w okno Łukasza. Chłopak odsunął się od okna, a potem przetarł oczy, żeby usunąć senne mroczki. Niestety, kiedy spojrzał ponownie, okazało się, że to co zobaczył za pierwszym razem nie wynikało z zamroczenia.

W miejscu oczodołów kierowcy ziały dwie dziury wypełnione szkarłatnym światłem.

Upiorny nieznajomy otworzył usta, ukazując dwa rzędy ostrych kłów, a potem uniósł rękę i powoli pokiwał głową, jakby chciał przesłać Łukaszowi pozdrowienie, a może tylko zwrócić jego uwagę.

Chłopak oderwał od niego spojrzenie dopiero wtedy, gdy usłyszał, że ktoś łomocze do jego drzwi.

„To chyba w tej chwili powinienem się obudzić, tym razem naprawdę?” – pomyślał Łukasz.

Ale przebudzenie nie nadchodziło. Nie nadeszło nawet wtedy, gdy drzwi do mieszkania zostały wyważone z taką siłą, że przeleciały przez pokój i wybiły okno. Nie nadeszło także wtedy, gdy przybysze zaczęli ukazywać Łukaszowi cudowne i straszliwe rzeczy, przy których bladł najniezwyklejszy sen.

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze

Autor tego bloga samodzielnie moderuje komentarze i administracja serwisu nie ingeruje w ich treść.

Johny
   
Ocena:
0

Co mi się podobało:

Wydaje mi się, że jest bardziej dopracowane niż poprzednie opowiadania. W sensie znalazłem jedną literówkę,"przeciwmgielnych świateł zasię" brak g. Tak to czytało mi się płynnie. Oczywiście Henryk lepiej to oceni, bo on jest wrażliwy na każdy przecinek. Przeczytałem szybko i zainteresowaniem. Widzę że tekst jest krótszy i bardziej zwięzły dzięki czemu wygodniej go połknąć :).

Co mogłoby być lepsze:

Uważam, że koncepcja mogłaby być lepsza. Przy tej jaka jest wszystkie konsekwencje tego co się dzieje są anulowane. A gdy konsekwencje się pojawiły, byłem wobec nich obojętny bo nie zależało mi na postaci. Czułem się trochę oszukany, bo czytałem z pytaniem co dalej? I właściwie nie dostałem odpowiedzi.

Czasu spędzonego na czytaniu nie żałuję. Tekst ma fajny klimat a czytanie horroru o 12:30 w nocy jest zawsze fajne :). Czekam na następne :).

21-02-2020 01:18
Henryk Tur
   
Ocena:
0

"Oczywiście Henryk lepiej to oceni, bo on jest wrażliwy na każdy przecinek. " - znasz mnie ;) Czytam po 15. Chwilowo sam piszę w pracy :)

21-02-2020 07:39
Henryk Tur
   
Ocena:
0

Wstęp zaliczony. I fajny jest :) Garść uwag:

"Dlatego też kobieta siedząca za kierownicą jechała powoli i ostrożnie." - spokojnie i zgrabniej byłoby po prostu "Kobieta siedząca za kierownicą jechała powoli i ostrożnie."

Matkę interesował jedynie ten niewielki fragment rzeczywistości, który mogła dojrzeć przez przednią szybę dzięki promieniom świateł - nie wiemy, że to matka. Trzeba było to dodać później

"– Mamo, widzisz ich? – niespodziewanie rozległo się pytanie." - dopiero od tego momentu możemy mówić o matce. Tak samo synka przedstawić z opóźnieniem.

"oprócz ściany mgły mógł podziwiać jedynie powykręcane, bezlistne drzewa, widoczne jedynie dzięki temu, że rosły przy samej jezdni. " - errr.. trochę fizycznie mi to nie pasuje. Raczej "rosnące przy samej jezdni FRAGMENTY drzew wyłaniające się z mgły". No i  do licha - aż tak blisko jezdni rosły? :)
Przecinki bez zarzutu. Czytam i edytuję komentarz.

"Zapadła ciemność. I w tym momencie Maciek zorientował się, że to już koniec snu. Szkoda… Czy zawsze muszą się urywać w najstraszniejszym " - się, się. Powtórzenia. Walczymy z tym ostro :)

"W dodatku Stefan, syn ciotki, znowu będzie sobie z niego robił cały czas jaja…" =- kolokwializm nieco nie na miejscu. Nie pasuje, bo to ani narrator, ani przemyślenia młodego.
" Kojarzył mu się trochę z Królem Olch – ale nie tym z "Wiedźmina", tylko oryginalnym, z tego niemieckiego wiersza." - mi wstęp też :) A Wiedźmina i tak nie znam, to tylko z wierszem :)
"Nadaremno tata raz po raz przekręcał kluczyk, silnik nie chciał zapalić." - no pliiiz; bardziej sztampowo się nie dało :) ?
"W jego dłoni lśnił skalpel wyciągnięty z odrzuconej przez mamę torby." - raczej nie wzbudziłoby to grozy

Ogólnie - fajnie się czyta, klimat jest. No i pole do interpretacji po dotarciu do końca :) Historia dobra do jakiegoś miesięcznika. Rozwinięcie snów wskazane.
BTW - po wstępie trochę przecinki pomieszane, a gdzieniegdzie brakuje ;)


 

21-02-2020 20:20
Adeptus
   
Ocena:
0

Dziękuję za przeczytanie i uwagi, część z nich uwzględniłem.

22-02-2020 19:19

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.