» Artykuły » Inne artykuły » Dookoła Zajdla - Kamienna Ćma

Dookoła Zajdla - Kamienna Ćma


wersja do druku

Czy kamień leży tam, gdzie leży?

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Dookoła Zajdla - Kamienna Ćma
Ontologia, kobiety i filozofia zen? Załatwione! O Kamiennej Ćmie Pawła Matuszka, nominowanej do nagród im. Janusza A. Zajdla i Jerzego Żuławskiego, rozmawiają: Maciej 'Obłęd' Szraj, Marcin 'lmn' Łukasiewicz i Staszek 'Scobin' Krawczyk.

Zakładamy, że czytelnicy znają treść książki – dyskusja zawiera spoilery.


_______________________


Staszek: Integralnym i nośnym znaczeniowo elementem Kamiennej Ćmy, zgodnie z promowaną przez wydawnictwo MAG i samego Pawła Matuszka koncepcją Lopterus Press, miała być oprawa graficzna. Czy podczas lektury mieliście wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym? Dla mnie była to bez wątpienia rzecz nietypowa, chociaż kiedy zagłębiłem się w lekturę, oprawa graficzna nie przyciągała już zbytnio mojej uwagi. Zapewne znaczy to, iż jest jak dobra muzyka filmowa (czyli taka, której się nie słyszy).

Marcin: Nie przypominam sobie powieści, w której na jednej stronie czytałbym, jak bohater znajduje książeczkę dla dzieci, a na następnej i kilku kolejnych obcowałbym właśnie z tą książeczką. To rzeczywiście coś nowego. Natomiast co do samej niezwykłości typograficznej, to istotnie rzadko spotykana rzecz w książkach dla dorosłych, ale w literaturze dziecięcej już nie. Tak więc jeśli porównać zapowiedzi dotyczące wizualnej strony Kamiennej Ćmy z tym, co dostaliśmy – no cóż, z dużej chmury mały deszcz. Idea Lopterus Press, nad którą autor pracował kilka lat, wypada dość blado w porównaniu np. z nadchodzącym specjałem z MAG-a, czyli House of Leaves Marka Z. Danielewskiego (oto przykładowa strona, a oto druga).

Mam jednak nadzieję, że to, co widzieliśmy w pierwszej powieści Matuszka, jest tylko wierzchołkiem lopterusowej góry, że przy okazji kolejnych powieści autor bardziej zaszaleje. Mimo wszystko Ćma nadal jest czymś niespotykanym na naszym rynku, prawie wszystkie zastosowane tam rozwiązania wizualne spełniają swoją funkcję, i za to książkę muszę pochwalić.

Maciek: Rzeczywiście, Paweł Matuszek wyszedł naprzeciw czemuś nowemu i to należy zaliczyć na plus. Dobrze, że autorzy szukają, eksperymentują, starają się coś zmieniać, korzystać z innych niż dotychczasowe metod. Powstaje jednak pytanie: na ile jest to dopracowane, zaskakujące i wyjątkowe? W tym miejscu zaczynają się schody. Szumne zapowiedzi o pogłębianiu treści okazały się nieco przesadzone. Jako miły dodatek można potraktować zmianę czcionki w rozmowach z Tyfonem. Ciekawa rzecz, miła dla oka, może trochę lepiej odzwierciedlająca istotę tych konwersacji, ale czy coś więcej? Osobiście nie widzę integralności między Lopterus Press a treścią. Pomysł dobry, ale na jego dopracowanie przyjdzie nam zapewne poczekać.

Staszek: Słuszne uwagi! Być może dobra muzyka filmowa to taka, której się nie słyszy, ale naprawdę ciekawy efekt można osiągnąć, wysuwając muzykę na pierwszy plan i nadając jej znaczenie. Przychodzi mi tu na myśl przykład Deszczów Castamere z telewizyjnej Gry o tron (z książkowego oryginału zresztą też). Czytam także ostatnio kolejne części Gaimanowskiego Sandmana – tutaj widać, jaką rolę w budowaniu opowieści może odegrać grafika. Inna sprawa, że porównywanie pod tym względem komiksu i prozy byłoby trochę nie fair, zwłaszcza iż sam Matuszek stwierdził w rozmowie z Kamilem Trzeciakiewiczem, że "to jednak będzie książka dla dzieci zawarta w powieści, a nie komiks". A skoro lopterusowe książki to "projekt na lata", możemy spodziewać się w przyszłości – jak pisał Marcin – dalej idących zabiegów typograficznych czy też ilustracyjnych. Niemniej zgadzam się z Wami, jeżeli chodzi o kwestię zasadniczą: można było tu zrobić więcej. I warto było. Z tym większym zainteresowaniem czekam na następną książkę spod znaku Lopterus Press, nawet jeśli faktycznie koncepcja nie dała tyle, ile zdawała się obiecywać.

Maciek: Wątek graficzny wydaje się zamknięty, przejdźmy więc może do tego, co najciekawsze, czyli fabuły, pomysłów i ich realizacji. Co szczególnie zwróciło Waszą uwagę, jakie wątki i koncepty zrobiły na Was największe wrażenie?

Dla mnie Kamienna Ćma opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest motyw inicjacji, drogi do poznania samego siebie. Beddeos to postać tragiczna, pozbawiona pamięci, nie mogąca odnaleźć celu własnych działań. Wykonuje pewne czynności niczym robot, bez świadomości. Nie wie, kto zlecił mu te wszystkie obowiązki. Poszukiwanie własnej tożsamości jest jednym z motywów przewodnich. Co więcej, nie jest to zabieg wyjątkowy, ale o tyle udany, że podobnie jak w Dziewięciu książętach Amberu Zelazny'ego, czytelnik wraz z bohaterem posiada nikłą wiedzę o otaczającym go świecie. Niemal równocześnie z Beddeosem odkrywamy poszczególne elementy układanki.

Drugą sprawą jest problem epistemologiczny. Kłopoty Beddeosa dotyczą nie tylko jego samego, ale również otaczającego go świata. Chcąc odzyskać wspomnienia, musi poznawać, ale czym jest poznanie i jak się jawi w uniwersum Matuszka? Czy do rzeczywistości otaczającej bohaterów można się odnosić jak do czegoś obiektywnego? Musimy przyjąć jakiś system, czego Matuszek wcale nie ułatwia. Czy w uniwersum Beddeosa i Tyfona podmiot kształtuje przedmiot czy może odwrotnie? Teoriopoznawczy idealizm wcale nie wydaje się w tym przypadku bezpodstawną teorią. A jeśli rzeczywiście jest tak, że to Beddeos tworzy sobie cały świat, to jak ma poznawać? Jak odnajdzie cel własnego istnienia?

Marcin: Zgadzam się, motyw inicjacji to nic nowego, ale wykonanie nie pozostawia wiele do życzenia. Podoba mi się to rzucenie czytelnika razem z Beddeosem na głęboką wodę. Matuszek niczego nie wyjaśnia, wielu rzeczy samemu trzeba się domyślać. Udało mu się wywołać we mnie uczucie zadziwienia, sprawić, że czytałem z zainteresowaniem, gdyż na każdej kolejnej stronie czekała nowa atrakcja. Nagle wszystko to straciło na znaczeniu, bo okazało się projekcją umysłu głównego bohatera. A może jednak nie do końca?

No właśnie, tu przechodzimy do drugiego filaru, czyli rozważań o strukturze rzeczywistości. Trudno oprzeć się skojarzeniom: motyw wielowarstwowości otaczającego świata mieliśmy i u Lema, i u Dicka. Matuszek stawia podobne pytania i wiele innych, pozostawiając odbiorcy głowienie się nad odpowiedziami. Jednak problem epistemologiczny pozostaje nierozwiązany. Powieść zostawia ogromne pole do interpretacji, co jest jej mocną, ale i słabą stroną. Każe się zastanawiać, pobudza do refleksji, ale nie daje prawie żadnej satysfakcji intelektualnej, nie pozwala wysnuć jednoznacznych wniosków.

Staszek: Co się tyczy inicjacji, to może warto podkreślić, że Beddeosowi na początku książki nie jest wcale bardzo źle. Podoba mi się Twoje sformułowanie, Maćku, że bohater działa jak robot (jak Tyfon?). Co prawda długie spacery Beddeosa po niebezpiecznej (tak przynajmniej sądzą postacie) okolicy świadczą o jego przeczuciu, że coś jest nie tak, ale generalnie mamy tu do czynienia z rutyną, nie z zagubieniem lub cierpieniem. Amnezja w stylu głównego bohatera Dwu kart Agnieszki Hałas (który zupełnie nie wie, jakie miejsce ma zająć w świecie) to moim zdaniem niewłaściwe skojarzenie.

Kwestia ta wydaje mi się istotna dla wymowy książki, której fabuła – w największym zarysie – wpisuje się w model porzucania znanego świata na rzecz zewnętrznej, chaotycznej rzeczywistości. Znamy to dobrze z tradycji epic fantasy (od Czarnoksiężnika z Archipelagu po Smoczy tron) i sądzę, że ta spuścizna gatunkowa jest dla powieści ważnym układem odniesienia. To nadal jest utwór o bohaterze, który musi osiągnąć dojrzałość, odnaleźć siebie, aby następnie uratować świat. Tym razem jednak drogą do tego nie będzie fizyczna wędrówka, ale zdzieranie kolejnych warstw rzeczywistości.

Maciek: Zgoda, trop całkowitego zagubienia w świecie nie jest może najwłaściwszy, ale niewątpliwie mamy do czynienia z bohaterem, który nie do końca rozumie otaczające go mechanizmy. Beddeos, po części, nie zdaje sobie sprawy ze swego położenia. Właśnie wspomniana przez ciebie rutyna, niemoc przypomnienia sobie tego, co było, generuje pewien dyskomfort, którego bohater jest świadomy. Coś go męczy, coś uwiera i nie daje spokoju, a on nie jest w stanie do tego dotrzeć. W tym widzę tragiczny los Beddeosa – nie może przezwyciężyć pewnych barier, chociaż chce. To wszystko zaprząta jego głowę, a on nie ma siły ani środków, by temu zaradzić.

Staszek: To jeszcze tylko jedno zastrzeżenie: pojęcie tragizmu odpowiadałoby mi wtedy, gdyby Beddeos ostatecznie przegrał, własnymi czynami sprowadzając na siebie zagładę. Dla bohatera, który zwycięża przez pokonanie swoich ograniczeń (czy przynajmniej wydaje się temu bliski), nie jest to chyba najlepsze miano. Niemniej twoje obserwacje dotyczące początkowego stanu protagonisty wydają się trafne.

Z kolei kwestię epistemologiczną poszerzyłbym o problemy z dziedziny teorii bytu. Kamienna Ćma opowiada nie tylko o tym, jak można (lub jak należy) poznawać świat, lecz także o tym, jaki on jest. Jest zaś nieoczywisty, złudny, wielowarstwowy, a jeśli istnieje w nim jakiś rdzeń, to dotarcie do niego wymaga wielkiego wysiłku i odrzucenia złudzeń. W ten sposób powracamy jednak do pytania teoriopoznawczego: jak możemy się zbliżyć do prawdy o świecie? Istotny zdaje mi się tutaj poniższy fragment:

    Horta wyraził to wprost: "Emocje zawsze są prawdziwe. Tylko forma jest iluzją".
    I miał rację.
    Beddeos kochał. Naprawdę kochał. Ale jego miłość była czymś innym. [...] Czymś, co z jakiegoś powodu wyglądało jak Edna i Alwa, lecz sięgało głębiej, wykraczało poza ich tożsamość [...].
    Istniał tylko jeden sposób, żeby pomóc Ednie, Alwie i reszcie ludzi. Musiał pomóc sobie. Musiał odsłonić prawdziwą naturę emocjonalnej manifestacji i dotrzeć do jej źródła
(s. 220).

Jeśli zawierzyć tym słowom, to Beddeos nie może rozpoznać rzeczywistości rozumowo, lecz musi działać, opierając się na tym, co czuje. Ale czy można im zawierzyć? Oto pytanie!

Powrócę teraz do epic fantasy, aby powiedzieć, co mnie w tej książce niepokoi. Ze wspomnianą konwencją książka Matuszka dzieli nie tylko część struktury fabularnej, ale również na wskroś męski świat. Coś mi się zdaje, że krytycy feministyczni – do których mi blisko – mieliby tutaj używanie. Podczas lektury nie sprawdzałem, czy książka zdaje test Bechdel, ale mam wrażenie, że jeśli nawet tak, to z trudem.

Nie chodzi o to, że bohaterki powieści są ledwo zarysowane, bo to samo dotyczy postaci męskich (i niekoniecznie stanowi wadę tekstu – przekonuje mnie przeczytana gdzieś interpretacja, że to po prostu nie jest utwór o bohaterach). Myślę raczej o epizodyczności i niewielkim znaczeniu fabularnym bodaj wszystkich kobiet, z jednym jędzowatym wyjątkiem. Te właściwości utworu mnie dziwią, ponieważ opowieść o męskiej inicjacji sporo zyskuje, gdy pojawia się w niej wątek integrowania Animusa i Animy, a ogólniej mówiąc: postacie żeńskie rozszerzyłyby pole możliwości znaczeniowych i fabularnych.

Marcin: Owszem, w powieści niewiele jest kobiet, ale jak już wspomniano, to nie jest książka o bohaterach. Połowa postaci równie dobrze mogłaby być płci żeńskiej i nadal nie miałoby to większego znaczenia. Test Bechdel to dla mnie nowość i od razu ciekawa rzecz – uświadomił mi, jak ogromna liczba tytułów w literaturze pięknej (w tym i światowej klasyki!) go nie zdaje. Mówisz jeszcze o rozszerzaniu możliwości znaczeniowych, a ja nie mogę się powstrzymać przed zapytaniem: to jeszcze Ci mało?

Maciek: Od feministycznych zapędów raczej stronię, dlatego też nie uważam, żeby usilne umieszczanie postaci kobiecych w fabule, dla poprawności politycznej bądź przypodobaniu się jakiejś grupie osób, było potrzebne. Autor ma pewną koncepcję. Realizuje ją. Widocznie nie ma w niej miejsca na postaci kobiece, co wcale nie musi oznaczać dyskryminacji. Nie pasują do konceptu, ot co! Nie razi mnie brak wyraźnych charakterów płci pięknej. Kamienna Ćma kładzie nacisk na inne aspekty.

Mówisz, Staszku, że męska inicjacja w połączeniu z kobietą zyskałaby na znaczeniu, ale inicjacja inicjacji nie równa. W tym miejscu trzeba oddzielić od siebie dwa jej rodzaje. Inicjacja Beddeosa jest skierowana ku podstawom, ku materii, ku poznawaniu. Chodzi o pryncypia. Na tym opiera się Kamienna Ćma. Natomiast inicjacja mężczyzny w połączeniu z kobietą to już drugi etap, na który Matuszek w ogóle nie chce wchodzić. To są uczucia, emocje, rozterki, a nie refleksje ontologiczno-epistemologiczne. To trochę jak piramida potrzeb, w której Beddeos znajduje się na samym dole, a relacja z kobietą jest o poziom wyżej. Dlatego też uważam, że od strony formalnej taki temat, w tej książce, nie powinien zostać podjęty, ponieważ mógłby zaburzyć strukturę powieści.

Staszek: Ha, wiedziałem, jaki temat poruszyć, aby zrobiło się trochę goręcej! Na początek zaznaczę, że nie pisałem o "poprawności politycznej" bądź "przypodobaniu się jakiejś grupie osób". Interesują mnie natomiast – rozwinę wcześniejszą myśl – powody, które sprawiają, że choć "połowa postaci równie dobrze mogłaby być płci żeńskiej", to wcale nie jest, a wachlarz dostępnych kobietom ról – wahających się między drugim a trzecim planem – sprowadza się do żony i matki (Edna), córki (Alwa) oraz nieudolnej dyktatorki (Mara). Ta ostatnia według Beddeosa (a nie widzę powodów, by mu tutaj nie zawierzyć) "karze innych za to, że nie może sobie poradzić z własnymi emocjami", "w przerażający sposób napawa się swoją władzą" oraz "słyszy to, co chce usłyszeć, spętana przekonaniem o własnej nieomylności" (s. 124–125).

Innymi słowy, spośród trzech relatywnie istotnych bohaterek Kamiennej Ćmy dwie nie mają nic ciekawego do roboty, a trzecia jest równocześnie jednowymiarowa i antypatyczna. Może więc lepiej byłoby w ogóle zrezygnować z tej grupy postaci? Czy całkowita nieobecność kobiet nie byłaby bardziej interesującym rozwiązaniem niż to, co mamy teraz?

Maciek: Nie mówię, że Ty tak napisałeś. Odniosłem się w dość ogólny sposób do kwestii feminizmu. Powody, o które pytasz, mogą być bardzo prozaiczne. Autor w momencie tworzenia historii nie kalkulował, jego wyobraźnia nie znalazła miejsca na postaci kobiece. Po prostu nie było ich w planie. Czy naprawdę stosunek postaci kobiecych do męskich musi być równy, żeby nie czynić żadnych zarzutów? Nie wiem czy jest o co kruszyć kopie. U Matuszka mamy zupełnie inną tematykę, inicjacje na odmiennym poziomie. Przynależność płciowa jest tutaj na drugim planie i nie należy mieć o to pretensji.

Marcin: Otóż to! Dodam tylko, że gdyby kobiecych postaci nie było w ogóle, to dopiero byśmy zachodzili w głowę nad przyczynami decyzji autora. Teraz z Maćkiem po prostu nie widzimy problemu.

Staszek: Feminizm niejedno ma imię (ładnie to udokumentowali np. autorzy angielskiej Wikipedii), a motywacje, o których mówiłeś, Maćku, nie wyczerpują przecież jego repertuaru. Ale to pewnie temat na inną rozmowę. Tutaj odpowiem maksymą: nie ilość się liczy, lecz jakość. We wcześniejszych wypowiedziach wspomniałem o paru kryteriach, które razem dają lepsze narzędzie do oceny niż suwmiarka: "tylu bohaterów, a tyle bohaterek".

Byłbym też dość podejrzliwy, gdy mowa o tym, na co znajduje miejsce nasza wyobraźnia, a na co nie. Uważam, że myślenie pisarzy (tak jak i nasze) jest bardzo mocno uwarunkowane kulturowo, spętane przesądami i konwencjami. A kiedy widzę podobne sposoby kształtowania postaci kobiecych w Kamiennej Ćmie, Święcie rewolucji, Krawędzi czasu itd., trudno mi nie pomyśleć, że fantastyka (rzecz jasna nie cała) ma kłopoty ze swoimi bohaterkami.

Cóż, czekam na to, jak Paweł Matuszek ukształtuje następne utwory. Z niektórymi konwencjami zerwał, może i inne przyjdzie mu pokonać. A my tutaj pozostaniemy chyba po prostu z rozbieżnymi ocenami.

Maciek: Na to wygląda. Chciałbym teraz odnieść się do recenzji Kamiennej Ćmy napisanej przez Konrada Walewskiego (Fantasy & Science Fiction, jesień 2011), która w znacznym stopniu poszerza perspektywy interpretacyjne. Oprócz wyżej przez nas wymienionych motywów (samopoznanie, problem teoriopoznawczy) figuruje trzeci: buddyzm. Co więcej, koan, o którym wspomina Walewski, jest nie tylko samodzielnym składnikiem, ale również ogniwem spajającym dwa poprzednie. Kiedy spojrzymy na Kamienną Ćmę z takiej perspektywy, będzie ona niezwykle jednolita. Bohater poszukuje, rozważa, jego życie to wędrówka, zarówno w sensie fizycznym, jak i poznawczym, aby znaleźć oświecenie. Na ile mu się to udaje? Kwestia interpretacji. Tu raczej chodzi o dążenie, o ciągłą podróż, a nie o doznanie rzeczywistego spełniania. Sam Walewski zauważa, że Kamienna Ćma nie niesie ze sobą intelektualnej satysfakcji, a raczej pobudza refleksję ontologiczną.

Marcin: Tak, filozofia zen wydaje się kluczem do całej sprawy. Potwierdzają to cytaty m.in. z Padmasambhawy ("Nie badaj zjawisk – badaj umysł") i Baudelaire’a ("[...] czy to ma znaczenie, jaka jest naprawdę otaczająca mnie rzeczywistość, jeżeli pomogła mi żyć, czuć, że jestem, i czuć, kim jestem?"), które Matuszek umieścił na początku w charakterze mott. A skoro buddyzm zen, to w próbach odczytania zawodzić, a wręcz przeszkadzać będzie logika, którą nauczeni jesteśmy się w życiu kierować. Stąd trudności w interpretacji. Co do refleksji ontologicznej, to książka ją pobudza, ale tylko w stopniu ograniczonym do świata Usimy. Nie poczułem się skłoniony do głębszego zastanowienia nad rzeczywistością otaczającą mnie samego.

Maciek: Idźmy dalej: polemizować można z Walewskim na płaszczyźnie językowej. Uważa on, że krótkie, charakteryzujące się minimalizmem zdania, nadają Kamiennej Ćmie specyficzny wydźwięk. To, że są częścią planu, który w jakiś sposób realizują, nie zmienia faktu, że są "suche". Wcale nie budują klimatu, raczej odstręczają, a niekiedy nużą. To nie McCarthy, którego frazy niosą potężny ładunek emocjonalny i w naturalny sposób sprzęgają się z treścią. Fani językowych uczt z pewnością odczują niedosyt.

Marcin: Ha, czyżbyś nie przepadał za Hemingwayem? Bo to jednak do jego stylu bliżej językowi Kamiennej Ćmy. Może problem tkwi w tym, że Papa pisał o innych rzeczach niż Matuszek i to, co sprawdza się u Amerykanina, u polskiego autora nie wychodzi. "Winna" jest zapewne treść: Hemingway podejmuje tematy bliższe czytelnikowi, któremu łatwo się odnaleźć w sytuacjach bohaterów, zidentyfikować się z nimi. Mimo "suchości" stylu u odbiorcy pojawiają się żywe emocje. Matuszek opisuje dość abstrakcyjne problemy, papierowość samego Beddeosa (jak i całej reszty postaci) też niczego nie poprawia. Jeżeli więc język Ćmy nie miał nieść ładunku emocjonalnego, to jaką w zamyśle miał pełnić funkcję? Sprawić, że czytelnik poczuje się bardziej zdystansowany? No to się udało. Czy zaś Matuszek inaczej (piękniej?) pisać nie potrafi, czy też nie chce – tego mam nadzieję dowiedzieć się z kolejnych jego utworów.

Maciek: Nie podoba mi się pewien dysonans, który tworzy się pomiędzy autorem, a jego książką. Popieram Matuszka w promowaniu idei "twórzmy rzeczy ambitne, skłaniające do refleksji". Ale z jego wypowiedzi w wywiadach po ukazaniu się Kamiennej Ćmy przebijała fraza większość recenzentów nie rozumie, o czym pisałem. Na podstawie naszej rozmowy (i nie tylko), śmiem twierdzić, że ogół rzeczy najważniejszych zdołaliśmy wychwycić.

Staszek: Czy zdołaliśmy? Szczerze mówiąc, nasze wysiłki widzę raczej jako jedną z możliwych prób zinterpretowania tego niejednoznacznego utworu. Wyobrażam sobie, że znawca myśli Wschodu mógłby zaproponować całkiem inne odczytanie. Tak czy inaczej, zgadzam się, iż lektura pozostawia sporo niedosytu, lecz po następną książkę Pawła Matuszka sięgnę bez wątpienia.

Maciek: Inne odczytanie, ale w obrębie tych samych wartości. Trzy wcześniej wspomniane filary nie ulegną raczej zmianom.

Powieść Matuszka jest dla mnie zbiorem pomysłów, które nie zostają wcale rozwinięte. Kamienna Ćma była ponoć, w swoim stadium larwalnym, opowiadaniem. Do tego typu formy nikt nie miałby pretensji o pewną powierzchowność, o to, że sam pomysł zarabia na siebie. Natomiast od powieści oczekuję rozbudowania konceptów, wyciśnięcia z nich ostatnich soków. Ostatecznie nic więcej nie zostało wykrzesane, dlatego brakuje mi w Kamiennej Ćmie pewnego pogłębienia. Pytanie jest następujące: czy rzeczywiście mamy do czynienia z czymś świetnym, a nie w pełni zrozumiałym, czy raczej przeciętnym, a rozbuchanym i sztucznie zawiłym?

Marcin: Idąc tropem wskazanym przez Konrada Walewskiego, dochodzę do wniosku, że nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na Twoje pytanie. Niezrozumienie recenzentów może wynikać z tego, że niewielu z nich miało do czynienia z buddyzmem. Zresztą w tym chyba tkwi sedno sprawy – będąc tak silnie zakorzenioną w filozofii Wschodu powieścią, Kamienna Ćma jest trudna w odbiorze dla Europejczyka. Wydawanie takiej powieści byłoby błędem autora, gdyby starał się dotrzeć do możliwie jak największej liczby czytelników. Tymczasem z jego wypowiedzi jasno wynika, że tak nie jest. A mimo to książka została ciepło przyjęta, w sieci dominują pozytywne recenzje, a zajdlowska nominacja jest powodem, dla którego się tutaj zebraliśmy. W czym dostrzegacie przyczynę (czy może: przyczyny) tego sukcesu?

Maciek: Powiedzmy, że Kamienna Ćma została przyjęta w sposób ambiwalentny. Rzeczywiście znajdziemy wiele pozytywnych słów na temat debiutu Pawła Matuszka, co nie znaczy, że głosy krytyczne umilkły, o czym świadczy chociażby dyskusja na forum Drugiego Obiegu Fantastyki.

Przyczynę sukcesu upatruję w formie. Innowacja, zaskoczenie, eksperyment. Tym w moim odczuciu Matuszek porwał czytelników. Zaproponował coś nowego. Jeśli nawet nie spełnił oczekiwań, albo nie został zrozumiany, to, co ważniejsze, został zapamiętany! Oprócz tego miał ambicje stworzenia czegoś poważniejszego, co go wyróżniło (widać to po nominacji do nagrody im. Jerzego Żuławskiego). Pamiętam też, że sama akcja promocyjna była dobrze przeprowadzona. Nie wszyscy debiutanci mają dostęp do tego typu środków (wywiad dla Wirtualnej Polski chociażby). Rezultatem tych wszystkich składowych było duże zainteresowanie Ćmą, a od tego już niedaleka droga do oddania głosu.

Staszek: W paru miejscach się nie zgadzamy, ale tutaj – nic dodać, nic ująć.

Marcin: To jeszcze krótkie podsumowanie moich przemyśleń i wrażeń. Za podstawową wadę uważam wspomniany przez Ciebie, Maćku, brak pogłębienia, zbyt szybkie zmierzanie do finału, czy wreszcie "za dużo grzybów w barszczu", wrzucenie wszystkich pomysłów do jednego worka (swoją drogą rzecz charakterystyczna dla wielu debiutanckich powieści). Pamiętajmy jednak, że to pierwsza książka Matuszka, a już prezentująca ponadprzeciętny poziom. Choć daleki jestem od zachwycania się, to sądzę, że tak ciekawego debiutu nie mieliśmy od dobrych kilku lat.

Maciek: Ja zostanę jednak przy swoim, twierdząc, że Kamienna Ćma nie przekonała mnie na tyle, aby sięgać po kolejne beletrystyczne utwory Matuszka. Niewątpliwie lektura skłoniła do dyskusji, poruszyła kilka istotnych kwestii, ale pamiętam również znużenie podczas czytania. W przyszłości poczekam na recenzje i omówienia Onikronosa i dopiero gdy zgarnie wszystkie nagrody i zostanie uznany za niepowtarzalne wydarzenie literackie, zerknę, aby przekartkować.



Czytaj również

Kamienna Ćma - Paweł Matuszek
Synteza formy oraz treści
- recenzja
Onikromos
Świat jakiego nie znałeś
- recenzja
Onikromos
Dzieje rozbitego świata
- recenzja
Onikromos
- fragment
Dookoła Zajdla: Żar
Fabuła czy styl?

Komentarze


Aravial Nalambar
   
Ocena:
+2
Świetny tekst o rewelacyjnej książce, czyta się z prawdziwą przyjemnością, choć doszukiwanie się męskiego szowinizmu w doborze bohaterów przez autora jest moim zdaniem więcej niż lekko przesadzone. Ale to oczywiste, że tak myślę. W końcu jestem mężczyzną! :P

Ach i jeszcze uwaga - nie jestem europocentrykiem, ale większość "rozwiązań intelektualnych" z dalekowschodniego kręgu kulturowego, które powiązaliście z Kamienną Ćmą pojawia się również w zdemistycyzowanej filozofii zachodu - Karl Popper, czy nawet wcześniejsi - Kant i Kartezjusz podobnie podchodzili do zagadnień epistemologicznych.
07-08-2012 16:39
lemon
   
Ocena:
+2
W końcu jestem mężczyzną!

Kim w takim razie jest Scobin? ;)
07-08-2012 17:01
Scobin
   
Ocena:
0
Kim w takim razie jest Scobin?

My, cyloni, nie przywiązujemy wagi do rzeczy tak trywialnych jak płeć.

___

Uściślę: nie uważam Pawła Matuszka za szowinistę, mam natomiast wrażenie, że funkcje fabularne bohaterów i odgrywane przez nich role mogą być odbiciem pewnego stereotypu kulturowego. Nie jest wykluczone, że się mylę – przykłady, które podawałem w rozmowie, nie zastąpią dokładnej analizy. Nawet jednak gdybym nie miał racji, to ufam, że ta ścieżka interpretacyjna pomoże dostrzec w książce ciekawe rzeczy (wartościowa była dla mnie np. uwaga Maćka, iż jest to powieść o rzeczach bardziej bazowych niż relacje między płciami).
07-08-2012 20:30

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.