» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Dominante: Brzdęk!

Dominante: Brzdęk!


wersja do druku

Praca konkursowa

Autor:
Z bocianiego gniazda do ucha kapitana dotarło tylko jedno słowo. Natychmiast pobiegł na dziób statku i wytężył wzrok. Na Jedynego!. Daleko, owiane mgłami i majaczące niepewnie, jakby za chwilę miały się przewrócić, widniały białe iglice. Powoli mgła zaczęła się przerzedzać, a zarysy budynków na horyzoncie stawały się coraz ostrzejsze. Kapitan dosłownie na parę chwil wstrzymał oddech, zupełnie mimowolnie. Przed nim, na całej rozciągłości horyzontu, odpoczywały majestatycznie żagle. Setki statków, pięknych galeonów, łagodnie kołysały się na wodzie. Kapitan wydał jęk zachwytu. Cała załoga na chwilę przerwała pracę, delektując się widokiem. Kapitan strasznie pozazdrościł teraz chłopakowi z bocianiego gniazda. Wilk morski odwrócił się do towarzyszy: - Przyjaciele! Oto i najpiękniejszy z portów świata… za chwilę zacumujemy w Dominante! I podniosły się wiwaty…


Byłeś kiedyś, Panie, w Grande, stolicy Kordu? Czy było to w twoim wewnętrznym rankingu najpiękniejsze miasto jakie istnieje? Hmmm… Jeśliś był w Grande, to byłeś też zapewne w Libros. Tak… Jest jeszcze wspanialsze. Muszę cię jednak zaskoczyć. Znam jeszcze piękniejsze. Niemożliwe, powiadasz? Nie byłeś zatem, tak jak podejrzewałem, w Dominante.

Gdybyś tam gościł nie mówiłbyś już o pierwszym w świecie Libros. Dominante ma swój własny wyszukany styl nadmorskiego miasta. Klimat krętych, wysadzanych białymi kamieniami uliczek, przesiąka wszystko. Ja sam cały dzień mógłbym spędzić na przemierzaniu głównych ulic miasta. Usiąść sobie gdzieś, popatrzeć na spacerujące tłumy i wdychać morską bryzę zmieszaną z zapachem świeżego drewna, która wieje od strony zacumowanych na brzegu statków. Kiedy wtapiasz się w tłum na rynku stajesz się aktywną częścią Dominante. W cieniu starych kamienic czujesz, że naprawdę żyjesz i możesz choć na chwilę odgrodzić się od wszelakich złych myśli i szarej rzeczywistości.

Nie znam, Panie, miasta, w którym na jednej ulicy naraz znajdą się ludzie wszystkich narodowości. Tutaj Nordyjczyk mija się z Matranką, a cynazyjski szermierz ogląda bronie, którymi handluje Ragadańczyk. Mieszkańcy są życzliwie nastawieni do przybyszy, po części dlatego, iż oglądają ich codziennie i już zdążyli się do tego przyzwyczaić. Porządku na ulicach i przestrzegania praw pilnuje Elitarna Straż Miejska, która należy do najbardziej obowiązkowych i praworządnych organizacji strażniczych w całym Dominium. Tak…

Wszystko ładnie, pięknie. Tylko… gdzie tu mrok i tajemnica? Wszak żyjemy w Dominium roku 1575. Wszędzie dzisiaj słyszy się o morderstwach, kradzieżach, a świat stoi na krawędzi ogromnej wojny, która nieuchronnie prowadzi ku samozagładzie. Czy Dominante więc jest potężnym bastionem, nieprzepuszczającym do wewnątrz siebie zła i występku? Czy tutaj wszystko jest piękne, zdrowe i dobre, a największym grzechem jest poderwanie panienki na balu u księcia? Niestety i z całą stanowczością - nie. To, co w niektórych państwach jest codziennością, jak na przykład w Ragadzie, tutaj uaktywnia się nocą i to ze zdwojoną siłą.

Wierz mi, Panie, gdy słońce zajdzie już i zacznie się powoli ściemniać, lepiej zabarykaduj się w domu, załaduj muszkiet i nie wychodź! Kroczenie ulicami Dominante nocą to zadanie dla prawdziwych twardzieli lub też najprawdziwszych szaleńców. I to ze znaczną przewagą tych drugich. Nocą w Dominante zakwita zupełnie inne życie. W gospodach prowadzone są pijackie pojedynki na pistolety lub na pirackie szable. Po ulicach panoszą się bandyci, którzy tylko czekają na kogoś z „lepszej dzielnicy”. Krew spływa tymi pięknymi, klimatycznymi uliczkami miasta niezwykle często. Nocą więcej gardeł podrzyna się ludziom, niźli złowionym rybom.

Skąd taki okropny stan rzeczy? Sam z chęcią zadałbym ci to pytanie, gdybyś tylko znał odpowiedź. Tej niestety… nie ma. Właśnie tak, nie ma. Takie jest po prostu drugie oblicze tego miasta i już. Nic tego nie zmieni. Po części może to wynikać z charakteru ludzi, bitnych i unoszących się pychą, po części może to być wina ogromnej przepaści jaka dzieli biedotę od bogatej szlachty. Jeżeli idziemy w swoich zamysłach jeszcze dalej, to dlaczegóżby przyczyną nocnego szaleństwa nie mogły być mocne trunki, ważone przez tutejszych bimbrowników?

Niestety i los nie szczędzi temu urokliwemu miastu nieszczęść i katastrof. Niecałe trzy lata temu okropna zaraza wysłała tysiące ludzi do grobów. Miasto zostało zdziesiątkowane. Kiedy w końcu zdołało się z trudem podnieść, otrzymało kolejny cios, posyłający je z powrotem na ziemię. Ogromny sztorm, którego nie zdołał zatrzymać nawet osławiony, największy na świecie falochron, przetoczył się przez miasto, niszcząc i zabijając. Nawet potężny zamek na położonej w bliskiej odległości od miasta wyspie Tissano nie wyszedł z tej katastrofy bez szwanku. Znaczna część fortyfikacji została okrutnie naruszona.

Więc, mimo przytłaczającego piękna i majestatu Dominante, nie zapominajmy o drugim obliczu tego jednego z największych portów Dominium. Dla przybyszów to oblicze bywa wyjątkowo nieżyczliwe…

Przekonałem się o tym na własnej, cynazyjskiej skórze. Przypłynąłem do Dominante na jednym z moich kordyjskich okrętów. Nie ukrywam, że po raz pierwszy zawitałem do tego niezwykłego miasta, mimo, iż w Kordzie spędziłem moje najlepsze lata. Tak, tak, to ja byłem kapitanem, tak bardzo zazdroszczącym chłopcu na bocianim gnieździe. Uprzedzali mnie, że roztaczające się w oddali Dominante wywołuje niesamowity efekt, nigdy jednak nie spodziewałem się czegoś takiego! Po przycumowaniu nie wiedziałem nawet, że rozdziawiłem usta jakbym był niespełna rozumu. Po prostu podziwiałem. Załoga pożegnała się ze mną na najbliższy tydzień i każdy z przyjaciół ruszył w swoją stronę. Ufam moim ludziom bezgranicznie, i dlatego wiem, że za równo tydzień stawią się tu wszyscy, co do jednego. Ale do końca tygodnia jeszcze dużo, dużo czasu. Nie wiedziałem jeszcze ile może się w ciągu tych siedmiu dni zdarzyć. Po kolei jednak.

Musisz po pierwsze wiedzieć, gdzie znajduję się teraz. Piszę na bieżąco, zamknięty w obskurnej, kamiennej i okropnie uwłaczającej ludzkiej godności celi. W mojej torbie znalazłem jeszcze trochę papieru, spisuję więc, czekając na zapadnięcie wyroku. Nie jadłem nic od trzech dni, moje zmysły ledwo trzymają się reszty, ale piszę. Piszę, ażeby ludzie, którzy znajdą te kartki, dowiedzieli się o prawdzie, przez którą jestem więziony w tym kamiennym lochu. Teraz upływa dziewiąty dzień pobytu mojego w Dominante. Nie wiem co zrobiła moja załoga, kiedy nie stawiłem się w północnym porcie. Może mnie szukają ? Zresztą, teraz to bez znaczenia. Zacznę od pierwszego dnia…

Pierwsze moje kroki, które postawiłem na drewnianym molo, jakby same zaniosły mnie do najbliższej tawerny. Specjalnie szukałem takiej, która posiada stoliki także na zewnątrz. Szybko znalazłem taką, która mi odpowiadała i opadłem ciężko na drewniane krzesło, ciągle będąc jeszcze zamroczonym urokiem miasta. Z początku nawet nie zauważyłem kelnerki, która chciała przyjąć zamówienie. Poprosiłem o kufel zimnego piwa. O tak, po tylu dniach podróży zasłużyłem sobie na nie. Chwila, w której zwilżyłem spalone słońcem usta lodowatym napojem i patrzyłem na spacerujące tłumy, była najpiękniejszą, którą przeżyłem w Dominante. Potem nie było już tak ciekawie. Wróćmy jednak do miłych rzeczy, a składał się z nich cały dzień pierwszy, no, może nie licząc wieczora. Wychyliwszy już kufel do dna, ruszyłem czym prędzej poszukać sobie noclegu.

Znalazłem go równie szybko jak zimne piwo. Już po dwóch odwiedzonych gospodach, których było tu bez liku, wybrałem odpowiednią. Była solidnie wyglądająca i nie rzucająca się w oczy. Takie właśnie lubię. Zapłaciłem pięć kordinów za noc. Razem trzydzieści pięć za ich siedem. Zostawiłem rzeczy w przytulnym pokoju i wyszedłem na zewnątrz, odzyskując już zdrowy rozsądek, który jak zawsze kazał mi być nieustannie czujnym. Spacerowałem chyba z pięć godzin i mimo, iż ściemniało się już, ja wcale nie miałem ochoty wracać. Zdecydowałem jednak, że muszę znaleźć jakieś ciepłe schronienie, ponieważ robiło się strasznie zimno. Skierowałem swe kroki do tej tawerny, w której byłem po raz pierwszy, na browarze.

Podczas spaceru nie spotkało mnie nic zbytnio niezwykłego. Ot, kiedy kroczyłem wolniutko dzielnicą Kałamarnicy, zaciekawiło mnie pewne widowisko. Jakiś jaskrawo ubrany szarlatan, postawił sobie na rogu ulicy swe stoisko. Dużo ludzi zebrało się już wokół niego, więc sam dołączyłem do gapiów, zaciekawiony. Wlewał on do flaszek jakiś płyn, później dodawał następny, aż ze szkła zaczęły sypać iskry.
„Ładnie by się tu działo, gdyby wkroczyła Inkwizycja” - pomyślałem wtedy z przekąsem. Alchemik chwilę później wodził wzrokiem po tłumie, szukając kandydata do wypróbowania jakiegoś nowego wynalazku. Traf, wola Jedynego lub zrządzenie losu, chciało bym to był ja. Nie widząc zbyt wielu przeszkód (zawsze uważałem się za osobę rozrywkową) stanąłem na podeście tuż obok szarlatana. Wręczył mi on mały flakonik i kazał rzucić w usypaną wcześniej stertę kamieni. Rozkazał usunąć się trochę motłochowi i szepnął mi do ucha, że mogę zaczynać.

Zważyłem lekki flakonik w dłoni i rzuciłem nim z całej siły w sam środek oddalonej o kilka metrów sterty. Błysnęła oślepiająca łuna światła i po chwili po kamieniach nie było już ani śladu. Roztopiły się, plując we wszystkie strony rozgrzaną lawą. Nie było wśród tłumów takiego, który nie rozszerzyłby choć na chwilę oka ze zdumienia. Większość od razu rzuciła się w stronę szarlatana, pytając ile za buteleczkę. Alchemik wcisnął mi w otwartą dłoń flakonik, dziękując z odwagę. I wtedy przeżyłem chwilę grozy. Z mej spoconej dłoni buteleczka wyślizgnęła się i spadła z brzęknięciem na brukowaną ulicę. Wszyscy zamarli, flakonik jednak nie pękł jak się spodziewałem. Szarlatan ostrzegł mnie, a raczej wyzwał jeszcze, zanim, podnosząc flakonik, wtopiłem się w tłum. Ręce mi się trzęsły okrutnie, wsunąłem buteleczkę za pazuchę i przysiągłem sobie nie zatrzymywać się już więcej na żadnym stoisku. O buteleczce zapomniałem, mimo, iż złowieszcze brzęknięcie schowało mi się głęboko wśród pokładów myśli i przypominało o sobie co jakiś czas. Ale to był tylko taki jeden, mało znaczący incydent.

Co się działo potem to zupełnie inna sprawa. Tak jak mówiłem, gdy tylko zaczęło się ściemniać, wkroczyłem śmiało do tawerny, którą sobie upatrzyłem. W środku było już kilka osób, tylko mężczyzn. Usiadłem sobie w zacienionym rogu sali i zamówiłem piwo… nie... wino. Tak, tak, teraz pamiętam, to było wino. Jak się później okazało, to że usiadłem sam w rogu, uratowało mi życie. Kiedy piąty kielich wina stał się już historią, a ja sam w byłem już w doskonałym humorze, sala zapełniła się po brzegi. Nie wiedziałem wtedy, czy mam już omamy, czy to naprawdę słyszę wojenne okrzyki i ludzi tłukących się na śmierć. Przeraziłem się okrutnie, choć wcale nie należę do osób tchórzliwych. Jednak ja byłem sam, nie miałem towarzysza ani obrońcy. Zupełnie nic tu nie znaczyłem. Po chwili rozległy się strzały, a powietrze wypełniło się, duszącym dymem. Pomyślałem, że tego już za wiele. Lgnąc do bocznej ściany, prawie nie oddychając, szedłem chwiejnym, niepewnym krokiem w stronę drzwi. Byłem może w połowie drogi, kiedy moje ramię, niczym imadło, chwyciła czyjaś dłoń.
- A ty dokąd, przyjacielu? - usłyszałem. Za chwilę nie słyszałem już nic…


Drugi dzień mego pobytu w Dominante, zaczął się nader nieprzyjemnie. Obudziłem się w rynsztoku z obolałą głową. No tak, uznali mnie za pijaka, czego mnie, jako szlachcicowi, trudno było przełknąć. Spostrzegłem, że znalazłem się w jakiejś zapyziałej dzielnicy, a czar, który rzuciło na mnie miasto, prysł natychmiast. Podenerwowany już mocno, wstałem i przywróciłem się jakoś do porządku. Nie dość, że pięć kordinów za pokój przepadło, to drogie ubranie nadawało się tylko na szmaty do pochodni. Przypomniałem sobie co dziś za dzień (zawsze tak robię po pobudce) i kolejny fakt uderzył we mnie z okrutną siłą. Cel mojego przybycia do Dominante. Miałem się tu spotkać z mym przyjacielem Gaskinem, który posiadł kolejnych kilka istotnych faktów w sprawie Vestigo Rejera.

Dużo by pisać o tej sprawie, powiem tylko tyle, że była to tajemnica śmierci mego wuja. Bardzo niejasnej śmierci. Jego ciało wyglądało zgoła normalnie i nie wiadomo co było przyczyną zgonu. Niemniej jednak na jego ciele znaleźliśmy tajemniczy, wypalony znak z literą: „G”, a na jego ramieniu ślad niewielkiego ukłucia. To było morderstwo. Gaskin miał spotkać się ze mną, tutaj, w Dominante, o pierwszej po południu w środę. A właśnie mijał środowy poranek. Wydostałem się jakoś z krętych uliczek ponurej dzielnicy i ruszyłem prawie biegiem, w stronę gospody, w której miałem nocować. Cóż za ironia! Musiałem przekupić wykidajłę, który pilnował wejścia. Nie chciał mnie wpuścić ze względu na mój wygląd. Czym prędzej przebrałem się, wyjmując wszystkie rzeczy ze starego ubrania. Gdzieś w dłoni przewinęła mi się mała buteleczka, którą wepchnąłem sobie do kieszeni.

Chwilę później ruszyłem w stronę gospody „Płaszcz”, o której napomknął w liście Gaskin. Znalazłem ją bardzo szybko, jej rozległy szyld wybijał się zdecydowanie ponad inne. Wszedłem do środka i od razu w moje nozdrza uderzył zapach ostrych przypraw, od czego jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa. Usiadłem przy najbliższym stoliku i zbywając machnięciem ręki kelnerkę spojrzałem na czasomierz. Wskazywał za dziewięć minut pierwszą. Byłem niezwykle podekscytowany. Zawsze kręciła mnie ta sprawa. Nie ze względu na chęć zemszczenia się, w żadnym razie! Nigdy zbytnio nie lubiłem starego Rejera. Rozpaczliwie jednak próbowałem rozwiązać tę zagadkę, a muszę się nieskromnie przyznać, że byłem już blisko. Kiedy po piętnastu minutach w drzwiach karczmy nie pojawił się nikt, ze zdenerwowania zamówiłem piwo. Kiedy Gaskin nie pojawił się za następne dwadzieścia, poprosiłem o kolejne. Po około półtorej godziny siedzenia bezczynnie w miejscu, wstałem od stolika i szykowałem się do wyjścia, kiedy szturchnął mnie jakiś starszy gość.
- Od Gaskina - rzucił półsłówkiem i położył dyskretnie niewielką kartkę na mym stoliku. Popatrzyłem chwilę na nią ze zdumieniem i podniosłem wzrok. Mężczyzny już nie było. Usiadłem powoli na swym miejscu i starając się nie szeleścić papierem rozwinąłem liścik.

Przyjacielu.
Nie jestem w stanie skontaktować się z Tobą osobiście, więc wysyłam list. Przypuszczam już kto stoi za zabójstwem Rejera. Niestety depczą mi po piętach. Czuję, że niedługo mnie znajdą. Musisz spotkać się jutro z moim zaufanym kontaktem. Nazywa się Gerard Frey i mieszka we wschodnim porcie przy 14/c. Nie idź do niego dzisiaj! Po przeczytaniu listu spal go natychmiast. I dla Twojego dobra nie próbuj o mnie wypytywać ani szukać mnie na własną rękę. I jeszcze jedno - wybacz.

G.



Czytałem tą krótką notatkę kilkakrotnie, próbując zachować wszystko w pamięci. Nie bardzo rozumiałem jej treść i nie wiedziałem co znaczy tajemnicze „wybacz”. Teraz już rozumiem. W środę, około godziny trzeciej, wstałem od stołu i kierując się do wyjścia, wrzuciłem liścik do kominka. W drzwiach wejściowych stało się jednak coś niezwykłego. Oto na moje ręce rzucił się krwawiący człowiek. Odrzucił mnie on tak do tyłu, iż upadłem, uderzając obolałą częścią głowy w podłogę. Zamroczyło mnie na chwilę, zaraz jednak zrzuciłem z siebie mężczyznę. W jego brzuchu znajdował się sztylet. Ogarnąłem go wzrokiem i zobaczyłem coś co ścięło mi krew w żyłach. Na czole mężczyzny wypalona była litera. Zgadnij, Panie, jaka. Było to oczywiście „G”. Odrzucając resztki zdrowego rozsądku, wybiegłem na brukowaną uliczkę i zwymiotowałem pośród tłumów. Śmiertelnie przerażony pobiegłem do mojego tymczasowego domu. Odprowadzany pełnym lęku spojrzeniem kelnerki…

Od środowego popołudnia do czwartkowego ranka z pokoju nie wyszedłem ani raz. Słabo też spałem. Cały czas miałem przed oczyma puste spojrzenie mężczyzny ze sztyletem w piersi. Dużo myślałem. Właściwie to myśli nie opuszczały mnie nawet na chwilę. Prawie całą noc nerwowo obracałem w dłoniach szklany flakonik, który otrzymałem od szarlatana. Jakby był jedynie wspomnieniem miłych chwil, które spędziłem w Dominante. A piękno miasta, którym zachwycałem się pierwszego dnia, stało się teraz niepokojące i przybrało czarno-białe barwy. Dominante pokazało mi swą drugą twarz. Twarz, która widziała setki morderstw, kradzieży, gwałtów i zupełnie nic sobie z tego nie robiło. Bo czyż osławiona Elitarna Straż z Dominante, o której tyle czytałem i która wydawała mi się kanonem, mogłaby do takiego stanu rzeczy dopuścić? Cóż, oni też są ludźmi.

Tymczasem ja, około dziesiątej rano, obudziłem się i usiadłem na samotnym krześle, z bolącą, już drugi raz z rzędu, głową. Zmierzwiłem kasztanowe włosy i dopiłem resztki wina ze szklanej butelczyny, znowu rozmyślając. Postanowiłem działać. Przecież Gaskin poświęcił się dla tej sprawy, cały. Naraża życie codziennie dla sprawy, która normalnie by go zupełnie nie obchodziła. Ale Gaskin był moim przyjacielem. Ciężko mi teraz o tym pisać, ale tak, był moim przyjacielem. Podjąłem więc decyzję, że pójdę do tego całego Gerarda i dowiem się wszystkiego. Ubrałem się więc prędko i wyszedłem na zewnątrz. Powitało mnie chłodne, poranne powietrze i mżawka. Całkowicie intuicyjnie zabrałem ze sobą rapier.

Popytałem kilku ludzi o wschodnie doki i po chwili zostałem już nakierowany na właściwą drogę. Ta nie była zbyt daleka. Gdy stanąłem przed drzwiami z nakreślonym na czerwono znakiem 14/c, dochodziła dwunasta. Odchrząknąłem, poprawiłem kołnierz i zapukałem śmiało. Z wewnątrz usłyszałem przytłumione „Wchodzić”. Głos był bardzo nieprzyjemny, ochrypły i szorstki. Rozchodził się on w mojej głowie głuchym echem. Nieśmiało pchnąłem wrota i wszedłem powoli do środka. W pomieszczeniu, jak na tę porę dnia, było nienaturalnie ciemno. W połowie już wypalona świeca, stojąca po środku, oświetlała niemrawo oblicze jednego człowieka. Przeraziłem się nieco ujrzawszy go, bo istotnie było czego. Surowe rysy twarzy, masywna budowa i purpurowe tatuaże na rękach. Pełno tatuaży…

Stary Gerard Frey przejechał szeroką dłonią po szorstkim zaroście i odwrócił się powoli w stronę przybysza. Tak, tak jak go opisywał Gaskin : zawsze elegancko ubrany, czysty, niezbyt wysoki i chudy. Mięczak. Frey splunął i wskazał na wolne krzesło, które uszykował wcześniej.
- Zamknij drzwi i siadaj, przyjacielu mojego przyjaciela – zwrócił się do mężczyzny Gerard. Elegancik domknął masywne wrota i podszedł ostrożnie. Frey obserwował jego ruchy, gdy podszedł i stanął przy krześle. „Szermierz”, nasunęło mu się od razu, „I to dobry”. Mężczyzna ściągnął kapelusz i ukłonił się w pas.
- Przysłał mnie tu Gaskin – oświadczył, podając Gerardowi dłoń. Frey, nie siląc się nawet aby wstać, uścisnął ją mocno. Mężczyzna zacisnął zęby, Gerard się uśmiechnął. Przybysz usiadł w końcu na krześle i rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Tak, skoro już tutaj jestem chciałbym się nieco dowiedzieć o…
- Ależ oczywiście – Frey utrzymał fałszywy uśmiech i spojrzał mężczyźnie w oczy. Ten skrzywił się, tak jak Gerard się spodziewał.
- Mój i twój przyjaciel, Panie, kazał mi przekazać, że masz się z nim spotkać jutro – oświadczył Gerard. Mężczyzna wydawał się być nieco rozczarowany.

- Aha, dobrze. A gdzie, jeśli można wiedzieć? – albo Freyowi się zdawało, albo przybysz zająknął się. Gerard położył mu czerwoną od tatuaży dłoń na ramieniu.
- No pewno, że można. Po to tutaj jestem. Jutro, dwunasta, opuszczona chata przy Kingston. Tylko tam bezpiecznie możecie się zobaczyć – po wieściach Gerarda mina mężczyzny zrzedła całkowicie.
- Wspaniale. To wszystko? – zapytał się on z udawanym zadowoleniem. Jego dłoń cały czas spoczywała na rękojeści rapiera.
- Tak, tylko tyle powiedział mi Gaskin. Możesz już iść, ja wypełniłem już swój obowiązek. Żegnaj, Panie – Frey skinął głową i wskazał drzwi. Przybysz wstał, znów ukłonił się w pas i ruszył z niemałym pośpiechem do wyjścia.

- Ty także żegnaj. Wielu zim! – powiedział, zakładając kapelusz z szerokim rondem, po czym wyszedł na deszcz. Kiedy skrupulatnie zamknął drzwi, Frey został sam.
„Idź tam, idź jutro, głupcze…” pomyślał, wpatrując się martwym spojrzeniem w płomień świecy



Kiedy wracałem od tego diabelskiego pomiota zwanego Gerardem Freyem, nie kryję, że cały się trząsłem. Trudno tego nie robić, kiedy przypatrują ci się bacznie oczy trupa. Tak, tak, trupa. Zupełnie bez wyrazu, nie posiadające źrenic. Okropność… I jeszcze te informacje! To przypomina już powoli chodzenie na ryby zimą. Dużo pracy, mało efektów. Coś mi tu wyjątkowo nie pasowało. Gaskin nie wspominał nigdy o znajomościach z tego typu… ludźmi. Przecież ten drań Frey śmiał się ze mnie patrząc mi w twarz. Owego czwartkowego popołudnia, kiedy wracałem ze wschodnich doków, spotkałem obwoływacza, a wokół niego tłumy ludzi. Niektórzy szeptali coś do siebie z wyraźnym niepokojem, inni spieszyli już do domów. Podszedłem więc zaciekawiony, pragnąc posłuchać cóż takiego ważnego obwołują. O mały włos się nie przewróciłem.

- Wczoraj, około godziny trzeciej po południu, w znanej powszechnie gospodzie „Płaszcz” zdarzyło się coś, co nie pozwala nam już tak swobodnie kroczyć ulicami naszego miasta. Miało miejsce morderstwo! Kelnerka twierdzi, iż widziała sprawcę. Jego opis to: niski, burza kasztanowych włosów, elegancko ubrany, nawet przystojny, z orlim no… - nie mogłem dalej słuchać. Ruszyłem żwawym krokiem w stronę mojej gospody. Nogi trzęsły mi się jak galareta. Zapiąłem szczelniej pelerynkę pod szyją i nisko nasunąłem kapelusz. Ja uciekałem! Pierwszy raz w życiu poczułem się jak morderca. Ale przecież nim nie byłem! Ten mężczyzna, on sam… On już miał… To naprawdę nie byłem ja…

Przeciskałem się przez tłum, pragnąc jak najszybciej zaszyć się i pomyśleć spokojnie. Los mi na to nie pozwolił… Byłem dosłownie o dwa zakręty od gospody, kiedy wpadł na mnie człowiek i poleciałem z nim na ziemię. Razem ze mną przewróciło się jeszcze kilku przechodniów, ale… To właśnie na mnie leżał człowiek przekłuty rapierem! Teraz, gdy patrzę na to zdarzenie z perspektywy czasu, to wydaje mi się, ba, jestem pewien, że gdybym wtedy nie uciekł jak szalony krętymi uliczkami, to przecież nikt nie wziąłby mnie od razu za sprawcę. Ludzi było całe mrowie, w dodatku kilku przewróciło się ze mną. A jednak pobiegłem… Nie oddaliłem się spokojnie, a pobiegłem. Ludzie widzieli mnie uciekającego, niczym najgorszy morderca. Na szczęście nikt mnie nie ścigał i nikt nie spostrzegł do jakiej gospody wchodzę. Ze zdenerwowania nie mogłem nawet trafić kluczem do zamka. Nie patrzyłem nawet na człowieka, który na mnie wpadł, jestem jednak pewien, że był on oznaczony literą „G”. Po stokroć jestem tego pewien! Nawet nie przebrałem się z okrwawionego ubrania, tylko zaraz podszedłem do łóżka i zupełnie nie pamiętam dlaczego… ale zasnąłem kamiennym snem…

Gerard Frey wypowiedział słowo mocy i przejechał sobie ostrzem rytualnego sztyletu po ramieniu.
- Na chwałę Gordu – szepnął. Po chwili zanosił się już dzikim, pierwotnym śmiechem



W piątek rano obudziły mnie trzaski i łomoty. Ktoś krzyczał, drugi rozkazywał, trzeci padał na ziemię. Gdy otworzyłem zmęczone powieki, zastałem tylko ból. Kiedy z trudem podniosłem się, poczułem zaś, że po prawej dłoni coś mi ścieka. Siadając na progu łóżka, podwinąłem rękaw. W okolicy zgięcia ramienia widniało całkiem świeże nacięcie. Mam je zresztą do teraz i co jakiś czas pulsuje krótkotrwałym, acz intensywnym bólem. Nie miałem pojęcia skąd się tam wzięło, nawet teraz nie wiem. Nie zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić, kiedy do mojego pokoju wparowało, wyważając drzwi, dwóch funkcjonariuszy Elitarnej Straży. Dopiero wtedy usłyszałem, że krzyki i rozkazy są coraz bliżej.

„Przeszukują pokoje”, pomyślałem. A teraz mnie znaleźli. Ktoś jednak musiał mnie zobaczyć, kiedy uciekałem krętymi uliczkami Dominante. W chwili kiedy żołnierze wparowali do pomieszczenia zaufałem całkowicie mojej intuicji. Chwyciłem błyskawicznie rapier i bez większej finezji, wykorzystując element zaskoczenia, chlasnąłem pierwszemu funkcjonariuszowi przez twarz. Ten padł na ramiona drugiego, zasłaniając oczy dłońmi. Polała się krew. Wymieniłem kilka pchnięć i bloków z nadchodzącym, nie skaleczonym, żołnierzem, cofając się tym samym w stronę okna. Jeszcze raz, najmocniej jak umiałem, wykonałem zbicie jego ostrza i w dalekim wypadzie pchnąłem. Uniknął ciosu, ale odskoczył o blisko dwa metry, co dało mi pole do działania. Obróciłem się błyskawicznie i nie bacząc nawet na wysokość, skoczyłem. Okazało się, iż od brukowanej ulicy dzieliły mnie blisko trzy metry. Spróbowałem zamortyzować upadek, ale i tak nogi się pode mną ugięły, kiedy się wyprostowałem. Nie wiedziałem dokąd mam biec najpierw. Pierwszym miejscem, które nasunęło mi się na myśl był dom Freya. Zaraz jednak uznałem pomysł za absurdalny i pobiegłem w stronę ulicy Kingston. Przechodziłem tamtędy raz i wiedziałem mniej więcej gdzie to jest. Puściłem się więc sprintem, mimo dziwnych spojrzeń ludzi i nie patrząc za siebie, szukałem wzrokiem najstarszej kamienicy w mieście…

Strażników zgubiłem, zresztą, nie trudno było tego dokonać wśród takich tłumów ludzi. Mało kto też zwrócił uwagę na krew na moim ubraniu. Tylko, jeśli dobrze liczyłem, trzy panienki, widząc mnie, zakryły usta dłonią. Nie wiedziałem co mam myśleć o całej tej sprawie, zresztą kiedy uciekałem prawie tego nie robiłem. Kiedy ukryłem się wreszcie w progu starego budynku wyszperałem z kieszeni złoty czasomierz. Za pięć jedenasta. Miałem być o dwunastej, nie mogłem jednak dłużej czekać. Z rosnącą adrenaliną pchnąłem z całej siły okrutnie skrzypiące drzwi i wkroczyłem ostrożnie w świat starych mebli i wykwintnych obrazów, odpoczywających spokojnie wśród pajęczyn.


Kiedy Jury de Fiehn usłyszał tak charakterystyczny tutaj odgłos otwieranych drzwi, spojrzał z lękiem na swojego czerwonoskórego kompana. Gerard Frey natychmiast wrzucił zakneblowaną kobietę do komórki i zamknął kłódkę. Następnie wysunął z pochwy krótką szablę i skinął towarzyszowi, nakazując mu iść przodem. Kobieta w komórce zaczęła się wyrywać i uderzać nogami o stare, kruche drewno. Gerard zaklął.
- Ucisz ją. Ja pójdę – szepnął do Jury’ego i zaczął się skradać, co było tutaj wyjątkowo utrudnione z powodu skrzypiącej podłogi. Przed balustradą kucnął i zerknął zza niej. Na dole właśnie zamykał drzwi, mężczyzna, którego Frey poznał wczoraj. Mężczyznę, którego Gaskin kazał udupić, bo rzekomo za dużo wiedział. A Gerard za pieniądze zrobi wszystko. Gaskin kazał, Frey zrobi. Ten człowiek to słowik, elegancik, nadaje się tylko do fircykowania na bankietach w pięknych pałacach. Cóż z tego, że być może jest dobrym szermierzem? Rapier nie uchroni go przed kulą w sercu. Gerard patrzył teraz jak mężczyzna, nerwowo wygląda przez zabrudzone okno i obraca w dłoniach kapelusz.


„Ha! Straż złapała cynk, ścigają go! Wszystko idzie zgodnie z planem” - myśli Gerarda szalały ze szczęścia. Nagle mężczyzna odwrócił się w stronę schodów. Freyowi ledwo co udało schować się za osłoną, jaką stanowiła balustrada. Mało brakowało. Gerard przesunął się jeszcze najdelikatniej jak potrafił, ustępując miejsca wchodzącemu niepewnie przybyszowi i jednocześnie wyszarpnął zza pasa pistolet. Schody skrzypiały jeszcze bardziej jak drzwi. Kobieta w schowku próbowała się wyrywać i krzyczeć, Jury trzymał mocno, Gerard Frey podniósł się cichutko z klęczek.

„Przyszedłeś za wcześnie, nie zburzy nam to zbytnio planów. Jedno się nie zmieni na pewno. Pożałujesz”, myślał. Jeszcze trzy, dwa, jeden stopień. Mężczyzna wkroczył na piętro, przyczajony w cieniu Frey przycisnął się do ściany, De Fiehn wzmocnił uścisk. Na dwie sekundy wszystko stanęło w miejscu, nikt w pomieszczeniu nie wciągnął ani nie wypuścił powietrza. Pierwszy ruch należał do Gerarda. Z potworną siłą i bojowym wrzaskiem, grzmotnął mężczyźnie w plecy rękojeścią szabli. Ten zatoczył się i padł na ziemię. Gdy podniósł wzrok, powitała go lufa pistoletu Freya. Nim leżący zdążył wysunąć rapier, kula rozorała mu obojczyk. I ponownie szabla śmignęła w powietrzu, uderzając swą rękojeścią w skroń mężczyzny. Ten wymamrotał coś, spojrzał na pozostałość barku, po czym jego głowa opadła bezwładnie na drewnianą podłogę. Gerard uśmiechnął się chytrze, odsłaniając wilcze zęby. I po wszystkim.


- Zabij ją, Jury, i przygotuj resztę – kobieta w objęciach de Fiehna podjęła jeszcze jedną, ostateczną próbę wyzwolenia się. Jury był silnym mężczyzną – Tymczasem ja podążam już powolutku w stronę posterunku straży. Wszak jako obywatel mam obowiązek powiadomić władze o poczynionej tu zbrodni – uśmiech Freya poszerzył się nienaturalnie. To był naprawdę wilczy uśmiech



Ocknąłem się, czując nagłe szarpnięcie w okolicy twarzy. Dopiero później okazało się, że obudził mnie soczysty cios kapitana Straży. Zaraz jednak poczułem coś jeszcze, coś co o mały włos nie strąciło mnie ponownie w otchłań nieprzytomności. Nie mogłem poruszyć prawą ręką. Jedna myśl kołatała mi się w głowie i tylko tą jedną chciałem usłyszeć, pragnąłem ją wykrzyczeć wszystkim. Zdrada. W chwili, w której wpatrzone były we mnie pełne nienawiści oczy kapitana, poczułem się naprawdę nikim. Wiedziałem już, że dla tych ludzi zawsze będę już mordercą, wyrzutkiem. Pragnąłem wtedy głowy Freya, jak nie pragnąłem jeszcze niczego na świecie. Ale jeszcze bardziej prosiłem Jedynego o spotkanie z Gaskinem. Nie żeby przekłuć go rapierem za to co mi zrobił, ale po prostu zapytać: Dlaczego? Spytać i splunąć mu w twarz. Nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć. Straż znalazła kobietę z rozciętym gardłem i z pistoletem w swej niewinnej dłoni. Ja w lewej ręce trzymałem okrwawiony rapier. Niczego nie trzeba było dodawać. Wszystko było jasne. Jakiś człowiek twierdził, że słyszał strzały w starej kamienicy i postanowił zawiadomić o tym Straż. Tyle myśli okupowało wtedy mój udręczony umysł, że nie wytrzymując już napięcia, zemdlałem ponownie…

Następne wydarzenia były dla mnie już tylko skrawkami wspomnień. Ktoś mnie kopnął, ktoś wrzasnął, gdzieś mnie przenosili. Widziałem naprawdę niewiele. Światło, niebo, twarze. Wszystko jednak takie… nienaturalne. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałem było to, że nad uchem coś mi brzdęk… o Jedyny…


Strażnik kroczył krętymi korytarzami lochów, podrzucając w ręce pęk kluczy. Szedł właśnie zabrać skazańca – mordercę, na miejsce egzekucji. Gwardzista przejechał kluczami po stali, oparł się o kraty i… zamarł w bezruchu. Dziura w ścianie była niewielka, na tyle jednak duża aby zmieścił się w niej człowiek. Wokół syczały odłamki kamienia. Ciepły letni wiatr powiał z zewnątrz, mierzwiąc strażnikowi włosy. „Czary”, szepnął z przestrachem. Po chwili uciekał już z wrzaskiem



Czytaj również

Komentarze


~Choorus

Użytkownik niezarejestrowany
    Kilka poprawek stylistycznych
Ocena:
0
Jak dla mnie, nieźle; pomysł może nie jest jakiś specjalnie oryginalny, ale dobrze zrealizowany. Tylko język trochę bym poprawił w kilka miejscach, na przykład w kwesti podrywania "panienek" i piciu "browara".
29-12-2005 22:54
~Ballis

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Teksty konkursowe publikujemy "w oryginale", tzn. szkodnictwo redaktorów sprowadza się do poprawienia literówek i ewidentnych błędów językowych (niezgodność przypadków etc.).

"Dominante: Brzdęk!", ogólnie rzecz biorąc, podobało mi się. Kuleje język (właśnie - za dużo współczesnego, slangowego słownictwa) i zawiązanie akcji, ale wcale przyjemnie się to czyta. No i tytuł - bardzo nam się wszystkim podobał:-)

Praca średnia z plusikiem na zachętę:-)
30-12-2005 09:44
~Katon

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Bardzo słaby język. Niestety jestem przewrażliwiony na tym punkcie i czytanie było dla mnie torturą. Opis miasta trochę śmieszny i zupełnie nieralistyczny. Szczególnie fakt, że główny port największego imperium świata jest miastem, po którym nie można chodzić nocą nie narażając życia. Kompletny nonsens. Gdzie straż? Gdzie prestiż Kordu? Gdzie dbałość o kiesy i samopoczucie podróżnych, którzy zostawiają w mieście ogromne sumy pieniędzy? Cóż, kto by się przejmował. Miasto jest śmiertelnie niebzpieczne i już. Krew płynie po klimatycznych uliczkach. Zapewne zmieszana z browarem.
16-03-2006 10:52
Masssło
    Katon
Ocena:
0
Nie narzucam ci wizji Dominante. Serwuję ci jak widzę je ja, nie musisz niczego uznawać. Dla ciebie może być to bezpieczne miejsce, po którym nocą chodzi się jak po Krupówkach, ja tego z kolei nie kupię. Co do straży... wzorowałem się na polskiej policji ;)
20-03-2006 08:31
~Katon

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie w tym rzecz... Wizja miasta niebezpioecznego nocą jest atrakcyjna, ale trzeba się trochę nagimnastykować, żeby wymyślić jakieś wyjaśnienie. Myślę, że gdybyś to zrobił wizja byłaby o wiele bardziej przekonywująca...
20-03-2006 09:27

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.