» Recenzje » Dom Łańcuchów - Steven Erikson

Dom Łańcuchów - Steven Erikson

Dom Łańcuchów - Steven Erikson
Ciężko o obiektywizm, kiedy przychodzi mi ocenić poszczególne części Malazańskiej Księgi Poległych Stevena Eriksona. Mimo, że każdą z nich uwielbiam, jestem zmuszony przyznać, iż doskonałym Wspomnieniem Lodu autor bardzo wysoko postawił sobie poprzeczkę, przez co łatwo można się rozczarować kolejnymi tomami, które siłą rzeczy są słabsze od wspomnianej książki. Tak też jest z Domem Łańcuchów, czyli czwartą odsłoną cyklu.

Przyboczna Tavore przybywa na kontynent Siedmiu Miast, aby zdławić powstanie zwane Tornadem Apokalipsy. Nie ma przy tym bynajmniej powodów do nadmiernego optymizmu – jej armia składa się głównie z amatorów, którzy nigdy nie widzieli pola bitwy, a jedyni weterani, którymi dysponuje są złamani po niedawnej masakrze pod murami Arenu. Mimo wszystko rozpoczyna się marsz przez pustynię, do samego Serca Raraku, gdzie stacjonują bojownicy Apokalipsy pod przywództwem Felisin − Sha'ik Odrodzonej, która ma na głowie równie istotne problemy, w tym coraz częstsze plotki o nadciągającej zdradzie w szeregach armii; zarówno jej magowie, jak i generał − malazański renegat − pragną uszczknąć dla siebie jak najwięcej przywilejów i władzy. W zbliżającą się wielkimi krokami bitwę wmieszają się również dobrze nam znany saper Skrzypek, wykonujący misję dla Kotyliona skrytobójca Kalam, tropiący młodszą siostrę przybocznej Lostara i Perła, a także wielu innych bohaterów.

Opis brzmi zachęcająco, nieprawdaż?

Niestety, jestem zmuszony wylać kubeł zimnej wody na wypełnione entuzjazmem głowy fanów − aby dotrzeć do tych wydarzeń, czytelnik musi najpierw przebrnąć przez ponad ćwierć książki, której akcja pozornie nie ma niemal nic wspólnego z powyższym streszczeniem fabuły − powiązania zostają odkryte przed nami w późniejszym czasie. Pierwsze dwieście pięćdziesiąt stron opowiada o przygodach Karsy Orlonga, którego można bez cienia przesady nazwać dalekim kuzynem Conana. Ot, archetypiczny barbarzyńca z wielkim mieczem, nie zajmujący sobie głowy rozważaniami egzystencjalnymi, czy jakimikolwiek innymi, wykraczającymi poza "będę najwspanialszym wojownikiem, i poprowadzę swój lud ku chwale". No i dobrze, przyjemnie się czyta o kolejnych tarapatach w jakie wpada, w czym więc problem? Rzecz w tym, że Eriksonowi udało się stworzyć postać prawdziwie antypatyczną, z ego przerastającym kilku zwykłych ludzi razem wziętych, i najzwyczajniej w świecie irytującą. Nie jest to jednakże wada powieści, gdyż do stworzenia bohatera, do którego czytelnik czuje niechęć też trzeba mieć jakieś umiejętności − po prostu ciężko wczuć się w sytuację kogoś takiego, a tym bardziej mu kibicować. Nie jest to jednak stan permanentny, w miarę jak czyta się kolejne rozdziały mamy okazję obserwować przemianę wewnętrzną Karsy. Powolną, bo każda inna byłaby nierealistyczna, ale postępującą. Ostatecznie, dzięki talentowi autora ten niesympatyczny rzeźnik stał się jednym z moich ulubionych bohaterów nie tylko tej serii, ale i całej literatury fantastycznej.

Po tych rozdziałach sposób prowadzenia fabuły wraca na tory znane z poprzednich tomów − mamy do czynienia z kilkoma historiami, między którymi pisarz przeskakuje często i chętnie. Czy to podróż żołnierzy ku spodziewanej bitwie o wszystko, czy intrygi w oazie Sha'ik, czy wędrówki Trulla, Crokusa lub Kalama − każdy z tych wątków czyta się równie szybko i jednakowo intrygują one czytelnika. Bohaterowie nie wzbudzają wprawdzie takiej sympatii, jak ci z poprzedniej części, ale pod względem kreacji nie da się im czegokolwiek zarzucić. Mimo, że akcja rozgrywa się w innym miejscu, niż pierwszy i trzeci tom, zaczyna się już klarować szerszy obraz opowiadanej historii, łączącej większość bohaterów. Wyjaśnia się coraz więcej zagadek, kolejne są stopniowo dokładane, powstają podwaliny pod budowę nowych wątków w następnych powieściach − widać, że autor ma wszystko zaplanowane w niemal najdrobniejszych szczegółach.

Nie mogę jednak napisać, że Dom Łańcuchów jest równie dobry, jak poprzednia powieść. Przede wszystkim, o czym już wspomniałem, pierwsze rozdziały są ciężkie w lekturze, co stało się już chyba tradycją tego cyklu. Poza tym, zaobserwowałem mniejszą ilość akcji w porównaniu do poprzedniczek − niemal każdy wątek ogranicza się do wędrówki bohaterów. Nie uznałem tego za wadę w Bramach Domu Umarłych, ale ileż można? Żołnierze maszerują przez piaski i starają się zabić jakoś czas − w porządku, te fragmenty wnoszą wiele humoru i zabawnych dialogów. Jeśli jednak później czytamy o Karsie, który także spędza większość powieści na przejażdżce konnej z jednego krańca Raraku na drugi, czy Lostarze i Perle na tropie prowadzącym ich z miejsca na miejsce, to mamy prawo się zirytować. Właściwie tylko w wątku poświęconym buntownikom osoby dramatu siedzą w swojej oazie, dzięki czemu możemy śledzić ich intrygi i zdrady. Po trzecie wreszcie, bardzo nie lubię gdy bohaterowie zostają cudownie uratowani na zasadzie deus ex machina, co ma miejsce w pewnym momencie.

Jak widać, czwarty tom Malazańskiej... to jedna ze słabszych odsłon cyklu, ale i tak pozytywnie wyróżnia się na tle innych powieści fantasy. Kończy pewne wątki, rozpoczyna inne, wprowadza nowe postaci, a świat przedstawiony wciąż nabiera kolorytu. Mimo spadku formy, Erikson ponownie napisał ciekawą książkę. Co wcale nie dziwi.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta
8.25
Ocena użytkowników
Średnia z 8 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Dom Łańcuchów (House of Chains)
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 4
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawca: Wydawnictwo Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2004
Liczba stron: 852
Oprawa: twarda
Format: 165 x 240 mm
ISBN-10: 83-89004-90-9
Cena: 97,00 zł



Czytaj również

Okaleczony Bóg
Wielkie zamknięcie
- recenzja
Myto Ogarów
Początek końca
- recenzja
Przypływy nocy - Steven Erikson
Jasne strony mrocznej wojny
- recenzja
Dom Łańcuchów – Steven Erikson
Wojna przegranych i złamanych
- recenzja
Wspomnienie lodu - Steven Erikson
Wszystkie drogi prowadzą do Pannion Domin
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Chamade
   
Ocena:
0
Autor recenzji po raz kolejny ma sporo racji. Na tym tomie "Malazańskiej księgi" zakończyłam moją z nią przygodę ( na razie), gdyż nie chciałam psuć sobie niezmiernie pozytywnego wrażenia z części poprzednich.
"Dom Łańcuchów" bynajmniej nie jest słabą książka, ale w porównaniu ze swoją poprzedniczka wypada dość blado.. Nie ma w tym tomie tego "czegoś", co wcześniejsze czyniło wyjątkowymi i niezapomnianymi lekturami. Nie ma dramatyzmu, nie ma postaci wybitnych, niby jest akcja i rozmach, ale to już nie to samo.
01-07-2010 20:55
Kotylion
   
Ocena:
0
Chamade - ja odpadłem z tego samego powodu, aczkolwiek dałem jeszcze szansę Przypływom Nocy ;)

Nie zgodziłbym się jednak z recenzją w kwestii tego, że Karsa to schematyczny siepacz. O tym, że nie jest on wcale taki płaski przekonujemy się stosunkowo szybko. Nijak nie zmienia to jednak mojego - tutaj zgodnego z recenzentem - zdania o "Teblorze". W Domu Łańcuchów po prostu nie da się go polubić.

"Po trzecie wreszcie, bardzo nie lubię gdy bohaterowie zostają cudownie uratowani na zasadzie deus ex machina, co ma miejsce w pewnym momencie."

Ja myślę że znalazłoby się więcej takich momentów w House of Chains ;)
01-07-2010 21:18
Alkioneus
   
Ocena:
0
Od Domu Łańcuchów pojawia się tak naprawdę zarysowany metaplot i wszystko zaczyna powoli człapać w swoją stronę. Karsę da się polubić, tym bardziej, że pojawia się na tyle często w następnych tomach awansując w hierarchii bijących się po łbach.

Ale ja jestem fanboy i zatraciłem obiektywizm. Choć Dom Łańcuchów jest najsłabszym tomem.
01-07-2010 23:26
Kotylion
   
Ocena:
0
On jeszcze dalej awansuje (w 5 go na szczęście nie ma)? Toć on już w Domu Łańcuchów dał po łbie samemu Icariumowi ;) Kogo jeszcze można pobić w tym świecie, braci Rake, pierwszego Seguleh, Okaleczonego Boga? :P
02-07-2010 01:52
Asthariel
   
Ocena:
0
Na mój gust, Rake, Wędrowiec, Icarium i Pierwszy Seguleh stoją wyżej od niego - może mógłby walczyć jak równy z równym z Drugim Seguleh.
Eh, kiedyś robiłem rozkład sił wojowników świata Malazańskiej.
02-07-2010 11:22
Kumo
   
Ocena:
0
W sumie "Dom Łańcuchów" to pomost między początkiem całej sagi a najpoważniejszymi wydarzeniami. Mocno upraszczając: pierwsze trzy tomy pokazały nam scenę i głównych aktorów. "Dom Łańcuchów" i "Przypływy Nocy" zaczynają przesuwać wszystko i wszystkich w stronę dalszych wydarzeń, m.in. odsłaniając coraz nowe warstwy konfliktu wśród Ascendentów i bogów. A w międzyczasie wszystko zaczyna się rozkręcać.

Karsa to faktycznie ciekawa postać. Odnoszę wrażenie, że Conan mógłby być nie tyle jego kuzynem co czymś, co "przypadkowo" przykleiło się Karsie do podeszwy ;)
Ale jak na razie na topie listy jednoosobowych potęg jest chyba pewien paleontolog...
02-07-2010 12:18
Kotylion
   
Ocena:
0
To jest jedna z największych zalet Malazańskiej. Ilość i zróżnicowanie postaci. Z jednej strony całe tabuny mniej lub bardziej zwykłych ludzi przeżywają swoje przygody, a równolegle z nimi własne działania prowadzą uberkoksy pokroju Icariuma, czy Rake'a ;) Inna sprawa - do której gruby przypisać Szybkiego Bena? :)
02-07-2010 12:29
Asthariel
   
Ocena:
0
Do grupy magów oczywiście :-) Niech sobie konkuruje z Tayschrennem, Vorcan, Cedą czy Gothosem.
02-07-2010 12:37
~Marcin Wełnicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
IMO, im dalej w las, tym więcej drzew. Z każdą kolejną książką Erikson skupia się coraz bardziej na metaplocie i w efekcie często po prostu przesuwa postacie z miejsca na miejsce jak figury szachowe.
Najbardziej rozczarowujące jest Myto Ogarów. Mam nadzieję, że w ostatnich dwóch książkach Erikson odzyska formę.

Pozdrawiam,
Marcin Wełnicki
Biały Atrament
02-07-2010 13:28
Alkioneus
   
Ocena:
0
Myto dostało srogi łomot od recenzentów i fanów, jest pełne słabszych momentów, ale dzięki kilku pojedynczym fragmentom(spacer K. przez D.) i skoncentrowaniu się na kilku drugoplanowych postaciach(Murillo) uplasował się u mnie stosunkowo wysoko.

No i łomot jest iście epicki, a to jest towar, którego oczekuję po Eriksonie.
02-07-2010 14:23
Asthariel
   
Ocena:
0
Popieram, nie rozumiem, czemu Myto zostało tak chłodno przez wszystkich potraktowane. Mi podobało się o wiele bardziej niż taki Wicher Śmierci, a finał zalicza się do pierwszej trójki najlepszych w serii.
02-07-2010 14:25
Alkioneus
   
Ocena:
0
Wicher Śmierci i cały cykl letheryjski jest o tyle ciekawy, że właśnie tworząc Lether Erikson dał się poznać jako antropolog i ciekawie zobrazował proces wojny jako konfliktu cywilizacji. No i mentalność Letheryjczyków jako parafraza American Dream jest bardzo przewrotna .

Osobiście naciąłem się na Domie Łańcuchów i stosunkowo rzadko zaglądam do Łowców Kości. Kiedy wyjdzie dziesiąty tom, trzeba będzie przysiąść i zrobić, uczciwą wyczerpującą recenzję zbiorczą Malazany jako cyklu.
02-07-2010 14:29
~Marcin Wełnicki

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
IMO Myto zostało przyjęte najsłabiej, bo (1) posiada największą liczbę wątków, które pojawiają się znikąd i niczemu nie służą, (2) postacie nie są już w większości bliskie czytelnikowi - zamieniają się w pionki przestawiane po planszy, (3) jest wypełnione żalem, smutkiem i rozpaczą, dla której nie ma dostatecznej przeciwwagi, (4) relatywnie niewiele się dzieje, akcja jest chyba najwolniejsza ze wszystkich ośmiu tomów, które dotychczas przeczytałem. No i (5), konwergencja po dłuższym zastanowieniu nie ma sensu ;)
Wreszcie, wydaje mi się, że każdy kolejny tom czyta się trudniej - jest więcej nawiązań, więcej szczegółów i postaci do zapamiętania. Być może gdybym doskonale pamiętał wszystko, co wydarzyło się w poprzednich 7 tomach albo gdyby Myto było książką bardziej standalone, oceniłbym je wyżej.

Pozdrawiam,
Marcin Wełnicki
Biały Atrament
02-07-2010 20:39

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.