string(15) ""
» Blog » Doctor Who s07e05: The Angels Take Manhattan
02-10-2012 21:35

Doctor Who s07e05: The Angels Take Manhattan

W działach: doctor who, seriale | Odsłony: 68

Doctor Who s07e05: The Angels Take Manhattan
[Notkę można przeczytać również tutaj, będzie mi bardzo miło.]

Z poczucia obowiązku wspomnę o SPOILERACH. Nie czytaj przed obejrzeniem piątego odcinka siódmego sezonu.


A więc pożegnaliśmy Pondów. Może nie z wykopem, ale na pewno ze łzami w oczach. Tym razem nie było żadnych bombastycznych ani też przerażających pomysłów, był za to autentyczny smutek. I w efekcie powstał chyba najlepszy odcinek tej połówki sezonu, odcinek, w którym wszystko było na miejscu. A jednocześnie trudno mi powiedzieć o nim wiele więcej, poza smutnym „Och, Pondowie”. Bo trudno pisać o emocjach, jakie wywołuje odejście dwójki ludzi, z którymi spędziło się ponad dwa lata (nawet, jeśli byli to ludzie nieprawdziwi) i obserwowanie takiego poświęcenia, jak w końcówce odcinka. Tego trzeba doświadczyć. Dlatego notka ta będzie dużo mniej koherentna niż poprzednie i ograniczę się po prostu do wspomnienia o kilku rzeczach, które zwróciły moją uwagę, w dość przypadkowej kolejności.


– Powtórzę jeszcze raz: cieszę się bardzo, że Moffat nie próbował przeładować tego odcinka genialnymi pomysłami i całość była podporządkowana pożegnaniu Amy i Rory'ego. Dzięki temu wszystko ze sobą świetnie grało.

– Anioły straszyły mało, a jeśli już, to w sposób dość standardowy. Mimo to za pomocą Winter Quay Moffatowi udało się w fantastyczny sposób przedstawić ich charakter, a ja uzmysłowiłem sobie, do czego sprowadza się ich charakter (może ktoś już na to kiedyś wpadł, ja dopiero teraz potrafię to właściwie opisać): Anioły są głodne. W pewnym sensie czyni je to przeciwnikami jeszcze prostszymi niż Dalekowie i Cybermeni, za których działaniami stoi jakaś ideologia. Samotni Zabójcy chcą się po prostu najeść i cały ich ogromny intelekt jest skierowany na zdobycie pożywienia. To drapieżnicy, którzy zastawiają pułapki (Winter Quay było niesamowicie pomysłową pułapką) i lubią się bawić swoimi ofiarami (to już widzieliśmy zresztą w piątym sezonie).

– Statua Wolności jest co prawda z metalu, a nie z kamienia, ale i tak rządziła. Ujęcie z nią było dla mnie najładniejszym kadrem w tym odcinku.

Only you could fancy someone in a book – nie, Rory, wcale nie.

– Świetne okulary, Amy.

– Czasami w odcinkach Moffata ma się wrażenie, że bohaterowie spędzają długie minuty na wymyślaniu błyskotliwych i dowcipnych tekstów, dzięki którym wyjdą na inteligentnych. W tym odcinku dialogi brzmią po prostu tak, jakby bohaterowie byli błyskotliwi, dowcipni i inteligentni. Bardzo mnie to ucieszyło.

He said: “I just went to get coffee for the Doctor and Amy. Hello, River.” –ten moment autentycznie wywoływał ciary.

Timey wimey stuff i motyw z książką były bardzo dobre (czy tylko ja myślałem, że wyrwane zakończenie umożliwi Doktorowi zmianę przyszłości?); paradoksalna natura Nowego Jorku i niemożność ponownego spotkania Doktora z Pondami trochę naciągnięte, ale nie takie rzeczy już akceptowaliśmy w tym serialu.

– River, kiedy akurat nie jest jedną z postaci, które silą się na dowcipy, jest fantastyczna.

You think you'll just come back to life? – When don't I?! – Rory jest najlepszy.

– TEN moment. Doskonały, z nieprzesadzonymi dialogami i świetną muzyką. Nawet zwolnione tempo działa, choć czasami potrafi zepsuć rzeczy dobre.

– Wszystko dobrze, wszyscy są uratowani (z wyjątkiem kolekcjonera Aniołów? ale kto by tam się nim przejmował) iii już nie.

– Moment, w którym Amy daje się dotknąć Aniołowi, przypomina mi Amy's Choice, jeden z moich ulubionych odcinków. Nie mogę tego nie lubić.

– Biedny Brian.


I w ten sposób dotarliśmy do końca podróży Pondów z Doktorem. Przez te trzy miesiące (czy tylko ja wolałbym 13 odcinków jednym ciągiem?) możemy się teraz pozastanawiać co dalej, kiedy wrócą Shakri i jak to będzie z Polami Trenzalore. Jedno jest pewne – duuużo się zmieni.


Och, Pondowie. Będę tęsknił.

Komentarze


Shillelagh wielder
   
Ocena:
+1
Jakoś to było tak że nieparzyste odcinki tej serii wydawały mi się bardzo udane, teraz nie jest inaczej. Odcinek na duży plus, no i obecność aniołów (tym razem także w ich dziecięcym wydaniu) sprawiła że miejscami było trochę strasznie. Ciekawe czy doktor spotka jeszcze kiedyś Briana (niech spotka!) i co mu wtedy powie.
Było też kilka naprawdę fajnych scen, m.in, kiedy bohaterowie wychodzą parami z pokoju Roriego. Nareszcie znów widzimy River na ekranie! Szkoda Amy i Roriego, ale kiedyś też trzeba się pożegnać. Czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek - niestety dopiero w grudniu...
02-10-2012 21:57
Aravial Nalambar
   
Ocena:
0
Ten odcinek rzeczywiście był bardzo dobry, choć wydaje mi się, że Asylum reprezentował raczej podobny pomysł. Jesli chodzi o same Anioły - odrobinę się już przejadły. Kilka wątków odcinka było potraktowanych po macoszemu. Wydaje mi się choćby, że gdyby rozwinieto nieco kwestię Statuy Wolności, to byłoby znacznie bardziej "creepy".

Szczególnie uderzająca była scena, gdy River złamała sobie rękę "na życzenie" Doktora. To ładnie kontynuuje temat jego "mroczności" i rzeczywiście jest niepokojące.

Co do drugiej połowy sezonu - gdzieś czytałem, że Władcy Czasu mają 12 żyć (mogą się zregenerować 11 razy?). Doktor użył energii aby uleczyć Melody... A do tego bądź co bądź jest 11 wersją siebie.

Czy więc zbliża się jego koniec? A może niedługo zobaczymy jego ostatnią wersję? Jak perspektywa własnej śmierci wpłynęłaby na jego mentalność i zachowanie?
02-10-2012 21:59
Shillelagh wielder
   
Ocena:
0
Właśnie dla mnie Płaczące Anioły są jedynymi potworami które mi sięnie przejadły. Może dlatego że trudno z nimi walczyć? Jak to mówią: "Basicly, run!". Doktor biegnie przez całe, długie zresztą, życie.
Skąd w ogóle wiadomo że można leczyć energią regeneracji? Kolejny pomysł Moffata? Informacja że Władcy Czasu mają tylko 12 (13?) żyć jest chyba niekanoniczna. Poza tym River w "Let's kill Hitler" przekazała Doktorowi resztę swojej energii, może przez to Doktor ma więcej?
Boję się pomyśleć jak Doktor będzie myśleć o śmierci jeśli będzie wiedział że już się nie zregeneruje - ostatnie wcielenia nieustannie uciekaja przed regeneracją lub śmiercią.
02-10-2012 22:10
mr_mond
   
Ocena:
0
Informacja o ilości żyć nie odnosi się chyba do wszystkich Władców Czasu, a do Doktora konkretnie i wywodzi się to ze Starej Serii – zdaje się, że po 12. wcieleniu pojawia się złe wcielenie, Valeyard. Ale generalnie w tym serialu nie takie rzeczy obchodzono, więc raczej chyba nie będzie tak, że nam zakończą serial, bo ktoś tam kiedyś wymyślił, że na 12 wcieleniach koniec.
02-10-2012 22:18
Marigold
   
Ocena:
+1
"Only you could fancy someone in a book – nie, Rory, wcale nie"

Zdecydowanie nie!

Świetny odcinek, River - me loves, motyw z książką Melody - mniamuśny, nieco jak z Chandlera.

Bardzo na plus i podoba mi się to, że Amy i Rory nie powrócą w jubileuszowej serii :)
02-10-2012 22:31
banracy
   
Ocena:
0
Mój drugi ulubiony odcinek w tej serii (po A Town Called Mercy), anioły wróciły do formy po ich trochę nieudanym występie w Bizancjum. Jeśli uznać to za odcinek kończący sezon to był to mój ulubiony taki odcinek od czasów wskrzeszenia serialu, żadnych bzdurnych milionowych armii, żadnego Deus Ex machina albo "tiemely wimely" jako rozwiązania problemu. Pokonanie aniołów przez wywołanie paradoksu było naprawdę srytnie zrobione. Mam nadzieję, że finał będzie zrobiony w podobny sposób.

EDIT:
Jakby kogoś ciekawiło to Moffat napisał swego czasu niekanoniczny odcinek gdzie występuje 13 wcielenie Doktora.
03-10-2012 02:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.