Pamięć zwana imperium
string(15) ""
» Blog » Dlaczego warto jeździć na konwenty
07-05-2012 18:35

Dlaczego warto jeździć na konwenty

Odsłony: 19

Była sobie majówka.

Majówkę spędziłam w górach, w błogosławionym oddaleniu od cywilizacji. Nie był to szczególnie hardkorowy wyjazd - siedzieliśmy sobie w jednym miejscu i zwiedzaliśmy okolicę, a jak się nam nie chciało zwiedzać, to nie zwiedzaliśmy, leżąc na trawie i ciesząc się bliskością strumyka. Dość szybko (po pierwszej nocy, w czasie której doszło do haniebnego przedawkowania alkoholu) zorientowałam się, że będę stanowiła główne źródło rozrywki, znaczy, że będziemy grać w RPG częściej niż sądziłam. Takie wyjazdy temu sprzyjają, no bo cóż innego robić, kiedy już się zwiedziło co się chciało zwiedzić, obozu nie trzeba rozbijać, a i przygotowanie jedzenia nie jest specjalnie wymagające.

Poprowadziłam trzy sesje, o dwóch nie ma co wspominać... No, może o jednej warto, bo była przeurocza i czułam się jakbym znowu miała czternaście lat i zaczynała grać w erpegie...

(- No, zdarzało się, że prowadziłam sesję nie mając sesji i wychodziła całkiem nieźle - rzekłam - To może poprowadź sesję bez sesji i niech wyjdzie całkiem nieźle? - zasugerowano w odpowiedzi i zagraliśmy w Totalną Improwizację Fantasy jak za dawnych czasów)

...a trzecią poprowadziłam z moim ulubionym człowiekiem na świecie. Było to dark fantasy w autorskim settingu, bo moi gracze uwielbiają wymyślać światy, co sesja to inny, historia zgrabna, jeśli chcecie sobie obczaić scenariusz, to jest na Mojszej.

I właśnie o prowadzeniu z kimś - a właściwie cudzym prowadzeniu - chciałam napisać w ramach udawania, że nie rzucam Wam po prostu linka do mojego drugiego blogaska.

Ponieważ na konwenty jeździłam prawie od początku mojej erpegowej kariery, nie uważałam ich za coś szczególnie wartościowego - znaczy, bardzo je lubiłam, zwłaszcza mając lat piętnaście, no bo przecież jechałam sama do innego miasta, nie spałam przez cały weekend, wszyscy byli starsi, ale rozmawiali ze mną jak z człowiekiem, a do tego bycie nerdem i używanie na przestrzeni jednego zdania kilku pojęć takich jak MG, k10, GS i PD było cool i absolutnie zrozumiałe, ale nie sądziłam, by konwenty cokolwiek mi dawały. Znaczy, fajnie że prelekcje, fajnie że sesje (zwykle, nie oszukujmy się, słabe), ale bez przesady.

Jeździłam w gruncie rzeczy dość aktywnie, zasadniczo zaliczałam chyba wszystkie większe imprezy w roku, nie licząc Polconu, który był zwykle za drogi, ale w końcu wyrosłam - chyba zresztą mniej więcej wtedy, kiedy skończyła się era Wielkich Krakowskich Konwentów, od których zaczynałam. Moim ostatnim konwentem był Pyrkon A.D. 2008, jeśli się nie mylę, może 2009. To znaczy, rok w rok jeżdżę wiernie na orkony, ale one się nie liczą w kontekście tej notki, bo tam się chleje i gra w larpy, a larpy to zupełnie inna historia.

Choć miło wspominałam te wszystkie zjazdy, nie żałowałam jakoś szczególnie - dopóki nie poprowadziłam z Kasią (a, bo mój ulubiony człowiek na świecie ma na imię Kasia i jest zamężną kobietą).

Właściwie ciężko powiedzieć, że prowadziłam z Kasią. Poprowadziłam kawałek do jej pierwszego opisu, a potem zasadniczo słuchałam w zachwycie i zżymałam się na własną marność. Grałam u niej wcześniej, zaczynałyśmy grać równocześnie, prowadziłyśmy sobie nawzajem przez lata i w ogóle, ale tak nam się poskładało, że nie słyszałam jak prowadzi naprawdę długo...

W ogóle strasznie długo nie słyszałam jak prowadzi ktokolwiek poza mną. Jestem etatowym MG, moi gracze nie chcą prowadzić, boją się prowadzić i w ogóle nie, toteż w normalnym trybie nie grywam. Staram się rozwijać, bo mam ambicję żeby być w tym naprawdę dobra (co mnie szczerze dziwi, bo zwykle kiedy chcę być w czymś naprawdę dobra to to niesie ze sobą jeszcze jakieś inne korzyści niż te, że będę dobra i to będzie fajne), rozmyślam nad różnymi rozwiązaniami narracyjnymi, analizuję z czym sobie nie radzę albo jakie rozwiązania mi nie odpowiadają i co zrobić żeby mi odpowiadały, ale żadne kminienie w ciągu ostatnich lat nie dało mi tyle, co słuchanie jak prowadzi mój ulubiony człowiek na świecie. Ale naprawdę, kiedy potem przejęłam narrację, bo człowiek poszedł spać, słyszałam, że moje opisy już są lepsze niż wcześniej.

Inna sprawa, że moi gracze nie byli na to w żadnym stopniu przygotowani.

Tak się jakoś złożyło, że zasadniczo wprowadzam ludzi w RPG. Początkowo wprowadzałam sporo młodszych od siebie, ostatnio sporo starszych, ale ogólnie często jestem pierwszym MG i dość często jedynym, bo moi gracze jakoś nie czują pociągu do konwentów. Co ma swoje minusy. Nie zrozumcie mnie źle, fajnie być jedynym bóstwem i nie być porównywaną do nikogo, nie to, że nie, ale oni się czasem TAK STRASZNIE WOLNO UCZĄ.

Już widzę oczyma duszy ten flejm o tym, że jak to się uczą, w erpegie nie trzeba się niczego uczyć i w ogóle jak mogę krytykować graczy za to jak grają, ale ogólnie rzecz biorąc, nie krytykuję ich za to jak grają, grają naprawdę fajnie. Natomiast podejście do gry mają kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Khym. To w sumie też jest zdanie na flejma, więc może wyjaśnię. Flejm będzie i tak, ale będę mogła w nim cytować notkę, pokazując swoją wyższość nad tymi, co nie czytają ze zrozumieniem.

Moi (stosunkowo) nowi gracze nie są w stanie przyswoić tego, że ja naprawdę nie ustalam fabuły, bo tego się nie da zrobić i że RPG nie jest rywalizacją pomiędzy Mistrzem a Graczami. Każda porażka Graczy jest dowodem na to, że a) mechanika jest zjechana i trzeba zrobić Własną Lepszą b) to, co robią, nie ma wpływu na grę (prowadzenie im bez kostek - co się zdarza przy ogniskach - to jest kompletna masakra, bo wtedy nawet na kości nie mogę zrzucić; nie żeby to coś dawało, ale ja się wtedy lepiej czuję). Nie przeszkadza im to bardzo, odgrywają fajne postaci i angażują się w sesje, ale rozmowy posesyjne bywają mocno zaskakujące.

Ostatnio na przykład drużynowy łucznik ranił opętanego człowieka (znaczy, z jego punktu widzenia - bestię). Dzikim fartem, krytycznym sukcesem w totalnej ciemności. Trafionemu udało się zniknąć w mroku. Ze dwadzieścia minut później drużyna po zadeklarowanych poszukiwaniach znalazła go - już w normalnym stanie - i postanowiła odprawić na nim egzorcyzm.

Wedle łucznika bez względu na to, czy by trafił czy nie, sesja potoczyłaby się tak samo, bo była zaplanowana?

Innym tego objawem jest "nie chciałem tego robić, bo nie wiedziałem czy nie rozwalę ci fabuły".

Szczerze rzekłszy nie wiedziałam, że takie, nazwijmy to, problemy (nie przejmuję się nimi zbytnio, bo zakładam, że oni z tego wyrosną, a grają fajnie i bawią się nieźle) istnieją. Znaczy, gracze rozwalający fabułę są na porządku dziennym, przyzwyczaiłam się, niech rozwalają, ja sobie poradzę, zresztą jeśli fabułę można rozwalić to ona i tak nie była wiele warta, ale gracze, którzy czują się ograniczeni, bo myślą, że MG zaplanował liniową przygodę i nie chcą jej zniszczyć?

Ale to właściwie nie jest kwestia związana z konwentami, jakkolwiek konwentowe pogaduszki o RPG i trochę więcej sesji mogłyby zniwelować problem. Z konwentami natomiast jest trochę związane to, jak moi gracze zareagowali na prowadzenie Kasi.

Nie wiem dlaczego są przekonani, że każde zdanie MG jest komunikatem, który zawiera Coś Więcej i że muszą się do niego ustosunkować. Może trochę dlatego, że moje opisy nie są zrównoważone i kiedy już występują, to raczej dlatego, że coś jest ważne, więc istnieje w mojej głowie konieczność opisania tego (bo poza tym mimo starań często wychodzi jak zawsze - po co opisywać karczmę/pogodę/ulicę, w końcu ja widzę jak to wygląda... jak to oni nie widzą?). Może to jest ogólna cecha graczy - jak MG do mnie mówi, to chce jakiejś reakcji. W efekcie kiedy prowadził mój ulubiony człowiek na świecie, który w ogromnej mierze gra zupełnie nieistotnym otoczeniem i buduje nim klimat, moi gracze bywali kompletnie zagubieni. A wystarczyłoby właściwie, żeby grali nie tylko u mnie - bo wiecie, jeden gra pogodą, inny NPCami, trzeci muzyką, czwarty trickiem, piąty fabułą. Niby nie ma problemu póki grają u mnie i mamy jakby wspólny kod sesji, ale kiedy nauczę się nowego tricku albo spróbuję zagrać czymś innym niż zwykle - efekt będzie podobny.

No. I z tej mojej erpegowej przygody wynikła refleksja, że warto jeździć na konwenty nie tylko dlatego, że piwo, znajomi, zniżka na pizzę, tani nocleg w turystycznym mieście i autografy pisarzy - warto bo przepływ informacji i nowe bodźce rozwijają człowieka erpegowo tak, jak nie rozwinie go nawet internet.

Miało być zdjęcie z moją kolekcją identyfikatorów, ale prawdopodobnie ją wyrzuciłam, więc nie będzie zdjęcia, nie będzie identyfikatorów, NICZEGO NIE BĘDZIE.

Komentarze


Szponer
   
Ocena:
+1
Umawialiśmy się na elfkę... Ale może jednak zgodzisz się zostać mą magiczną bestią na następny Polcon, zigzaku?:>
07-05-2012 23:48
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Szponer...
Ja jestem magiczny.

I kobiety często mówią o mnie "Bestia" przy capuccino ;)
07-05-2012 23:58
Szponer
   
Ocena:
+3
Widzę, że moje ukryte marzenia właśnie się urzeczywistniają:P
08-05-2012 00:00
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Twoje? Myślałem że Obcej? O_o
08-05-2012 00:03
Obca
   
Ocena:
0
@zigzak
w sensie ze plujesz a potem zucasz sie w amoku na wszystkie strony?
08-05-2012 00:05
Szponer
   
Ocena:
+3
@zigzak: bo ja trochę nieśmiała jestem i nie chciałam się do takich fantazji przyznawać:P
08-05-2012 00:09
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Obca - to jest Twoja fantazja? o_O
A to? - Powiedz że zigzak będzie twoją magiczną bestią, ja to poprostu musze usłyszeć !

08-05-2012 00:11
Malaggar
   
Ocena:
+4
Dobra, dosyć tego kółka wzajemnej adoracji, Evcia do domu, Zigzak do izolatki, Obca do Szponera/Szponery!
08-05-2012 00:12
Obca
   
Ocena:
0
To akurat była moja kasliwa uwaga a propo twojego cappucino.....

A mi szejki stawiają chłoaki z 'brodą zajebistości'

@Mal
Szponer nie ma brody wiec nigdzie znia nie pójde!
08-05-2012 00:16
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
brodę zajebistości zgoliłem wczoraj dla higieny - jakoś odraża mnie myśl o tym co w takich brodach mieszka :)
08-05-2012 00:22
Szponer
   
Ocena:
+1
Mal jest niepocieszony, bo nikt go nie adoruje ;) A Obca może do mnie przyjść, ma na pewno bliżej niż zigzak ;P
08-05-2012 00:25
Obca
   
Ocena:
0
@zigzak
Jak to co?! Macki Chulthu!

@szponer
Tosie zgadamy blizej weekendu.
08-05-2012 00:29
Szponer
   
Ocena:
+2
Może zigzak nie lubi Cthulhu...? Ale byłby skandal :P

Obca, ja mieszkam w takim miejscu, że nawet Cthulhu boi się tam przyjeżdżać :D
08-05-2012 00:31
Obca
   
Ocena:
0
Powiśle?
08-05-2012 00:33
Szponer
   
Ocena:
0
Nie ten brzeg Wisły ;)
08-05-2012 00:35
Malaggar
   
Ocena:
0
Ursynów?
08-05-2012 00:58
Obca
   
Ocena:
+1
@Mal

Podpowiem ci Zawiśle XP
08-05-2012 07:03
Szponer
   
Ocena:
0
Mal, Ursynów to nadal lewy brzeg, a na dodatek jeszcze nie ten kierunek :D
08-05-2012 07:18
38850

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+3
Wy tu sobie pitu pitu o geografii Warszawy, a ja sobie zerknąłem na Jejszą stronę i poczytałem scenariusz.
A wczesniej przeczytałem notkę ze zrozumieniem (?), co udowodniło po raz kolejny, że kobietę ciężko jest zrozumieć. :) Pewnie stąd ta nasza chęć dawania kobietom prezentów - liczymy że się nimi zajmą, i przestaną choc na chwilę zmuszac nas do tytanicznego wysilku zrozumienia czego tak Naprawdę chcą.
Ale co mnie w tej notce uderzylo tym niezrozumieniem?
Przede wszystkim, piszesz Evo o wyjeździe w góry i o tym jak to fajnie grac w erpegi z Ulubionym Człowiekiem (co jest swoją drogą dosc kinky i fajne, biorac pod uwagę że to kobieta i na dodatek zamężna) i n00bami na majówce w górach. I nie za bardzo wiem jak to sie ma do tego, że fajnie jest jezdzic na konwenty? Czy to był jeden z nich? Czy tez porownujesz doswiadczenia pomiedzy wyjazdem w gory a konwentem w kwestii rpgobrania?

Co zas do samego scenariusza - ciekawy, namieszałyście strasznie, tu wilkołak, tam duch, tam demon, tu wilkoludzie, tam czarownice, jeszcze jakies potwory w lesie - splot wydarzeń dość niezwykły. Zastanawiam sie czy nie zbyt niezwykly dla n00bów. Za duzo tego może byc.
Ale zainspirowal mnie do szkicyku malej przygody.
Niech Olaf będzie tym wilkołakiem, od razu na początku. Niech się kochają, ale ze względu na swą wilczą naturę niech Olaf kocha Lidię "z daleka", bojąc się zamienic ją w potwora. Niech Lidia spadnie ze skały, np przestraszona przez podglądającego ją Olafa, albo niech sie utopi w gorskim strumyku. Prawie utopi. Olaf rzuci sie na ratunek, ale jedynym sposobem na ratunek bedzie ją ugryźć czy tez inaczej zarazic lykantropią. Moze zresztą niech stanie się to przypadkowo. Dziewka jednak bedzie uparta i umrze. Na chwilę. Olaf przerazony ucieka do domu, robiąc niewielki gróbek nad potokiem.
Wiesniacy wiedzą ze jest wilkolakiem, zauwazają ze dziewka zniknęła, ktos mogl widziec ze Olaf za nią łaził, idą do niego do chaty, a ten tam oszalaly z rozpaczy - reszta to proces poszlakowy i wieszanie, zakonczone prewencyjnym spaleniem ciała.
Lidka jednak nie umarla, zdolnosci regeneracyjne likantropii zaczynają dzialac przy pierwszej pelni, dziewczyna wygrzebuje sie z grobu i jest dosc oszalala ze strachu i nowej sytuacji. Co gorsza, nie moze wrocic do ludzkiej formy. Glodna, samotna i zla, zaczyna atakowac pasterzy i stada. Podchodzi tez pod wioskę i wyje. Wiesniacy są przerazeni, myslac ze to duch Olafa wrocil i sie msci za niesprawiedliwy wyrok. I na to wchodzą gracze.
Solucji moze byc kilka. Mozna by przywolac ducha Olafa, zeby poszedl i wilkolaka uspokoil - wtedy po lesie beda biegaly dwa wilki, jeden cielesny, drugi w formie ducha, wciaz nie mogący się dotknąć, ale razem.
Mozna tez ją po prostu zabić - po smierci wroci do ludzkiej formy i wiesniacy rozpoznają w niej Lidię. Jakie morały z tego wyciągną, to juz sprawa MG. Mozna tez ją zlapac i przywrocic do "zwyklej" formy wilkolaka (czarownice beda cos na ten temat wiedziec) - wtedy dziewczyna bedzie sie zmieniala tylko nocą, ale byc moze zgodzi sie zostac nowym protektorem wsi.
Mozna wprowadzic twista. Olaf nie byl wilkolakiem, prawdziwy wilkolak zakochal sie w dziewczynie, podobnie jak Olaf, ale to olaf ją zabil, uciekl i zwalil wine na wilkolaka. Ten zas odnalazl cialo i je "polizał", dajac dziewczynie dar likantropii. Niestety zanim powrocila do zycia, wiesniacy schwytali wilkolaka i siedzi on zamkniety w jakiejs celi, piwnicy - nie da sie z bestią niestety porozumiec. Ataki na stada i owce, jak wyzej, tylko tym razem czesc wiesniakow chce wilkolaka zabic, a czesc twierdzi ze to kara lasu za schwytanie go. Gracze wchodza jako mediatorzy i jezyczek u wagi. Wypuszczenie wilkolaka jest ryzykowne, ale pozwoli parze się połączyc. Olaf bedzie przeszkadzał. Jesli wyjdzie w trakcie sledztwa ze to on zabil dziewke, pewnie bedzie proces z wieszaniem, ale jesli wilki beda juz razem przyjdą i nie pozwolą go zabic - w koncu to dzieki niemu są razem. Lidia moze go polizac po twarzy, przebaczając mu jego winę, po czym wilki prysną w las.
Ot, taka romantyczna historia :)
Mozna tez dokręcic epilog,w ktorym 9 miesiecy pozniej rodzi się w czasie pelni miot mlodych wilkolakow. I są bardzo glodne :)
08-05-2012 09:05
Eva
   
Ocena:
0
Ej, moi gracze nie są n00bami, ja ich bardzo lubię i są ogarnięci, tylko wolno jarzą i są nauczeni mojego prowadzenia. Jarzyliby szybciej i nie nastawialiby się na jeden sposób prowadzenia gdyby jeździli na konwenty. Co odkryłam na majówce gdyż zaliczyliśmy wtedy dopływ świeżej mistrzowej krwi. Majówka jest w ramach kontekstu, nie klimatu.
A Twój pomysł też ładny. Myśmy wprawdzie chciały mieć dwa wątki, bo zawsze wtedy jest więcej kminienia i zaskoczeń, a poza tym specyfika świata i drużyny była taka, że "tu wilkołak, tam duch a tam demon" było bardzo na miejscu. Znaczy, to jest setting, w którym Nadprzyrodzonego Zła (i nie tylko) jest chyba więcej niż ludzi.
08-05-2012 10:29

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.