string(15) ""
» Blog » Dlaczego, (niezależnie jak dużo książek motywacyjnych przeczytasz) nigdy nie będziesz bogaty?
18-08-2016 01:34

Dlaczego, (niezależnie jak dużo książek motywacyjnych przeczytasz) nigdy nie będziesz bogaty?

W działach: wredni ludzie, offtopic | Odsłony: 342

Piszę ten tekst z zemsty, ponieważ jeden ze znajomych trenerów osobistych zaczął wrzucać na Facebooku pseudonaukę.

Dlatego postanowiłem powiedzieć kilka słów, których Trenerzy Osobiści wam nie mówią i których nie da się wyczytać w u rożnych Najmłodszych Milionerów Świata czy innych Kiosakich.

Wynika to z prostego faktu, że ludzie mają prawo wiedzieć, na co się decydują. Więcej nawet: powinni mieć pełny obraz rzeczywistości, bowiem tylko on pozwala im podejmować prawidłowe decyzje.

Porady trenerów osobistych i książki motywacyjne nie zawsze go udzielają. Powody są różne. Pomijając cyniczne podejście niektórych hochsztaplerów i korzystających z ich usług pracodawców, którym zależy bardziej na mięsie armatnim i wykorzystaniu naiwniaków oraz hochsztaplerów, których niestety jest w tym zawodzie dość dużo wynika to z samej natury zarówno trenerów osobistych jak i książek motywacyjnych.

Jak sama nazwa ich głównym zadaniem jest człowieka zmotywować i popchać do działania. Siłą rzeczy nie podają one danych, które mogłyby go skłonić do owych działań zaniechania.

Możliwe scenariusze kontrataku:

Tekst ten może budzić sprzeciw. Jeśli go czytasz, to całkiem prawdopodobnym jest, że temat Cię interesuje, czytałeś już jakieś książki motywacyjne i z dużym prawdopodobieństwem wywarły one na Tobie silne wrażenie. To bardzo charyzmatyczne lektury, które faktycznie zmieniają życie i niejednokrotnie wpływają na swoich czytelników. Przytoczone tu argumenty mogą poważnie kolidować z Twoimi wyobrażeniami o życiu i postawami, w efekcie czego budzić będą opór.

Możliwe jest też, że sam jesteś trenerem osobistym i uważasz, że robię Ci krecią robotę.

Prawdopodobny kontratak przybierze zapewne formę jednej z czterech głównych broni Trenerów Osobistych wytaczanych przeciwko sceptykom. Przybierze on zapewne postać jednego z poniższych chwytów erystycznych:

- Autorowi brakuje pozytywnej motywacji: manewr ten jest erystyczną sztuczką określaną jako „przyklejanie etykietki”. Jego celem jest zmiana przedmiotu dyskusji i jej możliwie największe uogólnienie. Umożliwia on (jak wszystkie erystyczne sztuczki) pokonanie przeciwnika nawet w sytuacji, gdy nie ma się racji i argumentów poprzez zwykłe zniechęcenie do niego publiczności. Metoda ta działa, gdyż ludzie zwyczajnie wolą wierzyć, że zdobycie pieniędzy jest łatwe, proste i przyjemne. I że fakt, że ludzie tego celu nie osiągają wynika jedynie z ich złego nastawienia, tchórzostwa i innych, łatwych do pokonania wad. Tak nie jest.

Ogólnie rzecz biorąc jedynym sensownym podejściem jest myślenie amerykańskie: „Spodziewaj się najlepszego, szykuj się na najgorsze”. Każdy inny sposób to pewna droga do klęski.

- To takie polskie!: ewentualnie „autor jest frustratem” lub „wylewającym jad małym człowieczkiem”. Jest to typowa technika łamania obiekcji, polegająca nie na obalaniu argumentów przeciwnika, ale raczej na przedstawieniu go w złym świetle.

Wiadomo: nikt nie lubi maród.

- Do odważnych świat należy!: Metodę tę Schopehauer określił jako Sposób 12. Polega ona na ogłoszeniu zwycięstwa, w nadziei, że słuchacz nie śledzi wystarczająco uważnie dyskusji lub brak mu odpowiednich kompetencji, by ją ocenić. W takim wypadku wykrzyknięcie „właśnie coś wygrałem” lub posłużenie się innym, efektownym sloganem może zakończyć się tym, że nam przyklaśnie.

Powiem uczciwie: wszystkie błędy, których najbardziej żałuję to zaniechania. Niemniej jednak: świat należy do odważnych, a nie nierozsądnych. Sun Tsu pisał, że, by odnieść zwycięstwo trzeba znać zarówno wroga jak i siebie. Ty, po odbytych szkoleniach, przeczytanych książkach ekonomicznych i być może studiach znasz jedynie swojego przeciwnika (a i to słabo). Nie masz natomiast pojęcia, jak sam będziesz zachowywał się w sytuacjach stresowych.

Po drugie: stwierdzenie „do odważnych świat należy” nie do końca sprawdza się w interesach. Przykro mi to mówić, ale ludzie w ich trakcie nie tylko zarabiają pieniądze, ale też je tracą (statystycznie 90 procent inwestorów ma w pierwszym roku swojej działalności straty, co druga firma upada w ciągu pierwszych pięciu lat działalności, a tylko jednej na cztery udaje się przetrwać 10 lat). Jeśli je stracisz, to już bezpowrotnie i efekt będzie gorszy niż gdybyś je przepił. Cała trudność w robieniu interesów polega właśnie na określaniu ryzyka i jego minimalizowaniu.

Odwaga też nie zawsze okazuje się dobrym doradcom. Przeciwnie: gdy zaczyna się panika, to błogosławieni Ci, którzy uciekali pierwsi, albowiem oni wyszli z małymi stratami (a często i na plusie). Głupotą jest natomiast wianie w środku stawki, albo w momencie, gdy dołek osiągnie dno. Wtedy trzeba trzymać nerwy na wodzy i modlić się, by to, co się dzieje było tylko korektą, a nie trwałą zmianą wyceny.

- „Cudowny lek”: to czwarty scenariusz kontrataku. Polega on na tym, że Trener prosi o to, by pokazać mu, jaka sytuacja sprawiła Ci trudność i jak ją rozwiązałeś, a następnie naprędce znajduje dla niej jakieś cudowne rozwiązanie. Przykładem takiego rozwiązania może być „trzeba było zainwestować w inne akcje” albo „sprzedać szybciej”.

Jest to dokładnie ten sam sposób, co poprzednio, a argumenty jego użytkowników są nic niewarte. Przykro mi, ale analiza wsteczna zawsze skuteczna, po fakcie łatwo być mądrym. Łatwo też wymyślać sposoby na wyjście z sytuacji, gdy zna się ją tylko z pobieżnego opisu. Nie jest to jednak grzeczne. Możemy też świadomie założyć, że nasz rozmówca już ich użył i że nie zadziałały lub działał pod wpływem przesłanek, które (z czasem) okazały się fałszywe.

Niestety w życiu nierzadko napotyka się sytuację bez wyjścia. Napotyka się też złych ludzi, którzy chcą nas skrzywdzić. Przyjdzie nam też operować w sytuacji, gdy nie dysponujemy wystarczającymi danymi lub gdy popełnimy pomyłki z powodu braku umiejętności. Może też okazać się, że będziemy zmuszeni polegać na ludziach, którzy z czasem okażą się mniej godni zaufania, niż początkowo zakładaliśmy.

Piątego scenariusza zapewne nie będzie. Trenerzy osobiści rzadko kiedy czerpią swoją wiedzę z doświadczenia (jeśli bowiem faktycznie byliby tacy bogaci, to cieszyliby się życiem gdzieś, gdzie jest ciepło, zamiast organizować kursy dla korpo), a ich wypowiedzi zwykle są dość stereotypowe.

Przejdźmy jednak do przyczyn, z których nigdy nie dojdziesz do bogactwa:

1) Bo jesteś naiwny:

Jeśli wybrałeś nową drogę życia pod wpływem książki motywacyjnej, albo krótkiego szkolenia, podczas którego wszyscy tańczyliście w kółeczku i wykrzykiwaliście „Jestem super!” to może oznaczać to albo, że podsunęła ci nowe idee, albo, że jesteś osobą zewnątrz-sterowną i podatną na wpływy.

To ostatnie może niestety bardzo szybko odwrócić się przeciwko tobie. Upominając różnego rodzaju oszustów i manipulatorów, którzy zwyczajnie żerują na takich ludziach jak Ty musisz zdać sobie sprawę z faktu, że niestety inwestycje rzadko kiedy są krótkoterminowe. Owszem, zdarzają się sytuację, w których wkłada się w coś pieniądze i kilku tygodniach wyjmuje z osiemset procentowym zyskiem (patrz casus 11 Bit Studio, jesień 2014, wzrost wyceny z 9 do 74 złotych), ale to są tak zwane „cuda giełdy”, które trafiają się raz na 10 lat. Najczęściej pieniądze inwestuje się na okres nierzadko kilku lat.

Przykłady, którymi się posługuję dotyczą giełdy bowiem a) to moje pole b) trudno mi sobie wyobrazić, w jaki inny sposób statystyczny Polak (czyli osoba posiadająca około 24 tysiące złotych oszczędności, co jest sporym przekłamaniem jeśli spojrzeć na ogół społeczeństwa) mógłby wzbogacić się na innym polu. Firmy za takie pieniądze przecież nie założy.

Przez ten czas będziesz otrzymywał sprzeczne sygnały, raz straszony, a raz zachęcany. Prędzej czy później ulegniesz atmosferze chwili i pod jej wpływem popełnisz jakąś, bardzo kosztowną pomyłkę.

2) I głupi

Po drugie: niezależnie jak dużo Kiosakich przeczytałeś: pamiętać musisz, że to są książki motywacyjne, a nie poradniki inwestycyjne. Niezależnie jak dużo poradników inwestycyjnych przeczytałeś: nie posiadasz doświadczenia i wyczucia. Tak naprawdę nawet ukończone studia z ekonomii, rachunkowości czy bankowości takowej ci nie dają. Daje ci je dopiero życie. Dopóki się z nim nie zmierzysz, nie będziesz nic wiedział.

Nie zmienia to faktu, że osoby o książkowym przygotowaniu bardzo często widuje się np. na giełdzie. Są tam nawet bardzo chętnie witane, niezależnie od tego, jak bardzo zarozumiale się zachowują. Mają nawet własne, pieszczotliwe określenie. Brzmi ono „dawcy kapitału”.

Typowy „dawca” potrafi na sto różnych sposobów wyjaśnić Ci, że należy kupować na dołku i sprzedawać na górce. Niektórzy nawet potrafią te dołki i górki wyliczać (ostrzeżenie starszego kolegi: to nie działa, choćby dlatego, że znaczną część obrotów generują instytucje finansowe, które poprostu mają dużo lepszych analityków, którzy wiedzą co najmniej to samo, co Ty). W zasadzie chyba każdy „dawca kapitału” zaczyna swoją karierę od znalezienia spółki o niezłych fundametach, której kurs powoli sobie spada. Czeka, aż ten zacznie się odbijać i kupuje akcje. Wówczas dzieją się dwie rzeczy:

  • a) Domniemany wzrost okazuje się tylko korektą wzrostową. Nasz inwestor odkrywa, że to dopiero początek spadków, a on nie jest nawet w połowie stoku (no niestety, dołki lubią się pogłębiać).
  • b) Zaczyna się kurs boczny, w trakcie którego akcje nie zmieniają cen, skacząc to w jedną, to w drugą stronę o 2-3 procent przez wiele miesięcy.

Jedno i drugie pociąga za sobą liczne niebezpieczeństwa. Zajmijmy się na początku tym drugim problemem.

Tak tym, co sprawi Ci największą trudność jest jednak nie fakt, że nie znasz się na giełdzie, a to, że nie znasz swoich emocji. Giełda (czy raczej: ogólnie rzecz biorąc inwestycje) są nimi przeładowane. I w tym polega problem. Znalezienie fajnej, rokującej duży zysk firmy nie jest trudne. Trudne jest trzymanie się podjętego planu oraz (co równie ważne) określenie, w którym momencie należy z niego zrezygnować, bo okazał się porażką.

Niestety podatność na wpływy jest bardzo negatywną cechą u inwestora. Fora i serwisy giełdowe pełne są różnego rodzaju cwaniaczków, naganiczy, płatnych trolli i emocjonalnych wampirów, które generują ogromne ilości błędnych komunikatów. Zwłaszcza ta ostatnia kategoria ciągnie doń jak muchy do lepa.

 

Ciąg dalszy na Blogu Zewnętrznym.

Komentarze


Exar
   
Ocena:
0

statystycznie 90 procent inwestorów ma w pierwszym roku swojej działalności straty, co druga firma upada w ciągu pierwszych pięciu lat działalności, a tylko jednej na cztery udaje się przetrwać 10 lat

Ja słyszałem, że 90% firm upada w przeciągu pierwszego roku działalności

 

Aha, i ogólnie uważam, że nie będziesz bogaty, bo nie... zapierniczasz. Nie harujesz dzień i noc, dzień i noc, przez 5-10-20-30-50 lat - bo często tyle trzeba czekać na fortunę. A w praktyce, młody, "ambitny" Polak nudzi się po 3 godzinach/3 dniach/3 miesiącach (w zależności od aktywności). Bo tak naprawdę wygodniej klikać lajki w ajfonie albo sramsungu kupionym za pieniądze mamusi niż nakur***wiać dzień i noc...

18-08-2016 08:15
Bakcyl
   
Ocena:
+1

Powiało nadgniłą cebulą.

18-08-2016 11:34

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.