string(15) ""
» Blog » Dlaczego moja nowa powieść nie będzie fantasy?
22-12-2014 22:41

Dlaczego moja nowa powieść nie będzie fantasy?

W działach: pisanina, książki | Odsłony: 340

Dlaczego moja nowa powieść nie będzie fantasy?

Jest to kwestia warta wyjaśnienia, tym bardziej, że musiałem na to pytanie odpowiadać już kilku osobom.

Zanim jednak zacznę chciałbym poświęcić chwilę czasu na mały disclaimer dla ewentualnych trolli. Otóż: dziękuję za uwagę, ale wszyscy czujemy się dobrze. „Gambit Mocy” sprzedaje się nieźle, co, zważywszy na fakt, że książka wydana została przez debiutanta, w małym wydawnictwie oznacza, że sytuacja jest nad podziw dobra. Prawdę mówiąc myśleliśmy nawet o dodruku. Pomysł ten jednak nie został urzeczywistniony z powodu zawirowań na poziomie Bussines-to-Bussines. Nic więc nie wskazuje, żebym miał ogrzewać dom „Gambitem Mocy”.

Powód zmiany konwencji książki jest prosty. Otóż uważam, że pisząc ją w zupełnie innym stylu mam większe szanse nawet nie na większą sprzedaż, ale na to, żeby zaistnieć. Ułatwiam też sobie życie.

1) Trudny gatunek

Po pierwsze: jak już pisałem fantasy jest bardzo trudnym gatunkiem. Już w trakcie pisania „Gambitu Mocy” czułem, że porwałem się z motyką na słońce i że, niestety, wybierając inny gatunek mógłbym napisać lepszą powieść mniejszym wysiłkiem. Wbrew złej prasie, jaką „cieszy się” ten rodzaj twórczości napisanie porządnej powieści science fiction, akcji, sensacyjnej, kryminału, romansu, paranormal-romance i wielu innych, popularnych gatunków jest technicznie łatwiejsze niż napisanie porządnej powieści fantasy. Wynika to z faktu, że z jednej strony liczba potencjalnych błędów, jakie możemy popełnić jest mniejsza, z drugiej: znacznie łatwiej znajdować inspiracje.

Doświadczenia z „Tym, co walczy z potworami” wykazały, że niestety miałem rację. W szczególności dużo łatwiej pisze się wątki science-fiction i ocierające się o tego typu tematykę. Wystarczy wejść na „Węglowego Szowinistę”, „Niebezpiecznik”, „Pochodne Kofeiny” (przy czym to jest bardziej blog społecznie zaangażowany, niż naukowy) lub wziąć do rąk pracę socjologiczno-ekonomiczną w rodzaju „Końca Pracy” Jarreda Rifkina, by mieć pomysł na milion fajnych patentów.

Należy zauważyć też, że sceny walk z użyciem naprawdę ciężkiego sprzętu w rodzaju czołgów, samolotów czy armatohaubic wychodzą IMHO fajniej, niż te z użyciem mieczy czy mocy paranormalnych. I ponownie: łatwiej je się pisze. Nie są nawet w połowie tak trudne jak pojedynki na miecze.

Choć oczywiście konwencja science-fiction ma też i swoje ograniczenia. Jedną z nich jest błyskawiczne tempo rozwoju technologii. Przykładowo: kiedy zaczynałem pisać książkę zdalnie sterowane drony były totalną awangardą i zastanawiałem się, czy wprowadzając ich motyw nie przestrzeliłem trochę (bo czy ktokolwiek będzie to w Polsce miał? i kiedy?). Jednak jeszcze zanim książka trafiła do zapowiedzi okazało się, że każdy, kto ma zbędny tysiąc złotych może sobie drona kupić (co IMHO jest nawet lepsze dla atmosfery utworu: bo postacie z jednej strony mają dostęp do sprzętu, który jeszcze długo pozostanie topowym, a z drugiej: nie jest to już wyposażenie z kosmosu).

Główny powód ku takiej decyzji polegał jednak na czymś innym. Otóż: moje umiejętności wzrosły, na tyle, bym zdołał uniknąć wielu błędów „Gambitu Mocy”. Jednak nie na tyle, bym napisał znacząco lepszą powieść fantasy. Byłbym w stanie w najlepszym razie zniwelować wady (co IMHO już widać po mojej trzeciej książce), a nie wyeksponować zalety nowego dzieła. A niestety: posiadanie zalet jest ważniejszą cechą, niż ewentualne nie posiadanie wad.

2) Paradoks popularnego gatunku

Drugi problem z fantasy polega na tym, że jest to gatunek bardzo popularny i to zarówno wśród czytelników (co jest zaletą) jak i pisarzy (co jest poważnym problemem). Efektem jest bowiem fakt, że niestety w naszym kraju żyje całkiem pokaźna grupa ludzi, którzy chcieliby być drugim Tolkienem, Sapkowskim albo innym Paolinim. Tudzież wie, że fantasy sprzedaje się dobrze, więc tworzy, bo ma nadzieję na tym zarobić. Problem, którego istnienie stopniowo zacząłem sobie uświadamiać w momencie rozsyłania Gambitu do wydawców polega na tym, że ludzie ci faktycznie piszą. I również wysłali swoje dzieła.

Efekt jest taki, że wydawcy są zasypani powieściami w rodzaju „Przygody mojej czarodziejki w Diablo”, które ludzie opiniujący książki do wydania muszą czytać. Większość z nich rzyga więc już elfami, smokami i czarodziejskimi mieczami. Najgorszy odruch wymiotny powodują w nich natomiast mroczne, słowiańskie fantasy usiłujące stylizować się na Sapkowskiego. Takich są tony.

Jeśli ktoś zajmował się sprzedażą, to z pewnością zna zasadę 20-2-20. Według niej masz dwadzieścia sekund, by wzbudzić zainteresowanie swojego klienta, dwie minuty, by przekonać go do zakupu i dwadzieścia by wypełnić wszelkie formalności. Zgadnijcie, co - w ciągu 20 sekund - będzie łatwiej przedstawić recenzentowi w wydawnictwie jako książkę wartą jego zainteresowania: przedstawiciela gatunku, którego 30 przedstawicieli odrzucił on tylko w tym tygodni, czy dowolnego innego?

Reszta wywodu na Blogu Zewnętrznym

Komentarze


jakkubus
   
Ocena:
0

Swoją drogą, czy uniwersum 40:1 nie należy do gatunku urban fantasy?

27-12-2014 20:57
   
Ocena:
0

Swoją drogą, czy uniwersum 40:1 nie należy do gatunku urban fantasy?

IMHO nie, ponieważ w fantasy Niezwykłe Supermoce udają magię. W 40:1 część Niezwykłych Supermocy udaje czary, a część udaje, że ma uzasadnienie naukowe. Innymi słowy: krzyżówka fantasy/sci-fi, fantastyka, lub fantasy w bardzo szerokim rozumieniu.

28-12-2014 23:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.