Joe Hill, Rogi
string(15) ""
» Blog » Dlaczego Polacy nie chcą bronić państwa?
23-04-2015 00:59

Dlaczego Polacy nie chcą bronić państwa?

W działach: Wredni ludzie | Odsłony: 2168

Dlaczego Polacy nie chcą bronić państwa?

Parę tygodni temu media obiegła straszliwa wiadomość: zaledwie 30% mieszkańców Polski deklaruje gotowość do jej obrony w wypadku wojny. To dwa razy mniej niż w roku 2005. Panika, groza i dramatyczne pytanie: czy duch patriotyczny w narodzie umiera? Oraz drugie, jeszcze ważniejsze: dlaczego tak się dzieje, że 70 procent naszych rodaków nie chce za państwo polskie walczyć.

Jako, że temat jest mi bliski z powodów twórczych spróbuję na nie odpowiedzieć.

Zasadniczo, myślę, że aby to zrobić należy podzielić Polaków na trzy kategorie:

  • 30% ludności, która deklaruje dziś gotowość do obrony Polski i która mnie w tym wywodzie nie interesuje.
  • 30% ludności, która w roku 2005 deklarowała gotowość do obrony Polski, ale do 2015 zmieniła zdanie
  • 40% ludności, która w 2005 roku Państwa nie chciała bronić i w 2015 jej zamiary nie zmieniły się.

Pierwsza grupa z punktu widzenia tego wywodu jest mało interesująca. Zajmiemy się więc drugą i trzecią kategorią.

Zmiana sytuacji między 2005 a 2015 rokiem:

Przyczyny zmiany postawy naszych rodaków między 2005, a 2015 rokiem są oczywiste i w zasadzie każdy, kto ma odrobinę rozumu powinien je sam odgadnąć. Jest nią sytuacja polityczna w regionie i w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Otóż: w roku 2005 nic ciekawego się w nim nie działo. W roku 2015 dzieje się u naszych sąsiadów i to dużo, Ruscy siedzą na Ukrainie i trwa jeśli nie wojna, to coś bardzo do niej podobnego. Co więcej sytuacja jest rozwojowa i możliwe są trzy scenariusze. Albo Ruscy na Ukrainie zęby połamią, na co wszyscy powinniśmy mieć nadzieję, albo nie. W tym drugim przypadku sytuacja może rozwijać się na dwa sposoby: Ruscy pójdą na Mołdawię, co dla Ukrainy zakończy się bardzo niefajnie, dla Rumunii dość nieprzyjemnie, a Węgrzy, Czesi i Słowacy, którzy są dość prorosyjscy dostaną za swoje. Dla nas nie będzie to sytuacja dobra, ale z dwojga złego nie najgorsza.

W drugim wypadku: pójdą na Kraje Bałtyckie, czyli w bezpośrednią strefę wpływów Polski, Niemiec i Państw Skandynawskich. Wówczas NATO albo będzie musiało adekwatnie zareagować, albo ogłosić moralne bankructwo i się rozwiązać. Jeśli NATO odpuści lub zostanie pokonane Rosji zostanie pozostaje trzeci krok: agresja na Polskę i próba forsowania Wisły.

A przynajmniej taką narrację forsują media i ich konsumenci.

Co to zmienia? Otóż: podnosi koszt plecenia bzdur. W roku 2005 można było dość bezpiecznie składać deklaracje patriotyczne, bowiem szansa, że zostaną rozliczone była niewielka. Obecnie stawka jest już dużo większa, a jeśli sytuacja rzeczywiście będzie się pogarszać i ona urośnie. Ludzie się więc przestraszyli, że ich deklaracje doczekają się kiedyś rozliczenia i uświadomili sobie, że mają rodziny, pracę, studia i życie osobiste, które by się zawaliło, gdyby (nie daj Boże) dostali powołanie do wojska. O tym, że mogliby zostać postrzeleni lub nawet zabici lepiej nawet nie myśleć.

Zadziałał więc instynkt samozachowawczy i spora część z tych, którzy dziesięć lat temu deklarowali gotowość do obrony kraju teraz przemyślała swoją postawę i uznała, że w sytuacji urealniającego się zagrożenia jednak walczyć nie chce. Nie ma w tym nic dziwnego. Nawet w czasie II Wojny Światowej z okupantem w ten czy inny sposób walczyło co najwyżej 10% ludności. Reszta dbała wyłącznie o biologiczne przeżycie. Biorąc pod uwagę, że liczba bohaterów wojennych rośnie wraz z upływającym czasem powiedziałbym, że faktycznie była to połowa albo i mniej z tej liczby.

Pokłosie POP-NOP czyli jak świat widzi pozostałe 40 procent:

Pozostaje nam 40% ludności, które państwa nigdy nie chciały bronić. Aby wytłumaczyć taką postawę należy zrozumieć, czym jest państwo. Zasadniczo państwo można definiować na dwa sposoby:

  • Z punktu widzenia społeczeństwa obywatelskiego, wedle którego państwo jest wspólną własnością obywateli, stworzoną po to, by dbać o ich kolektywne interesy i rozwiązywać spory pomiędzy nimi
  • Z punktu widzenia społeczeństwa autorytarnego, wedle którego państwo jest biurokratyczno-administracyjną nadistotą, a celem jego poddanych (bo nie obywateli) jest służba mu.

Państwo rozumiane w ten drugi sposób ma swoich, licznych kapłanów i dworzan, których opromienia łaskami oraz swoich pańszczyźnianych chłopów, których celem i drogą do zbawienia i życia wiecznego w przyszłym świecie amen jest wierna służba mu. Natomiast każdy, kto wyłamuje się z hierarchii społecznej, ten jest bandytą i abnegatem.

Druga grupa to wszyscy zatrudnieni w sektorze pozapaństwowym, czyli przedsiębiorcy, prywaciarze, korpoludki, drobni handlowcy, niebieskie kołnierzyki, sklepowe etc.

Druga to politycy, urzędnicy, wojskowi, policja i sądownictwo, pracownicy edukacji, przedsiębiorstw państwowych, wszelkich instytucji samorządowych i firm nastawionych na ich skubanie, emeryci i renciści oraz wszystko inne, utrzymywane pośrednio i bezpośrednio z budżetu państwa.

Do grupy tej należy wliczyć także dziennikarzy, aktorów i innych ludzi kultury, którzy żyją głównie z pisania o Państwie. Podobnie włączyć do niej trzeba rodzinę, krewnych i przyjaciół osób opisanych powyżej, tym bardziej, że w szczególności na prowincji praca jest formą łapówki. Bo jak starosta zatrudni moją sąsiadkę w starostwie, to będę namawiał swoich kuzynów, żeby głosowali na niego, bo inaczej sąsiadka straci pracę. W małych miejscowościach właśnie na tym polega polityka.

Spora część polskiego społeczeństwa, a zwłaszcza tak zwane elity patrzy na kraj właśnie w ten sposób. Grupę tą nazywać będę POP-NOPem od skrótowców tworzących ją, najgłośniejszych i najbardziej aktywnych narratorów życia publicznego. Tych narratorów stanowią partie polityczne Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość oraz Narodowe Odrodzenie Polski. Dyskusja, jeśli się pojawia to najczęściej skupia się nie na tym, czy taki obraz polski jest błędny, tylko raczej na tym, jaki jego aspekt powinien być eksponowany jako obowiązujący. Tak więc:

  • Platforma obywatelska: Jest w moim odczuciu partią zadowolonych z siebie beneficjentów państwa oraz stabilnych karier w budżetówce. Jej wyborcy chcą świętego spokoju, nie pragną natomiast jakiekolwiek zmian. Ich zdaniem niczego zresztą zmieniać nie trzeba, bowiem jest świetnie (im). Państwo działa dobrze, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro oni (swoim zdaniem) wykonują świetną robotę, jak (ponownie swoim zdaniem) wykonują. Jeśli coś w państwie działa źle, to (jak w Konfucjanizmie) jest to wynikiem przypadku, osobistych wad albo niedopatrzenia jakiegoś, pojedynczego osobnika, a nie systemu, który to jest z definicji doskonały.
  • Prawo i Sprawiedliwość: Jest partią niezadowolonych beneficjentów państwa, którzy zostali w ten czy inny sposób pokrzywdzeni. Słusznie czy niesłusznie wnikać nie będę (a komentarze próbujące to robić skasuję). Ważne jest, że w ich pojęciu system nie działa. Nie wynika to jednak z jego wad i niedoskonałości, a głównie z tego, że miejsca w biurokratycznej machinie obstawione są przez ludzi posiadających nieodpowiednie cechy moralne. Należy więc ich wylać oraz zastąpić ludźmi o lepszym systemie wartości.

Należy w tym miejscu powiedzieć, ze PiS i PO to elementy w dużej mierze wymienne. Jeśli PiS obejmie władzę, to on stanie się partią Zadowolonych Z Siebie Beneficjentów Państwa i uzna, że wszystko jest w nim idealne, natomiast PO stanie się obrońcą pokrzywdzonych, uważającą, że maszyna jest dobra, tylko obsługują ją ludzie niekompetentni. Działać tak będzie w kółko, jak długo te partie będą istnieć.

  • Narodowe Odrodzenie Polski i ugrupowania pokrewne: NOP, który nie jest siłą liczącą się w sejmie, ale bardzo aktywną na ulicach, charakteryzuje ją natomiast podejście zbliżone do PiSowskiego, ale różniące się ważnymi szczegółami. Otóż: Państwo i wszystkie jego trybiki są święte i doskonałe (plus-minus kilka zardzewiałych). Nie działają jednak dobrze, bowiem sterują nimi nieodpowiedni ludzie. Tych należy wylać i zastąpić Prawdziwymi Patriotami. Patriotów od niepatriotów rozpoznawać mogą wyłącznie inni patrioci na zasadzie „swój pozna swego”. Po objęciu władzy owi Patrioci powinni zadbać o sprawiedliwość w kraju: to jest zabrać wszystko wszystkim i rozdać tym, którym się należy, czyli innym Patriotom.

Oprócz nich istnieje jeszcze kilka pomniejszych sił: Partia Zadowolonych Z Siebie Posiadaczy Rolnych, kilka Partii Skrzywdzonych Bardziej Niż Reszta Beneficjentów Państwa, Partia Emerytowanych Działaczy Komunistycznych, Partia Dziwaków, Dziwolągów I Korwina Mikke, Partia Niezadowolonych Artystów Cyrkowych dowodzona przez Kobietę Z Brodą oraz kilka Związków Niezadolonych Przedsiębiorców Zbyt Zajętych Interesami, By Na Serio Bawić Się W Politykę ze szczególnym uwzględnieniem Związku Wyznaniowego Przywoływania Na Daremno Imienia Zbawiciela Naszego Adama Smitha. Wymieniać można długo, jednak z różnych powodów nie należą one do głównego nurtu.

Ciekawym zjawiskiem są też dziennikarze. Wbrew opinii laików i podtrzymywanej przez wszystkie strony legendzie dziennikarze ważniejszych mediów wliczając w to Gazetę Wyborczą, TVN, Uważam Rze czy inne W Sieci żyją w symbiozie z wszystkimi dużymi partiami. Biorą tez udział w ich przedstawieniu, nawet jeśli nie jest to zgodne z zasadami dziennikarskiej rzetelności. Wynika to z faktu, ze dziennikarze w naszym kraju żyją głównie z powtarzania plotek. No niestety, nie jesteśmy USA, gdzie najbardziej poczytnym dziennikiem jest Wall Streat Jurnal, ani tez Francją, gdzie funkcję tą spełnia Le Monde Diplomatique, ale Polską, gdzie najchętniej czyta się Fakt. A co jest najlepszym źródłem plotek, krwi i cycków? Wiadomo, że celebryci! Przy czym w Polsce nie żyje się jakimiś półnagimi skandalistkami, tylko Tuskiem i Kaczyńskim.

„Fakt” ma nawiasem na naszym rynku wiele odmian. Mamy więc „Fakt” dla pseudo intelektualistów, coś ze trzy „Fakty” dla prawakow, „Fakt” dla feministek i lewaków, parę wydań kato-Faktu oraz program telewizyjny, w którym „Fakt” czytany jest 24 godziny na dobę.

A wszystko to żyje z przepisywania i układania pod gusta swoich odbiorców plotek generowanych przez POP-NOP.

Owszem ta symbioza momentami przyjmuje bardzo przewrotne postacie. Przykładem jednej z nich może być osoba Kukiza, faceta, który raz śpiewa, że pobór do wojska to rzecz straszna, a raz, że wspaniała i żyć bez niej nie potrafi. Wyjaśnić to prosto: Kukiz to zawodowy buntownik, który żyje z tego, że śpiewa, że w Polsce jest do dupy i bez jej krytykowania poszedł by na bezrobocie.

Jak to ma się do obronności piszę na Blogu Zewnętrznym.

Ps. Normalny post będzie w piątek lub sobotę. Tym razem będzie o budownictwie mieszkaniowym w starożytnym Rzymie. Spróbuję znaleźć jakieś plany budowli na potrzeby RPG-owców.

Komentarze


Agrafka
   
Ocena:
0

Cherokee - Cokolwiek wykazał, wiem co zabiło mój patriotyzm. I niestety patriotyzm większości otaczających mnie ludzi.

23-04-2015 17:44
Drachu
   
Ocena:
+6

A może - w 2005 roku ludzie jeszcze potrafili się trzymać patriotyzmu. 10 lat później jest coraz gorzej i przestali wierzyć, że ten kraj da się uratować? Kraj który ich okrada i tamuje możliwości rozwoju. Może dalej poszliby walczyć za tą samą Polskę, ale z odpowiednią liczbą żłobków? Może poszliby walczyć, gdyby nie pracowali od 10 lat na umowach śmieciowych, gdyby na służbę zdrowia i fikcyjne emerytury nie zabierano im przymusem pieniędzy?

Otóż, co ciekawe, nie. Bo im kraj bogatszy, im lepiej funkcjonujący, tym chęć do obrony mniejsza :) Tam niżej zapodałem takiego linka.

Tu taka zabawna sprawa - najbardziej rwą się do walki ludzie w krajach, które o swoich obywateli się nie troszczą zanadto. Bo obywatele tych krajów wiedzą, że nie mogą liczyć na państwo i wszystko muszą robić sami. Są samodzielni. Nie mają wobec państwa postawy roszczeniowej, bo wiedzą, że ono i tak nic im nie da.

Natomiast im kraj przyjaźniejszy i więcej daje obywatelom, tym mniej chcą go bronić. Bo są przyzwyczajeni, że państwo zrobi wszystko  za nic. W tym i obroni się w razie potrzeby.

 

PS. Powszechne prawo posiadania broni daje +15% do chęci obrony.

23-04-2015 17:46
Cherokee
   
Ocena:
0

Tak bajdełej, w tym podlinkowanym przez Ciebie badaniu podsumowującym rok 2014, przeprowadzonym przez Gallup International, na pytanie "czy walczyłbyś za swój kraj w wypadku wojny?" twierdząco odpowiedziało 47% Polaków, więcej niż w USA i sporo więcej niż w sondażu, którym posługuje się zegarmistrz. 

23-04-2015 17:57
shohei
   
Ocena:
0

'Sorry Polsko' - Maria Peszek

23-04-2015 18:05
Hangman
   
Ocena:
0

To niech tam wyjedzie, pożyje, a potem pisze.

23-04-2015 18:16
Drachu
   
Ocena:
+1

Wiesz co Cherokee - zwróciłem na to uwagę. Jakiś czas temu zresztą (z 3-4 tygodnie temu) czytałem w Angorze  podobny artykuł na ten temat - tam te dane wyglądały zupełnie inaczej. 30% chętnych do walki było na ścianie zachodniej, w centralnej tak pół na pół, a ściana wschodnia + Pomorze Gdańskie wykazywały dość dużą wolę walki (około 60%).

Ale sądzę, że dużą rolę odgrywa sposób sformułowania pytania oraz grupa docelowa - np. w Angorze odsetek chętnych do walki wśród mężczyzn w wieku poborowym  był wyższy niż w ogóle społeczeństwa. Zegarmistrz dość mgliście zarysował wyniki sondażu, więc ich nie podważam - bo taki też mógł zaistnieć. Wszystko zależy od grupy badanej i od zadanego pytania.

Aha - przyszła mi na myśl jeszcze jedna przyczyna spadku chętnych do walki. Z puli "zasobów ludzkich" odpadły  roczniki, które przechodziły zasadniczą służbę wojskową. Generalnie - im społeczeństwo bardziej otrzaskane z bronią palną, tym bardziej gotowe do walki.

23-04-2015 18:19
Kamulec
   
Ocena:
+2

W odczuciu ludzi z krajów rozwiniętych znaczenie armii poborowej w ew. wojnie jest niewielkie – zaawansowany sprzęt jest w takiej ilości, że można go po prostu w całości dać zawodowym żołnierzom, zaś słabo przeszkolony poborowy z podrzędnej jakości sprzętem na polu walki na niewiele się przyda.

Druga sprawa, że kiedy padają pytania o gotowość obrony kraju, w praktyce ludzie nie wiedzą, czy ankieter pyta o walkę na Ukrainie, w Estonii, czy o sytuacji inwazji na Polskę.

23-04-2015 18:20
Hangman
   
Ocena:
0

Generalnie - im społeczeństwo bardziej otrzaskane z bronią palną, tym bardziej gotowe do walki.

 

A to jest akurat bzdura pierwszej kategorii...

23-04-2015 18:32
zegarmistrz
   
Ocena:
0

Drachu: Oczywiście masz racje, że to bardzo subiektywne spojrzenie na temat.

Myślę, że różnica w deklaracjach między Polska, a krajami zachodnimi wynika z pewnych różnic cywilizacyjno-mentalnych. Jak wspominałem w tekście: w trakcie II wojny światowej zaledwie 10% społeczeństwa (choć ja osobiście zmniejszyłbym tą liczbę) faktycznie jakoś tam się Niemcom przeciwstawiała, mimo, że deklaracji patriotycznych było więcej, niż obecnie. Odpowiada to wartościom zachodnim.

Uważam, że jest to wynik tego, że Polak zapytany o gotowość do obrony państwa żywiołowo odpowiada, że tak, a w wypadku społeczeństw zachodnich, o większej kulturze obywatelskiej, niż Polska odpowiedź jest bardziej przemyślana i przez to zgodna z duchem faktycznym. To trochę jak z chodzeniem do kościoła. Jako katolicy deklaruje się 95% społeczeństwa, a do kościoła częściej niż raz w miesiącu chodzi 40%.

Kolejna rzecz, że - tak jak zauważyłeś - Niemcy i Japonia dość mocno przejechały się na nacjonalizmie. U nich jest wstyd przyznać się do tego, że chce się za kraj umrzeć, podobnie jak u nas, że się kraju bronić nie chce.

Cheeroke: ja swój sondaż wziąłem z RMF FM, więc nie sądzę, żeby liczby były dokładnie takie same, jak w tekście źródłowym.

Agrafka: to bardzo prawdopodobne.

Satosan: dokładnie odwrotnie. Uważam, że duża grupa osób nie chce bronić państwa z powodu jego antyobywatelskiej postawy.

Łodzianin: Spokojnie, mój tekst też był pisany pod wpływem emocji :D.

Niemniej jednak zdajesz sobie sprawę, że zacytowana przez Ciebie ideologia została stworzona w XVIII wiecznych monarchiach absolutnych celem uzasadnienia przymusowego poboru wojskowego? I trudno nazwać ją charakterystyczną dla państwa obywatelskiego?

23-04-2015 18:42
Drachu
   
Ocena:
+2

A to jest akurat bzdura pierwszej kategorii...

Bzdura nie bzdura - z krajów zamożnych w rankingu najlepiej wypadły Finlandia i USA. W obu jest swobodny dostęp do broni. I Izrael (obowiązkowa służba wojskowa - obie płcie), nieźle wypadła Szwajcaria. Dobrze wypadały też kraje z obowiązkową służbą wojskową. Po prostu. Gdy społeczeństwo jest otrzaskane z bronią łatwiej mu zadeklarować gotowość jej użycia.

Kamulec: Spoko, ale w przypadku zaatakowania przez znacznie silniejsze państwo armia zawodowa służyć będzie głównie osłonie mobilizacji armii poborowej. Co starała się przeprowadzić Ukraina ostatnio. 

23-04-2015 18:44
Vukodlak
   
Ocena:
+3

Dzeme ma w gruncie rzeczy racje i jest zarazem bardzo naiwny. W kraju, gdzie ludziom się dobrze żyje, nikt nie myśli o obronie, zbrojnych powstaniach i walce. Niestety tak długo jak istnieją państwa barbarzyńskie, które tylko udają bycie cywilizowanym krajem, to bycie obywatelską ciepłą kluchą to wyrok śmierci w zawieszeniu (spytajcie mieszkańców Ukrainy i Gruzji). Tym bardziej, im bliżej takiego kraju się żyje. Jasne, że powinniśmy dążyć do takiego układu na świecie, gdzie każdy realizuje swoje wolności obywatelskie, wyborcze i gospodarcze bez obawy o reperkusje i groźby utraty zdrowia i/lub życia. Amerykanie czy Hiszpanie mogą sobie pozwolić na ciepłokluchizm, my chyba nie za bardzo.

Z drugiej strony takie państwa mają zazwyczaj dobrze wyszkoloną i świetnie wyposażoną armię zawodowców, która za pieniądze i przywileje zastępuje niewyszkolonego i niechętnego obywatela w obronie kraju.

Nie jestem wojownikiem, bardzo mocno wątpię w to, czy broniłbym zbrojnie tego kraju przed napaścią kogokolwiek. Podejrzewam, że stanowiłbym większe zagrożenie dla siebie, niż jakiegokolwiek wrażego żołnierza. Nie wiem też czy miałbym na tyle odwagi, by w przypadku okupacji pomagać naszym siłom w sposób niebojowy (ukrywać broń, żołnierzy, przenosić informacje itp.). I to niezależnie od tego jak mocno fajnie by mi się tu żyło. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał się o tym nigdy przekonywać, ale w 39 wiele osób też mieli na to nadzieję.

23-04-2015 18:56
Hangman
   
Ocena:
0

Gdy społeczeństwo jest otrzaskane z bronią łatwiej mu zadeklarować gotowość jej użycia.

 

Dokładnie tak, ale nie myl tego z gotowością do walki / do obrony kraju w czasie wojny. To jest OGROMNA różnica, bo właśnie wielu ludzi utożsamia gotowość do podjęcia takich działań z umiejętnością posługiwania się bronią. To są jednak przysłowiowe (autocenzura).

23-04-2015 18:57
Cherokee
   
Ocena:
0

To czym się wg Ciebie różni "gotowość użycia broni" od "gotowości do walki"? Gotowość do strzelania na wiwat, czy jak?

23-04-2015 19:13
Hangman
   
Ocena:
0

Wątpię, by tłumaczenie tego komuś, kto tej różnicy nie rozumie, miało sens.

23-04-2015 19:22
Cherokee
   
Ocena:
0

Mimo wszystko spróbuj...

23-04-2015 19:23
Satosan
   
Ocena:
0

Zegarmistrz: Niezależnie od różnic poglądów przyznaję – ciekawy temat i opracowanie.

Drachu: Chylę czoła za dodanie interesującego spostrzeżenia. Myślę, że kwestia wyższej woli walki w biedniejszych państwach ma bardzo liczne podstawy – od braków w edukacji wpływających na mentalność bo brak perspektyw, który ułatwia szafowanie swoim życiem. Nie można też nie doceniać  zwykłego zahartowania – o ile pamiętam któryś z władców Scytów zabronił swoim poddanym koczownikom osiedlać się w podbitych miastach, żeby nie stracili bojowego ducha.   

Vukodlak: Być może model państw zachodnich rzeczywiście się sprawdzi – ładować ile się da w gospodarkę, a broń oddać desperatom lub zapaleńcom, którzy będą wiedzieć co z nią zrobić. Niestety – państwa Europy zachodniej wraz z utratą bojowego zapału u swoich obywateli straciły też gotowość do walki jako takiej. Nie raz już teoretycznie lepiej wyposażone wojska zostały rozgromione dzięki determinacji przeciwnika.  

23-04-2015 19:27
Adeptus
   
Ocena:
0

@ Dzemeuksis

Bo w tych krajach pozbawionych poważnych problemów ludzie zrozumieli (poznali na własnej skórze), że tak naprawdę fajniej po prostu żyć sobie niż się bić nie wiadomo o co i po co i póki jest dobrze, to żadna propaganda nie jest w stanie tego obrazu zamazać.

Nie "zrozumieli", tylko "uznali". Popełniasz typowy błąd - zakładasz, ze wartości, które Ty cenisz, to są uniwersalne wartości dla wszystkich ludzi.

Pierwszy to taki, w którym nikt na całej Ziemi nie ma ochoty bronić własnego (a więc tym bardziej i cudzego, ani nieść innych pozorowanych form "pomocy") kraju. Drugi to taki, w którym wszyscy są bardzo cięci i drażliwi, gotowi brać się za łby z byle powodu, żeby tylko się "bronić" przed czającym się zewsząd zagrożeniem. W którym z tych dwóch światów wolelibyście żyć?

Tyle, że pierwsza sytuacja jest nierealna.

W ogólności szczęśliwy jest ten, co ma poczucie własnej wartości, własnych kompetencji a dodatkowo znajduje to realne potwierdzenie we wpływie na rzeczywistość. Sprawczość. Świat jest taki, jakim JA go tworzę. Świadomość tego i wiara w to są kluczowe do poczucia szczęścia.

A po co "tworzyć" skoro jestem szczęśliwy? Po co coś zmieniać, skoro dobrze, jak jest? Zadowolenie to przejaw słabości i przyczyna jeszcze większej słabości. Jak jesteś zadowolony, to przyjdzie ktoś, kto jest niezadowolony i ma większa motywację do działania i rozwali Ci łeb.

Poza tym, pomijasz to, że dążenia ludzi mogą być i często są, sprzeczne. I wtedy osiągnięcie satysfakcji z "realnego wpływu na rzeczywistość" wiąże się z ograniczeniem takiego wpływu innej osoby, co prowadzi do konfliktu.

Jak może być szczęśliwym człowiek, który potrafi narzekać na otaczającą go rzeczywistość, dostrzegać jej ciemne strony, a jednocześnie nie ma zamiaru zrobić niczego, co dałoby szansę na poprawę losu.

Czyli jak jestem nieszczęśliwy z tego powodu, że nie mogę strzelać do ludzi na ulicach, to mam nie narzekać, tylko wziąć sprawy we własne ręce i kupić kałacha na czarnym rynku?

Prezentujesz dość śmieszną postawę względem swej ojczyzny. Nawet jeśli kraj jest dysfunkcyjny, to człowiek ma pewne obowiązki względem swojego narodu i braci, które musi wypełnić. Jednym z nich jest właśnie obrona kraju przed agresją. Osoba, niewywiązująca się z powinności względem wspólnoty jest w pewnym sensie żebrakiem - pasożytem, który przyjął to co ojczyzna miała do zaoferowania, nie dając nic w zamian.

 

"Kraj" i "ojczyzna" to abstrakty - co to jest kraj? Ziemia? Państwo? I jedno i drugie to byty bezosobowe, którym jest wszystko jedno, czy ich bronisz, czy nie, a nawet czy istnieją. Piszesz także o narodzie/wspólnocie i to już lepiej, bo to są zbiorowości ludzi. Ale czy obrona kraju (państwa) zawsze musi się wiązać z dobrem narodu? A co jeśli ktoś uważa, że państwo polskie szkodzi narodowi polskiemu i dla dobra Polaków powinno zostać zniszczone?

@ Drachu

Natomiast im kraj przyjaźniejszy i więcej daje obywatelom, tym mniej chcą go bronić. Bo są przyzwyczajeni, że państwo zrobi wszystko  za nic. W tym i obroni się w razie potrzeby.

To kwestia nie tylko wiary w "opiekuńczość" państwa, ile strach przed pogorszeniem własnego losu. Biedny i cierpiący człowiek chętniej walczy, bo nie ma nic do stracenia - zadowolony boi się utraty swojej "małej stabilizacji".

@ Satosan

Być może model państw zachodnich rzeczywiście się sprawdzi – ładować ile się da w gospodarkę, a broń oddać desperatom lub zapaleńcom, którzy będą wiedzieć co z nią zrobić.

Do chwili, w której desperaci nie dojdą do wniosku "Po co mamy służyć za parobków, skoro to my mamy siłę?".

23-04-2015 19:56
Łodzianin
   
Ocena:
0

@zegarmistrz

Chyba już starożytni filozofowie wskazywali na konieczność obrony wspólnoty przed zewnętrznym zagrożeniem, a niejednokrotnie usprawiedliwiali też podboje. Sam uważam się za nacjonalistę i zwolennika autorytaryzmu/monarchii, więc nie interesuje mnie, czy jest to ideologia państwa obywatelskiego.

@Adeptus

Pojęcia "kraj" i "ojczyzna" zawierają w sobie ziemię zamieszkiwaną przez wspólnotę - naród w teraźniejszości i przeszłości, ale także tradycje, zabytki i kości przodków. Obrona państwa przed zagrożeniem zewnętrznym jest w większości wypadków korzystna, ponieważ najeźdźca nie ma zazwyczaj przyjaznych zamiarów i reprezentuje interesy przeciwstawne do tych narodu atakowanego. Z wewnętrznymi problemami musimy poradzić sobie sami.

23-04-2015 20:50
Hangman
   
Ocena:
0

@ Cheroke

 

Masz kogoś, kto umie się obsługiwać bronią, ale to czy w razie potrzeby będzie gotowy jej użyć, to już zupełnie inna kwestia. Nie każdy jest w stanie pociągnąć za spust - chociaż potrafi to byle debil - ani żyć z konsekwencjami tego wyboru.

Jednak ten, kto jest w stanie to zrobić, nie zawsze będzie w stanie walczyć otwarcie. Równie dobrze możesz sobie wziąć za przykład osiedlowego osiłka, albo dresy blokowe. W kupie mocni, wpierniczyć potrafią, w ryj dać, ale czy poszli by na wojnę, gdzie nie mają przewagi? Gdzie nie mają wpływu na nic? No właśnie...

Dlatego jest ogromna różnica pomiędzy tymi, którzy są gotowi walczyć za sprawę i całkowicie się temu poświęcić, nawet szczając w gacie ze strachu, a patałachami, którzy zastrzeliliby cię bez mrugnięcia okiem, ale ze strachu nie byliby w stanie się nawet zesrać w prawdziwej walce.

 

Są różne rodzaje walk. Wojna jest codziennie. Mierzymy się z różnymi wyzwaniami. Czasami albo zawalczysz o swoje, albo ci to zabiorą, a czasami zabiorą nawet, jeśli zawalczysz. Ale niektórzy walczą. Ich determinacją jest rozpacz, strach, gniew z poczucia bezsilności. Czasami nadzieja i wiara i chęć poświęcenia.

Szanuję takich ludzi. Jakkolwiek brzmi to patetycznie czy głupio.

23-04-2015 21:10
dzemeuksis
   
Ocena:
+2

Hangmanie,

Jeśli dobrze ci w systemie, bo się nachapałeś od rodziców, albo miałeś fajne koneksje

Jeśli chodzi o finanse, to z domu wyniosłem praktycznie zero. Koneksji nie miałem żadnych.

Wszystko, co osiągnąłem w życiu, osiągnąłem własnymi rękami. Bywało ciężko, pod wiatr, nie zrażałem się, miałem marzenia. Na miejsce, w którym jestem teraz, pracowałem w czasie, kiedy inni narzekali. Albo łoili browar przed telewizorem.

Mimo to w systemie nie jest mi dobrze i dlatego próbuję go zmieniać. Robię to w czasie kiedy inni narzekają. Albo łoją browar przed telewizorem. Albo narzucają innym jakieś swoje projekcje. I tyle.

23-04-2015 21:28

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.