Dlaczego Conan jest lepszy!
W działach: Fanboj i Życie, Książki | Odsłony: 108Od całego, współczesnego Fantasy razem wziętego.
Kilka tygodni temu skończyłem czytać „Conan i Dawni Bogowie”. Prawdę mówiąc trochę bałem się tej książki. Mierzenie z dobrymi wspomnieniami sprzed lat, gdy było się młodszym i miało dużo mniej wyrobiony gust nigdy nie jest łatwe. Tym bardziej, że w styczniu zabrałem za powtórne czytanie Pięcioksięgu Kane i dotarłem gdzieś tak do połowy „Pajęczyny Utkanej Z Ciemności”. Niestety Kane, którego nigdy specjalnie nie lubiłem okazał się lekturą nużącą. Jest zwyczajnie źle napisany. Nie źle przetłumaczony, tylko właśnie źle napisany. Literacko prezentuje poziom jakiegoś bardziej mrocznego „Zmierzchu” albo nawet gorszy. Tam nie ma nawet za wiele miejsca na popełnianie błędów przez tłumacza czy redaktora.
„Conan i Dawni Bogowie” też prawdę mówiąc równy nie jest. Około połowy tekstów („Córka Lodowego Olbrzyma”, „Wieża Słonia”, „Czarny Kolos”, „Królowa Czarnego Wybrzeża”, „Łotrzy w domu”) jest absolutnie świetna. Niestety kilka („Stalowe cienie pod księżycem”, „Sadzawka Czarnych Ludzi”, „Demon stali” czy absolutnie tragiczna „Dolina Zaginionych Kobiet”) zwyczajnie zaniża poziom. W zasadzie to teksty te różnią się od siebie tylko lokalizacją. Poza nią są takie same, bardzo sztampowe, Conan ratuje w nich kolejną babę z pazurów kolejnego diabła...
1) Było to dawno, dawno temu...
Pierwsza, gigantyczna zaleta twórczości Howarda polega na tym, że gość doskonale pojmował gatunek jakim jest Fantasy. Żeby go zrozumieć należy cofnąć się w czasie i objąć jego początki. Otóż: na początku wszystkiego nie stosowano nazwy Fantasy, a Sword and Sorcerry (która dziś stanowi jeden z jego podgatunków). Termin Sword and Sorcerry został ukuty przez Fritza Leibdera albo Michaela Moorcocka (jest to sporne) celem odróżnienia powieści dziejących się w światach fikcyjnych lub używających fikcyjnej rekwizytorii od tych, których akcja toczy się w przeszłości (gdzie gatunki to Płaszcz i Szpada, Sword and Sandal, Sword and Fist etc.).
Pisarze tego okresu korzystali z otoczki historycznej: mitów narosłych wokół dawnych wojen, bohaterów, legendarnych potworów, eposu rycerskiego etc. łącząc je z wiedzą na temat dawnych zwyczajów. Czytając opowiadania Howarda bardzo wyraźnie widać, że człowiek ten miał jakieś pojęcie o zwyczajach starożytnego Egiptu, Asyrii, średniowiecza... Owszem to nie jest „Egipcjanin Sinuhe” czy „Trylogia Rzymska” Mike Waltariego. Jednak bardzo, bardzo wyraźnie widać, że autor wiedział o czym pisze. Spójrzcie na przykład na scenę, w której księżniczka w „Czarnym Kolosie” przychodzi błagać o wróżbę do świątyni Mitry. Przecież to połączenie chrześcijańskiego cudu z pogańską pytią w najlepszym wydaniu!
Howard pisał opowiadania tak, jak faktycznie wyobrażał sobie życie w omawianej epoce. Pod tym względem kontrastuje całkowicie z współczesnymi pisarzami, którzy rzadko kiedy posiadają jakąkolwiek wiedzę i stosują zasadę „To jest fantasy! Wszystko może być takie, jakie sobie wymyślę!”, albo wręcz tworząc eskapistyczne kreacje, w których, gdyby nie nadciągające zło wszyscy żyliby szczęśliwie.
2) …przed politpoprawnością...
Howard miał szczęście żyć w czasach przed polityczną poprawnością, kiedy to swobodnie mógł nazywać murzyna murzynem, pisać o posiadaniu niewolników, gardzić zniewieścieniem, sprowadzać kobiety do roli obiektów pożądania etc. Jednocześnie robił to bez popadania w przesadę. No, może poza „Doliną Zaginionych Kobiet”, gdzie przegiął...
Po do bólu politpoprawnym, współczesnym fantasy, zwłaszcza twórczości autorów pokroju Mercedess Lackey u której mężczyźni dzielą się na dyszących żądzą gwałtu, zboczonych szowinistów oraz przyjaznych gejów jest to lektura przyjemna i odświeżająca.
3) …i Dungeons and Dragons...
Dungeons and Dragons i jego pokłosie przyniosło wiele złego do Fantasy. Owszem, większość krytyków, zwłaszcza takich, którzy nie mieli do czynienia z żadną edycją kojarzy go z obrazkami Elmora i elfami oraz krasnoludami. To stereotyp głoszony najczęściej przez ludzi, którzy nigdy nie mieli z tym systemem do czynienia. Za jego powielanie można dostać w ryj od Old Shoolowców i słusznie. Faktycznie DeDeki zatruły fantasy kilkoma innymi rzeczami. Są to:
- ich kosmologia
- niepodobnymi do niczego rasami w stylu Githów, Ithilidów, Slatów czy Xornów
- syndromem choinki, w którym wszystko musiało być magiczne oraz tym, co dziś czasem nazywa się Dungeon Punkiem
- oraz podziałem charakterów na trzy a potem dziewięć składowych
Jako, że pierwsze trzy punkty pasują do innych akapitów skupimy się na ostatnim. Co jest bardzo wyczuwalne w większości współczesnych powieści fantasy to podział bohaterów wedle stron mocy. Mamy więc dobrych i szlachetnych prawiczków oraz tych plugawie złych wyrywających muszką skrzydełka dla podkreślenia swej demoniczności. Podział jest dość ostry. Conan nie mieści się w żadną z tych kategorii.
W zasadzie to Conan jest awanturnikiem. Gościem, który, mimo że w zasadzie jest dość sympatyczny i raczej pozytywny nie jest kryształowo czysty. Żyje na krawędzi społeczeństwa, albo wręcz stanowi wyrzutka. Jest złodziejem, szlaja się po spelunach, zabija często z powodu błahostki, kradnie, trudni się piractwem, bardzo często widzimy go pijanego lub w objęciach dziwek... Daleko mu do współczesnych, często wychuchanych i wymuskanych bohaterów, którym autor musi wymyślać całe złe rasy za przeciwników, bo zabić człowieka to grzech...
4) … oraz Czarodziejką z Diablo.
Mimo, że stanowi to paradoks magia jest jedną z tych cech, przez które fantasy najbardziej cierpi. Owszem, jest też jedna z cech, które go definiują. Conan miał tyle szczęścia, że został napisany grubo przed latami 90-tymi, w czasach, gdy każdy chłopiec marzył, żeby być wysportowanym i silnym. W latach 90-tych wyszło jednak najpierw Diablo, a potem Harry Potter. Okazało się najpierw, że czarodzieje mają lepsze statystyki niż wojownicy i większą przydatność bojową. Potem okazało się, że czarodzieje mogą strzelać jak karabiny maszynowe. To dało ludziom impuls do tego, że za pomocą magii da się emulować także inne, nowoczesne systemy uzbrojenia. A jeśli czegoś nie da się emulować za pomocą magii, to można to robić wymyślając sobie specjalne rośliny i surowce. A na końcu okazało się, że książki o czarodziejach sprzedają się bardzo.
Efekt jest taki, że o ile kiedyś w fantasy biegał barbarzyńca za barbarzyńcą tak dziś biegają w nich czarodziej za czarodziejem, przy czym pomysły na ich wykorzystanie zwykle skupiają się na miotaniu dawkami energii oraz ewentualnie przyzywaniu deus ex machina. To jeszcze od biedy by uszło, gdyby nie to, że każdy grafoman, jakiego mi się zdarzyło czytać próbował pisać sceny walki tak, jak widać to na filmach akcji. Czyli strzelaniny z masą wybuchów prowadzone na kusze i fireballe.
Niestety nie wypada to dobrze. Nie chodzi tu o moje osobiste preferencje, ale o prosty fakt, że to wygląda jak proteza. Walka bronią białą oraz dostępne w dawnych czasach środki rządzą się własną specyfiką. Nie leci na dalekie dystanse, a jeśli już, to owe dalekie dystanse są śmiesznie krótkie, wymaga czasu, wymaga siły i nie wybucha. Ja wiem, że po Diablo II i grach MMO wszystko wybucha. Jednak to, co fajnie wygląda na ekranie kompa nie musi fajnie wyglądać w książce. Z kusz nie da się natomiast tak fajnie strzelać, jak z pistoletów maszynowych, czy rewolwerów nawet. Stylistyka z Mission Impossible czy Dnia Niepodległości nie sprawdza się w książkach fantasy. Sprawdza się za to stylistyka filmów Płaszcza i Szpady, a nawet przygodowych.
Howard umiał wykorzystać specyfikę broni białej i średniowiecznych bitew, jego twórczość z kolei bliska była właśnie literaturze przygodowej oraz płaszcza i szpady właśnie.
5) Nie był wydumany
Jednym z największych problemów współczesnego nie tylko fantasy, ale fantastyki w ogóle jest poziom wydumania koncepcji poszczególnych światów w połączeniu z bardzo miałkim potraktowaniem fabuły oraz postaci. Tak więc mamy światy (które koniecznie należy ratować) wyłaniające się z mgły, albo istniejące jedynie we śnie jakiegoś boga. Niepodobne do niczego rasy o dziwnych, niekojarzących się z niczym nazwach. Zamieszkane przez munchkinów, latające twierdzo-góry. Magia posiadająca różne źródła, z których i tak nic nie wynika...
Niektórzy takie opowieści nazywają „powiewem świeżości”. Ja natomiast nazywam je wydumaniem i przekombinowaniem. Zresztą, najczęściej z tych elementów nic nie wynika. Są tylko tłem do kolejnej miałkiej opowieści.
Conan ma przynajmniej tą zaletę, że nie jest pretensjonalny.
6) Brak Syndromu Choinki i Inflacji Mocy
Typowy żywot typowej książki fantasy:
- Wychodzą pierwsze trzy tomy. W ostatnim Bohater pokonuje Straszne Zło potężnym magicznym mieczem.
- Wydawca chce kasy. Autor podpisuje kontrakt na dalsze trzy tomy w trakcie których Bohater pokonuje Jeszcze Straszniejsze Zło magiczniejszym mieczem.
- Tymrazem Autor chce kasy. Pisze więc kolejne trzy tomy, w których bohater najmagicznijeszym mieczem pokonuje Superstraszne Zło. Przy okazji zostaje też deifikowany.
- Autor umiera. Jego spadkobiercy chcą kasy. Wynajmują więc ghostwritera, który pisze, jak to Bohater pokonuje Jezu-Chryste-Jakie-Straszliwe-Zło za pomocą mega-super-mieczo-smoko-zorda.
Pierwszego boga zabijają gdzieś tak w okolicach 4 tomu, a od 6 zachodzi ono masowo. Conan nie leweluje, a jego potęga nie rośnie, nie odkrywa w sobie magicznych zdolności, nie zdobywa też super artefaktów pokroju spikarda jak Merlin z Amberu (ale spikard to w dzisiejszych standardach i tak słabizna), ani jego miecz nie okazuje się nagle, całkiem przypadkiem kolejnym spikardem (jak miecz Corwina). Nie zabija też Seta w żadnej części cyklu.
Co nie przeszkadza mu być jedwabistym.
Na TV Tropes mają na to nawet specjalny trop. Badass Normal się nazywa.
7) Conan nie ratuje świata
Nienawidzę tego motywu. Z jakiegoś powodu w fantastyce się utarło, że pod koniec wielkiego cyklu powieściowego musi dojść do jakiegoś, wstrząsającego światem wydarzenia: pokonania najeźdźców z kosmosu, wypędzenia zła i ogólnie owego świata uratowania (ok, czasem wystarczy ratowanie królestwa) lub zepsucia settingu na inne sposoby.
Generalnie dobrze jest, jeśli w fabule gra toczy się o wysoką stawkę. To znaczy: jeśli bohaterowi się nie powiedzie, to ktoś zginie, jakieś miasto zostanie spalone, a nawet za zwycięstwo trzeba będzie zapłacić jaką gorzką cenę. Jednak o ile to wzmaga emocje, tak podbijanie stawki do zbyt wysokich poziomów nie zdaje egzaminu.
Jeśli więc bohaterowie mogą wygrać w bitwie, ale wiadomo, że ktoś zginie, albo chociaż może zginąć, albo miasto, którego bronią może zostać zdobyte, to zabawa jest przednia. Jednak, jeśli bohaterowie muszą walczyć przeciwko wielomiliardowym hordom wrogów we trójkę, a jak im się nie uda zwyciężyć, to ich świat ulegnie zagładzie, ich rodziny zostaną wymordowane, ich dziewczyny zgwałcone i zamordowane, dzieci nawleczone na piki, psy zjedzone, chomiki utopione, rybki pozbawione akwariów i ogólnie wszystko, ale to wszystko obróci się w niwecz to oczywiście doskonale wiadomo, że wyjdą z walki bez szwanku. Nie ma w tym żadnych emocji.
Nie od dziś w końcu wiadomo, że szansa 1:1000.000 sprawdza się w dziewięciu na dziesięć przypadków.
Wiele dzisiejszych powieści (ale nie tylko) skupia się na kwestiach tak naprawdę nudnych: ratowaniu czegoś, sztucznie podbitym napięciu i możliwie dużych wybuchach. Tak naprawdę jednak kogo obchodzi to całe bzium, bzium laserkami? Prawdopodobnie nikogo. W Conanie jest o tyle fajnie, że akcja toczy się o stosunkowo niewielkie stawki: istnienie jakichś, średnich królestw, dojście do władzy lub jej utrzymanie, ocalenie kolejnej kochanki czy współpraca z kolejnymi, mało znaczącymi kompanami.
W zasadzie to – mimo że czyny Conana subiektywnie były wielkie i nadludzkie – to wszystko, co zrobił pochłonęły piaski czasu. Opowieść dzieje się 12 tysięcy lat temu, w epoce, której nie pamiętają już nawet archeologowie. Od samego początku wiadomo, że wątła cywilizacja tego świata zostanie pochłonięta na powrót przez barbarzyństwo. Że nawet imię Conana zostanie zapomniane i nie przetrwa nawet w mitach.
Te zabiegi sprawiają, że Howard mógł zabijać mniej ważne postacie i wystawiać bohatera oraz różne lokacje na ryzyko jednocześnie nie powodując, że w wypadku zniszczenia jakiegoś obiektu straci źródło zarobów.
8) Dobrze pomyślany rozwój postaci:
Jedną z wad wielu współczesnych książek jest nadmierna koncentracja na młodości bohatera, jego dojrzewaniu i tym jak kształtowało się jego dzieciństwo. W wyniku bardzo naiwnie pojmowanej psychologii Freuda według której dzieciństwo to najważniejszy okres w życiu człowieka otrzymujemy całe rozdziały poświęcone okresowi w karierze postaci, w trakcie którego nie robi ona nic ciekawego. Autorzy często też do nich wracają, by zbudować wiarygodną postać.
W rezultacie raz, że otrzymujemy 100-200 pustych stron, to jeszcze dostajemy dość nieprzyjemnego bohatera, który nie potrafi sobie poradzić z tym, że np. był bity w szkole, mimo że dobiega już 80-tki, a przeszłość go prześladuje. Nawet mimo że wokół niego giną ludzie, toczy się wojna i świat się wali dla takiej postaci najważniejsza pozostaje trauma z dzieciństwa.
Co do Conana to jego dzieciństwa nie znamy. W ogóle. Conan praktycznie nie myśli o przeszłości. To bardzo pragmatyczna postać. Za to świetnie zbudowana. Cymeryjczyka spotykamy na różnych etapach życia i nie jest to bohater, który pozostaje w wiecznym cieniu swego dzieciństwa. Przeciwnie, to osobnik, który zmienia się i dojrzewa. Młody Conan z „Wieży Słonia”, chwytający za miecz pod wpływem zniewagi nie jest tym samym człowiekiem, co nieco późniejszy Conan-warchoł i pijanica, Conan-pirat i grabieżca, czy też Conan, zdolny dowódca albo wreszcie Conan, jeden z najlepszych królów w historii Aquiloni. Howard potrafi zaskoczyć.
9) Conan nie jest Mary Sue
Gość jest niepokonany, jednak nie dzięki losowi czy byciu wybrańcem, ale dlatego, że jest wielki, silny i nosi zbroję, o jaką mogliby być zazdrośni kosmiczni marines chaosu. Tak naprawdę chyba z żadnej walki, jaką toczy u Howarda nie wychodzi bez szwanku, zawsze zostaje ranny. Nie ma mocy nadprzyrodzonych. Nie ma artefaktów. Jedyny bóg, którego imię przywołuje znany jest z tego, że ma gdzieś swoich wyznawców i gardzi modłami. Nie ma nawet zaprzyjaźnionego czarodzieja... Mimo to zabija potwory.
Nie jest moralnie czystą dziewicą, której nie zdarzyło się popełnić żadnego grzechu. Pije do nieprzytomności, chodzi na dziwki, niejednokrotnie popada przez to w tarapaty, zabija pod wpływem gniewu (zwłaszcza gdy jest młody), kradnie, kradnie, kradnie i jeszcze raz kradnie. Jego główną zaletą charakteru jest fakt, że w tym świecie są gorsi. Z drugiej strony nie należy do dość odrażających antybohaterów-nihilistów którzy dość często pojawiają się w fantastyce, zwłaszcza polskiej. Nigdy nie zabił nikogo, kto na to nie zasłużył, albo nie próbował zabić jego, dotrzymuje słowa i nie odmawia pomocy, jeśli prosi o nią jakaś seksowna laska. Nie zawsze też zwycięża. Często był pokonywany, dostawał się do niewoli, z której wydostawał się tylko dzięki szczęściu lub podstępowi.
Wygrywa też nie dlatego, że czuwa nad nim los i wola autora, ale dlatego, że jest silny, uzbrojony, odważny i zamiast uciekać bije.