string(15) ""
» Blog » Dlaczego Anime nigdy nie będzie popularne
28-12-2011 22:37

Dlaczego Anime nigdy nie będzie popularne

W działach: Fanboj i Życie | Odsłony: 1307

Ja chciałbym zauważyć jedno: ten post to fanbojskie marudzenie Zegarmistrza. Zegarmistrz nie jest japońskim specem od marketingu, pisze, to co obserwuje i co mu się wydaje, a obserwuje niezbyt uważnie.

 

Źródła popularności okiem fanboja


Początkipopularnościanime giną w pomroce dziejów, to jest sięgają lat 80-tych zeszłego wieku i ekspansji kaset wideo. Do Polski moda dotarła w połowie lat 90-tych w dwóch falach, mam wrażenie, że podobnie jak na zachodzie. Falę pierwszą, mniejszą stanowiły filmy kinowokasetowe adresowane do widza dorosłego, w rodzaju Ghost in the Shell, Akiry etc. Przeważnie były to pozycje o tematyce twardego, poważnego kina sensacyjnego. Produkcje te były zwykłymi filmami, które różniły się jedynie tym, że zamiast zagrane przez aktorów były narysowane.


Falę drugą stanowiły seriale w rodzaju Dragonballa i Sailor Moon adresowane w niszę, która w tamtym okresie zupełnie była nie obsadzona, czyli do nastolatków. W odróżnieniu od klasycznych kreskówek stawiały na postacie wiele bardziej jednoznaczne, poruszały tematy jak miłość, seks, przemoc oraz codzienne problemy życia szkolnego. Bohaterowie nie byli kształtowani na wzorce dydaktyczne, a byli znacznie bardziej ludzcy, nie zawsze wygrywali, dostawali pałę za pałą i generalnie stanowili powiem świeżości.


Kreskówki te były niejednokrotnie oglądane przez dorosłych, gdyż posiadały kolejny, podówczas rzadko spotykany element, to jest zwartą fabułę. Podczas, gdy kreskówki zachodnie najczęściej w ogóle jej nie miały, a nawet pełnoprawne seriale posiadały budowę opartą na zasadziemonster of the weekczyli w każdym tygodniu nowa przygoda, tak anime posiadały zwarte, konsekwentnie budowane fabuły. Co więcej, dzięki dość swobodnemu szafowaniu życiem postaci były one bardzo dramatyczne i wciągające, rzecz w tamtym okresie niespotykana w serialach.


W zasadzie to, kiedy o tym myślę istniała też trzecia kategoria serii, czyli różnego rodzaju komedie romantyczne, typu Tenchi Muyo czy Oh! My Goddess. Poziomem reprezentowały one mniej-więcej produkcje w rodzaju Weird Science, z tym, że zamiast beznadziejnych aktorów i słabych kamerzystów najęto do ich realizacji rysowników.


Rok 2000 nadchodzi i mija


Czas nie stał w miejscu, tak więc anime ewoluowało i zmieniało się. Przyszły i mijały różne mody. Był czas manii ma grafikę komputerową, czas manii adaptacji gier jRPG i randkowych, który bogu dzięki mija. Obecnie panuje mania ekranizacji japońskich powieścideł dla nastolatków, z których to adaptacji jedne lepsze, a drugie gorsze (choć od ekranizacji gier i tak lepsze) oraz plaga zwana jakomoe” (która na szczęście chyba powoli wygasa). Ostatnio wyraźna staje się moda na serie obyczajowe. Jeśli ta faktycznie zapanuje, to ja przełączę się na oglądanie wyłącznie seriali.


Cechą charakterystyczną ewolucji anime jako gatunku w późnych latach 90-tych XX wieku i na początku XXI stulecia było stopniowe skupienie się na nurcie młodzieżowym. Do tego doszła jeszcze stopniowa formalizacja gatunku, wykształcenie się szeregu archetypów, które powielane w niemal każdym tytule oraz ogranych chwytów fabularnych. Oczywiście wyjątki. Niemniej jednak ostatnie lata nie były szczególnie łaskawe dla tego typu produkcji.


Poważna zmiana polegała na sposobie dystrybucji anime. O ile w latach 80-tych i wczesnych 90-tych anime było kręcone głównie na rynek kaset i wypożyczalni wideo i generalnie miało sprzedać siebie, tak od połowy lat 90-tych większość produkcji, to jak się zdaje serie telewizyjne, których główne zadanie polega na sprzedaniu śmiecia reklamowanego w ich trakcie, w mniejszym stopniu własnych edycji DVD.


Nacierają dywizje pancerne HBO


W międzyczasie na rynku zaszły inne, poważne zmiany. Był nim rozkwit tak zwanegoserialu nowej generacji. W zasadzie początkiserialu nowej generacjinikną dla mnie w dziejach, a na Wikipedii nie pisze o tym nic wartościowego. Jednak gdzieś tak do końca lat 90-tych uznawano, że serial to a) takie coś gorszego od filmu, na co nie za bardzo warto zwracać uwagę i wydawać pieniądze b) co nie może w żadnym wypadku posiadać zwartej fabuły, bo widz nie będzie mógłwejść w akcjew dowolnym momencie c) generalnie to taki kinematograficzny kit służący do zapchania miejsca między reklamami.


Pod koniec lat 90-tych odnotowaliśmy natomiast znaczący rozwój telewizji opartej o technologie cyfrowe, płatnej na abonament. Jako, że w tym wypadku widz, zamiast oglądać to, co mu łaskawie dajemyza darmoi znosić pasmo reklamowe co 5 minut oglądał to, za co płacił, to wymagał. Należało mu więc zaserwować produkt rozrywkowy na wysokim poziomie.


Jednym z pierwszych seriali wyłamujących się z tradycji była Kompania Braci nagrana przez HBO. Serial stanowił zamkniętą całość, choć nadal widać w nim epizodyczność fabuły, pochłonął też budżet w wysokości 125 milionów dolarów. W efekcie nakręcono 10 godzin emocjonującej, krwawej sieczki w historycznych realiach. Po nim nastąpiły dalsze produkcje. Serialenowej generacji” nie tylko prześcigały klasyczne anime pod względem efektowności, ale posiadają też często zwarte, dramatyczne fabuły, w których bohaterowie giną, na ich miejsce pojawiają się nowe postacie i cały czas dzieje się coś emocjonującego. Stanowiły też zajmującą opowieść. Czyli miały coś, co było dotychczas głównym atutem anime. Oprócz tego były pod każdym względem dużo lepsze: miały lepsze efekty, lepsze scenariusze, lepsze aktorstwo, lepsze wszystko...


Przy okazji widoczny zrobił się kolejny problem anime.


Brak killerów


Killer to pojęcie z marketingu sprzętu elektronicznego. Jest to aplikacja lub software, które de facto sprzedaje sprzęt i napędza związany z nim rynek. Microsoft Office w wypadku PC-tów, Gears of War i Halo w wypadku X-Boxów etc.


Avellana, naczelna Tanuki.pl krytykuje mnie, gdyż bardzo często w swoich tekstach próbuje odwoływać się do tytułów spoza getta japońskich kreskówek. Twierdzi przy tym, że porównywanie produkcji totalnie od siebie różnych gatunków. Moim zdaniem nie ma racji. Po pierwsze: kryminał to kryminał, science fiction to science fiction, a obyczaj to obyczaj. Nie ważne, czy jest napisany, zagrany czy narysowany oraz czy powstał w USA, Azji czy Afryce. Po drugie: w rzeczywistości liczą się wyłącznie killery. Nikt nie będzie oglądał czegoś średniego, czy nawet dobrego, jeśli może oglądać genialne, doskonałe widowisko. Jedynym wyjątkiem są fanatycy.


Problemem anime jest fakt, że w ostatnim czasie nie było zdolne dostarczyć owych killerów. Kiedyś były filmy w rodzaju Ghost in the Shell czy Akiry, które znali wszyscy. Dziś znikły. Od lat nie nakręcono nic o podobnie mocnym oddziaływaniu.


Owszem, cały czas zdarzają się dobre serie. Jednak nie są to produkcje, które wgniatałyby w fotel. Serial nowej generacji (serial, bo mam wrażenie, że dzieją się w nim ciekawsze rzeczy niż w filmie) natomiast przeciwnie. Jest robiony jako coś, co właśnie ma wgniatać w fotel i ciągnąć za sobą sprzedaż abonamentu. Spartacus: Blood and Sand, The Walking Dead, Boardwalk Empire czy moje ulubione Breaking Bad to właśnie tego typu produkcje. Mają dostarczyć niesamowitych wrażeń gościom, którzy płacą za kablówkę.


Odnoszę wrażenie, że brak killerów spowodowany jest tym, że w samej Japonii anime nie jest traktowane jako coś super, a raczej produkt drugiej kategorii. Większość najpopularniejszych serii ostatniego roku leciało około 3 w nocy, co raczej trudno nazwać porą szczytowej oglądalności. Oczywiście to może znaczyć wszystko i nic. W Polsce, jak chce się coś sensownego obejrzeć w bezpłatnej telewizji to też trzeba czekać do 23.


Epidemia majtasów


Kolejnym, moim zdaniem bardzo wyraźnym problemem anime jest swoista niedojrzałość tej formy sztuki. Seriale nowej generacji wbrew pozorom używają wielu podobnych elementów: kompleksowa fabuła, zasada „everyone dies”, przemoc i bryzgi krwi, golizna, postawienie na rozbudowane relacje między bohaterami, wątki miłosne etc. Oraz wszechobecny fanserwis. Czyli to, co fani chcieliby obejrzeć, a nie jest szczególnie ważne dla fabuły (czyli cycki dla facetów / wysmarowane oliwą torsy dla kobiet).


Problem polega na tym, że o ile w wysokobudżetowych i popularnych serialach to wygląda fajnie, tak z anime jest natomiast ten problem, że podczas oglądania mam wrażenie, że to kręcił jakiś mentalny 14-latek i to taki niezbyt mądry, którego koledzy w szkole bili, wyniki w nauce miał słabe, sprytu za nic, ze sportem sobie nie radził, a jedynym jego kumplem było Nintendo. Za to często naśladował grzech Onana. I naprawdę jarał się faktem, że Sasuke ma siódmy dan w aikido i rzucił w swojego wroga budynkiem... Albo co tam budynkiem: całym Tokio. Albo, że jakiejś panience widać spod sukienki majtki.


Erotyka w Anime to śmiech na sali: zaglądanie dziewczynom pod spódniczkę jak w gimnazjum, podniecanie się majtkami, podglądactwo i biusty falujące jak galareta. Coś, czego nikt, kto widział gołą babę (choćby w Internecie) ani by nie narysował, ani nie uznał za podniecające. Do odważnych scen z takiego Spartacusa temu daleko. Oglądanie czegoś takiego jest zwyczajnie krępujące. Człowiek czuje się jakby cofnął się do gimnazjum.


Walki natomiast to pożal się Boże... Z kreskówek, które oglądałem w ciągu ostatnich 4-5 lat najlepszą horeografię walk miał moim zdaniem Avatar: The Last Airbender, pogardzana przez wszystkich otaku produkcja amerykańska. To zaskakujące, że przemysł, który rocznie płodzi dziesiątki tytułów nie był przez te prawie już 7 lat w stanie spłodzić NIC porównywalnego.


Niestety bowiem wiadomo o co w walkach chodzi: „Nie o (cytując Kapitana Bombę) bzium-bzium z laserków tylko fajne teksty!” Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie za bardzo ma się kasę na owe laserki. Niestety w wypadku Japończyków mówić możemy ponownie o onanizmie „AAAAHHHH! Kazuko-san jest taki potężny! Jak walczył z Keichi-san to walną mu całą wyspą Honsiu! AAAAAHHHHHH!”, efekty specjalne ograniczają się do tego, że ktoś rysuje wielki wybuch atomowy (odnoszę wrażenie, że spowodowane jest to tym, że kulę ognia łatwiej animować, niż porządną scenę walki na miecze czy nawet strzelaninę), a gadki do „Kisama! („Kisama” po japońsku znaczy mniej więcej to samo, co „You bastard!” po angielsku – przyp. Zegarmistrz) Teraz poczujesz moją ultymatywną technikę! Nazwałem ją Ordo Exterminatus, bo taka jest jedwabista!”


Japoński neo-izolacjonizm


Ostatni powód, dla którego anime nigdy nie będzie popularne jest taki, że nie powstaje z myślą o jakimkolwiek rynku za wyjątkiem japońskiego. Niestety do tej pory historie kontaktów handlowych między producentami, a konsumentami tego typu rozrywki kończyły się tak, że:

- Japończycy dogadywali się z pasjonatami bez żyłki do interesu i ich przedsięwzięcie kończyło się porażką

- Japończycy dogadywali się z profesjonalnymi firmami, ale dostarczali produkt dostosowany do ich rynku / zewnętrznego rynku, którego reguł nie rozumieli, a który nie miał szans się sprzedać. W efekcie przedsięwzięcie kończyło się porażką.

- Japończycy dogadywali się z profesjonalnymi firmami i dostarczali produkt, który na rynku okazywał się strzałem w dziesiątkę. Przez chwilę panowała euforia, po czym Japończycy obrażali się o jakiś bezsensowny szczegół i cofali licencję.


Efektem jest taka sytuacja rynku, jaką można oglądać wszędzie. Tak więc w Polsce jest tak, jak z każdym innym hobby, czyli beznadziejnie. Niemcy wydaja u siebie już tylko pornole, we Włoszech egzystują tylko starsze serie (tzn. Sailor Moon) trzymające się głównie dzięki czynnikowi nostalgii, w Wielkiej Brytanii rynek anime właśnie dogorywa. Trzyma się jako tako we Francji, gdzie jest go całkiem sporo na DVD, ale to kraj prawie równie porąbany, jak Japonia oraz w USA, bo Amerykanie jako chyba jedyni potrafią się z Japończykami dogadać.


Sytuację komplikuje także skrajnie odmienny model biznesowy. W całym świecie serial telewizyjny kręcony jest po to, żeby sprzedać go telewizji, żeby ta mogła wziąć abonament / pieniądze z reklam. W Japonii odwrotnie: producent serialu KUPUJE pasmo, w którym ma prawo wyemitować swoje dzieło oraz określoną ilość reklam. Główny zysk idzie natomiast ze sprzedaży gadżetów, figurek, zestawów śniadaniowych, komiksów i innego śmiecia.


W efekcie Japończycy skupiają się na swoim podwórku i ani myślą wyściubiać nosa z rodzinnych wysp.

Komentarze


earl
   
Ocena:
0
@ Tyldomistrz

A co w komentarzu Kastora było piramidalną bzdurą?
30-12-2011 10:38
Headbanger
   
Ocena:
+1
Ja tam anime i mangi traktuje jak cokolwiek innego. Kilka przeczytałem/oglądałem, kilka nawet mam, kilka było dobrych dużo było bardzo głupich.

To co mnie najbardziej boli w anime to stylistyka z czapy, dziwaczni bohaterowie, durnowate i niepraktyczne stroje, durnowata motywacja postaci, przeintelektualizowanie - w każdym kinie/komiksie te rzeczy występują, ale tylko Japończycy są w stanie ten kicz eksponować jako atut, ba on nawet potrafi być celem samym w sobie.

Dlatego tak podobają nam się Gitsy, bo są normalnym serialem, z dość wiarygodnie prowadzoną fabułą, bez 7-metrowych mieczy, bohaterów męskich inaczej i panien z włosami układającymi się w struktury fraktalne + miseczką Z. O grzechach takich jak 5 minut trwające 80 minut, czy walki polegającej na gadaniu i porównywaniu "mocy" jakoby to była długość pędziora nawet nie wspomnę (choć właśnie to zrobiłem).

Z drugiej strony strasznie polecam takie "Duel Masters" - serial leciał do niedawna na CN, ale jest przeboski. Jasne popełnia WSZYSTKIE z tych klisz ale robi to z premedytacją i wręcz bezczelnie wprost mówi że "firma zrobiła ten serial tylko po to by promować sprzedaż kart do gry" (Tekst jednej z postaci), albo "Producent nie miał za dużo kasy więc animacje się powtarzają po to by zaoszczędzić i przedłużyć odcinki" (Również pojawia się na ustach postaci), skomentowane było nawet noszenie skórzanego płaszcza na gołe ciało. Jeden ze szwarc-charakterów wyglądający jak generic-rywal-głównego-bohatera-z-idiotycznymi-ciuchami w pewnym momencie rzuca tekstem "Ale niewygodne te buty, ale wyglądam w nich świetnie" xD. Boskie jest to, że sam serial w swojej konstrukcji wygląda jak typowa podróba YU-Gi-Oh! czy innego szajsu, i gdyby nie teksty jakie wypływają z ust postaci niczym by się nie różnił.

Fajnie jest usłyszeć pojazd po kliszowatym anime, właśnie w anime :)

----------------------EDIT-----------------------
@earl

Jego treść.
30-12-2011 11:52
Kastor Krieg
   
Ocena:
0
@Headbanger i reszta cwaniaków
Proszę, przytoczcie badania socjologiczne o mikrości zasięgu medium "manga & anime". Wątpię byście byli jednak w stanie cokolwiek przytoczyć, skoro wasze pojęcie o gatunku (dla mnie względnie obcym i obserwowanym z zewnątrz) jest tak mikre, że zawężacie go wyłącznie do kina cyberpunkowo/SF (GITS, Appleseed, Akira, et al) albo do shonen mangi (z targetem na chłopców w wieku 10+), uznając to drugie za dowód jałowości całej reszty gatunku poza "fajnym SF".

Nikt nie jest w stanie nawet beknąć na temat mecha, magical girls, yaoi, yuri, shojo, całej reszty seinen która nie jest cp/SF, czy też kierowanej do kobiet josei. Nic o przemianach kulturowych w Japonii powodowanych przez m&a, nic o roli m&a w edukacji seksualnej i kulturowej, nic...

Sama pustka przebija z tego wpisu. Anime to brak killerów, majtasy i walka oraz erotyka a'la śmiech na sali.

Jeżeli w w/w państwach azjatyckich, z ich rozmiarem populacji, coś jest popularne mniej więcej jak Mordoksiążka u nas (as in, większość młodych i spora część starych zna i korzysta), to Zegarmistrz ze swoją tezą o tym, że anime "nigdy nie stanie się popularne" po prostu ssie z brudnego palucha. Do czego zresztą przyznał się we wstępie, więc nie widzę problemu. Grzecznie podziękowałem za ostrzeżenie przed TL;DR wyssanym z kciuka.

A manga i anime nie potrzebują się stawać popularne, od paru dekad ładnych już są. Tylko nie w kulturowej pipidówie zwanej Rzeczpospolitą Polską.

Domyślam się, rzecz jasna, że jedyną "odpowiedzią" będą minusiki i [trolle] :*
30-12-2011 13:09
Ninetongues
   
Ocena:
+4
Oj tam, Kastor. Dodaj sobie do tytułu "bardzo" do "popularne" i "w Europie i na zachodzie" na końcu i już art będzie całkiem sensowny.

Nie trzeba badań socjologicznych, żeby zmierzyć skalę popularności. Podejdź do cioci i spytaj, czy słyszała o Rambo. A potem zapytaj o Spirited Away. End of story.

Inna rzecz, że na przykład w Polsce (sądząc z jakości i ilości fandomu) Anime jest popularniejsze niż np. RPG. To dopiero jest nisza nisz.
30-12-2011 13:30
nerv0
   
Ocena:
+1
@zigzak

Squid: Majazaki co? W życiu nie słyszałem - więc chyba nie taki killer, skoro mierżą mnie anime, a jednak GITSa, Ninja Scroll, Akirę czy Mononoke kojarzę.

Miyazaki jest właśnie autorem Mononoke, więc chyba jednak to jest killer. ;)
30-12-2011 13:36
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kastro Ty musiałeś robić sobie wycieczki osobiste? Teraz z twojego posta zrobi się Troll Wars,mimo że napisałeś do rzeczy.
30-12-2011 13:39
Kastor Krieg
   
Ocena:
0
@tylda
Patrz pytanie Earla. Head i reszta nawet nie mają argumentów. Sami się kasują. Jeśli chce im się flejmić, to wolna droga (o ile Zegar nie zacznie ciąć).

@9
Znaczy, zaraz, to ja mam przycinać tezę Zegara, żeby miała choć minimalny sens? Poza tym, popytaj komiksiarzy o związki francuskiej szkoły komiksu z inspiracjami czerpanymi z anime i pomyśl o popularności tej szkoły w Europie.

Cioci-chochoła byś się wstydził, taki paskudny strawman. "Spytałem wujka, nie wie co to Chuck Norris i Terminator, ale nagrał mi parę lat temu Hauru i Totoro. Widocznie są bardziej popularne!" ;)
30-12-2011 14:04
~Nadtyldspektor

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+3
A świat był taki piękny, gdy bobra nie było.
30-12-2011 14:16
kbender
   
Ocena:
+6
@KK
Po co flejmić? Nawet jeśli Cię wkurzamy jako "amatorzy nie znający tematu", zapytuję się, po co podkręcać atmosferę prywatnymi wycieczkami?

Poza tym, piszesz, że autor nie ma racji, a po chwili wspominasz, że nawet nie przeczytałeś tekstu. Ba, wytykasz nam, że nasza wiedza o anime nie ogarnia gatunków i tytułów, które zostały wymienione tekście. Sorry, jeśli ktoś się sam kasuje to Ty.
30-12-2011 14:22
Headbanger
   
Ocena:
0
Czemu jeździsz po mnie bobrze skoro nawet nie odniosłem się do twojej wypowiedzi, wyczuwam tutaj osobistego trolla. Słuchaj Kastroll, napisałem tekst, który wydał mi się zabawny (tak, to był dowcip, szkoda że nie zauważyłeś tego), a w polemikę nie chcę wchodzić z człowiekiem, który raz nawet udowodnił że nie umie matematyki, więc zabieraj grabki i wypad z mojej piaskownicy.
30-12-2011 23:23
AdamWaskiewicz
   
Ocena:
0
@ Headbanger - to akurat piaskownica Zegarmistrza
31-12-2011 00:20
Headbanger
   
Ocena:
0
Chodziło mi o moją przestrzeń osobistą :)
31-12-2011 00:24
kbender
   
Ocena:
0
Przyjdzie zegarmistrz i pousuwa te komentarze... znaczy się, popakuje nas w te sreberka.
31-12-2011 01:00
Kastor Krieg
   
Ocena:
0
@kbender
Odniosłem się przede wszystkim do bzdurnej dyskusji pod tym, co Zegar napisał. Co on mógł napisać sensownego, skoro sam przyznał się na wstępie, że tylko zgaduje na podstawie domysłów na temat? I nie, nie chodzi o "amatorów", bo sam zaznaczyłem, że znam temat ledwie powierzchownie, tylko o pewien rodzaj - bo ja wiem? - mentalnej higieny i modicum skromności? "Nic nie wiem, ale i tak się podzielę tym, co sądzę na temat!" jest marnym bodźcem do tworzenia materiałów, którymi warto zasypywać blogosferę. Wkurza mnie nie Zegar, ani jego tekst, ani nawet pseudoekspercka dyskusja o niczym (bo na temat tekstu bez podstaw merytorycznych nawet), lecz ogólny zjazd po równi pochyłej.

Kiedyś, panie dziejku, można było przeczytać naprawdę fajne rzeczy na blogach Poltera - squi o kryminalistyce, Cravena cykl o filmach i inne. A teraz poziom wyznaczają autorzy, których litościwie pominę milczeniem, i tak w dodatku odsyłający na zewnętrzne blogi. To mnie wkurza.

Klikając linka miałem nadzieję na jakieś ciekawe socjologiczne insiderskie spojrzenie na fenomen M&A, a może analizę od strony zapotrzebowań mediów? Podbudowane marketingową wiedzą rozważania na temat profilu targetu i jego zmian w ostatnich dekadach? Zamiast tego dostałem, co dostałem, razem z "dyskusją" pod. Dla mnie - żenada.

To, co napisałem zaś, to nie osobiste wycieczki, tylko personalnie nazwanie osób, które plotą owe bzdury. Mogły nie pleść ich pod własnymi nickiem, geez.

@Headbanger
Widzisz, acan, nie zniżę się do twojego poziomu przekręcania ksywek i innych epitetów, uciekania w "to był dowcip, nie zauważyłeś tego", krzywdzenia ojczystej gramatyki ("nie umie matematyki"? RLY?) oraz wyganiania cię z miejsca, w którym nie mam nic do gadania.

Zamiast tego, po prostu nadal będziesz dla mnie nikim.
31-12-2011 01:10
Headbanger
   
Ocena:
+3
"Zamiast tego, po prostu nadal będziesz dla mnie nikim."

Mówiłeś coś o mentalnej higienie bobrze? Skończ z poniżaniem samego siebie i przestań wypowiadać się gdziekolwiek, banowali cię już nie bez powodu. Nie masz za grosz kultury, jesteś zadufany w sobie i myślisz, że wszystkie rozumy pozjadałeś. Nigdzie nie spotkałem się z dobrą opinią na twój temat...

Nie jestem w stanie traktować cię poważnie, ba nawet nie zasługujesz na zgłoszenie tego tekstu do repka jako nadużycia - nie da się upaść niżej.

"wyganiania cię z miejsca, w którym nie mam nic do gadania"
Czy tak ciężko pojąc tekst "Zejdź ze mnie"? Mam prawo cię wygonić z tamtego miejsca, ale nie chcę używać wulgaryzmów, choć zmusiłeś mnie do powiedzenia bardziej dosadnie:
Odpierdziel się ode mnie

"krzywdzenia ojczystej gramatyki"
Przepraszam panie Miodek. Ok, ja krzywdzę gramatykę ty matematykę, jesteśmy kwita? Możesz się w końcu odpierdzielić?

------------------------EDIT------------------------
"litościwie pominę milczeniem"

Oj, łaskawco.
31-12-2011 10:49
zegarmistrz
   
Ocena:
+3
Klikając linka miałem nadzieję na jakieś ciekawe socjologiczne insiderskie spojrzenie na fenomen M&A, a może analizę od strony zapotrzebowań mediów? Podbudowane marketingową wiedzą rozważania na temat profilu targetu i jego zmian w ostatnich dekadach? Zamiast tego dostałem, co dostałem, razem z "dyskusją" pod. Dla mnie - żenada.

A twoim zdaniem skąd mam mieć takie dane? Miałem na potrzeby tego wpisu pojechać do Tokio i prowadzić wywiady z szefami największych wytwórni? A może wynieść wyniki badań rynku z TVN?

Bo oczywiście istnienie czegoś takiego jak felieton "utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający - często skrajnie złośliwie - osobisty punkt widzenia autora" umknęło twojej uwadze.

Kiedyś, panie dziejku, można było przeczytać naprawdę fajne rzeczy na blogach Poltera - squi o kryminalistyce, Cravena cykl o filmach i inne. A teraz poziom wyznaczają autorzy, których litościwie pominę milczeniem, i tak w dodatku odsyłający na zewnętrzne blogi. To mnie wkurza.

Nie na mnie się obrazili.
31-12-2011 10:52
Kastor Krieg
   
Ocena:
0
@Headbanger
Znaczy, wydaje ci się, że Headbangerom wolno publicznie lżyć Kastory, ale Kastorom wyrazić swojej opinii o Headbangerach już nie? Przyjmij fakty na klatę, nie masz monopolu ani kontroli nad przestrzenią konwersacji, to nie twój kibel z którego możesz ludzi wyganiać. Teksty o "ośmieszaniu się", "upadaniu niżej" są żenujące dla czytelnika na pewnym poziomie, a tych poniżej tegoż, którzy cię plusikują, mam w poważaniu. Co do banowania zaś, to przyjmowali mnie tu dwukrotnie z powrotem z pocałowaniem w rękę (zapewne nie bez powodu, hm?), po czym sam odszedłem zniesmaczony.

Cytując Krahulika z niedawnego fajnego flejma (Paul Cristoforo, teh lulz) - "This is the internet, bitch."

@Zegarmistrz
To jest felieton? Miałbym problem z rozponaniem powyższego jako tego gatunku. Felieton "prześlizgiwałby się sprawnie po temacie", obskakując kilka innych, siejąc zabawnymi puentami do licznych aluzji. Poczytaj sobie Politykę, Wprost - kurczę, poczytaj sobie nawet blog WO i jego trollujące notki. To są felietony.

To zaś, co napisałeś powyżej, to w formie konkretny artykuł na zadany temat i się zeń nie ześlizgujący ani na jotę. Ta forma zasługuje już na modicum dziennikarskiej rzetelności. Oczywiście, jest to pisane na blożku dla ziomciów z Polteru, nie w kolumnie za Geld dla naczelnego i miliona czytelników gazety - mogło się bezkarnie nie udać i już. Tym niemniej, po prostu zęby mi zgrzytnęły, sorry za dziamganie :)

Co do źródeł zaś - założę się, że gdybyś pokopał w archiwum jakiegoś wydziału socjologii choćby, o kulturoznawstwie nie mówiąc, na pewno znajdą się prace na ten temat, które warto byłoby przeczytać. Nie mówiąc już o tym, że niektóre uniwerki takie rzeczy trzymają publicznie na internetsach.

Nu, ale dobra, z ciebie akurat, w przeciwieństwie do ponurego typa powyżej, można zejść. Spróbowałeś coś napisać, w lżejszym duchu ewidentnie niż to odebrałem, medium też mało poważne. Kudos za próbę, też się liczy.

Dzięki i wybacz pieniącą się w moim kierunku bucerię na Twoim blogu.
31-12-2011 13:40
Headbanger
   
Ocena:
+1
"wybacz pieniącą się w moim kierunku bucerię na Twoim blogu"

Co za tupet?! Wstydu nie masz? I taki ktoś mówi mi cokolwiek o przyjmowaniu na klatę? To już nawet nie jest śmieszne...

"jest to pisane na blożku dla ziomciów z Polteru"

Niektórzy mogą się pochwalić tym, że mają jakichś ziomciów.

"a tych poniżej tegoż, którzy cię plusikują, mam w poważaniu"

Wiesz co ludzie powiadają? Jak jedna osoba powie ci żeś osioł, olej go, jak mówią 2 zerknij w lustro, jednak jak już 3 to spraw sobie siodło. Tobie mówi to cały fandom i internet. Większego bufona chyba nie widziałem... jako dowód:

"Co do banowania zaś, to przyjmowali mnie tu dwukrotnie z powrotem z (!)pocałowaniem w rękę(!) (zapewne nie bez powodu, hm?), po czym (!)sam odszedłem zniesmaczony.(!)"

To chyba nie wymaga komentarza...
31-12-2011 16:02
Kastor Krieg
   
Ocena:
+1
Tja. Przepraszam raz jeszcze, Zegar.

Tak czy inaczej, wesołego Nowego Roku. Nawet trollom i tyldom ;)
31-12-2011 16:45
Headbanger
   
Ocena:
+1
Chociaż raz powiedziałeś coś z senem. Dosiego Roku.
31-12-2011 16:46

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.