» Artykuły » Inne artykuły » Disco-polo polskiej fantastyki

Disco-polo polskiej fantastyki


wersja do druku
Disco-polo polskiej fantastyki
Przeryłem się przez dyskusję pod tekstem p. Aleksandry Janusz i, wyłapawszy co ciekawsze myśli, postanowiłem się do nich zbiorczo ustosunkować.


Padła teza, że dobry pisarz wyda książkę zawsze, a przy tym wyda ją nawet, jak napisze raz na kilka lat.

Generalnie mogę się z tym zgodzić (tylko, na Boga, czemu za przykład posłużył tu akurat jacek sobota?, celowo małą literą - ciąży na nim anatema za uchylenie się od pojedynku). Trzeba jednak spełnić kilka warunków - tzn. mieć silne plecy w środowisku i być dobrze zakumplowanym z wydawcami. Ja piszę o sytuacji normalnej - wchodzi człowiek z ulicy z jedną książką. I mówi, że kolejna ewentualnie za trzy lata. Szanse kogoś takiego nie są duże. Dla wydawcy każda publikacja to inwestycja i ryzyko. Do pierwszej książki czasem się dokłada. Zyski są z kolejnych. Dobra inwestycja to pisarz, który przez całe lata dostarcza z morderczą regularnością kolejne maszynopisy. Optymalne rozwiązanie to przyniesienie jednej książki do wydania od razu i drugiej nie dopisanej jeszcze do końca, ale dobrej i zaawansowanej w 75% i konspektu dwu kolejnych. Optymalne rozwiązanie to posiadanie dodatkowo na koncie 10 opowiadań puszczonych w gazetach. Tekstów, z których można by w przyszłości złożyć zbiorek.


Granice, etc. a ogólnie: czy pisanie jest sztuką

Generalnie pisanie jest rzemiosłem. Ma swoje reguły, używa się do tego konkretnych narzędzi. Od czasu do czasu trafia się wśród pisarzy artysta. Ok., niech sobie żyje. Ja podchodzę do tego zawodu chłodno i z dystansem. Książka to produkt taki jak garnek. Robi się ją na tym etapie ręcznie (choć amerykanie już pracują nad automatyzacją). Zapotrzebowanie jest spore, dla ok. 7% populacji nadal jest to towar pierwszej potrzeby. Zatem niezbędni są sprawni rzemieślnicy. Przychodzi człowiek na targ i widzi setki garnków. Jeśli od małego jest przyuczony, że zupę gotuje się w garnku, to wybierze sobie mniejszy czy większy, polewany lub kamionkowy - taki, jakiego lubi używać w kuchni. Wśród setek normalnych czasem trafi się jeden fikuśny - ulepiony przez garncarza artystę. I ktoś go też kupi - żeby był na wigilijną zupę grzybową... Jeśli jednak człowiek przyjdzie na targ i zamiast setek funkcjonalnych garnków zobaczy trzy fikuśne do wyboru, to obejrzy i odstawi - bo nie bardzo będzie wiedział, że w tym się zupę robi.

Artyści żyją z tego, że wykorzystują znudzenie szarego człowieka wyrobami rzemieślników. Ale żeby mogli funkcjonować, jest potrzebne to znudzenie. Specyficzne znudzenie produktem na tyle dobrym, by skłaniał do poszukiwań jeszcze lepszego, a nie do przejścia na mosiężne kociołki. Stąd potrzebne są dobre książki dla mas, które zachęcą do czytania, a z czasem do poszukiwań jeszcze lepszych. Takie właśnie staram się pisać.


Problem weny

W znacznej mierze jest to problem sztuczny i wymyślony przez artystów, którzy są tak genialni i wrażliwi, że rozprasza ich bębnienie kropli po parapecie. Przez ludzi, którzy chcą być artystami, ale nie są w stanie wykrzesać z siebie pomysłu choćby na poziomie rzemieślniczym. Każdy ma lepsze i gorsze dni. Kiedy nadchodzi gorszy nie należy leżeć do góry brzuchem. Zawsze są jakieś teksty do poprawiania i szlifowania... No, chyba, że jest się artystą nie uznającym poprawek.


Związek literatury, pieniędzy i grafomanii

Artysta piszący jedną książkę na trzy lata musi mieć inne źródła dochodu (chyba, że nazywa się Sapkowski i raz na trzy lata sprzeda tyle egzemplarzy, że potem ma z czego spokojnie żyć). Rzemieślnik nastawiony na życie z pisania musi pisać 2-3 książki rocznie. Dobrze by też było, gdyby stale miał w szufladzie 2-3 dobre maszynopisy jako rezerwę w wypadkach losowych. Grafoman niejako z definicji nie otrzymuje za swoją pracę wynagrodzenia - bo generalnie nikt nie chce go wydać, a jeśli ktoś się skusi, to zrobi to jednorazowo. Czasem trafi się grafoman, któremu uda się wydać książkę dzięki pracy po linii towarzysko-partyjno-płciowej. Albo bogaty, który zanosi maszynopis do drukarni i daje kasę, a oni robią resztę.

Jeśli ktoś pisze grafomanię, ale znajduje wydawców i czytelników, to oznacza, że dostarcza produkt komuś potrzebny. W tym przypadku trudno: jest grafomanem, ale jest też z niego jakiś pożytek. Dlatego ja, choć wzdycham z ubolewaniem nad przypadkiem niejakiej Masłowskiej, to nie potępiam ani Jej, ani wydawcy, ani czytelników. Dla mnie Jej proza to gówno - ale widać komuś do szczęścia i gówno jest potrzebne. Ktoś lubi się tarzać w chlewie - co mi to przeszkadza? Wkurzają mnie natomiast grafomani ciągnący gigantyczne pieniądze w postaci dotacji z MkiS. Jestem kapitalistą i wyznaję jasne reguły: nie umiesz lepić ganków, które ktoś chce kupić to spier... z naszego targu i tyle.


Co do mojej prozy

Padł argument, że moja proza to wodolejstwo, brak pomysłów, mielenie w kółko tego samego etc. Ludzie, pobudka. Dotacji nie biorę. Każdą kolejną moją książkę kupują tysiące ludzi, którzy najwyraźniej to właśnie lubią czytać (albo, którym ten straszliwy grafoman Pilipiuk zrobił wodę z mózgów). Dotacji nie biorę. Płacę podatki, które potem idą na dotacje dla rozmaitych wydrwigroszy. Nikogo nie atakuję. Siedzę sobie w warsztacie i lepię pracowicie swoje garnki. Może i pokraczne, ale ludziom jakoś się podobają. Mam sygnały, że moje książki czytają łebki, które wcześniej nie czytały nic. Nie mam sygnałów, że kogokolwiek moja proza zniechęciła do czytania.

Polskie piekiełko podziwiam, ile razy wystawię głowę z mojej szopy. Fantastyka mnie nie lubi i udaje, że mnie nie ma. Na dwanaście wydanych książek raczyli zauważyć trzy. Science Fiction - podobnie - udaje, że nie istnieję. Lampa zamieszcza paszkwile na moją prozę pisane przez frustratów z ich naczelnym na czele. W Internecie jacyś podpisani pseudonimami obrońcy "czystości rasowej polskiej SF" wbijają mi mniej lub bardziej udane szpilki. A ja na to czniam.

Czytelnicy też jakoś nadal to kupują. Kupują moje książki w ilościach, które pozwalają mi z trudem, bo z trudem, ale związać koniec z końcem (o zgrozo, czytelnicy ci jakoś nie rzucili się masowo na dzieło wspomnianego tu jacka soboty i innych "artystów"). I może to tak straszliwie boli moich adwersarzy? Ludzie, kultura masowa zawsze trafia do większej liczby odbiorców niż elitarna. Takie są prawa buszu.

I jeszcze jedno: kim są u diabła "różowi czternastolatkowie" - chodzi o ich kolor polityczny czy orientację seksualną!?


Moje poglądy

Sorry - uważam się za człowieka myślącego zdroworozsądkowo. Dla znacznego odsetka ludzi to, co głoszę to "skrajna prawica", "faszyzm", zwyrodniały kapitalizm, moherowy katolicyzm, zaściankowość, homofobia, rasizm, ksenofobia, pochwała feudalizmu, nacjonalizm (ciekawe: zarzucać polski nacjonalizm człowiekowi z moim pochodzeniem?), a jakbym napisał coś kiedyś o Żydach, to jeszcze dostanę w promocji łatkę antysemity.

Bohaterowie literaccy stanowią swojego rodzaju alter ego pisarza. Moi bohaterowie pozytywni mają poglądy równie "skrajne & niedorzeczne" jak ja. Moi bohaterowie negatywni nie dość, że są lewakami, to jeszcze zazwyczaj marnie kończą. Po prostu lubię pisać to, co sam chciałbym przeczytać. I nie narzucam sobie ograniczeń.

Wychowawcza rola literatury moim zdaniem skończyła się w chwili wynalezienia telewizji. Jeśli komuś poglądy moich bohaterów przeszkadzają - niech sięgnie po kryptolewicową prozę Sapkowskiego. I tyle. Raz w życiu ostrzej zamanifestowałem swoje poglądy, gdy zdecydowałem się zbojkotować Polcon 2007. Uznałem, że są przegięcia, których normalny człowiek nie może tolerować. I tyle.


Fani są wybredni

Ok. To dobrze. Ale kapitalizm, którego jestem zagorzałym wyznawcą, zakłada po pierwsze swobodę wyboru, po drugie wolność gospodarczą. Dostarczam na rynek moje garnki. Podobnie dostarczają je tam moi koledzy po fachu (i kilka bardzo zdolnych koleżanek). I niech klient wybrzydza do upojenia. Wszystkich nie kupi. Lepię po swojemu. Z drugiej strony nikt nie zmusza mnie, żebym ulepione garnki zdobił przedstawieniami całujących się facetów - mam więc swobodę twórczą i tematykę dla mnie obrzydliwą po prostu omijam łukiem. Mógłbym dorzucić scen erotycznych i sprzedać, powiedzmy, dwa tysiące sztuk książki więcej. Ale nie muszę.


Odnośnie anegdotki...

To zabawne jak w naszym kraju ludzie, którzy uważają się za profesjonalistów, podchodzą do innych, którzy też uważają się za profesjonalistów. Miałem za sobą kilkanaście tomów kontynuacji Pana Samochodzika. Postanowiłem zrobić coś, by podwoić moje roczne dochody.
Ciąg dalszy przebiegał tak, jak zanotowała to Achika w swoim kapowniczku. Wymyśliłem serię powieściową dla młodzieży. Zaplanowałem ją na zimno i bez emocji. Uznałem, że jestem w stanie pisać po 4 tomy rocznie. Cały cykl obliczyłem na jakieś 12-16 tomów. Ustaliłem standardową długość tomu na 180 stron znormalizowanego maszynopisu - czyli objętość "samochodzika". A potem się zadumałem. Jeśli przyjdę do wydawnictwa i zaproponuję napisanie 16 książek w 4 lata, zostanę spuszczony ze schodów. Niewykluczone, że zadzwonią po panów z odpowiednim kaftanikiem (w tej chwili sobie uświadomiłem, że jedno z wydawnictw, do których planowałem uderzać, miało siedzibę w Łodzi! Brrr...).

Problem ten postanowiłem rozwiązać, pisząc "próbkę" - tzn. 4 pierwsze tomy. A potem po prostu - siadłem i napisałem. Nie cztery, dwa zaledwie. Łącznie 360 stron. Zajęło mi to jakieś pięć tygodni nieludzkiej harówy. Wymyśliłem list intencyjny, dodałem konspekty dwu kolejnych tomów, informację o kształcie planowanej serii oraz moje CV, w którym chwaliłem się bodaj dziesięcioma wydanymi "samochodzikami".
Próbkę rozesłałem do czterech największych wydawnictw publikujących dla dzieci i młodzieży. Do dnia dzisiejszego - tzn. przez sześć lat, otrzymałem jeden list z lakoniczną informacją, że moje żądania finansowe (tzn. cztery tysiące złotych za maszynopis, w zamian za prawa dla wydawcy na pięć lat) są nazbyt wygórowane. Fantastykę dla dzieci chwilowo zarzuciłem - czekam, aż w tej branży pojawią się profesjonaliści, z którymi będzie można nawiązać kontakt.


Rozumiem zarzuty, że pisuję fantastyczne harlekiny

Rozumiem zarzuty, że pisuję fantastyczne harlekiny (a gdzie u licha w mojej prozie jest ta miłość!?), że Wędrowycz to disco-polo fantastyki etc. No dobra. Moja proza to jest disco-polo fantastyki. I co, do cholery, w tym złego!? Czy każdy musi kochać Verdiego z Bachem? Jak ktoś chce sobie poczytać odpowiednik Chopina, to niech bierze się za książki Dukaja. Czy ja komuś zabraniam czytać Dukaja? Mogę nie lubić Sapkowskiego, mogę prywatnie uważać go za żałosnego megalomana z przerostami ego, ale nie wzywam do bojkotu Wiedźmina.

Czy ja kogokolwiek oszukuję? Czy od kogokolwiek wyłudzam jego pieniądze? Istnieje rzesza ludzi, którzy wymagają od piosenek, żeby prostym i zrozumiałym językiem opowiadały o miłości i o tym, że "nad naszą wsią przeleciał meteoryt". I co? Mamy ich pozamykać w obozach i puszczać im na okrągło Wagnera aż przywykną? Komuna już próbowała. Socjaliści wyrżnęli kilka gatunków prozy równo z ziemią. Dziwnym trafem ludzie, zamiast czytać klasykę, przestali czytać w ogóle. Popatrzcie na fantastykę. W latach osiemdziesiątych mieliśmy Zajdla, Borunia, Trepkę, Lema. Była też "seria z glisdą" dla mniej wymagającego czytelnika. Efekt? Fantastykę czytały rzesze ludzi. Nakłady po 100 tysięcy sztuk znikały z księgarń. Po 1990 roku nastąpił regres. Ukazywało się niewiele polskiej prozy i była ona robiona na jedno kopyto. Coraz mniej było książek dla zwykłego zjadacza chleba. Na naszym targu zostały garnki fikuśne. I spora część ludzi stwierdziła, że skoro nie ma odpowiednich naczyń, pora przestać jadać zupę.


Fabryka Słów dostrzegła lukę rynkową i nastawiła się na masową produkcję garnków do zupy. I ludzie powoli znowu przyzwyczajają się do tego dania. Cieszę się, że przyłożyłem rękę do ratowania ich kulinarnego gustu. Amen.

Komentarze


starlift
    Calkiem trafnie napisane
Ocena:
0
choc podsumowanie byloby krotkie: wolny rynek.

A formatowanie tekstu jest straaasznie kulawe.
08-01-2007 22:23
Sting
    Pracujemy właśnie nad formatowaniem :)
Ocena:
0
08-01-2007 22:34
inatheblue
   
Ocena:
0
A ja jeszcze dodam, że jakby się nie próbowało pisać, i tak wyjdzie "po swojemu". Nastawianie się z góry na zawartość sztuki w sztuce i różne manifesty są z góry skazane na niepowodzenie. Przeważnie stosujemy wzorce, które z jakiejś przyczyny mocniej wdrukowaliśmy sobie na etapie dziecięcym. Neurobiologia się kłania :P
08-01-2007 23:09
Sting
    Nie wdrukowaliśmy...
Ocena:
0
...tylko przyjeliśmy w procesie socjalizacji najpierw pierwotnej, a później wtórnej. :P
08-01-2007 23:16
~Anka

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ja się tylko zastanawiam - skoro Andrzej Pilipiuk na to wszystko "cznia", to po co ta sążnista polemika? Nie rozumiem też tego pogardliwego homogenizującego stosunku autora do "lewaków". Nie wiem czy uznałby mnie za "lewaczkę", ale w przeciwieństwie do niego staram się okazywać ludziom szacunek i nie kopać ich tylko dlatego, że jawią mi się przedstawicielami jakiejś grupy społecznej (czy wyznawcami jakiejś ideologii). Generalnie uważam, że tolerancja (nawet przegięta w stronę poprawności politycznej za wszelką cenę) mniej wyrządza szkody niż pogarda i szowinizm we wszelkich odmianach.

A skoro Andrzej Pilipiuk uważa, że proza Masłowskiej to gówno, czemu tak się oburza na Lampę, która "zamieszcza paszkwile na moją prozę pisane przez frustratów z ich naczelnym na czele"? Skoro szanowny autor ma prawo nazwać czyjąć prozę gównem, to chyba nie powinien mieć pretensji do recenzentów o niezbyt pochlebne opinie o swojej (nie sądzę notabene, żeby recenzeci Lampy takich słów użyli)?
09-01-2007 07:42
~Czytelnik

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Anka +1
Tak bywa ze źdźbłem w oku bliźniego ...

"Andrzej Pilipiuk" wychodzi na 0. [+1 za wolny rynek i obronę disco-polo (a raczej prawa do samodzielnego wyboru chłamu, który chcemy czytać/słuchać) a -1 za nieudolne próby krytyki literackiej przy jednoczesnym pokazywaniu własnych blizn po krytyce - po prostu - fuj!].
09-01-2007 08:25
~orbitoski

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
no bez przesady. primo, z recepzją Soboty nie jest tak źle. Recenzje w NF sie przeciez ukazują, a że nie wszystkie które Andrzej wypusci to już raczej kwestia ich liczby przełamanej przez niewielką ilośc miejsca poświęconego na recenzje w piśmie. Natomiast nieporozumieniem jest ocena postawy Lampy i jej naczelnego. Dunin z kolegami wylał na prozę Andrzeja Pilipiuka wiadro pomyj, ale samego autora do glosu dopuścił, robiąc z nim wywiad na parę stron. To się nazywa uczciwość, prawda?
09-01-2007 10:15
Charleene
   
Ocena:
0
A mnie się wydaje że pan Andrzej "Andrzej Pilipiuk" Pilipuk (przepraszam redakcję, nie mogłam się powstrzymać) napisał tekst w momencie zbyt dużego wzburzenia, a to tekstom nigdy na dobre nie wychodzi, nawet jeżeli autor potrafi się tak sprawnie posługiwać słowem jak "Andrzej Pilipiuk".
09-01-2007 10:41
~GeedieZ

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wszystko fajnie, tylko dlaczego tak ostro po Jacku Sobocie? Z resztą tekstu p. Pilipiuka można się zgodzić, poza tym wstrętnym wtrętem o homoseksualiźmie.

I tak się spytam nieśmiało: skoro wie Pan, że tworzy pan disco-polo polskiej fantastyki i przyznaje się do tego, to czy nie ma Pan czasami ochoty napisania czegoś głębszego, bardziej... wybitnego? Może warto kiedyś wylepić taki garnuszek z esami-floresami? Chociażby po to, by im wszystkim pokazać, że się potrafi. Czy wolałby Pan zostać zapamiętany jako autor kilkudziesięciu dowcipnych książek, z której każda sprzeda się lepiej niż wszystkie książki Jacka Soboty razem wzięte, czy może raczej wolałby Pan być zapamiętany za 1, 2 książki ale takie, które zryły totalnie czytelnikom banie (w sensie pozytywnym). Pytam, bo może sedno sprawy tkwi po prostu w ambicji danego pisarza.

I jeszcze jedno pytanie, jeśli można. Czy ostatni akapit mam traktować jako zapowiedź wydawania czegoś ambitniejszego w FS? Jeśli dobrze rozumiem, to uważa Pan, że to wydawnictwo spełnia aktualnie misję krzewienia fantastyki u młodzieży, tak? Pańskie książki to przygoda, Mileny Wójtowicz to humor i zabawa, Magdaleny Kozak to sensacja a Anny Kańtoch to powieść detektywistyczna. Ja nie mówię, że to jest złe, jakbyście wszyscy pisali czystą fantastykę to byście zarżnęli czytelników. Pytanie tylko czy po tym etapie wydawania książek lekkich i wesołych, przyjdzie też czas na coś głębszego. I o to chyba rozchodzi się pańskim adwersarzom. Bo kiedy już fani książek Pana czy M. Wójtowicz i reszty podrosną, to okaże się, że Wasza proza już im nie wystarcza i szukają w książkach czegoś głębszego. No, przynajmniej ja tak miałem. Wydaje mi się, że wiele dzieciaków zaczyna od takich książek jak Dragonlance, D&D itp (ogólnie 3/4 książek ISY), potem przesiada się na Fabrykę Słów i: albo przy niej zostaje albo szuka dalej - czegoś ambitniejszego.
09-01-2007 19:03
Krakonman
    GeedieZ
Ocena:
0
Z bycia zapamietanym jako artysta rodziny sie nie wyzywi.
09-01-2007 19:11
~GeedieZ

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Zdaję sobie z tego sprawę. Ale czy tylko samym chlebem człowiek żyje? ;)
09-01-2007 19:19
Ausir
    @GeedieZ
Ocena:
0
Dragonlance akurat wydaje Zysk, nie ISA :).
09-01-2007 20:17
Seji
    @Geediez
Ocena:
0
Nie samym, ale bez chleba umiera :).
09-01-2007 21:58
Deckard
   
Ocena:
0
Jeśli dobrze rozumiem, to uważa Pan, że to wydawnictwo spełnia aktualnie misję krzewienia fantastyki u młodzieży, tak?

Cóż, ja z radością wgryzam się w kolejne tomy autorstwa E. Dębskiego, natomiast jeżeli potrzebuję bardziej ambitnej literatury, sięgam na półkę wydawnictwa "Znak". ;)
09-01-2007 23:19
~Anka

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Mnie tak naprawdę niekoniecznie przeszkadza to, że Pilipiuk pisze stricte rozrywkowo; wszystko, co zostało tu napisane o kapitalizmie i wolnym wyborze jest prawdą. Mnie na przykład bardzo cieszyły pierwsze Wędrowycze (zresztą nie tylko pierwsze, "Zagadkę Kuby Rozpruwacza" oceniłam w B-netce na 5). To, co mnie natomiast irytuje i co powtarzam przy każdej okazji, to jakaś taka językowa niedbałość autora, bylejakość, która dotyka mnie jako czytelniczkę (apogeum osiąga w "Kuzynkach"). Jakby autor miał mnie za przeproszeniem gdzieś i nie chciało mu się pewnych rzeczy dopracować, wycyzelować, nie mówiąc o sprawdzeniu u źródła. Czytałam kiedyś bardzo rozsądną radę "Jeśli nie wiesz, sprawdź, jeśli jesteś pewien, że wiesz, sprawdź dwa razy". :) Na niechlujstwo, bylejakość, nierzetelność i lenistwo nie ma zgody. :)
10-01-2007 07:35
Supr
   
Ocena:
0
Na plus wypowiedzi mozna zaliczyć, że Pilipiuk jest szczery. Poglądy ma takie, jak widać i wygląda na to, że "nie ściemnia".

Jednak nie podoba mi się, gdy ktoś wpieprza się komuś do sypialni. Mozna czegoś nie lubić, ale gdy dwom osobom sie to podoba, tej trzeciej nic do tego.

Pilipiuk pisze o tym, że jest rzemieślnikiem a nie artystą. Należy chyba do osób, które w literaturze kalkulują, piszą na zimno, rychtuja potrawę, która ma się sprzedać. Jestem przeciwnikiem takiej postawy; w pisaniu nie może brakować szaleństwa, które ma w nosie gusta i guściki ;)
10-01-2007 12:17
Seji
    @Supr
Ocena:
0
Kres ladnie podsumowal takie podejscie w jednym ze swoich "Kacikow" - checie, prosze bardzo. Polki sa pelne takich autorow, w przypadku ktorych wielkosc sprzedazy jest odwrotnie proporcjonalna do wielkosci ambicji :>.
10-01-2007 12:31
Sony
    DOKŁADNIE
Ocena:
0
Sam jedem zatwardziałym zwolennikiem wolnego rynku. Nie uznaję komuny i zasady kazdemu po równo.

AP pisze Wendrowycza :) ludzie kupują. I to wszystko. Ktomu się nie podoba niech nie kupuje.
Jak znam życie to w większości przypadków jest to zwykła zawiść, bo Wendrowycza kupuje 10 tyś a "pseudo elytarne" dziełka 500 osób.
Ja wspieram autorów kupując ich dzieła. I sprzedaż jest dlamie wyznaczniekiem artyzmu.
Disco-Polo jest taką samą sztuką jak Fuga Bacha - inną, ale sztuką.

Jeśłi zaś po książki AP, grafomańskie, wyszydzane, mieszane z błotem - sięgnie młody, "ziom", który nigdy nie czytał nic innego po za streszczeniami lektur - to proza AP jest dla mnie większą sztuką niż wydumane dzieła, których nikt nie czyta.
10-01-2007 13:00
Supr
    @SEJI
Ocena:
0
Seji, momencik. Ja tutaj myslałem o takich twórcach, którzy się poświęcali dla literatury i pisali sztukę, ale nie zajeżdżającą nudą a coś ponadczasowego. Np. Lovercraft, Howard. Sztuka to jest dla mnie coś, co ma klasę i dobrze się sprzedaje. Też na zachodzie :p

Bo na "eliciarzy" co się tylko tłumaczą, że elitą są, bo się nie sprzedają, to ja se kładę ;)
10-01-2007 13:18
Seji
    Lovecraft?
Ocena:
0
Zyczysz AP nie przyjmowania tekstow, uznania za grafomana i smierci w kwiecie wieku? :>
10-01-2007 15:28

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.