» Klub Wiktora » Utwory » Delirium w Tharsys, część 1

Delirium w Tharsys, część 1


wersja do druku
Ten świat nie jest nasz, chociaż uparcie kroimy go na własny obraz i podobieństwo. Każdy z nas w innym miejscu i czasie zostawił sumienie. Dziś podziękujmy Bogu za to, że – odbierając czas i miejsce – zostawił nam szansę śmierci. I módlmy się, żeby się nie rozmyślił.
Kolczinski

Mors tua vita mea.
Ewolucja

Mówisz, że miłość w słodkie okowy nas bierze
Jedynie siłą ducha – nigdy nie uwierzę
Bowiem ducha się czuje tylko mocą ciała.

Ronsard


...BEZBRONNOŚCIĄ JESTEM, W WIELKOŚCI I NICOŚCI MOJEJ, KIEDY DOPALA SIĘ WE MNIE – DAWNIEJ TAK PRZEMOŻNE – PRAGNIENIE PRZETRWANIA I DOPEŁNIENIA OWEGO LABIRYNTU, KTÓRY WE WNĘTRZU MOIM W JEDNOŚĆ POWIĄZAŁ WOLNOŚĆ Z ISTNIENIEM... NIE ZGŁĘBIĘ I NIE ODWRÓCĘ LOSU, JAK NIEPODOBNA WYRWAĆ SIĘ Z PUŁAPKI SKAŁY ORAZ PLEŚNI...



KRAWĘDZIE GRAFU:

MIEJSCE AKCJI – Strefa wpływów Enklawy THARSYS, Enklawy TABOR i Uroczni Megalitu; posadowienie w Industrialno–Urbanistycznym Masywie Czwartego Kontynentu.


CZAS AKCJI – Schyłek Epoki IUM; wieczór i noc poprzedzające Dzień Ostatniej Bitwy.


WARUNEK EGZYSTENCJALNY – Stan oblężenia.


WIERZCHOŁKI GRAFU:

JOHN STINSON – lat 51, żonaty, bezdzietny, profesor Uniwersytetu Tellurycznego, ekspert SEKON, laureat nagrody Faysala za prace z dziedziny genetyki i biologii eksperymentalnej, protektor Kliniki w Enklawie THARSYS (kategoria: Trzeci Stopień Wtajemniczenia)


JONAS HEBREJCZYK (MEGALOXANTHA) – lat 33 (wzgl. 103), kochanek Seleny, elew Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca, komandos samodzielnej jednostki endoskopijnej (kategoria: Stopień Wtajemniczenia wg normatywu Kliniki–Matki)


BIO–ŁĄCZE (JANKO PYTLAK) – lat 20, bez sprzężeń, banita z agrarnego podsystemu Aglomeracji Pierwszego Kontynentu, najemnik – półroczny staż Bio–Łącza Informatycznego Systemu w Klinice Enklawy THARSYS (kategoria: Bio–Łącze)


ION SZAŁAMAJA – lat 60, stan wolny, bezdzietny (?), nadworny kabalista Enklawy MACHU PICCHU, aktualnie bezprzydziałowy węzeł Enklawy THARSYS; prace w zakresie neoplatońskiej Teorii Emanacji (kategoria: Stopień Wtajemniczenia wg normatywu Enklawy MACHU PICCHU)


FERETRIUS – lat 38, bezdzietny, major Endogenicznej, członek Sztabu, dowódca Grupy Szybkiego Reagowania od chwili wprowadzenia stanu oblężenia (kategoria: Węzeł Armii)


KOLCZINSKI – lat 42, bezdzietny, porucznik Endogenicznej, najemnik awansowany na członka Sztabu z dniem wprowadzenia stanu oblężenia (kategoria: Węzeł Armii)


MAŻULIS – lat 48, bezdzietny, banita, najemnik, weteran Endogenicznej (kategoria: Węzeł Armii)


PRZYŚLEP – lat 58, stan degradacji, bezdzietny, majuskuła Uniwersytetu Tellurycznego, inspicjent Modułu CETI, obsługa dyspozytorni systemu łączności (kategoria: Czwarty Stopień Wtajemniczenia – podejrzany o nielegalny kontakt z Informatycznym Systemem)


MAKONDE – ( – – ) (Blokada Systemu Informatycznego)


PATROCHIN – ( – – ) (Blokada Systemu Informatycznego)


MAGGI LUNS – wiek względny, stan letalny, bezdzietna, aktorka sensualistyczna i matryca kreacyjna zestawu holowizyjnego „Reżyseruj sam”, Oscar – Clitomatic za rolę główną spektaklu „Królowa Sodomy” i Złota Pigułka za pięć miliardów sprzedanych ampułek z halucynogenem „Orgia z Maggi – Magic” (kategoria: Wstępny Stopień Wtajemniczenia)


1. ZORZA I ZŁOM


... Z ognia był i z czeluści piekielnej. Ponad szpalerem tych, którzy przedtem – z okiem Szerna w piersi – albo sto lat później ze złotym orderem wbitym między żebra, o skroniach przyprószonych księżycowym pudrem, z wiarą, nadzieją, z podniesionym czołem – z marszu. W przestrzeń. Z wybicia podkutym obcasem prosto w transcendencje archanielskich chórów. Pogromcy przestworzy – dwa stulecia starczyły, żeby ich nauczyć grzechu i pokory.
Tym razem z kraterów – wyrzutni z powrotem na Ziemię. Tylko sejsmiczne kopniaki zabębniły na wypiętym brzuchu Mechaneurystycznej Kliniki. Potem w gardziel przestrzeni – byle zdążyć ciałem. Relatywizm czasu, przestrzeni i duszy – tę ostatnią do cna wymotało. Pęd ją rozsmarował. Niby kometa wleczesz za sobą długi ogon. Niewidzialny. Niesłyszalny. Ani na węch, ani przylepny. Kiedy w cel trafisz niewiele tego ducha i świadomości na powrót skapnie w doczesne truchełko. Reszta się rozproszy – nie przywykło do smrodliwych wyziewów tutejszej atmosfery. Wiatry to rozwieją, dymy ogarną lubieżne. Szczęściarzem będziesz – może ci chusteczką pomachać w jonosferze, skinie na odchodne luminescencją barwną, coraz bardziej łzawą. Aż zgaśnie. Ty zaś po kostki, po pas, do gardła i na wieki wieków w trupim prochu ugrzęźniesz.
Jeszcze lecisz. Tu i ówdzie trzaskają w powietrzu chłodne fajerwerki. Towarzysze twoi – nędzne niedoloty. Nic to. Bodaj jeden przetrwa. Fenomen. Tysięczny zastęp jego braci w daninie złożony na ołtarz prehistorii. Właśnie krwawo znaczą miejsca wlotu we wzdętą tarczę atmosfery.
Samotny między ogonami komet.
Desant śmierci.
Na próżno ci w dole snopami reflektorów gorliwie liżą pięty. Pęd obiera spory z powierzchniowych napięć. W każdym ziarnie komandos.
Żegnaj łono Seleny!
Bądź pozdrowiony – ludu Hioba!
Pęd osmala błękitnawą folię, drapieżną pieszczotą garnie się do ciała. W parchatość ziemi nie trafi ani jedno mitotwórcze ziarno.
A jednak! Temu się udało.
Jeszcze spływał po laserowej nitce. Pelengator zmysłów prowadził go do jednej z ocalałych Enklaw. Resztę diabli wzięli. Rumowisko w dole. Wraki wypatroszone ciśnieniem od środka. Labirynt transzei, pręty i liny – ścięgna.
W centrum, jako ślepie wybałuszone w kosmiczną przestrzeń, szklany klosz nakrywa ostatnią przytulnie. Nad dymny horyzont wypływają, co prawda, garby innych kopuł – tam przejrzystość już zasnuta mgielnie albo coś się burzy, pełga pod szkliwnym czerepem, zagotowuje obłęd. Dawno by trzeba podkopać się za pomocą mechanicznego kreta, założyć neutronową minę, a potem – bach! – wystrzelić na wiwat zrobaczały torcik. Niech się z powietrzem zamiesza we wspólny koktajl. Inne Enklawy dawno w aerozolu. Rozpaczliwie skurczyło się przedpole Armii. Sztab Endogenicznej nie nadąża z misjami saperów pod każdy utracony bastion.
Kopułę otacza pierścień złomu wyprutego nad beton. Sąsiednie Enklawy podsiąkają pleśnią. Wszechogarniające bielmo. Zaprószone śmieciem. Tylko wiatr przegania fosforyczne strzępy. Ziemia do gwiazd wypięła grzbiet pokryty sparchaciałą sierścią, ledwie otulony warstwą smrodliwego powietrza. Ktoś próbował na nim stawiać szklane bańki – niewiele dało; coś się zabliźnia woskowym liszajem, coś kołysze szmacianym wykwitem.
Wieczny tobie pokój – protoplasto Megaloxanthy!
Mocniejszy podmuch rozchylił kłaczaste wiechcie. Twardo sterczą wtopione w szkliwo pręty. Pomiędzy chmurami obnażyła się łysina szara, pleśnią łaciata. Oczy wytrzeszczasz w ten jedyny rozłam – lecisz! Lecisz – nad skrawkiem Dachu Świata oczyszczonym mocniejszą eksplozją. Pył się tam ściele, nad ziemią zacina mgielnymi dymkami. Z piasku i popiołu kręci bicze. W ich wężowych pląsach – stoi! Cień garbaty, po kostki zanurzony w próchnie – tutaj?! Odważył się wyczołgać spod pancerza Enklawy?
A jednak stoi. Na zewnątrz kopuły. Stoi na szeroko rozstawionych nogach – całym ciałem daje odpór wiatrom. Chętnie by go wicher z powrotem obalił – na pysk! Twarzą w proch albo na kolana! Do odcisków podeszew dołączyć ślad pięciopalczasty. Twój krok byłby znowu tropem czterołapym.
Aż zachwiało trajektorią lotu komandosa Seleny. Skulił się sam w sobie. Patrzył z lotu ptaka i nie wierzył zmysłom. Ktoś tam stał. Już po kolana w prochu, chociaż nie przyklęknął. To wiatr nawiewał wydmę. On tylko twarz uniósł – czaszka zaspawana w szklanym słoju. Dłonią osłonił oczy przed jaskrawością spadającej gwiazdy.
To wszystko jakby w powiększeniu: między wręgami stalowych szyn, w łopocie blach – ich nieodrodny syn. Też w łatanym skafandrze – przewiązany drutem. W jednej garści zaciskał lufę monstrualnej strzelby. Drugą, w czarnej rękawicy, osłaniał oczy przed blaskiem zorzy idącej w ślad za bolidem. Jego oczy zapadły w podcień – resztę twarzy rozjaśnił uśmiech. On też widział. Tam z dołu. Zadarł głowę i patrzył, zdawało się – mniej wzrokiem, bardziej powierzchnią skóry, membraną napiętą na guzowatym czole, zwiotczałą na policzkach i wokół ust pomarszczonych szpetnie – odwykły od wszystkiego, prócz przekleństw. Jedyna prawdziwa twarz Planety. Do gwiazd szczerzy się radosnym grymasem truposza. Żywa jeszcze, chociaż oczu nie widać. Coś się zaiskrzyło nagle w ciemnych oczodołach, stoczyło na podbródek – w stalowej szczecinie przepadł świętojański ognik.
Ich wzrok – tego w prochu i tego dopiero ciążącego do złomu – spotkał się w pół drogi. Wzrok, któremu niepotrzebne oczy. Ten w dole jeszcze się szczerzył – wilgotny ślad przesychał mu na policzku. Nagle pochylił się i, z rozmachem, w prochu u stóp coś wypisał ręką. Potem krok odstąpił – niech czyta nadlatujący z kosmosu.
Jakby ktoś palcem pociągnął po zapoconej szybie.
Jedno słowo: M A K O N D E .
W tej samej chwili kryształowa śluza rozdzieliła ich błoną nieprzenikliwą dla wzroku. Komandos Seleny ledwie zdążył obrócić się w ziarnie. Kątem oka pożegnał zorzę – własne echo dogasające nad pobojowiskiem rdzawym.
Potem coś pod nim pękło. Stopami zapadł się w sterylizację. Język za zęby, oczy w głąb, pamięć w historię. Wstrzymać oddech i na wszelki wypadek w gorące dłonie zwinąć jądra. O tak! Żeby nie prześwietlił skalpel uczący cienko śpiewać.
Z ulgą odetchnął już po drugiej stronie.
2. STINSON

Komora przekaźnika splunęła nim w korytarz. Za plecami mlasnęła membrana. Nie garną się witać, pomyślał. Ich głosy słyszał za ścianami. Pomruki, chrzęsty, tupoty, sapania zawzięte. Jakby spieszno im było nałykać się powietrza.
Nie pytał o drogę. Tuż za ścianą głos tego, z którym jeszcze warto wymieniać poglądy. Słyszał jego oddech w wiwarium wypełnionym w miarę ciepłym, w miarę chłodnym powietrzem. Głos człowieka znudzonego wszystkim dokoła, najbardziej samym sobą:
„... Ellen? Nie. Me wrócę. Może za dwa tygodnie. Jeśli rozejdzie się po kościach... Oczywiście. Mieli przysłać... Z Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca. Słyszałem o jego teoriach... Nie, nie. Nie będę nadstawiał gardła... To nie sprawa autorytetu. Sami damy radę... A co niby ma się stać?! Mam gdzieś twoje kabały... Tak! Czuję się świetnie. Niech to diabli!... Ellen, bez przesady. To, że ktoś poczuje się lepiej nie oznacza przecież, że znów jest do wzięcia. Nie nasza wina, że nie możemy mieć dzieci... Raz już postanowiliśmy, że każdy rozwiąże to na własną rękę... Choćby tak! Znajdź sobie kadeta, któremu już wolno. Albo weterana Pierwszej Linii. Liczą się emocje – nikt i tak nie zasieje... Ja? Tylko tytuł i powszechne uznanie... Spróbuj. Im na czymś zależy. Potrafią się przejąć... Kto? Taki Jonas, na przykład. Dawno minęły czasy, kiedy człowiek potrafił się doprowadzać do takiej egzaltacji...”
Przez ścianę widać na wylot.
Starszy mężczyzna oddycha ciężko. Dłonią otarł spocone czoło. Z dobrych czasów został mu tylko wypukły czerep. Z wierzchu skórę pokryły wątrobowe plamy.
„... Czasami – nie wiem. Może i chciałbym... Właśnie to! Potrzeba nam wiary. Tak samo w siebie, jak w bliźnich... Niczego ci nie wymawiam. Nie rozumiesz? Po co to ciągniemy... Tak, tak. Właśnie tak. Maszynka się zacięła. Nic więcej...”
Mężczyzna nie patrzył w ekran. Opuścił wzrok.
Westchnienie otwieranych i zamykanych drzwi jeszcze go usztywniło. Za sobą usłyszał metaliczny szelest. Szybko wyciągnął rękę i zdusił w powietrzu głos nikomu już niepotrzebny.
– Nie teraz – uciął oschle. – Zgoda, nie mówmy o rozwodzie. Do zobaczenia... Też uważaj na siebie.
Jeszcze przekłuty balonik zmyślnie fryzowanej głowy zapadał w pułapkę holowizyjnych kamer, kiedy mężczyzna odwrócił się gwałtownie. Szpakowaty, przystojny, wysoki – pięści wtłoczył w kieszenie białego kombinezonu. Nos prosty, twarde oczy, kilkudniowy zarost kiełkujący przez skórę niby cienkie druciki. Szare oczy zmierzyły komandosa Seleny, który nie otrzepał jeszcze stóp z księżycowego srebra. Podobno można zabić wzrokiem. Widocznie wyszedł z wprawy.
– Ma pan kłopoty, profesorze Stinson? – zapytał przybysz.
– Nie wasza sprawa.
– Źle pan wygląda.
– Reminiscencje rozkładu podstawowej komórki społecznej.
– A ja myślałem, że całego systemu – powiedział przybysz. – Niech – pan sięgnie do starych zapasów.
Nad Stinsonem zawisła twarz niepozbawiona kobiecej urody, chociaż, takiej właśnie, nigdy by sobie nie przyśnił.
– Nie mam zamiaru popełniać kolejnego głupstwa.
– Szkoda.
– Dlaczego? – zdziwił się.
– Zawsze jest szansa – odparł przybysz. – Przynajmniej jeśli nie chodzi o prokreację.
Ogromne, fiołkowe oczy przepełniło bezgraniczne współczucie. Błękitne skrzydło zaszeleściło w powietrzu, spod miedzianego mankietu wysunęła się przezroczysta dłoń.
– Głupi żart – Stinson nie popisał się refleksem.
– Kwestia poczucia humoru. Wy też zauważacie przede wszystkim rozkład podstawowych komórek społecznych – każde słowo akcentowane dźwięcznie, w końcówce rozsypujące się potrzaskiwaniem błony jeszcze sklejającej wargi. – Jestem Jonas Hebrejczyk.
Stinson dostrzegł rękę wyciągniętą w jego stronę. Spodziewał się, że łatwo będzie zmiąć tamtemu palce. Niespodziewanie stawiły opór. Twarde cęgi. Rachityczne tylko z wyglądu. Między palcami szeleszcząca błona, niby folia spieczona na styku atmosfery i kosmosu.
3. JONAS

Kiedy przechodził, obok słychać było twarde poskrzypywanie z jakim diament wędruje po szybie. Charakterystyczne iskrzenie, elektryzacja błękitnego skafandra, który luźnym bandażem spowija postać Adonisa, kochanka kraterów i odwrotnej strony Księżyca. Wysoki był, piękny, o twarzy niemal dziecinnej. Oczy fiołkowe, usta bladoróżowe, połyskiwały jak od nieustającego pocałunku. Lśniący był cały – liliowe włosy w celofanie, nozdrza i usta – poza oddechem i słowem – zlepione przezroczystą błoną. Tak samo naga pierś. Od czoła, przez policzki, szyję, brzuch i uda – do stóp w aseptycznym pokrowcu.
– Jak się powodzi oblężonym? – zapytał.
– Równowaga. Laboratorium serwuje nową szczepionkę – powiedział Stinson. – Starczyło dla pacjentów i sześćdziesięciu procent personelu.
– Kliniki czy Armii?
– Endogeniczna otrzymała kolejną partię chemosterylantów.
– Jeszcze odliczacie generacje?
– Trzymamy równowagę.
– To znaczy, że liczycie najwyżej na rozejm.
Stinson smętnie popatrzył w holowizyjną ciemnię. Ktoś, jak on, znajdujący się w równie parszywym stanie, wolałby porozmawiać z kim innym. Niech liczy się przynajmniej to, że z tym kimś przeżyło się jednak kilkanaście lat. Kilkanaście? Jakie to ma znaczenie. Istnieją miejsca, w których przeżyło się wszystko – i też trzeba się rozstać. W końcu ważne jest tylko to, co zawsze nosisz z sobą – pech polega na tym, że nie ma się z tym gdzie podziać.
Zjawi się taki – czort wie, skąd go przyniosło – i nie myśli zostawić cię w spokoju.
Ktoś zadecydował za nich. Teraz z górą półwieczny faryzeusz musi nawiązywać nić porozumienia z błękitną ważką, ze skrzydlatym żukiem, z kochankiem i sługą Seleny. Bogini jasnych nocy ma zamiar przetrwać dłużej. I pewnie jej się to uda, chociaż nie wyparła się tellurycznego pokrewieństwa. Zaryzykowała nawet i na przedpole Ostatniej Bitwy splunęła bajecznie ubarwionym chrząszczem, Selenita – Megaloxantha.
Stinson opuścił się w kołyskę fotela. Od wielu nocy była mu jedyną przytulnią w tym pustym gabinecie o ścianach spryskanych szpitalną bielą – pancernych podskórnie.
– Męczysz mnie – westchnął bardziej do własnych myśli; cóż, tak naprawdę, obchodził go ten wątpliwy mężczyzna, patrzący zawsze z góry. – Nie czekamy z założonymi rękami. Miałem nadzieję, że przynajmniej dzisiejszej nocy znajdę chwilę wytchnienia.
Oczy Megaloxanthy również nie wyrażały specjalnego współczucia. Przyblakły z przyczyn raczej prozaicznych – wyrwane z przejrzystego kosmosu, po raz pierwszy zapuszczały wzrok w takie miejsca, gdzie wszystkiemu przystoi zmięknąć nieco. Nie tylko wzrokiem – całym sobą powoli wrastał w szarość. Chemiczna reakcja – tlenek cyny wytrącony z kobaltowego błękitu tęczówek. Nic więcej.
– Gdyby mnie przysłano z kanistrem emulsji, którą wystarczy przejechać po twarzy, żeby podkleić zmarszczki – sam byś mnie posłał do wszystkich diabłów – powiedział Megaloxantha.
– A po co cię przysłano? – zainteresował się Stinson.
– Trzeba przynajmniej to rozumieć, gdzie przystawić szczudło, jeśli nie ma szans, żeby całość uzdrowić.
– Ciekawa filozofia – Stinson przymknął zaczerwienione oczy. – Tak was Uczą, że złe nie tyka tych, co pojmują?
– Wolisz drutować? Podklejaj swoje, przeżyjesz dzień dłużej.
– Nie zajmujemy się teorią. My walczymy... Kiedy tego powąchasz, sam wrócisz tam, skąd cię przyniosło. Trzymajcie się swojej skorupy.
– Dziękuję w imieniu Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca.
– No więc? – nadzieja pojawiła się w głosie Stinsona.
– Zostanę.
Stinson wzruszył ramionami.
– Dziękuję w imieniu strategów Enklawy THARSYS – zaśmiał się. – I w imię poległych żołnierzy Armii Endogenicznej.
Szron okrył twarz Megaloxanthy. Wyprostował się i skrzydlatą połą płaszcza zamiótł w powietrzu.
– Powinieneś był widzieć – powiedział zduszonym głosem. – Powinieneś był widzieć, co zostało z tych, którzy spłonęli w atmosferze.
– Wasz wybór – odparł Stinson. – Was nikt nie wzywał. My tu jesteśmy, gdyż musimy.
– Należało odczekać, aż ostatni zarzęzi?
– Masz coś do zaoferowania, coś poza Teorią – proszę. Uświadamiaj. Ta ziemia się uodporniła. Nie zaszkodzi jej jeden zbawiciel więcej.
– Rzecz nie w tym, czy ciebie przekonam. Potrzebna świadomość populacji.
– Więc po co przychodzisz do mnie?
– Od kogoś trzeba zacząć.
Stinson obmiękł w fotelu. Nogi wyciągnął daleko, ręce zaplótł na brzuchu i głowę odrzucił wstecz – tłok grdyki chodził mu pod obwisłą skórą, jakby łykał, miast wdychać powietrze.
Megaloxantha przyglądał mu się uważnie. Sprawiał wrażenie, że potrafi, a przynajmniej próbuje, czytać myśli człowieka. Jedynym pragnieniem tego starzejącego się mężczyzny było, żeby go wreszcie zostawiono w spokoju. Wszyscy – stratedzy Endogenicznej Armii, Bio–Łącza, pacjenci niepotrafiący obejść się bez złudzeń, a przede wszystkim ten tutaj – Jonas Hebrejczyk. Nasłali go tylko po to, żeby złotoustym darem próbował szaleńczą wiarą natchnąć tych, dla których oblężenie zewsząd stało się codziennością. Po co to wszystko? Wystarczą Bio–Łącza, skrzętni kronikarze, którzy swoją wszechwiedzą dopełniają miary codzienności, nie pozwalają zasklepić się w czterech ścianach. To wszystko nie jest ważne. W systemie archetypów, jakie im jeszcze pozostały, niewiele jest tego, na co miałby ochotę mężczyzna taki, jak on. Jedna pastylka na język i zwilżyć na podniebieniu. Przytrzymać tak długo, aż pęknie koloidowa łupina. Piekielny ogień w trzewiach. Żar na powrót potrafiący uelastycznić zwapniałe tętnice, uderzający do głowy – może zdolny naprężyć to, czego naprawdę nie zdołała ożywić Ellen. Co znaczy kilkanaście czy kilkadziesiąt lat na wspólnym postronku, jeśli tak chwyta za gardło, że już bez siebie kroku niepodobna postąpić. Jedna ampułka.
Tylko skąd wziąć chwilę spokoju i samotności. Realność nachalnie ścieka w oczy. Z nią cień Selenity. Znieruchomiał. Nie czuje się zbyt pewnie w pułapce czterech ścian, szklanej podłogi i zwierciadła sufitu. Przede wszystkim mocno go musiało ułapić atmosferyczne ciśnienie.
– Szkoda zachodu – odezwał się Stinson. – Po części znam twoją wizję Ostatniej Bitwy.
– Nie przybyłem tutaj dla własnej przyjemności – spokojnie odparł Jonas Hebrejczyk. – Również nie po to, żeby się narzucać tobie podobnym. Wiem, że jesteś zmęczony. Chciałbyś odpocząć. Tylko... jak tu zasnąć. Prawda? Sam wiesz to najlepiej. Dlatego tak cię męczy – nie brak wytchnienia, ale bezradność. Bo jak zasnąć, jak pozwolić sobie na relaks, kiedy okręt trzeszczy w szwach...
– A szczury uciekły na Księżyc – dokończył Stinson.
Coś na nowo zmroziło twarz błękitnego Megaloxanthy. Stinson wyobraził sobie, że jego azyl nawiedziła niezwykłej piękności kobieta. Tylko na niego patrzy ze wzgardą. Trudno się dziwić. Jesteś tylko człowiekiem. Starzejący się mężczyzna, który i tak nie doceni uczuć nieco wznioślejszych. Jak zawsze będzie mu obcy Eros odwrotnej strony Księżyca.
I vice versa.
Spod przymrużonych powiek przyglądał się Jonasowi. Ktoś taki powinien się trzymać stąd daleko. Zawsze będzie mu bliższa bezpowietrzna równina wokół Krateru, w którym ciężkie porodowe bóle Kliniki–Matki sprzyjały jego poczęciu. Zgodnie z posłaniem proroków Mechaneurystyki. Widmo Megaloxanthy nad księżycową pustynią. Ten tutaj swą doczesność złożył w katakumby atmosferycznego ciśnienia. Teraz nie zauważa jeszcze, jak coraz ciaśniej spowijają go pajęcze pęta. Organizm broni się, wysnuwa przezroczystą przędzę, próbuje otorbić larwę ochronnym pokrowcem. Aż się cały napiął. Wysoki. Na szczudłach nóg, niby skoki świerszcza. Ramiona rozłożył na boki. Zmętniały skrzydła rozpięte w trójkącie – nadgarstki, kostki nóg, biodra. Rozchyliły dwie fałdy niby płeć ogromna, granatowa, liliowiejąca na brzegach, z głową różową w punkcie upływu podskórnego światła. Oczy nie mniej mgielne. Plecami wsparł się o ścianę i tak trwał – sparaliżowany, bardziej siny, niż kiedy się zjawił prosto ze sterylizacyjnej kąpieli.
Stinson poczuł, jak mu wilgotnieją dłonie. Chciał powiedzieć temu amantowi Seleny, żeby przestał robić z siebie durnia – tylko zagryzł język.
Tamten tymczasem złamał się we dwoje i nagle odpadł od ściany. Powoli, jak pozbawiona ciężaru wydmuszka ze sztucznego tworzywa, płynął w powietrzu – twarzą do podłogi. Martwy. Martwy – gdyby to był człowiek. Suchym werblem jego członki zagrały na posadzce, zatrzeszczały ostrogranne fałdy pokrowca – jakby mniej elastyczne, prawie nieprzezroczyste.
Stinson zerwał się z tłumionym okrzykiem.
Spróbował pochwycić bodaj głowę, żeby nie rozbiła skroni o podłogę. Jego ręce przeszły na wylot przez aureolę świetlną. Megaloxantha czołobitnie pokłonił się ziemi i tak pozostał rozpostarty, jednocześnie pusty i przyszpilony ciążeniem.
Stinson jak zauroczony opuścił się na kolana. Bezwładne ciało przewrócił na wznak. Tyle potrafił. Potem głowę Megaloxanthy oparł na swoim udzie. Byłby przysiągł, że to ciało jest martwe i chłodne zupełnie. A przecież resztę życia skoncentrowało w twarzy – poza pustymi oczami. Tylko wargi drżały. Błękitne płatki rozchylały się i domykały szczelnie, przez moment różowiały ostrą blizną i znów rozchylały się bezszelestnie. Jakby nie istniały dźwięki zdolne przenieść w realność to, co się dokonywało w głębi.
Stinson pochylił głowę i przyłożył ucho do płaskiej, niebieskim puchem okrytej piersi. Usłyszał tylko szum. Jakby chciał podsłuchać intymność pustej muszli. Przecież tego nawet nie wiedział, czy kiedykolwiek zawitał tam oddech potrzebny do życia człekokształtnego chrząszcza. Klęczał nad nim i nic nie rozumiał. A kiedy do reszty zwątpił, czy potrafi tu pomóc – gdzieś, w tej piersi mieszczącej próżnię głęboką jak kosmiczna przestrzeń – usłyszał szept niepotrzebujący wydechu. Już nie szept, lecz równy, spokojny głos.
Dźwięk zawiązywał się w każdym atomie tego martwego ciała, przenikał chrupki pokrowiec i budził rezonans w czole samego Stinsona. Już przeniknął mózg i paraliżował pochylony kark. Kurczem zwierał dłonie.
Stinson szarpnął się, na ile mu pozostało władzy nad własnym ciałem. Zgrabiałymi rękoma odepchnął głowę spoczywającą na kolanach. Sucho stuknęła o posadzkę.
Teraz dopiero zrozumiał, że nie istnieje żaden DUCH, żaden GŁOS wszechogarniający, obecny na równi w widmie światła jak w elektromechanicznym rezonansie materii. To tylko wargi Megaloxanthy poruszały się w martwej twarzy, artykułowały głos pozbawiony emocji, tak naprawdę nieistniejący, gdyż bezduszność nie zawiera jakichkolwiek znaczeń.
Słuchał więc z coraz większą obojętnością. Ten głos naprawdę nic nie znaczył, chociaż przez usta Megaloxanthy formułował znaczące słowa:
– ... LEDWIE POJMUJĘ DZISIAJ TEN LĘK, KTÓRY MNIE TRAWI DOGŁĘBNIE, JAKBYM TERAZ DOPIERO DOCENIŁ – U SCHYŁKU ISTNIENIA – CIELESNOŚĆ MOJĄ, ZOARIUM MISTYCZNE, KTÓRE PODOBNO JAWI SIĘ PONAD SFERĄ MYŚLENIA – W TAJEMNICY PRAWDZIWEJ WNĘTRZA NIE TYLKO MOJEGO...
4. LAZARET

Niebo znów było bliskie, gęsto nabijane srebrnymi ćwiekami. Poza błękitem i chmurną pleśnią skrzydła rozwijały się lekko. Bezszelestne w próżni, swobodnie oddychały słoneczną energią.
Kres jego pielgrzymki.
Głazy spiętrzone coraz wyżej. Monolitycznym murem wybrzuszone przedpiersie Krateru. Za wypukłość horyzontu odstąpiła Klinika–Matka. Ledwie zachował w sobie ciepło pocałunku, jakim ogarnęła go na odchodne.
Czas Wtajemniczenia.
Krater Mądrości.
Łyk Prehistorii.
Skalne rumowisko dokonało roszady megalitycznych płyt. Głazy spiętrzone w coraz to większym porządku. Gładka szachownica. Z precyzyjnie ociosanych brył wzniesiony wysoko mur. Ostatnia Twierdza Pamięci. Resztę skruszyły żarna mrozu i słonecznej gorączki. Odtąd twarz Seleny pokryła kostropatość pustych kraterów – osypiska obronnych murów z resztką najwyższej baszty w centrum. Tylko w jednym cyrkule czas oszczędził świątynię wzniesioną przed miliardem lat.
Oszczędził czas albo własną piersią osłonił Ostatni Szern.
W jedynym miejscu, kędy można podejść do Twierdzy Pamięci, drogę przegradza jego ogromny tułów. Skamieniały albo wyrzeźbiony w kamieniu. Twarz zmiażdżył mu pewnie bolid, którego wędrówce przez kosmiczną przestrzeń oparło się jego czoło. Dzisiaj niepodobna dopatrzeć się rysów twarzy w gigantycznej głowie, rozłupanej od skroni po gardło schodzące w głąb ziemi. Tylko jego tułów nadal wspiera się na dwóch kamiennych tarczach, niby skrzydłach rozwiniętych po bokach księżycowego sfinksa. Ich czary skierowane w tę stronę, skąd do Źródła Prehistorii zmierzają pątnicy Kliniki Mechaneurystycznej. Zaufaj im, skrzydlatym dłoniom. Już zagarniają cię w przepastną ciemnię. Odebrano Mu wszelkie zmysły. Może był to meteor – pewniej metaliczne wiertło, wystrzelone spod gazowego pokrowca Ziemi, wydłubało oczy, zmiażdżyło nos i uszy, zaklinowało język. A przecież – słyszysz Go. Raz jeden w życiu znajdujesz w sobie Jego głos, kiedy u kresu wędrówki, w Czas Inicjacji, przyklękasz na progu Ostatniej Twierdzy. Tylko On przeniesie cię do wnętrza. Sprawia to Jego kamienne dłonie – skrzydła.
Najpierw daj dowód, że jesteś wart dostąpić Wtajemniczenia.
Słuchaj uważnie.
Jego głos znajdujesz w sobie samym, jak oddech głazów rozpalonych w słońcu, od gwiazd stygnących:
„Co to za istota, która o świcie pleni się w Nicości, w południe znajduje Jedność, o zmierzchu smakuje Wolność, żeby poza czasem dostąpić Wieczności?”.
Odpowiedź znajdzie tylko ten, kto urodził się w krainie pozbawionej – bez Wtajemniczenia – na równi Prawdy jak Powietrza.
Więc odpowiedz szeptem:
„W zaraniu wszelkie Zwierzę pleni się w Nicości, Albowiem dopiero Świadomość wynosi nad Zwierzęcość. W południe Człowiek objawia się Osobowością. I on jednak, w sobie tworzący Jedność, nie wolny jest od Społeczeństwa...”
W zupełnej ciszy trwasz na granicy dnia i nocy. Martwą obręczą ogarnęły cię kamienne skrzydła – od nich uczysz się Dumy:
„Nie jest więc Człowiek ostatnim szczeblem Ewolucji. Jej zmierzch dopiero stanowi epokę Megaloxanthy, pierwszej istoty godnej zasmakować Wolności, w zgodzie z własnym sumieniem i wobec własnego narodu...”
Zanim dostąpisz Wtajemniczenia musisz się jeszcze nauczyć Pokory:
„Dopiero jednak Postać Szerna, przed wszystkim, co żyje, czuje i myśli, objawia tajemnicę Wieczności”.
Jakby zatrzepotały skrzydła, które wyzbyły się nagle kamiennego bezwładu. Jednocześnie ogarnęły go mocniej i uniosły w bezpowietrzną przestrzeń. Wyżej. A tam w megalitycznym pąku zawiązuje się Świątynia Szernów, eksploduje żywą rozetą witraży. W każdym ułamku barwny pejzaż. Wszystkie przenikliwe dla wzroku. Pod nimi warstwa kolejna. Coraz większy obłęd musujących światów. Wirują pęcherzyki przestrzeni otoczonych świetlnym nabłonkiem: Już spieniona Jasność wznosi się nad krawędź Krateru – przytknij do warg! Spragniony swojej Prehistorii, łaknący ostatecznego w nią Wtajemniczenia – otwórz oczy, uszy, nos, język i ręce. Obnaż płeć – jej też nie poskąpi! Łyk Wieczności! Dla smaku! Żebyś zapragnął jeszcze więcej! Żeby starczyło na tę drogę, po której odtąd będziesz kroczył aż do Postaci Szerna.
Zaczerpnij ze Źródła, zanim ogarnie cię Ocean...
Jakby go elektryczność przeniknęła na wylot. Wzdrygnął się. W piersi trzepot, jakiego przedtem nie było. Zachłysnął się kolejnym spazmem. Otworzył oczy – tylko ciemność widział.
Szarpnął się i – przejrzał.
Nad nim blada twarz. Podkrążone oczy i zarost na podbródku jakoś bardziej srebrzysty. Stinson? Chwilę się nad nim pochylał jeszcze. Raptem odsunął się. Tylko w twarzy złość jakby – że nie zdechł. Cień przepadł z pola widzenia.
Jonas spróbował zrozumieć, co się z nim dzieje.
Spoczywał na wznak. Wygodnie. Mógłby tak leżeć dzień, dwa – we wszystkich członkach czuł dziwny bezwład. Ciało było podporządkowane niezwykłemu ciążeniu.
Spróbował unieść się na łokciu.
– Leż spokojnie – usłyszał. – Jeszcze trochę.
– Co ze mną? – zapytał.
– Nie znamy się tutaj na waszej medycynie, czy jak jej... mechaneurystyce – głos miękki, dokładnie taki, żeby go słuchać i poddać mu się bez zastrzeżeń. – Wybacz, jeśli robimy coś nie jak trzeba. A właściwie... nie robimy niczego.
– Gdzie jestem?
– Polowy oddział Kliniki – tak bezgranicznie spokojnym głosem może mówić lekarz na co dzień obcujący ze śmiercią, pomyślał Jonas. – Między nami mówiąc Stinson pozbył się ciebie z Kliniki na oddział polowy. Jesteś prawie na Pierwszej Linii.
– U was tu zawsze nowy pobór puszcza się na pierwszy ogień?
Ten ktoś, jeszcze niewidzialny, roześmiał się swobodnie.
– Każdy model społeczny zakłada taktykę armatniego mięsa – powiedział. – Mamy jednak nadzieję, że wyjdziesz z tego. Potrzebujesz czegoś?
– Nie sądzę. Co ze mną było?
– Nie pamiętasz?
Zastanowił się. Pamięć przywoływała tylko senną wizję. W niej łagodzący lęki, księżycowy pejzaż i kres wędrówki w Czas Inicjacji. Cel pierwszej pielgrzymki każdego Megaloxanthy. Kiedy opuszczasz łono Kliniki–Matki, trwasz jeszcze w somnambulicznym transie; więc dążysz do Źródła, żeby w nim ocknąć się wreszcie. Jakby narodziny ciała rozeszły się w czasie z poczęciem Jaźni, które spełnia się dopiero u stóp kamiennego Szerna.
– Nic, co by usprawiedliwiało... – zaczął. – Stinson był ze mną?
– Cały czas.
– Jak długo to trwało?
– Może godzinę. Byliśmy pewni, że umarłeś. Z wami tak zawsze?
– Nie sądzę.
– Co dopiero my – głos zawahał się. – Mógłbyś opisać, jak u was wygląda śmierć?
Jonas poruszył się znowu. Powoli wracała mu wiara we wszechmoc mechaneurystyki. Był pewien, że może spokojnie podnieść głowę i przyjrzeć się temu człowiekowi, który przejawiał przychylność obcą Stinsonowi. Lecz słuch bywa omylny. Czasami lepiej trzymać oczy zamknięte jak najdłużej.
Niech będzie więc tylko Głos.
– Pilnujmy się nawzajem – zażartował. – Może będę miał przyjemność zademonstrować. A może i ja czegoś się nauczę.
– Nigdy nie widziałeś umierającego człowieka? – usłyszał.
– Nie miałem szczęścia.
– Masz zamiar dłużej zabawić w THARSYS?
– Tak sądzę.
– W takim razie opuścisz nas z całą pewnością w pełni uszczęśliwiony. Albo i nie.
– Trudno.
– Albo i nie opuścisz – sprecyzował Głos. – To najbardziej prawdopodobne. Stinson mówił, że wysłano cię tutaj w specjalnej misji. Niepotrzebnie. Tu się niczego nie zmieni.
– Ty również nie wierzysz?
– Ja? Bardziej niż Stinson.
Jonas rozluźnił ciało. Miał nadzieję, że można będzie porozmawiać z tym człowiekiem. Uczciwie. Od kogoś trzeba zacząć. Jeśli się nie otwiera oczu – trzeba przynajmniej poczekać. Potem Okazuje się, że nie warto.
– Co jeszcze mówił Stinson?
– Podobno mówiłeś przez sen.
– Ja? – ta wiadomość rozbawiła Jonasa. – Jakieś intymne zeznania?
– O tym z nim porozmawiaj – niespodziewanie oschle zareagował Głos. – Mogę ci powiedzieć tylko to, co wiem. Masz szczęście. Piekielne szczęście. Gdyby byli przy tobie inni ludzie... Sądząc z twojego zachowania nie zostawiliby ci szansy.
– Na co?
– Żebyśmy teraz mogli ze sobą porozmawiać. Chociażby.
– Chcieliście to zrobić? – Jonas zdziwił się szczerze.
– Każda rzeczywistość tworzy własne reguły gry. Między nami zawsze musisz się liczyć z tą ewentualnością. Zostałeś dokładnie prześwietlony. Co i tak niewiele znaczy... gdybyś nie był Selenitą. Każdy tubylec poszedłby na rozwałkę. Wystarczająco długo przebywał też z tobą Stinson.
– A ty?
– O! – głos zdradził rozbawienie. – Przywykłem stąpać wyłącznie po pewnym gruncie.
– Wy to... serio?
– Mówiłem, odesłano cię do lazaretu. Stinson zadbał o separatkę, ale za ścianami spoczywają ci naprawdę bez szans. Są nawet z Pierwszej Linii. Szczególne przypadki. Łagodnie mówiąc: curiosa. Resztę duszyczek Endogeniczna sama ekspediuje gdzie trzeba. To nie szpital. Tak naprawdę to bardziej polowe laboratorium.
– Co ja tutaj robię? – zapytał Jonas. – Jeszcze są jakieś wątpliwości?
– Stinson twierdzi, chociaż zupełnie pewien nie jest, że wyglądałeś nieco inaczej, kiedy zobaczył cię po raz pierwszy.
– Świetny pomysł – roześmiał się Jonas.
Uniósł ramię i przed twarzą zawiesił rozpostartą dłoń. Te same długie, przezroczyste palce pokryte błękitnym nabłonkiem. Czuł na sobie uważne spojrzenie tego człowieka, z którym jeszcze nie spotkał się wzrokiem.
Jednocześnie przeniknął go dziwny chłód.
I nagle poczuł się bezradny, jakby brakowało samego ciążenia i ktoś jeszcze ciężkim butem nastąpił mu na pierś.
– Nie rozumiem – powiedział spokojnie. – Przynajmniej od strony manualnej wyglądam mało rewelacyjnie.
– Też tak myślałem – potwierdził Głos. – Tym niemniej odpoczynek każdemu się przyda. Jeśli nie masz nic przeciw temu, na pewien czas zostawię cię samego.
Jonas podparł się łokciem, a następnie usiadł na łóżku.
Za jego rozmówcą już zamykał się owalny właz. Zdążył pochwycić tylko cień niezbyt szerokich ramion. Drzwi przycięły błękitne światło. Przez moment wydawało mu się, że ten ktoś, odchodząc tak niespodziewanie, coś jednak zostawił po sobie – ślad na posadzce. Jeden czy dwa odciski stopy przed progiem zamkniętych teraz drzwi. Czerwone, świetliste plamy, jakby rozpalone podeszwy część żaru w tych miejscach oddały posadzce.
Odruchowo przymknął oczy.
Ten sam czerwony trop.
Kiedy znów spojrzał przed siebie wszystko wydało mu się złudzeniem. Spróbował wzrokiem przebić bielmo ścian. Jakby w parnej, aż lepkiej atmosferze zmysły Megaloxanthy przytępiły się nieco. Dostrzegł tylko mętny zarys ogromnej hali. W niej rzędy kloszy zrośniętych z posadzką, oplecionych korzeniami przepuszczającymi światło. Każdy pęcherz zdawał się zawierać cień jakiś, niby ludzki, ale mniej kształtny, rozpełzły w mlecznej zawiesinie wypełniającej porcelanowe wanny.
Wzdrygnął się i wrócił do własnego ciała.
Jednego był pewien – czuł się dobrze. A nawet – odkrywał rezerwy siły, jakiej nie przewidywał i nie miał okazji wypróbować dotąd.
Tylko dłonie – tym razem prześlizgnął się wzrokiem po wierzchu ręki. Zmatowiały błękit zostawił pod sobą ledwie zarys ścięgien. Zrobiłeś się gruboskórny – pomyślał – jak oni wszyscy. Niespodziewanie ta myśl przyprawiła go o dobry humor. Wtedy zwrócił uwagę na miedziane bransolety, zwykle luźno obracające się na nadgarstkach. Był pewien, że już ich nie zdejmie.
Jeszcze przyjrzał się piersi. Fałdy skrzydeł przylgnęły do żeber, owinęły ramiona i nogi, nawet płeć okryły różowiejącą małżowiną. Przepadła przejrzystość i chrupkość tej nieśmiałej próby ukształtowania Postaci Szerna w modelarniach Mechaneurystycznej Kliniki. Został elastyczny futerał – wokół bioder schodził się białym, żywym szwem.
Coś go jeszcze trzymało za bio–mechaniczne serce, kiedy otworzyły się drzwi, jakby ktoś jeszcze zechciał złożyć mu tę ostatnią wizytę, nim wieko trumny zatrzaśnie się nad kolejnym pacjentem lazaretu tuż przy Pierwszej Linii, albo własne skrzydła zawiążą mu na gardle twardniejącą pętlę.
5 KOSTROPIAN – PURCHAWICA

Jonas był w sporym kłopocie próbując ustalić, dlaczego ten człowiek wydał mu się najdziwniejszym z ludzi, jakich dotychczas poznał. Więcej – jakich potrafił wyobrazić sobie.
Twarzy nie sposób było określić. Zupełnie, jakby nadal pozostawał z zamkniętymi oczami, zdając się na słuch. Absolutne NIC. Czasami nie ma znaczenia pigmentacja skóry, kolor oczu i włosów, wydatność nosa, krój podbródka czy rysunek warg – ważne, żeby ich związek sugerował konkretny charakter. Tym razem – nic. I trudno to złożyć na karb szczątkowego znawstwa fizjonomiki, obcej Megaloxanthom; nawet tym nie był ów człowiek charakterystyczny – brakiem indywidualnych znamion. Wystarczyło stracić go na moment z pola widzenia, żeby z jednakowym samozaparciem przyprawiać mu krucze brwi, ryże bokobrody, zielone oczy i szafirowe zęby.
Mężczyzna nie przedstawiał się. Nie podawał ręki. Zachowywał się tak, jakby byli dobrymi przyjaciółmi. Po prostu postawił na podłodze długą, czarną torbę do noszenia na ramieniu, przysiadł na skraju łóżka i uśmiechnął się do Jonasa. I kiedy odezwał się, Jonas nie mógł zaręczyć głową, że jest to czy też nie, ten sam głos, który przemówił do niego kiedy ocknął się ze swojego snu.
– Jak się zorientowałem profesor Stinson był plenipotentem Enklawy THARSYS aranżującym twoją tutaj wizytę? – zapytał mężczyzna.
– Nie sądzę – odparł Jonas. – Podejrzewam, że skierowano mnie tutaj nawet wbrew jego sugestiom. Kwestię desantu rozpatrywano globalnie, bez konsultacji ze sztabami poszczególnych Enklaw.
– Jakimi kanałami?
– Jeśli globalnie, to sprawę załatwiła bezpośrednia umowa Mechaneurystycznej Kliniki–Matki z Systemem Informatycznym koordynującym współdziałanie wszystkich Enklaw.
– Wszystkich?
– Nie wiem ile wam zostało.
– Desant bez rozpoznania? Jesteś więc obserwatorem z ramienia Kliniki Księżyca?
– Obserwatorem? – zdziwił się Jonas.
– Trzymając się wyłącznie takiej interpretacji możemy wam zagwarantować minimum swobody działania.
Mężczyzna ubrany był w szaroniebieski kombinezon ze spodniami wpuszczonymi w czarne buty do pół łydki. Cywilna mimikra munduru, pomyślał Jonas. Nie trzeba naszywek Endogenicznej Armii, żeby się czuć jak na przesłuchaniu.
– W obecnej sytuacji to wszystko, co możemy zaproponować – uzupełnił mężczyzna. – Sytuacja na Pierwszej Linii zmusiła dowództwo Endogenicznej do zwrócenia baczniejszej uwagi również na zaplecze frontu.
– Nie rozumiem – stwierdził Jonas. – Jestem komandosem Samodzielnej Jednostki Endoskopijnej. Spełniam założenia taktyczne ustalone z Kliniką Mechaneurystyczną Księżyca. Ich podstawą jest swoboda działania od chwili desantu. Coś uległo zmianie?
– Nie wiem – mężczyzna wzruszył ramionami.
– Brak zaufania?
– Załóżmy.
– Z równym powodzeniem ja mogę dopuścić, że i wy macie coś wspólnego z tym, tam... – machnął ręką.
– Dlaczego nie? – nieoczekiwanie zgodził się mężczyzna. – W naszej sytuacji należy uwzględniać wszystkie ewentualności.
– Jestem Megaloxanthą – powiedział Jonas.
– A ja człowiekiem – przyznał mężczyzna.
Zastanawiał się chwilę, nim zapytał:
– Ułatwić wam kontakt z nomadami?
– Nie rozumiem – przyznał Jonas.
– Nie czarujmy się. Trudno uwierzyć, że oczekiwał was wyłącznie Stinson.
– Chętnie porozmawiam z każdym, z kim ma to jakiś sens. Nawet, jeśli zacznie mnie przekonywać do teorii Inwazji.
– Macie coś przeciw strategii Armii? – zainteresował się mężczyzna.
– Jeśli i tak, zainteresuje to bardziej profesora Stinsona.
– Jednak Stinson – w zamyśleniu powiedział mężczyzna. – Możecie dostarczyć nam jakieś nowe dane o Enklawie TABOR?
– Nie.
– I jesteście Megaloxanthą? Komandosem, którego wyprodukowała Klinika Księżyca? Któryś z was i tam trafił, a wy mi wmawiacie, że nie zostaliście zorientowani w sytuacji sąsiednich punktów zrzutu.
– Ja i moi bracia przyszliśmy na świat dzięki Klinice–Matce – podkreślił Jonas.
– Rzeczywiście znacząca różnica – trudno było wyczuć ironię w tym stwierdzeniu nieznajomego. – A co z rozbrajającym brakiem rozpoznania?
– Po dokonaniu desantu mieliście nam ułatwić nawiązanie łączności za pomocą systemu CETI. Jestem już spóźniony, ale podejrzewam, że innym też nie jest łatwo się pozbierać. Poza tym wątpię, aby wielu z nas ocalało. Prawdopodobieństwo więc trafienia do tej waszej, jak jej, Enklawy...?
– Wynika z tego, że interesuje was również Moduł CETI – mężczyzna zignorował pytanie Jonasa. – Zobaczymy, co da się zrobić. Co jeszcze. Aha, nazywacie się...?
Teraz dopiero Jonas zorientował się, że nie wiadomo kiedy przyjął od nieznajomego zasadę zwracania się do siebie nawzajem w liczbie mnogiej. Miał wrażenie, że opuścił moment, kiedy rozmowa straciła charakter prywatnej pogawędki.
– Jonas Hebrejczyk – przedstawił się, chociaż nieznajomy nie sprawiał wrażenia niedoinformowanego.
– Miło mi – mężczyzna nie wydawał się skory do rewanżu. – Potraficie poradzić, w jaki sposób możemy to sprawdzić?
Jonas z rozbawieniem przyjrzał się jego twarzy pozbawionej wyrazu.
– Przecież... to widać – powiedział. – Różnimy się nieco.
– Kiedy pobędziecie tutaj dłużej, sami przyznacie, że czasami najmniejsze znaczenie mają różnice. Poza tym dopatrzycie się nie takich dysonansów.
– Nie wiem, co przez to rozumiesz? – Jonas mimowolnie zaczynał się irytować. – Jeśli ci nie wystarczy moje słowo zasięgnij... czy zasięgnijcie informacji w Systemie Informatycznym.
– W tym sęk...
Niespodziewanie mężczyzna roześmiał się promieniście.
– Nie można się bez tego obejść? – zapytał. – Rozumiecie, mamy pewne kłopoty...
– Wy, to znaczy kto? – przerwał mu Jonas.
– Dla was to nie ma znaczenia. Natomiast dla waszego dobra...
Mężczyzna sprawiał wrażenie nagle zupełnie nieobecnego myślami. Zmarszczył nawet brwi i chwilę siedział zasłuchany w siebie.
– Czy od chwili waszego... – zawahał się. – Od czasu przybycia do Enklawy THARSYS, kontaktowaliście się z Bio–Łączem Informatycznego Systemu?
– Nie – odparł Jonas.
– Życzą wam z całego serca, żeby to było prawdą – powiedział mężczyzna.
Nagle, niezbyt pewnym spojrzeniem ogarnął pokój.
Jakby zupełnie zapomniał o celu swojej misji. Na bok odłożył pociąganie za język Megaloxanthy. Po prostu siedział na skraju łóżka, w nogach Jonasa, siedział i nasłuchiwał. Jonas pomyślał, że jednak on pierwszy musiałby coś usłyszeć, gdyby masywne ściany potrafiły przepuścić odgłosy z Pierwszej Linii, gdzie giną żołnierze Endogenicznej.
Nieznajomy poderwał się niespodziewanie. Postąpił krok w kierunku drzwi. Dopiero wtedy ocknął się. Szybko podniósł torbę i przewiesił przez ramię. Potem z góry popatrzył na Megaloxanthę.
Uśmiechnął się bez wyrazu.
– Przepraszam – powiedział.
Drzwi bezszelestnie zamknęły się za nim.
Niewiele sensu miała ta rozmowa, w duchu stwierdził Jonas. Jeszcze bezsensowniej wyglądało jej zakończenie.
Poruszył się, szukając wygodniejszej pozycji. Leżał na wznak. Zauważył, że coraz łatwiej znosi tutejsze ciążenie. Kwestia przyzwyczajenia. Mechaneurystyka zostawia w przedbiegach nawet tych, którzy do silnej grawitacji przywykli od czworonożnego pokolenia.
Na razie wygodnie było jednak leżeć tak i ciałem chłonąć bladą poświatę stropu. Jakby i tutaj docierał scalający oddech Seleny. To światło było jednak martwe – ani spokoju, ani pieszczoty, ani energii. Ciągle też dręczyła go ta sama myśl. Może mieli sposób, żeby go obserwować, zwodząc zarazem jego zmysły – uniósł jednak rękę.
W tej chwili przypomniał sobie.
Gwałtownie poderwał się na łóżku. Spojrzał ku dołowi zamkniętych drzwi, przed próg. Spóźnił się. Albo i nie.
Opadł z powrotem.
Mógł spokojnie położyć rękę na własnej piersi. Jeszcze niedawno srebrne żebra pokryła miękka, pluszowa skóra. Elastycznie poddawała się pieszczocie palców. Przesunął dłoń na brzuch – nie w pełni stwardniała, żółwia skorupa. Niżej pełną garścią nakrył płeć i też jej nie poznał. Mniej wiotka niż się spodziewał. Poszukał palcami szczeliny między tęgoskórymi fałdami skrzydeł – ostatni przesmyk, gdzie można się wślizgnąć z zewnątrz i utwierdzić w tym, że jest się sobą.
Nic nie rozumiał. Coś takiego zdarzyć się nie mogło. A przynajmniej nie powinno. Selena nigdy swoich kochanków bez reszty nie odda innej ziemi. Cóż zresztą możemy o tym wiedzieć, pomyślał Jonas. To bardziej sprawa wiary. Stworzeni dla bezpowietrznej przestrzeni księżycowych równin, cóż możemy wiedzieć, jakiej postaci przypisują nasze istnienie ciążenia innych planet, wiatry gotowe szarpać skrzydła – dalekie do spełnienia postaci Szerna; co z nas uczyni deszcz nawilżający jedwabistą skórę, aż zapleśnieje i jak tych, którzy już tkwią tu po uszy, obleśną pieszczotą przyjmie lokalne pandemonium. Innymi słowy – kloaka. Środowisko kształtuje postać. Nawet, jeśli byłeś dotąd niepokalanym Megaloxantha. Ich tutaj też chwyciło za gardło, a przecież pozostali ludźmi. Choćby ten człowiek, który stąd odszedł przed chwilą, miał co do tego wątpliwości. Pozostali ludźmi. Pewnie dlatego, gdyż tak im było pisane – zdychać i odradzać się w nędzy i z pleśni, z grzechu i w gnoju, i z prochu w proch, z bełkotem na ustach i obłędem w oczach. Aż do końca. Każdy z nich ma w sobie czerwia.
Ciebie jednak powiła Klinika Seleny. Teraz składa daninę na ofiarny stos, gdzie jęczą dusze potępione. Po co zjawiłeś się tutaj? By walczyć z nimi ramię w ramię? W imię nieproszonego i w rzeczy samej niepotrzebnego miłosierdzia? Żyjąc w stadzie, stajesz się częścią stada. Walcząc mieczem, giniesz od miecza. Zesłany w kloakę przeistaczasz się w czerwia. Nie na ludzką – na własną miarę.
Coś w nim jęknęło. Szarpnął ramieniem – trzask! Blachą do blachy zaskoczyły łuski pancerza.
Zerwał się z nieoczekiwaną lekkością.
Już stał sprężony – szklane powieki od czoła osłoniły mu oczy, wrosły w krystaliczny grzbiet nosa i policzki opięte chitynowym zeszkleniem. Jeszcze patrzył na swoje ręce – ogromne dłonie o płaskich, mocnych palcach. Jakby miniona przejrzystość okazała się tylko wiotkimi korzonkami nerwów wrośniętych teraz w monstrualne rękawice. Miedziane obręcze usztywniły nadgarstki. Wystarczy zacisnąć pięść, żeby metaliczne guzy na przegubach palców najeżyły się, jak kastet zrośnięty z kością. Rozłożył i złożył palce obu rąk. Jeszcze go czarowały pięciopromienne szczęki, kiedy ostatecznie zwątpił czy ten lęk, który sprzyja temu otorbieniu się w pancerz, tkwi w nim czy na zewnątrz.
Uniósł głowę. Wzrok stępił się na pierwszej ścianie. Nic za darmo – zbroja przytępia zmysły. A jednak czuł, że coś się stało i dalej zmienia w otaczającej go przestrzeni. Roztkliwiał się tutaj nad sobą samym i nie pamiętał, że mechaneurystyka jego ciała reaguje sprawniej na zagrożenie zewnętrzne, niż świadomość ciągle zbyt ludzka wobec zmysłów Megaloxanthy. Tymczasem coś dojrzewało, potrafił wychwycić dziwne elektromagnetyczne napięcie, jakby wokół niego gęstniał jakiś niematerialny maskon. Piekielną wścieklicą gotowa była zawibrować sama przestrzeń.
Ten człowiek przecież, który tylko co zaszczycił go rozmową o niczym – on też coś poczuł. Nie musiały się za nim zamykać drzwi, żeby sprawił wrażenie nieobecności – coś go spłoszyło dużo wcześniej.
Jonas Hebrejczyk ruszył do drzwi. Niespodziewanie nie stawiły oporu. Najwidoczniej lokalna Opatrzność nie zawężała jego przestrzeni życiowej do czterech ścian samotnej celi. W korytarzu również nie było nikogo, kto by mu zaproponował powrót do pościeli. W pewnym oddaleniu owal korytarza – tunelu ograniczała masywna tarcza, śluza–gilotyna uniesiona na jakieś cztery metry nad biały próg. Poza tym wylotem panowała ciemność.
Trudno mu było określić, skąd pojawiła się w nim pewność, że powinien stąd wyjść. Natychmiast. Nawet postąpił krok w stronę prawdopodobnego wyjścia – czerwona pręga na ścianie znaczyła tam kierunek ewakuacji lazaretu. Z przeciwnej strony, kiedy obejrzał się przez ramię, korytarz łukiem odchodził w bok. Ciemniało tam kilka włazów bliskich rozmiarem do tego, który zatrzasnął się za jego plecami. Od strony wyjścia znajdował się tylko jeden krąg, o trzykrotnie większej średnicy, hermetycznie wpasowany w biały kołnierz.
Korciło go, żeby tam zajrzeć. Jeszcze wzrokiem Megaloxanthy dojrzał tam gigantyczną halę.
Nie wiedział, na co mu to potrzebne. Chciał ich zobaczyć. Po raz pierwszy własnymi oczami. Oczywiście można się było wycofać, potem przycisnąć Stinsona albo wezwać jakieś Bio–Łącze, żeby mu udostępniło obraz kontrolnej kamery zawieszonej nad dowolnie wybranym katafalkiem. Czasami, żeby coś zrozumieć, nie wystarczą oczy. Trzeba przynajmniej móc wyciągnąć rękę i dotknąć wskazującym palcem.
Jakby niewidzialne fotokomórki odczytały decyzję w jego oczach – drzwi uniosły się same. Powodowany bardziej hipnotycznym nakazem niż własną wolą, postąpił do przodu. Ceramiczny próg. Aseptyczna biel wchłania krwawy ropień. Ledwie ślad szpitalnego zapachu. Po raz pierwszy zrozumiał, co znaczy brak płuc. Mógłby głęboko wciągnąć powietrze, przetrzymać w sobie – cokolwiek niosło ze sobą w pozornej przejrzystości. Niech się zagnieździ. Na tym polega prawdziwy smak oddechu, obcy istotom przywykłym węszyć najwyżej woń kamiennego próchna, jaką paruje księżycowy pumeks.
Zafascynowany patrzył przed siebie. Wzrok sondował perspektywę hali wysokiej na kilkanaście metrów. Środkiem prowadził pomost, szarością niewiele różniący się od reszty posadzki, za to bez widocznego wsparcia, zawieszony pół metra nad ziemią. Po jego obu stronach podwójne rzędy porcelanowych postumentów. Każdy nakryty przezroczystym kloszem.
Wewnątrz – nie zawiodły go zmysły – leżeli nadzy, bladoskórzy w świetle zmartwiałym pod wysokim stropem. Pomyślał, że pierwszy raz widzi ich nagość. Nie w poglądowych projekcjach Uniwersytetu Seleny, już poza inkubatorem Kliniki–Matki, lecz takich właśnie – żywych i nagich, choćby bezwładnie spoczywających pod szklanym wiekiem. Od szczytu każdego klosza rozwijały się nitki szklanych rurek, niby światłowody – jeden tłoczący wodnistą różowość, drugi odsączający żółć, trzeci musujący pęcherzykami powietrza, kilka splecionych w czarny warkocz. Od czasu do czasu pod hermetyczny kołpak trzeba wpompować noc – ciemność zatapiającą światło, żeby poza nim zalęgły się senne widziadła. Najlepiej umierać we śnie. Czymś trzeba przed zgonem nagrodzić tę grzędę półtrupów zasadzonych starannie, pilnie obserwowanych wytrzeszczeni kamer, oplecionych reanimacyjną aparaturą, z czujnikami niby woskowe labia, wetkniętymi pod pachy, w usta i w odbyt, wduszonymi w świeże blizny na wysokości żeber, przyłożonymi do starannie wygolonych skroni. Trzeba dopełniać Informatyczny System, może wreszcie postawi trafną diagnozę – jeśli zostanie ktoś chętny, zrobić z tego użytek. Każdy nosi w sobie posiew zmierzchu. Kamery zbierają plon.
Nie wiedział kiedy wstąpił na lekko wyniesiony pomost.
Po prawej spoczywał ktoś długi, ledwie mieszczący się pod standardowym kloszem. Prawie biały. Nieruchomy. Tylko olbrzymie, szare stopy o fioletowej podeszwie wparły się w wybrzuszoną szybę. Obok równie bezwładny tors mężczyzny. Półprzeźroczysty i wiotki. Tylko brzuch wzdęty. Idealna kula. Na pozór twarda, od wewnątrz jakby podświetlona. Skóra napięta do tego stopnia, aż się wygładza w pozbawiona fałd, nawet zmarszczek, membranę. Tylko od krocza pleni się nieco rudawej sierści i niespodziewanie wysoko, na wzdętym brzuchu sterczy blady wyrostek – jak reszta ciała wiotki, zmarszczony, z podwieszonym woreczkiem zupełnie pozbawionym treści. Wystarczy uchylić wzrok, żeby pod kolejnym kloszem dostrzec coś bezkształtnego. Tylko żółte rozłażące się blizny obnażają ziarniste sadło – szara ikra. Przez moment dopatrywał się w tym słoniowatego zadu, kiedy coś się przelało na bok, z wierzchu rozłożyła się gigantyczna koncha – małżowina woskowego ucha, poniżej łypnęło w jego stronę ślepie przepełnione bólem.
Aż się zachwiał na krawędzi pomostu. Dalej uciekając wzrokiem przeszył na wylot coś jeszcze – rozpięte w szklanym naczyniu, przykurzone pajęczym oprzędem, siwymi nitkami skołtunionymi wewnątrz, na boki strzelającymi szmacianym i jednocześnie klajstrowatym rozpryskiem.
Chciał się natychmiast wycofać z tych katakumb. Nawet obrócił się wokół osi – do wyjścia. Stanął twarzą w twarz naprzeciw człowieka w pełni żywego, a przynajmniej świadomego własnej izolacji. Najpierw to były tylko oczy – ogromne, zachłanne. Niżej błysnęło karminem i fioletem. Zobaczył usta otwarte w niemym krzyku. Ponad suchym językiem można było zajrzeć do samego gardła. We wzdętym słoju krzyk się pewnie zachłysnął niby w zatrzaśniętej muszli. Na zewnątrz żadnego dźwięku; zęby zagryzły szklany knebel. I nic nie poradzi łomot pięści w przezroczystą kryptę. Nikt nie zwróci uwagi, choćby krew poszła z palców i splamiła szybę anemicznymi, ledwie zaróżowionymi kleksami.
Wszyscy się rozpierzchli – ktokolwiek ich doglądał tutaj. Tylko ty – Megaloxantha, sam jeden zostałeś na przedpolu Pierwszej Linii.
Tamten człowiek pojął, że go dostrzeżono wreszcie. Jeszcze się skulił. Wargi mu się zlepiły i z trudem chwytał nimi powietrze. Ciągle na czworakach, zaczął się wdrapywać na gładką ścianę. Spełzał z niej i znowu uparcie garnął się do stóp Megaloxanthy. Oczami błagał o coś. .Niedawno pewnie zerwał szklane pęta. Na dno porcelanowej misy skapnęło parę kropel krwi i coś tam jeszcze zostało – kilka brunatnych okruchów, jakby rwąc elastyczny krwiobieg, zmagając się z iniekcyjnym dopełnieniem swojej doczesności, przepełniony bólem i zapamiętaniem, z wysiłku wydusił z siebie kilka porcji zapiekłego stolca. Z oberwanych przewodów dalej kapały fizjologiczne roztwory. On tymczasem – nagi, skurczony coraz bardziej, żebrzący wzrokiem jednocześnie pełnym nienawiści – rozkazywał oczami: ODWRÓĆ SIĘ! OBEJRZYJ ZA SIEBIE! Jakby dostrzegł tam coś zaczajone, tuż za plecami Megaloxanthy. Raptem poślizgnął się bosymi piętami w śluzowatym łożysku. Runął twarzą do ziemi. Tylko po szybie pociągnął dwie krwawe pięciolinie, jakby sobie wyłamał paznokcie na kryształowej pochylni.
Jonas powolny ostatniemu spojrzeniu tych obłędem ogarniętych oczu, odwrócił się.
Pierwszy kadr – kontynuację znajduje w zawartości kolejnych kloszy.
Przed chwilą patrzył w tę stronę – ślepymi pewnie oczami.
W najbliższym pęcherzu coś się poruszało dziwnie. Nieludzkie mięsiwo materii – zostały w tym ręce, szeroko rozrzucone nogi i w jego stronę wypięty zad.. Aż odchylił głowę, jakby się przeląkł, że znowu przywita go wytrzeszcz ocznej gałki. Ten ktoś leżał jednak twarzą do dna porcelanowej misy. Ręce i nogi pływały miękko bez sprzężenia z kręgosłupem rozpękłym na dwoje. Na gołych plecach, nieco poniżej łopatek, wzdymała się narośl szara, kostropata, przesadną masą przygważdżająca do ziemi resztę tułowia.
Następny kadr. Klosz po brzegi wypełniony monstrualnym obrzmieniem. Z boku podwieszona luźno, przyduszona do ściany kula z oczami zasnutymi bielmem, ledwie poruszająca spierzchłymi wargami. Można było wyczuć potworne ciśnienie, jakim plamiasty bok dogniata ten ludzki relikt do ścian ograniczających ich wspólną przestrzeń życiową. Coś pękło nagle. Bezgłośnie. Tylko błysnęły kościane drzazgi, ze skruszonych łupin wyciekło trochę szarej masy, podkleiło do szyby białe zęby. Obłe cielsko, przepasane szczerbatym naszyjnikiem pereł, bez reszty dopełniło szklaną konserwę.
Jonas pobiegł wzrokiem dalej po grzbietach garbów wypełnionych już tylko szarością. Ile ich okrywał półmrok? Dziesiątki? Tysiące? Czym dalej – z tym większym napięciem białawe nadzienia napierały na ściany naczyń. Coś tam się działo – ociekające potem, zziajane napięcie – aż elektryzowało powietrze.
Coś drgnęło wreszcie. Gdzieś daleko rozległ się potężny huk. Równocześnie zaświergotało w powietrzu, szrapnelem smagnęło o ściany. Sam poczuł uderzenie w czoło. Aż mu wstecz targnęło głową. Jeszcze jedna eksplozja. Pisk szklanych rozprysków tnących powietrze. Pękały pierwsze klosze.
Podnosiło się z nich coś potężne, ospałe, jakby w próchnicznym mroku dojrzewał brodawkowany tęgoskór albo monstrualnych rozmiarów czasznica – szaroochrowy owocnik pokryty białymi strupami.
Jonas stał sparaliżowany, jakby i nad nim zatrzasnęła się szklana sfera.
Raz jeszcze dźwięcznie strzeliło naczynie. Coraz bliżej. I znowu uniósł się kostropaty garb. Obłe torsy powoli wychodzące z ciemności. Najdalsze jakby fosforyzowały. Tym razem bardziej przypominało to westchnienie niż eksplozję. Przeciągłe UFFFFF! między więdnącymi wargami. Najdalszy garb zgasł i oklapł. Jednocześnie chlapnęło o ściany. Jakby ktoś na odlew pociągnął kropidłem – brunatna pryszczyca rozrosła się od stropu korzonkami brudnej wilgoci. Coś się od niego odlepiło. Białe włókna. Cięższy strzęp upadł pod stopy Megaloxanthy. Sprężyny luźnych ścięgien i przezroczysta dłoń. Palce poruszały się jeszcze. Jeden spuchł raptem. Za nim drugi i trzeci. Po chwili wszystkie pięć wyglądało jak blade, kostropate kciuki.
Jonas cofnął się. W najbliższym wyjścia kloszu mężczyzna, który przedtem dawał mu rozpaczliwe znaki, niezdarnie gramolił się z porcelanowej wanny. Oczy miał ciągle wybałuszone, utkwione tam, gdzie Jonas lękał się patrzeć. W tych oczach był tylko strach. Nic więcej. Chociaż rękami ułapił się już za własne podbrzusze – całą świadomość zawarł w tym ostatnim spojrzeniu, poza siebie. Za wszelką cenę – na zewnątrz!
Tąpnęło znowu, Basowy pomruk odezwał się w kraterach czasznic już rozdartych ciśnieniem. Obłok tam wyniosło czarny – rojny wylęg ziarnistości jakiejś. Momentami zamieszało perlistą kaszę, to znów dym zbierał w siebie kolejne wydechy. Aż się poruszyła w całości skotłowana chmura. Zarazem zakołysało tamto basowe dudnienie, jakby we wnętrzach ciemnego wiru podjęły pracę gigantyczne motory. Jeszcze na niskich obrotach, opornie przełamując bezwładność niewidzialnego zamachowego koła.
Jeszcze jeden dźwięk wtargnął w świadomość Jonasa. Chrapliwy oddech zachłysnął się wizgiem donośnym, jakby głos człowieka przebił ustanowioną tutaj barierę dźwięku, odkneblował szklane gardło, poza którym to coś, w czym pozostało niewiele ludzkiego, daremnie próbowało oburącz zdusić to, co mu od środka rozsadza kiszki.
Jonas zatoczył się. Zgrzyt jakby pazurami rżniętego szkła i chrapliwy pomruk rozsadzały mu skronie. Zamknął oczy, żeby nic więcej nie widzieć. Przede wszystkim – nie żegnać się wzrokiem z tym, który w bólu bardziej od niego świadom był pewnie tego, co się zalęgało w półmroku.
Okręcił się więc, rękoma zacisnął skronie i runął wreszcie przed siebie, nie szukając drogi. Niech prowadzi instynkt, jeśli nie stępiał ze szczętem. O coś zahaczył ramieniem. Potknął się na jakimś progu. Głuche dudnienie zadławiło się dobite metalicznym szczękiem tuż za jego plecami.
Usłyszał czyjś jeszcze tupot.
Skoczył w tym samym kierunku. Gdyby w nim pozostało coś z Megaloxanthy o rozwianych skrzydłach – pewnie by je u samych ramion skróciło ostrze wielotonowej gilotyny. Potężna śluza zatrzasnęła ostatni właz, odcięła drogę odwrotu – ktokolwiek tam został. We wnętrzu ziemi dalej biegł trzask zamykanych grodzi, jakby próbowano jeszcze stawić tamę ciemności zalewającej pokłady ogromnego statku, który powoli, lecz nieuchronnie, idzie do dna niewiadomego Oceanu.
Tam ktoś jeszcze wydawał rozkazy; on stał z zamkniętymi oczami, plecami wsparł się o drżącą jeszcze płytę i próbował oddzielić tamten basowy pomruk od potężniejącego wycia syren.
6. KONTRATAK

Snop światła przyszpilił go do ściany. Syreny wyły wniebogłosy. Ktoś krzyknął przenikliwie. Jonas uniósł ramię i osłonił oczy. Spod dłoni widać było, jak się uwijają poza kręgiem światła – mężczyźni i kobiety, jeśli go wzrok nie mylił. On jeden tkwił w ognisku reflektorów – nieruchomy, z ramieniem uniesionym jak do pozdrowienia. Tamci poruszali się mysimi podskokami, skuleni, krzątający się, jednak bez specjalnej paniki. Każdy coś taszczył, przestawiał, kilku przyklękło w jednej linii i, napierając ciężarem ciał, wbijało w posadzkę coś w rodzaju nitów zwieńczonych czerwoną główką.
Jonas poruszył się. Chciał odstąpić od zatrzaśniętej śluzy i wyjść im naprzeciw, kiedy przeraźliwy wrzask przebił nawet zawodzenie systemów alarmowych.
Opuścił nieco wzrok i zrozumiał. Jednego z nich miał bezpośrednio przed sobą. Ten ktoś tak się w niego zapatrzył, jakby nic poza nim nie istniało w całym wszechświecie. Tylko przykucnął na szeroko rozstawionych nogach – łydki mu latały, lecz tułów osadził prosto, z pewną wprawą, poza tym wyciągnął przed siebie ramiona i ręce splótł jak do modlitwy. Tyle pierwszego wrażenia. Naprawdę oburącz dźwigał masywną rurę, spiłowanym końcem wymierzoną prosto w pierś Megaloxanthy.
Wystarczy drobna nieostrożność i diabli wiedzą, co skoczy do gardła – pomyślał Jonas. Aż mu kark zdrętwiał i dolną szczękę nalało ołowiem. Skąd możesz mieć pewność czy ten ktoś tak zadziorny, potrafi się rzeczywiście obchodzić z bronią. Na razie przemawiał za tym wyłącznie prawidłowy przysiad. Poza tym ciało dygotało jak w febrze, twarz wykrzywił grymas bliższy rozpaczy niż strachu. Wylot lufy skakał na wszystkie strony. Z łysawego czoła ciekł pot, jakby to jemu oczy maltretowano gorącym światłem.
Wzrok Jonasa przystosował się do świateł reflektorów.
Chciał opuścić rękę i postąpić do przodu – ostatecznie zawsze by zdążył wybić tamtemu z rąk niebezpieczną zabawkę. Jednak przy pierwszym poruszeniu twarz mężczyzny zsiniała. Prawie obłęd zagnieździł się w oczach. Bliźniacza kopia tamtego człowieka, który tak długo nie potrafił przebić głosem nakrywającego go klosza.
Pamięć tamtej twarzy powstrzymała Jonasa.
Tylko spojrzeniem uciekł ponad głowę mężczyzny. Wysoki strop na lewo i prawo odchodził w prawie nieograniczoną przestrzeń. Bezpośrednio nad nimi nawisał metalicznym plastrem z wprawionymi w białe pierścienie kręgami ze szkła. Dalej znikały te prześwity i wysoka powała owej imitacji nieba całą masę składała na olbrzymi, czarny filar – Rdzeń THARSYS, na wyższym poziomie zwieńczony pewnie przez Moduł CETI. Ten odcinek Rdzenia Jonas oszacował na kolumnę o średnicy stu kilkudziesięciu metrów. Jeszcze tam błądził wzrokiem, kiedy znacznie bliżej srebrne punkty wyskoczyły z ciemności. W mig rozłożyły się szerokim wachlarzem, potem zaczęły rosnąć. Niewyraźna poświata spoza okien w stropie imitowała stroboskopowy efekt na lustrzanych bokach. Jakby w podziemia zajechał pancerny pociąg, po czym rozsypały się poszczególne człony, wyskoczyły z szyn i osobnym pędem każdego wagonu runęły naprzeciw Megaloxanthy. Jeszcze wytracały pęd, nie dochodząc do linii ludzi uwijających się przed strefą zagrożenia, kiedy każdy pocisk kłapnął metaliczną szczęką i wypluł kilkanaście srebrnych zębów. Jonas patrzył zauroczony, nie po raz pierwszy. Kolejne przegrupowanie wydzieliło pięcioosobowe grupy. Już zajęły strategiczne pozycje. Pierwsze postacie w szklanych hełmach i srebrnych skafandrach przeniknęły kordon cywilów. Widział, jak z ekwilibrystyczną zręcznością prześlizgują się między ludźmi, którzy w jednej chwili przestali się zmagać ze swoimi skrzynkami i czerwonymi nitami.
Teraz otaczał go półokrąg komandosów Armii Endogenicznej. Wszyscy, zdawałoby się, sterowani przez jeden układ nerwowy. Każdy przyklęknął na to samo kolano i wycelował w niego krótki karabin, zamiast wylotu lufy zakończony białą tarczą. Iskra elektrycznego napięcia przeskoczyła między nimi. W jednej chwili wzdłuż tyraliery, od ziemi do stropu, rozwinęła się energetyczna kurtyna. Rozjaśniła się błękitna membrana i powiało zjonizowanym powietrzem.
Spoza tego ekranu wyskoczyło jeszcze dwóch. Klęknęli pół kroku przed mężczyzną, który dotychczas trzymał go na muszce. Ten omal nie zemdlał. Klapnął na tyłek i na czworakach odczołgał się wstecz. Po drodze zgubił pistolet. Odruchowo nawet wyciągnął rękę, jednak nie odważył się cofnąć. Po chwili rozpaczliwym wyrzutem znurkował w selektywnej widać osłonie i przepadł z pola widzenia.
Jonas uważniej przyjrzał się komandosom.
W swoich skafandrach przypominali archaiczne wyobrażenia ludzi dokonujących eksploracji kosmosu. Przezroczyste kule hełmów nie przeszkadzały w rozpoznaniu twarzy. Nie byli tacy młodzi. Jeden szpakowaty nawet. Zupełnie spokojne, obojętne oczy zawodowych morderców. Nie dziwił się, że tym razem ich broni nie ograniczały tarcze dokonujące wachlarzowatego rozrzutu plazmy. Lufy przyglądały mu się ze znacznie większym zainteresowaniem niż strzelcy wyborowi. Każda pewnie celowała w inne oko.
Stał nieruchomo. Nawet nie zdążył opuścić ramienia, którym osłonił oczy przed reflektorami. Jakby im jeszcze salutował dłonią.
I nagle zrozumiał, że już nie opuści.
Powietrze drżało leciutko przed wylotami luf. Pojął też, że nie doczeka się kuli. Był unieruchomiony. Aż go przydusiło do ściany. Nie potrafił ruszyć ani ręką, ani nogą. Pewnie nie mógłby nawet upaść. Tkwił we wnętrzu kryształu. Tylko elementy niewiele większe od ocznej gałki zachowały umiejętność podporządkowywania się jego woli. Mógł obracać oczami pod łuskami przezroczystych powiek.
Dostrzegł jeszcze jednego mężczyznę, który przeniknął przez osłonę. Dwie złote płytki na ramionach z drukowanym albo trawionym rysunkiem sugerowały wyższą rangę. Twarz tego mężczyzny była kiedyś bardzo ogorzała. Teraz z czoła, policzków i nosa, nawet z uszu łuszczyły się duże płaty naskórka. Jakby mu twarz opalił błysk gorąca tak krótki, że piekielny żar z wierzchu tylko sparzył skórę, wręcz ją spopielił. Celofanowy nabłonek spełzał nawet z brwi i powiek. Obok tego oficera postępował ktoś jeszcze. Bez skafandra. Niewysoki, a przynajmniej o głowę niższy od postawnego, przystojnego oficera, którego niewiele szpeciła ogólna łuszczyca twarzy.
Jonas napotkał pozbawione wyrazu spojrzenie wodnistych oczu jasnowłosego młodzika. Oczy te były tak błękitne, jakby miał w sobie ten ekran, którzy inni musieli rozwijać przed sobą, żeby się poczuć bezpiecznie. Może dlatego nie nosił również hełmu i po szyję zaciągniętego skafandra.
Oficer spojrzał z góry na cywila. Ten skinął głową. Dowódca komandosów dotarł tymczasem do klęczącej dwójki. Następnie przystanął i zaczął się uważnie przyglądać Jonasowi przybitemu do ściany. Robił to z coraz większym zaciekawieniem. Wreszcie jego twarz wyrażała nie tyle zdumienie, co zupełną niewiarę. Patrząc mrużył oczy. Złuszczony z powiek naskórek musiał mu przeszkadzać w patrzeniu – nawet nie można było ręką przetrzeć oczu. Raz jeszcze obrócił się w stronę jasnowłosego chłopca. Ten uparcie kiwnął głową i – niespodziewanie – uśmiechnął się.
Oficer powiedział coś. Jeden z klęczących uniósł głowę. Drugi ani drgnął. Obydwa emitery o milimetr nie zmieniły położenia. Szpakowaty komandos spojrzał na dowódcę z wyrazem bezgranicznego zdumienia. Ten tylko rozłożył ręce. Potem poklepał żołnierza po ramieniu i powiedział coś jeszcze.
Jonas poczuł, że potrafi oderwać rękę od czoła. Był wolny.
– Jonas Hebrejczyk? – usłyszał chrapliwy głos oficera.
– Komandos Samodzielnej Jednostki Endoskopijnej – potwierdził Jonas. – Desant Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca.
– Megaloxantha? – to pytanie nie bardzo nastawało na odpowiedź.
– Mało przepisowa forma – potwierdził Jonas i bez uśmiechu przesunął dłonią przez brzuch zaskorupiały pancerzem. – Tym niemniej...
Oficer bezradnie pokręcił głową.
– Pójdziecie z tym człowiekiem – powiedział bardzo niechętnie. – Nie moja sprawa. I nie moja odpowiedzialność. Tylko się więcej nie pętajcie gdzie nie trzeba. Mamy własne problemy do załatwienia.
Okręcił się na pięcie i odszedł bez słowa. Dwóch komandosów za nim. W ich ruchach pozostało jednak napięte oczekiwanie, jakby gotowi byli w każdej chwili osłonić wyższego rangą.
Jonas przyjrzał się swojemu wybawcy. Od biedy ten ktoś mógłby mieć w żyłach nieco błękitnej krwi Megaloxanthy. Chłopięca postać. W twarzy roztargnienie nietypowe nawet dla kochanków Seleny. Coś jednak nie było w porządku. Jasnowłosy chłopak patrzył na Jonasa zbyt spokojnie. Prawie z wyrozumiałością.
– Zejdźmy im z drogi – zaproponował.
Głos też miał miękki. Trochę nieobecny. Tylko gdy się odwracał Jonas dostrzegł, już z profilu, cień uśmiechu niepozbawionego ironii. Ledwie przy tym drgnęły blade, nieznacznie wypukłe usta. Potem oczy Megaloxanthy poraził łuk jaskrawej reklamy – między łopatkami tej niewysokiej postaci, wydrukowane na kurtce neonową farbą, wielkie i czerwone – BIO–ŁĄCZE. Niżej, drobnymi literkami: „zawsze do Twoich usług”.
Jonas rozprężył się.
Przed nimi pękła naelektryzowana kurtyna. Za nią wzrok utknął w kolejnej, różowawej membranie. Tym razem jej podstawy nie stanowili komandosi ze swoimi emiterami, lecz czerwone nity, które cywile utykali w ziemię przed przybyciem Endogenicznej. Jedna za drugą srebrne postacie komandosów przeskakiwały nad tą perforacją posadzki rozjarzającą się czerwonymi punktami. Już nie punkty, lecz płonące głownie, jakby spod ceramicznej posadzki kiełkowała tyraliera drzewek Mojżeszowych.
Oficer poganiał niecierpliwie. Nad gorejącymi ogniskami różowość stopniowo zatracała przejrzystość. We wskazanym miejscu najpierw Bio–Łącze, za nim Jonas przekroczyli granice zakazanej strefy.
Jonas poczuł mrowienie idące od stóp. Nic poza tym.
Za nim tę linię przeskoczył oficer. Temu jednak przejście sprawiło pewien kłopot, jakby przed nim opornie pękła błona napięcia powierzchniowego, a potem z trudem odkleił się od krzepnącej membrany.
Po drugiej stronie ślad przestygł po cywilach. Tylko równy szereg masywnych maszyn. W lustrzanych bokach płonęły odbicia czerwonych ogni. Transportery Endogenicznej bez dźwięku unosiły się tuż nad ziemią, niby lekko spłaszczone krople rtęci. Tylko przy poruszeniu tej masy odzywał się wibrujący dźwięk kamertonu. Każdy transporter miał przynajmniej dwadzieścia metrów średnicy. Większość komandosów dawno zniknęła w swoich wehikułach, przez jakieś włazy błyskawicznie zaciągające się w lustrzanych bokach. Na przedpolu pozostał oficer z wydzieloną piątką.
Dwie maszyny w środku szeregu rozsunęły się. Spoza nich bezszelestnie wypłynął czarny, płaski dysk. Kiedy się zbliżył okazało się, że bardziej przypomina wydłużony, przyduszony z wierzchu cylinder.
– Won stąd! – krzyknął oficer. – Ile razy trzeba powtarzać!
Jonas rozejrzał się, zanim zrozumiał, że zostało to skierowane da nich.
– Moich ludzi nie trzymam na postronkach! – ciągnął oficer. – I nie będę cierpiał, jak któryś nie wytrzyma. Każdy ma wyrobione odruchy warunkowe – strzelać w każdą parszywość, choćby się wdzięczyła lukrowanym zadem.
Pozostałej piątce w jednej chwili rozmroziło gęby. Jeden zarechotał nawet. Drugi raptem podrzucił w dłoni krótko spiłowaną rurę, po czym wylotem poprowadził w kierunku stóp Megaloxanthy, nieco nad ziemią. Jakby go sparzyło w kostki. Jonas byłby podskoczył – osadziły go w miejscu ich spojrzenia łase jego bezradności.
– Czego się ślepią? – oficer nie dawał za wygraną. – Armia musi strzelać, żeby nie wyjść z wprawy. Dla Armii człowiekiem jesteś tylko w mundurze. Zejdźcie im z oczu. Nie jest im obcy światopogląd, że brak specjalnych różnic między pomiotem genomutów i dysydentem, między Bio–Wtyczką i lunatycznym zgniłkiem, choćby się zaprawił w skorupkę. I tak dobrze, skurwysyny zostają w odwodzie...
– Chodźmy – zaproponowało Bio–Łącze. Minęli szereg opasłych maszyn. Jonas miał wrażenie, że spod wypukłych zwierciadeł odprowadza ich kilkadziesiąt par oczu.
– Miałeś szczęście, że Sztab nie zarządził akcji kremacyjnej – powiedziało Bio–Łącze, kiedy się oddalili nieco. – Nikt by się wtedy nie cackał. Prosta trepanacja. Jeden lazaret diabli wzięli, ale pozostałe laboratoria potrzebują preparatów. Tutaj spodziewali się dostać języka.
– Mam z tym coś wspólnego? – zdziwił się Jonas.
– Byłeś w lazarecie. Co tam się działo?
– Pęcznieli i strzelali jak purchawki...
– Rozumiem – Bio–Łącze skinęło głową. – Odłączyło kamery Informatycznego Systemu. Zostałeś jedynym świadkiem.
– Co to było?
– Kostropian–purchawica.
– Pocieszna nazwa – powiedział Jonas.
– Jak dla kogo. Na pierwszy ogień zawsze idą komandosi Endogenicznej. Poznałeś poczucie humoru ojców chrzestnych. Różnie im się trafia. Od czasu Inwazji ich wkład do terminów strategicznych to również Zmrocznik Pochwiasty, Rojnik Arrheniusa, Przeziernik Złotokap, Misza–saprofit, Wpleszcz Sztabowy czy Łuskwiak–bełkotnik... Jest tego cały słownik w żargonie frontowców i naukowych opracowaniach współpracowników Stinsona.
– Wpleszcz Sztabowy? – upewnił się Jonas.
– Natknął się na to jeden z pierwszych desantów prewencyjnych poza Enklawę – wyjaśniło Bio–Łącze. – Mieli nieporozumienia z ośrodkiem dyspozycyjnym, więc wpadli na pomysł, żeby im to podrzucić do sztabu. Dla obopólnej rozrywki. Na zewnątrz nigdy nie sprawiało to większego wrażenia. Sęk w tym, że solidnie zaplombowany bunkier naczelnego dowództwa nie tak łatwo opuścić, choćby ci ze skóry pasy darło... Nazwa się przyjęła. Zobaczysz, przyznasz rację. Wyobraź sobie, że ktoś by ci wpuścił jakiegoś skurwysyna bezpośrednio pod pancerz, żeby się z marszu dobrał do mięsa...
– Przyjemna perspektywa – zgodził się Jonas. – Dalej nie rozumiem, co wspólnego mam ja i, na przykład, Łuskwiak–bełkotnik czy Kostropian–purchawica.
– Trzeba wiedzieć, co to wyczynia z ludźmi.
– Nie powiesz, że ich garbuje na obraz i podobieństwo Megaloxanthy.
– Sądzisz, że tak wielu żołnierzy rozeznaje się w najnowszych modelach Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca?
– Mimo wszystko... jestem człowiekiem. Bio–Łącze wyglądało na rozbawione.
– Słyszałeś, co powiedział ich dowódca? Brak podstaw, żeby dzielić przywileje między ciebie, Bio–Wtyczki i genomuty.
– Genomuty?
– To ich legenda – Bio–Łącze wzruszyło ramionami. – Informatyczny System nie posiada danych. Komandosi z dalekosiężnych zrzutów, kiedy ich jeszcze spuszczano ze smyczy, do dzisiaj opowiadają malownicze przypowieści o mutantach.
– Więc ktoś jednak żyje na zewnątrz? – spokojnie zapytał Jonas.
– Brak sprawdzonych informacji. Jonas obejrzał się przez ramię.
– I to niby ja miałem być? – zapytał.
– Dziwisz się?
Daleko za nim płonął czerwony krąg. Sięgał już fasetkowego stropu. Na boki rozchodziły się tam ściany jakby łuskowate, ze stalowymi żaluzjami opuszczonymi teraz na okna. Wielopiętrowy wał otaczający przestronny plac, z którego ludzi wymiotło bez śladu. Tylko on i Bio–Łącze prawie dochodzili do czarnego Rdzenia THARSYS.
– Zatrzymamy się? – zapytał Jonas.
– Myślałem, że masz zamiar jak najszybciej trafić do CETI – powiedziało Bio–Łącze.
– Trudno poskromić ciekawość. Chciałbym wiedzieć, na co jeszcze stać Endogeniczną.
– Rutynowa akcja. Mógłbym ci zademonstrować naprawdę wspaniałe pacyfikacje...
– Z pamięci Informatycznego Systemu?
– Z pamięci.
– Nie raz będziemy mieli okazję przejrzeć filmotekę – zdecydował Jonas. – Raz chciałbym na żywo.
U podnóża ognistej membrany między szpalerem srebrzystych garbów powoli przesuwał się czarny cylinder. Przed nim gdzieś się zapodział oficer ze złotymi epoletami i piątka komandosów.
– Więc? – upewnił się Jonas. – Jak wolisz.
Zobaczył jeszcze, że Bio–Łącze niezbyt pewnie obejrzało się tam, dokąd zmierzali.
Wygląda, że bardziej mu tam pilno ode mnie, pomyślał Jonas. Przestał się przejmować Bio–Łączem i z zainteresowaniem śledził dalsze manewry oddziału Armii Endogenicznej.
Czarny karawan sunął na wprost czerwonego kręgu, jakby go srebrne guzy transporterów wyciskały spomiędzy swoich szeregów. Rzeczywiście przypominało to wędrówkę trumny w gardziel krematoryjnego pieca. Przed powolnym cylindrem ognisty krąg zaczął się podawać wstecz. Wyraźnie już wklęsły menisk żaru przyjmował w siebie nową ofiarę. Długa trumna oderwała się wreszcie od ziemi i ponad transportery. Wyraźnie celowała w środek membrany. Przez ognistą kotarę przeświecało jakieś ciemne wnętrze, wypełnione basowym pomrukiem. Docierał nawet do ich uszu, chociaż zatrzymali się niemal u podnóża Rdzenia Enklawy.
– Prawda – przypomniał sobie Jonas. – Dlaczego akurat ty zjawiłeś się po mnie?
– Jestem Bio–Łączem Informatycznego Systemu przydzielonym do Kliniki.
– Więc przysłał ciebie Stinson? – Nie sądzę.
– To znaczy: nie wiesz?
– Trafiłeś tutaj dzięki inicjatywie Informatycznego Systemu – odparło Bio–Łącze.
– Chciałbym kiedyś poznać mojego patrona – zażartował Jonas. – W pełnej gali.
Tym razem Bio–Łącze przemilczało.
Daleko przed nimi ledwie zauważalna różowość oddzielała cylinder od wirującego obłędnie, mrocznego piekła. Coś się stamtąd zaczęło przebijać przez nadwątloną zasłonę. Najpierw miałkie mrowienie wstrząsnęło menisk przed czarnym wrzecionem. Jakby ktoś węglowym pyłem sypnął na rozpaloną do czerwoności żeliwną płytę. Zaraz potem coś błysnęło, lecz nie spłonęło w energetycznym ekranie. Przeleciało na drugą stronę, jak szmata trzepocząca strzępiastymi skrzydłami. Jasny rozbłysk przełamał jednak trajektorię jej lotu. Mimo cylindra sypnęło odpryskami czegoś twardego i jednocześnie skłębione zrazu płatki kopciu zaczęły opadać czarnym śniegiem.
Jeszcze jedna eksplozja z przeciwnej strony. I znowu. To strzelały srebrzyście opancerzone pojazdy. Jonas nie dostrzegał luf, po prostu serie gwałtownych wyładowań pruły przestrzeń i roznosiły na strzępy wszystko, cokolwiek przebijało ekran. Nie trwało to długo. Jonas pojął, że co się przedtem wylęgło w półmroku, razem z lazaretem, zostało ze wszystkich stron ogarnięte przez jeden olbrzymi, szkarłatny pęcherz. Nie było już płaskiego ekranu odgradzającego fragment Enklawy, tylko niezależna od zewnętrznych źródeł energii płonąca kula.
W jej środku, niby cierń w oku nabiegłym krwią, tkwił podługowaty cień. Nagle z ciemnego ziarna wystrzeliły białawe pędy – pięć palców, każdy uzbrojony w szklany pazur. Wszystkie pięć zawierały w sobie wyraźny ludzki kształt, srebrzyste jądro zdalnie sterowane przez znieruchomiały cylinder. Ta ręka rozcapierzyła palce, potem je zakrzywiła w głąb pęcherza i uderzyła w mroczny kłąb we wnętrzu sfery.
Coraz mniej można było dostrzec poza ekranem stanowiącym powierzchnię tej kuli. Nieprzypadkowo transportery Endogenicznej zaprzestały ostrzeliwania asekurującego moment wlotu cylindra. Nic więcej nie przenikało z kurczącego się szybko pęcherza.
Ludzie zaczęli wychodzić z pojazdów. Widać było, jak się poklepują po ramionach, zdejmują hełmy.
Wtedy coś jęknęło przeraźliwie. Na moment, tuż nad ziemią ujawnił się prześwit do wnętrza kuli, która już straciła połowę średnicy. W ciemności zawirowało wrzeciono otoczone fioletowym światłem, naprężające trzy sine korzenie – dwa obwisły pustymi rękawami. Na zewnątrz chlusnęła fioletowa fala, spieniona niesamowicie zielonym grzebieniem.
– Boże! – krzyknęło Bio–Łącze.
Kilkanaście zielonych bryzgów wyrwało się na wolność. Coś zaskwierczało. Cztery transportery stanęły w ogniu, jakby je uczyniono ze specjalnie łatwopalnych materiałów. Dwa czy trzy razy trzasnęły jakby dymne granaty – tylko kłębki pary w tych miejscach, gdzie przed chwilą stali ludzie.
Napięcie powierzchniowe kuli w mig zabliźniło ekran kolapsujący coraz szybciej, niemniej Jonas dostrzegł kilkanaście postaci w srebrnych skafandrach, pewnie załogi płonących transporterów. Ci, których nie ogarnął ogień na złamanie karku gnali teraz od Pierwszej Linii.
Już byli blisko. Można było rozpoznać ich przerażone twarze.
Nagle najbliższy stanął jak wryty. Drugi też nie dobiegł. Jakby się każdy kolejno natknął na niewidzialną przeszkodę. Zziajani toczyli wkoło błędnym wzrokiem. Żaden więcej nie postąpił kroku przed siebie. W ich oczach wytrzeszczonych w stronę Bio–Łącza i Megaloxanthy, chociaż Jonas dziwnie nie odczuwał na sobie tego wzroku, przerażenie walczyło ze świadomością i jakimś jeszcze, niepojętym obłędem.
Pierwszy uniósł ramię z zaciśniętym w dłoni emiterem, okręcił się jakoś niezdarnie wokół własnej osi i runął twarzą na ziemię, głową w tę stronę, skąd pierzchnęli. Kilku uczyniło to samo. Trzech nawet nie odwróciło głowy, kiedy tamci zaczęli się ostrzeliwać – po prostu stali z pustymi oczami i pustymi rękoma zwieszonymi po bokach.
Teraz dopiero Jonas spostrzegł, że coś się niosło za tymi ludźmi, polatywało tuż nad ziemią. Emitery biły skoncentrowanymi wiązkami światła, jak włos cienkimi iskrami. Większość strzałów docierała aż do transporterów i rykoszetowała na ich lustrzanych pancerzach. Czasami jednak ruchoma pochodnia zapalała się w pół drogi. Czasami zabrakło ognia, tylko krótki błysk poprzedzał przeszywający powietrze pisk. Potem coś wyskakiwało w powietrze – srebrzysty, podługowaty kształt, jakby obleczony w tę samą materię, z której skrojono mundury komandosów Endogenicznej. Niezdarny, ostatni sus. Potem to coś toczyło się skwiercząc i dławiąc jakby szczurzym piskiem, nim zerwał się najbliższy z żołnierzy i z bliska dobił strzałem, po którym zakręcało tylko wir siwej sadzy i dokoła rozchodził się smród palonego mięsa.
Jonas poczuł dotyk czyjejś ręki czepiającej się jego ramienia.
– Chodźmy stąd – powiedziało Bio–Łącze.
Nie protestował. Sam czuł się dziwnie, jak nigdy przedtem.
Odwrócił się za swoim przewodnikiem. Nawet postąpił kilka kroków. Wtedy w rozłamie Rdzenia Enklawy dostrzegł jakąś postać zagradzającą jedyną drogę odwrotu z linii frontu.
Nagle zrozumiał, dlaczego nie czuł na sobie wzroku ludzi, którzy – zdawało mu się – przestali uciekać na widok Megaloxanthy.
Ten ktoś był bez szklanego hełmu, za to dół twarzy, poniżej oczu miał osłonięty czymś w rodzaju gazowej maski z przewodem tlenowym zachodzącym na plecy. Ramiona mężczyzny okrywała luźna, spływająca do ziemi czarna peleryna. Jego wzrok zdawał się na wylot przenikać przez pierś Megaloxanthy – cięższe niż ołów spojrzenie, które innych ludzi potrafi przygnieść do pola bitwy.
Palce Bio–Łącza mocniej zacisnęły się na ramieniu Jonasa. Kątem oka dostrzegł wyraz malujący się na twarzy tego niewydoroślałego, jasnowłosego chłopca. Skurczona twarz maszkarona. Prawie biała. Jakby i jemu na głowę nałożono maskę z ugniecionego, byle jak potem rozprostowanego papieru. Tylko zamglone oczy błagały o coś.
Prawie poniósł to ciało coraz bardziej ciążące mu u ramienia. Niepostrzeżenie wyminęli postać w narzuconym na ramiona skórzanym płaszczu, stojącą ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Rozchylająca się peleryna pozwalała dostrzec pistolet o długiej lufie, zatknięty za pas.
Odeszli kilkanaście kroków w tunel prowadzący do wnętrza Rdzenia THARSYS, kiedy Bio–Łącze zwolniło ramię Megaloxanthy i zatoczyło się raczej, niż ruszyło dalej o własnych siłach.
– Kto... – zapytał Jonas niezbyt posłusznym głosem, jakby mógł znać mężczyznę, którego twarzy niepodobna było ani rozpoznać, ani zapamiętać. – Kto to jest?
Bio–Łącze nie odpowiedziało.
Gdzieś z sykiem zaczęły się podnosić śluzy sięgające stropu, prowadzące pewnie do komunikacyjnych szybów między poziomami. W którymś rozległ się charakterystyczny świst, jakby w niewidzialną stąd studnię nurkowały pancerne pojazdy Armii Endogenicznej wracającej z zakończonej akcji.
Zatrzymali się przed włazem, jakich kilka Jonas widział jeszcze w lazarecie.
– Dobijacz szczurów – powiedziało Bio–Łącze.
7. BIO–ŁĄCZE

Po drodze wstąpili do jego mieszkania. W całkiem przytulnym pokoiku miejsca starczało na stół, krzesło i wąskie legowisko. Szczelnie książkami zastawione półki broniły dostępu do ścian. Tylko w kącie na wprost drzwi prowadzących z przedpokoju, prawie pod sufitem, wisiał sporych rozmiarów ciemny prostokąt. Z bliska okazał się starym, pozbawionym ramy obrazem. Płótno gdzieniegdzie oblazło z farby.
Nieznany artysta skąpił barw. Od góry prostokąt wypełniono czernią, niżej niewiele miejsca zostało na przytłoczoną ciemnością białą sylwetkę. Tę jasność wydzielał z mroku szary pas, nieoczekiwanie sprawiający wrażenie srebrzystego, misternie tkanego ubioru. Obrysowane nim, dziwnie miękkie pochylenie głowy nie pozwalało pogodzić się z myślą, że zawiera w sobie tylko puste miejsce. W rzeczy samej – tam, gdzie wyobraźnia odruchowo poszukiwała twarzy smutnej i pięknej, po niewidzialnym policzku do podbródka zbiegały dwa cienkie nacięcia. Zawsze świeża krew – kiedykolwiek natchniony malarz pociągnął pędzlem rany do dzisiaj niezabliźnione.
I niespodziewanie Jonas poczuł tę tajemniczą obecność, ujawnioną przez krwawe łzy, nie tylko w płaszczyźnie obrazu. Stała się nierozdzielna z atmosferą tego pokoju, swoje odbicie znalazła nawet w oczach Bio–Łącza, przyglądającego mu się uważnie.
Janko uśmiechnął się.
– Czuj się jak w domu – powiedział. – Zaraz wrócę.
Janko Pytlak, takim bowiem imieniem przedstawił się gospodarz, jakby świadomie zostawił go teraz sam na sam z tym czymś nieuchwytnym, o co Megaloxantha otarł się raz jeden – przed kamiennym Szernem. Było to dostatecznie dotkliwe, żeby poczuł się zupełnie bezradny między ścianami wzniesionymi z książek, przed ciemnym znowu, niepozornym obrazem.
Bezradność mechaneurystyki, do tego zaspawanej w. pancerz, jakiego przedtem nie przywdział pewnie żaden Selenita – pomyślał Jonas i sam nad sobą roześmiał się w duchu.
Trzeba było zająć czymś oczy uparcie wracające do starego płótna. Zbliżył się do półek.
Trudno było sprecyzować zainteresowania lokatora. Jak przystało na Bio–Łącze – pomyślał – omnia mea mecum porto. Zgromadzono tutaj na równi teoretyczne podstawy fizyki kwantowej, mnemotroniki i mechaneurystyki, inżynierii genetycznej i socjologii, literaturę piękną przemieszano z tonami prac poświęconych teorii informacji. Sporo też było oprawionych w tani karton, prymitywną techniką powielanych skryptów historycznych. Wszystko tu było historią. Kilka pozycji Jonas wziął nawet do ręki, przerzucił kartki. Wszystko odnosiło się do czasów minionych. Nie mogło być inaczej – któż dzisiaj zajmuje się drukowaniem książek. Wyglądało, że ten młody, jeszcze nie w pełni mężczyzna, został spadkobiercą jakiegoś dziwaka, którego życie przebiegało w innym wymiarze, poza galopującym czasem Enklawy THARSYS, poza kolapsującą przestrzenią, w granicach Enklaw dawno startych z powierzchni Ziemi. Kimkolwiek był człowiek, który w tych książkach znajdował własną rzeczywistość, z całą pewnością Janko pozostanie ostatnim jego spadkobiercą. Czas tego świata coraz szybciej wysadzał z siodła każde kolejne pokolenie, ale i to się skończyło.
Bio–Łącze stało w progu nagle zmieszane, zaczerwienione po uszy. Przez chwilę Jonas nie rozumiał przyczyn tej konsternacji, kiedy spostrzegł tackę, którą Bio–Łącze trzymało oburącz.
Janko chciał dobrze, jednak przesadził z gościnnością – przygotował dwie filiżanki z gorącym, aromatycznym napojem – rozchodzący się zapach poruszył nawet Megaloxanthę.
– Przepraszam – powiedział Janko.
– No proszę – uśmiechnął się Jonas. – Ktoś nas nie docenił. Napiję się chętnie.
Janko do końca nie miał pewnej miny, tym niemniej wspólnie z Jonasem rozstawił spodeczki, filiżanki i cukiernicę ze srebrną łyżeczką. Kiedy przysiedli na dwóch krańcach legowiska, na moment rozpiął błyskawiczny zamek bluzy – coś błysnęło. Obok siebie rzucił na koc wyjętą zza pazuchy książkę zniszczoną bardziej niż inne, chociaż w sztywnej skórzanej oprawie, jakby się z nią nie rozstawał nigdy.
– Nie tak wiele nas dzieli – powiedział Jonas. – I wcale nie jest pewne czy powołaniem ewolucji w ogóle, a tej sterowanej w szczególności, jest nauczenie nas obywania się wyobrażeniem smaku.
– Myślałem...
– Oczywiście. Nie jest to życiowa konieczność – przyznał Jonas. – Co nie znaczy, że odebrano nam ostatecznie szansę testowania na własnej skórze pewnych ekscentrycznych czy egzotycznych upodobań.
– Celnie sformułowane – uśmiechnął się wreszcie Janko Pytlak.
Jonas delikatnie obrócił w palcach porcelanową filiżankę. Biała muszelka w zeskorupiałych kleszczach. Bez tej gruboskórności parzyłaby palce. Przyłożył wargi do gorącej krawędzi – wystarczy, żeby usta, język i podniebienie, każde z osobna, zapamiętały inny smak.
Dłuższy czas siedzieli tak w milczeniu, czasami tylko przyglądając się sobie na przemian.
Jonas pomyślał nawet, że nie wiadomo dlaczego czuje sympatię dla tego chłopca. Dziwne to Bio–Łącze o dziewczęcej raczej urodzie, z jasnymi włosami osypującymi się na oczy. Cień przebiegał czasem tę twarz, to znów przelotny uśmiech przydawał pewnej pospolitości, żeby ustąpić nieobecności. Wtedy Jonas gotów był przysiąc, że myśli Bio–Łącza zapuściły się właśnie w świat wyzwolony z ograniczeń Enklawy THARSYS, nawet poza Informatyczny System. Człowiek nie może postrzegać zbyt wiele – pomyślał Jonas. W sprzężeniu z Informatycznym Systemem zatraca się przeszłość. Skrzętna aktualizacja danych dotyczących dnia dzisiejszego zabija tradycję. Korzenie pozostają w pożółkłych manuskryptach, w bibliotece kompletowanej przez jakiegoś praszczura. Wobec dnia dzisiejszego niewiele znaczy – kim kiedyś byłeś. Jeszcze mniej – z jakiego narodu twoi ojcowie wynieśli serce, jakiej wizji przyszłości poświęcili natchnienie i umysł, jakiej religii zaprzysięgli duszę, do jakiej sprawy przyłożyli ręce, jakiej wreszcie ziemi oddali ciało – nikomu z żywych niepotrzebne. Enklawa THARSYS preferuje doczesność – w co powinieneś wierzyć, komu należy ufać, o czym musisz milczeć. W tym znajdź swoją powinność. Dla emigranta, tym bardziej – banity, każde zajęcie jest jakąś szansą. Najemnik ma prawo przywdziać dwa rodzaje mundurów – w szeregach Endogenicznej albo w sprzężeniu z komputerowym systemem.
– Urodziłeś się w THARSYS? – zapytał Jonas.
Janko potrząsnął głową.
– Ojciec tu został ze mną. Miałem siedem lat. Matki nie pamiętam.
– Co z ojcem?
Cień pojawił się na twarzy Bio–Łącza.
– W tamtych czasach emigracja z agrarnych podsystemów nie miała wyboru. Poza tym istniały motywacje. Przetrwanie z bronią w ręku. Armia nie była jeszcze Endogeniczną.
– Wstąpił do Armii?
Janko milczał chwilę. Potem odstawił na stolik filiżankę. Podniósł się i z opuszczoną głową przeszedł w drugi koniec pokoju. Tam zatrzymał się przed regałem wypełnionym po sufit i tak stał długo, z rękami wciśniętymi w kieszenie bluzy, nieruchomy, zapatrzony w wytarte grzbiety książek.
– Wiesz, on pamiętał jeszcze Nielsa Bohra – powiedział wreszcie. – Cytował Pascala i potrafił mówić o utopijnych wspólnotach przyszłości. Był przy tym zakochany w Kropotkinie i zachłannie czytał Malatestę. Za cnotę przyjmował bezwzględną wierność wobec własnego narodu, a jednocześnie – jak to potrafił jedynie Ghandi – był wrogiem narodowego państwa. Mawiał też, że na gruzach najpiękniejszych ideologii można zbudować najpotężniejsze imperia...Tak. Masz rację. Zginął z bronią w ręku. I nic nie zostało po nim z czasu, kiedy walczył. Nigdy się nie odznaczył w bitwie i zginął śmiercią bardziej może nikczemną od tych, którzy nigdy nie stanęli w równym szeregu. Pozwolono mi go odwiedzić w szpitalu polowym. Umierał zabandażowany od głowy do stóp. To był jego jedyny prawdziwy mundur. Przez całe życie. Zabandażowane oczy i uszy, spętane nogi i ręce. Przed śmiercią, na pięć minut, zwolniono mu usta. Kiedy tu ludzie umierają, zwykle z ostatnim tchnieniem ten świat błogosławią przekleństwem. Wiesz, co usłyszałem od niego? Powiedział mi: „Jeśli nie możesz walczyć, jeśli masz związane ręce i zakneblowane usta – przynajmniej PAMIĘTAJ. Zachowaj Pamięć – nie dla siebie. Przyjdzie czas tych, którym dano więcej siły, odwagi i wiary, niż ty znalazłeś w sobie. Bądź ich Pamięcią”.
Umilkł, lecz nie odwrócił się. Jakby to było jego spowiedzią przed sobą samym, kiedy znikąd nie oczekuje się odzewu.
– Dlaczego zostałeś Bio–Łączem? – zapytał Jonas.
Janko drgnął. Dalej stał z rękoma wduszonymi w kieszenie, sztywny cały, jakby mu Informatyczny System, poza Pamięcią, użyczył dodatkowo stalowej intarsji kręgosłupa. Tylko nieznacznie odchylił głowę i ponad ramieniem spojrzał na Megaloxanthę. W oczach miał gniew i jednocześnie dumę. Trwało to ułamek sekundy. Potem odwrócił się wreszcie, z twarzą niespodziewanie spokojną, ufną, bardziej niż przedtem chłopięcą.
– To wszystko, co po nim zostało – powiedział wskazując książki. – Wszystko czym był, zanim wziął do ręki karabin. Dlatego zostałem Bio–Łączem.
Bardzo proste, pomyślał Jonas Hebrejczyk. Jedyny sposób na przeskoczenie progów Wtajemniczenia. Kosztem osobistej wolności, za cenę ostatecznej desakralizacji narodowej dumy. Homo sapiens wpisany w Informatyczny System. Czyją Pamięcią chcesz być jutro – czyją jesteś dzisiaj. Dla tych, którzy zdychają w szpitalach polowych i na Pierwszej Linii, jesteś nikim, Janko. Chociaż bywasz potrzebny. Taki, na przykład, Stinson. Przychyla się do teorii Inwazji, poza tym kończy się pewnie cała jego świadomość polityczna, może nawet nie wie do jakiej akurat należy partii. A jeśli nawet – nie wie po co. Kto z nich cokolwiek wie o tym. Grzechotka Enklawy potrząsa ziarenkami. Taki Stinson może cię nawet polubić. Jak lubi się jasne, przejrzyste powietrze. Taką przejrzystość wnosisz w jego koncepcje. Darujesz mu Pamięć. Jesteś potrzebny Klinice. Nawet nie zauważasz, kiedy ci się bluza rozchyla na piersi. Nie potrzebujesz bielizny – bez mechaneurystyki uzbrojono cię w pancerny podkoszulek. Jesteś ubrany w uniform szeregowego proklamatora Informacji. Masz odkrytą pierś, na niej wypukła blacha – trzecie oko, ekran Informatycznego Systemu. Tylko dlatego profesor Stinson darzy cię pewną sympatią. I pogardą także. Stinson kocha szufladki. Jak najwięcej szufladek, gdzie można włożyć i z powrotem wyjąć, bez oporu zatrzasnąć skrytkę i zagwarantować sobie lojalne milczenie. A przy okazji można znowu sięgnąć do starych szpargałów. Witaj więc, Szufladko!
– Bardzo emocjonalnie traktujesz pewne sprawy – powiedział Jonas.
– Wolisz realizm? – Janko wzruszył ramionami. – Jestem emocjonalny, bo jestem człowiekiem. Od realizmu i racjonalizmu mam Informatyczny System.
– Nie w tym rzecz – wyjaśnił Jonas. – Chciałem zapytać, jak się z tym czujesz...
Janko chwilę przyglądał mu się ze skupioną twarzą. Raptem zaczerwienił się i parsknął śmiechem.
– Nikt dotychczas nie zadał mi tego pytania – powiedział nie kryjąc wesołości.
– Nigdy? – zdziwił się Jonas.
– A cóż ich to obchodzi? I co niby miałbym odpowiedzieć. Każdy spełnia rolę, do której posiada predyspozycje. Nic więcej. Zbrzydło im wduszanie klawiszy. Poza tym rozmowa z komputerem pozbawiona jest, że tak powiem, uroku osobistego. Cóż prostszego, jak czytnik komputera zastąpić gotowym elementem biologicznym. Wystarczy dokonać sprzężenia bio–pola z elektroniką i sam się narzuca model końcówki, przez ewolucję zaopatrzony w oczy i język, a poza tym potrafiący nieco kojarzyć na własny rachunek. Oczywiście nowa funkcja ogranicza pewne swobody obywatelskie – zawsze musisz być pod ręką, twoje prywatne życie sprowadza się do kilku godzin snu i trzykrotnego podładowania w miarę kaloryczną energią. Tylko kogo w tym świecie nie ograniczają funkcje społeczne? Po prostu mózg sprzężony z Informatycznym Systemem. I nadzwyczajna przepustowość – niewiele w tobie osiada z tego, co przechodzi przez usta chodzącej encyklopedii. Tobie to mało potrzebne. Tylko w emocjonalnych stanach bywasz sobą. Sam to zauważyłeś.
Jonas z zainteresowaniem przyglądał się Bio–Łączu.
– Mówisz, że jesteś sobą tylko tam, gdzie w grę wchodzą emocje? – zapytał.
– Mniej więcej. Kiedy teraz rozmawiam z tobą też mniej jest tego, co ja wiem, niż tego, co ty potrafisz zrozumieć.
– Nie bardzo rozumiem – przyznał Jonas.
– A jakie to ma znaczenie? Emocje też nie są mile widziane. Musisz być gotów na każde zawołanie. Inne rewelacje wynikające ze sprzężenia z Informatycznym Systemem? Jesteśmy tylko Bio–Łączami. Świadomość, taką czy inną, posiadamy na własny rachunek. Ty masz prawo zadawać pytania i otrzymywać odpowiedzi. Zależnie od stopnia Wtajemniczenia będzie ci przyznana odpowiednia porcja informacji. Jeśli wystarczy fonia – pytaj. Chcesz dostąpić holowizji – potrafię roztoczyć przed tobą każdy pejzaż.
Janko uderzył się w piersi.
Pięść twardo stuknęła o srebrzysty ekran. Jeszcze rozchylił kurtkę – Jonas przejrzał się w nieco wypukłym zwierciadle. Nie dano mu czasu na zachwycanie się własną podobizną – Janko znowu siedział przed nim zapięty po szyję.
– Nigdy więcej nie pytaj, co czuje Bio–Łącze – powiedział. – Mój umierający ojciec radził: jeśli chcesz przetrwać – pamiętaj. Jestem więc waszą pamięcią, odtąd również twoją. Każdy z was posiada jej część, ale tylko tacy jak my mają dostęp do pamięci wszechrzeczy. I nic nie znaczy, że jesteśmy wyłącznie przekaźnikami informacji między wami a Informatycznym Systemem. Tylko ci przetrwają, których jednoczy Pamięć. Pamięć jest bardziej niebezpieczna od miecza. A ja jestem wyłącznie PAMIĘCIĄ.
Jonas odstawił swoją filiżankę.
– Mocno powiedziane – stwierdził.
Trzeba się zbierać, pomyślał. Najwyższy czas zjawić się w CETI, w Sekcji Łączności. Pewnie ich klną tam na czym świat stoi, a na wezwania z innych Enklaw odpowiadają: Nasz Megaloxantha lubi się pętać.
Chciał wstać, kiedy dostrzegł książkę spoczywającą na kocu między nim a Bio–Łączem. Sięgnął po nią pierwszy. Ręka Janko pozostała zawieszona w powietrzu.
Nie bardzo wiedział, po co to robi. Bio–Łącze patrzyło na niego ogromnymi, pustymi oczami, kiedy pozwolił książce samej otworzyć się w ręku i przeczytał od góry strony:

„...Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza
Jako para kochanków: prawy staw miał wody
Gładkie i czyste jako dziewicze jagody;
Lewy ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana
Smagła i już męskim puchem osypana.
Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło
Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło
Najeżone łozami, wierzbami czubate;
Oba stawy ubrane w zieloności szatę...”

8. PROGI WTAJEMNICZENIA

Gdzieś się zapodziała ulotność kochanka Seleny i ostatecznie zwartym pancerzem zasklepiła się przezroczystość jego skrzydeł. Ziemskie ciążenie niweluje wznioślejsze próby ewolucji. Tej przynajmniej, która chciałaby dostąpić Postaci Szerna ponad próchnem i śmiertelnym bełkotem ziemskiej biosfery, poza smrodliwym wyziewem Industrialno–Urbanistycznego Masywu, stanowiącego opokę Enklaw. W królestwie Rojników, Kostropianów i Wpleszczy możesz być tylko ich nadwornym chrząszczem.
Janko obejrzał się za Megaloxantha.
Postać Jonasa Hebrejczyka znieruchomiała w tunelu. Wyższy od ludzi, głową prawie sięgał stropu. Skórzaste fałdy zasklepiły twardą skorupę wokół jego piersi. Jakby się cały od wewnątrz zaspawał w pancerz. Nawet spod okapu czaszko–hełmu dwie przezroczyste łuski nasunęły się na oczy i zrosły z płaskim kamieniem twarzy. Wbrew oczekiwaniom te zmiany upodobniły go do człowieka. Ciasno oblekający pancerz urealnił reliktowe związki z kształtem homo sapiens. Do tego czaszka osadzona na mocnym karku, masywny tors, ręce i nogi z wierzchu oplecione szklanymi ścięgnami – optymalna forma dla zaciągu w szeregi Endogenicznej Armii. Bez ulotności, wrażliwości, skrzydlatej błoniastości i zdradliwego przezrocza.
Zbroja czyni człowiekiem. Nawet Megaloxanthę.
– Czasami zdaje mi się, że wszechświat zawiera w sobie własne zwierciadlane odbicie – powiedział chrzaszcz – Megaloxantha.
Zamilkł, jakby ciąg dalszy odciął metalicznymi nożycami warg.
– Nie rozumiem, o czym mówisz – niepewnie odezwał się Janko.
Uważnie przyglądał się Jonasowi. Megaloxantha wyglądał tak, jakby nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
– Jako ja sam w sobie – odezwał się znowu.
Chwilę bezdźwięcznie poruszał ustami. Zdawało się, że martwym wzrokiem przeniknął Rdzeń THARSYS w poszukiwaniu świadomości koczującej poza Enklawą.
– ISTNIENIE POSZUKUJĄCE SPEŁNIENIA. ZWIERCIADŁO, KTÓRE ZAWIERA W SOBIE ARCHETYP WYŻSZEJ RZECZYWISTOŚCI... JUŻ POZA DOCZESNOŚCIĄ...
Janko patrzył jak zaczarowany. W piersi Megaloxanthy, niezależnie od poruszania warg, jakaś siła powołała głos tak niski i powolny, aż ledwie się ocierał o granice artykulacji przyswajanej przez ludzkie ucho. Megaloxantha mówił przed siebie. Do nikogo:
– ...A PRZECIEŻ JESTEM JESZCZE – OGRANICZONOŚCIĄ JAŹNI ALBO GRAWITACJĄ, W PĘCHERZU WSZECHŚWIATA, KTÓRY – MIAST DĄŻYĆ DO KRYSTALICZNEGO JĄDRA – ROZWICHRZA SIĘ NA STRZĘPY, W LOKALNE IMPERIA ASOCJACJI – ZAKWITAJĄ I WIĘDNĄ, ZANIM JE OGARNIE MOJA ZŁUDNA, NIESPEŁNIONA WSZECHWŁADNOŚĆ... NIGDY NAPRAWDĘ JAŹŃ NIE ZDOŁAŁA ZJEDNOCZYĆ FILOZOFII Z CIAŁEM...
Głos umilkł równie nieoczekiwanie, jak przedtem wzrok Megaloxanthy zapadł się w nieobecność. W rozjaśnionej przed nim mgle Jonas dostrzegł bladą twarz Bio–Łącza.
– Nie dosłyszałem – powiedział Jonas.
– To ja słuchałem – odparło Bio–Łącze.
Jonas rozejrzał się.
– I cóż cię wprawiło w takie osłupienie?
– W każdym z nas jest PAMIĘĆ – powiedziało Bio–Łącze bacznie przypatrując się Jonasowi. – Nie tylko nasza własna. Istniejemy nierozdzielnie z otaczającym nas światem. Wszyscy czerpiemy z tej samej kartoteki znaków. Przerzucamy tę samą bibliotekę symboli. Tylko prawie nigdy dwie ręce nie ujmują tej samej książki. Obecność kogoś jeszcze w tej bibliotece potrafimy wydedukować tylko z powszechnej entropii znajdującej swój wyraz w zużywaniu się kolejnych tomów... Albo z trudnych do rozszyfrowania notatek na stronach książek. Nic nie słyszałeś?
Jonas zastanowił się.
– Nie mam za sobą Informatycznego Systemu – powiedział – żeby mi podpowiadał wszystko, co ujdzie mojej uwadze.
– Więc idźmy dalej – powiedziało Bio–Łącze.
Przed nimi coraz więcej rozgałęzień odchodziło od tunelu, którym prowadził Janko. Ujawniała się wewnętrzna struktura Rdzenia – labirynt korytarzy, metalicznych jaskiń, ślepych zaułków zaczopowanych szklanymi przeponami, półprzeźroczystymi, za którymi snuły się barwne plamy, w zbliżeniu przybierające kształt ludzkich postaci – rozpływających się w oddaleniu, przenikających nawzajem. Jak wyjaśnił Janko tunele i specjalne pochylnie, transmisyjne pasy i łożyska pneumatycznych wind rozpoczynały swój bieg i zawijały pętle w punkcie styku z Centralnym Szybem Komunikacyjnym THARSYS. Inne szlaki transportowe odciążały Piony Dostawcze poszczególnych Modułów Fabrycznych z najniższych poziomów Enklawy, żeby odpowiednimi kanałami i zsypami komór krematoryjnych schodzić się w jedną Cloaca Maxima. Zasadnicze nawarstwienia Przetrwalników znajdowały się w zewnętrznym plastrze, bezpośrednio pod pancerzem Kopuły, lecz i tutaj Jonas zauważył ludzi sprawiających wrażenie stałych mieszkańców Rdzenia. Nie zmierzali donikąd, specjalnie nie zajmowali się niczym – po prostu byli tutaj. Często z korytarzy zaślepionych szklanymi przeponami Jonas czuł na sobie czyjś wzrok. Lecz nie zauważył postaci odprowadzającej go spojrzeniem. Mało kto zwracał na niego uwagę, chociaż wydawało mu się, że wyczuwa dokoła obecność większej liczby ludzi, niż to potrafiły potwierdzić oczy. Wiele było tu śladów bytowania. Wszędzie walało się mnóstwo kolorowych śmieci, jakieś kartony, pojemniki ze sztucznego tworzywa, szmaty, przemyślnie zdewastowane urządzenia techniczne – trudne do rozpoznania, a przede wszystkim – papiery, papierki, bajecznie kolorowe konfetti. Nawet w ciemnych kątach, gdzie nazbierały się całe zwałowiska śmieci, Jonas nie dostrzegł śladu kurzu. Idealnie czyste chodniki, jakby świeżo zmyte ściany – chociaż miejscami zwisały z nich strzępy plakatów, pożółkłe obwieszczenia, całe połacie byle jak ponaklejanych karteluszków. Nieodparcie nasuwało to wizję ogromnej maszyny do robienia porządków w tych korytarzach, która powoli przesuwa swoją masę przez labirynt przejść, pęcznieje i wydłuża się w ciasnych przepustach, niby wilgotny czerw, który całą powierzchnią swego ciała czyści, szoruje, płucze, suszy, sterylizuje, czyniąc to jednocześnie tak delikatnie, żeby niczego nie naruszyć. Dla spokoju duszy ludzi pragnących żyć na śmietniku. W rupieciarni nawarstwiającej się przez wieki. Ciekawe, pomyślał Jonas, jak też ten wycior omija ludzi. Może otwiera chętny przełyk i zaprasza do środka, śpiących po kątach też podbiera skrzętnie, potem czyści, szoruje, dopieszcza i sterylizuje, żeby za sobą odłożyć w jakiś przytulny zakątek. I kiedy się zbudzisz znowu jesteś czysty, wyszorowany starannie, odreagowany i bezpłodny.
Jonas chciał już zapytać Bio–Łącze, czemu go poprowadziło tędy. Trudno było przypuścić, że jest to najprostsza droga do Szybu Komunikacyjnego, mającego ich dostarczyć do CETI.
Nawet wyciągnął ramię w stronę Bio–Łącza, kiedy nad jego głową spostrzegł ogromną postać – ciemną sylwetkę na całą ścianę.
Bio–Łącze przeszło obok.
Jonas zatrzymał się przed plakatem nieco krzywo przyklejonym do ściany. Więcej ich tutaj było, najprzeróżniejszych; po prawej i lewej stronie pstrokatymi plamami odchodzące w głąb korytarzy. Jeden przykuł jego uwagę.
Najpierw widział tylko czarną pelerynę od dołu podświetloną czerwonym płomieniem i ogromny but uniesiony nad tym ogniskiem. Wystarczy uderzyć nogą i zdusi w zarodku pożogę. Raz podkutym obcasem – przylgnął do niego krwawy płomień.
Jonas uniósł wzrok. Czarna postać szczelnie otulona czarną opończą. Aż Megaloxantha musi pokornie spojrzeć z dołu. Tam wysoko uniesione, ramię, w dłoni maska odjęta od twarzy. Odchylona głowa. Świetliste włosy rozwiane miękkimi pasmami i twarz jasna, spokojna, niepatrząca pod nogi. Pod szerokim czołem żywe oczy z ufnością szukające nieskończoności. Łagodnie skrojone usta i mocny podbródek.
Poniżej ramienia nadruk wielkimi złotymi literami:

SPRZĘŻENIE ZWROTNE
CHRONI
POMAGA
WYCHOWUJE

Ktoś z boku wyskrobał bardziej niż dopisał czerwonym pisakiem: „Jesteśmy powołani do tego, żeby burzyć, a nie budować; budować będą inni, lepsi, rozumniejsi i świeżsi od nas!”.
Jonas oderwał wzrok od plakatu, chociaż ogromny but ciążący nad niewiadomym ogniem, jak magnes przyciągał oczy. W perspektywie korytarza Bio–Łącze czekało na Megaloxanthę. Ruszył w jego stronę powoli, co pewien czas zatrzymując się, żeby odczytać jakieś hasło. Trafiały się zwięzłe na sporych rozmiarów afiszach, to znów manifesty prawie drukowane na ulotkach przyklejonych gdzie popadnie – wyznania wiary, przekleństwa, nic Jonasowi nie mówiące slogany, barwne reklamówki – wszystko upstrzone przypiskami, rysunkami stanowiącymi dla Selenity wyłącznie kabalistyczne znaki. Przeczytał między nimi: „Jestem blokiem gładkiego granitu, którego niczyja ręka nie może pochwycić”. Nieco dalej: „Przygotujmy się, a kiedy wybije godzina, niech każdy z nas spełni swój obowiązek”. Niespodziewanie pojawił się przed nim Księżyc w pełni. Ogromny, kostropaty jasnymi obwódkami kraterów, nisko nawisły nad rozłamem skołtunionej ciemności – z wierzchu wysrebrzonej księżycową poświatą, wewnątrz rozchylającej pionową szczelinę, kędy wypływa jednocześnie niematerialna i lubieżna różowość – aż Jonas odstąpił krok od ściany; wydało mu się, że półnaga nimfa gotowa jest zstąpić z plakatu, żeby on – Megaloxantha – ugasił gorączkę jej ciała. Czuł na sobie uważne spojrzenie Bio–Łącza. Zaczął czytać ulotkę przyklejoną obok: „... Ewolucja społeczna zaciera różnice klasowe. Kiedy cała Informacja zostanie skupiona w ręku społeczeństwa, poprzez zjednoczenie się proletariatu z Informatycznym Systemem, znikają dawne relacje rozdziału czy monopolu Informacji, co automatycznie znosi warunki istnienia przeciwieństw klasowych, w ogóle znosi klasy i tym samym klasowe pojęcie Władzy...”.
Tam, gdzie zatrzymał się Janko, jaskrawożółty afisz proklamował Stan Oblężenia i zaciąg w szeregi Endogenicznej. Czerwone pasmo naklejone z wierzchu w poprzek sprężonej sylwetki komandosa głosiło: „Wszystko dla Państwa – Nic poza Państwem – Nic przeciw Państwu”. Dalej ktoś brunatną farbą w aerozolu poprowadził kulfoniaste PRECZ ZE SKURWYSYNAMI! PRECZ Z GENOMUTAMI! PRECZ Z INFORMACJĄ! PRECZ Z TOBĄ – KIMKOLWIEK JESTEŚ!
No proszę, pomyślał Jonas. Raz jeszcze ktoś popracował ręką zamiast głową. Należało być przewidującym i dopisać: WON STĄD, MEGALOXANTHO!
Zbliżył się do Bio–Łącza.
– Mam pytanie – powiedział. – Dlaczego zaprowadziłeś mnie tutaj?
– Lubię tędy przechodzić – odparł Janko.
– Lubisz?! – Jonas przejechał wzrokiem przez zwały śmieci odgarnięte z osi korytarza tylko na tyle, żeby jedna osoba mogła postępować dalej nie rozrzucając papierów.
– Podoba mi się tutaj – potwierdził Janko. – Nie cierpię gołych ścian. Puste ściany to martwe ściany – cokolwiek za sobą kryją. Ściany muszą żyć. Aby tego dostąpić muszą być kroniką dnia. I krzyczeć. Albo milczeć – ale nigdy nie przez nieuczestniczenie w codzienności. Ściany to jedyny powszechnie dostępny publikator, jedyny egzemplarz dla milionów, który możesz samemu aktualizować... Również o własne problemy.
– Pokażesz, gdzie się dopisałeś? – zażartował Jonas.
– Tutaj dawno nikt niczego nie zmienił – poważnie stwierdził Janko.
– Brak chętnych do redagowania aktualności? – roześmiał się Jonas.
– W tym świecie nic się nie zmieniło od dawna. I tak pozostanie do końca. Cóż chciałbyś dopisać? Pozostają przekleństwa. Ale to nie każdego bawi. I trzeba dysponować piekielną inwencją. Poza tym... istnieją sprawy, których się żadne przekleństwo nie ima.
– To twój pogląd czy Informatycznego Systemu? – zapytał Jonas. – Zresztą, dajmy spokój. Mam inne pytanie. Możesz mi wyjaśnić czy Sztab Endogenicznej brał udział w negocjacjach z Kliniką–Matką?
– Nie – zdecydowanie odparł Janko.
– Więc Sztab Armii nie współdziałał w organizowaniu akcji zrzutu komandosów Kliniki Mechaneurystycznej Księżyca. Czy to nie zastanawiające? Jednak ten oficer posłuchał ciebie, kiedy zjawiłeś się po mnie.
– Z Feretriusem znamy się prywatnie. Poza tym wszelkie działania wewnątrz Enklawy koordynuje Informatyczny System.
– Jak to wygląda w praktyce? – zapytał Jonas.
– Wymień ewentualność – zaproponowało Bio–Łącze.
– Co to znaczy?
– Posiadasz Stopień Wtajemniczenia według normatywu Kliniki–Matki. Nie mogę ingerować w zasób informacji, jaki zawdzięczasz Klinice Księżyca; nie mam również prawa ograniczać swobody poczynań Samodzielnej Jednostki Endoskopijnej sprowadzonej za porozumieniem, którego jedną ze stron był Informatyczny System. Zobowiązany jestem nawet służyć informacją w każdej sytuacji. Nie znaczy to jednak, że powinienem tobie sugerować rozwiązania naszych problemów.
– Przez dostarczenie pełnej informacji? – zdziwił się Jonas.
– Gdybyśmy posiadali pełną informację, nie byłbyś potrzebny. Według naszego rozeznania posiadamy informację rzeczywiście pełną i pewną. Tylko co z tego wynika? Widocznie sytuacja Enklawy zabrnęła w taką uliczkę, że dla wyprowadzenia z niej potrzebne było spojrzenie z zewnątrz. Czy chcesz, czy nie chcesz masz za zadanie wyrobić sobie własny punkt widzenia – Janko zastanowił się przez moment. – Co nie gwarantuje, oczywiście, że ktokolwiek z tego skorzysta, choćby okazało się prawdą obiektywną.
– Bezsens – stwierdził Jonas. – O co więc chodziło z tymi ewentualnościami?
– Ty wybierasz kierunek. Stawiasz tezę. Jeśli Informatyczny System potrafi ją udowodnić – otrzymujesz potrzebne dane, ewentualnie potwierdzenie słuszności twojego założenia. Nie znaczy to, że inni komandosi, którzy trafili do sąsiednich Enklaw, na tak samo postawiony problem uzyskają analogiczną odpowiedź. Nie istnieje informacja obiektywna, tylko jej interpretacja. Dotyczy to ogniw Informatycznego Systemu tak samo jak ludzi. Co jeszcze... Informatyczny System przyjął zasadę nie udzielania ci żadnych ukierunkowujących informacji z tego przede wszystkim względu, że trudno określić, jakie dane mogą być konstruktywne w rozwiązaniu najpilniejszych problemów.
– Nawet jeśli chodzi o dane na temat funkcjonowania Informatycznego Systemu? – zapytał Jonas.
– Nie ma wyjątków. Poza tym, gdybyś za pośrednictwem Bio–Łącza próbował uzyskać wszelką informację dotyczącą historii Inwazji, prawdopodobnie nie miałbyś okazji do podjęcia jakiegokolwiek działania. Jako komandos z pewnością przyznasz nieco racji twierdzeniu, że jedno uderzenie pięścią załatwia często więcej niż intensywna aktywność umysłowa. W sytuacji Enklawy THARSYS, i nie tylko, radykalizm środków nikogo nie przerazi. Liczy się efektywność.
Jonas położył rękę na ramieniu Bio–Łącza i wskazał główny ciąg korytarza.
– A propos działania – powiedział. – Daleko stąd do CETI?
– Kilkanaście minut marszu. Z przeniesieniem przez Szyb Komunikacyjny.
– Połączmy więc aktywność psychiczną i somatyczną – zaproponował. – Porozmawiajmy po drodze.
Ruszyli przed siebie. Jonas przemógł chęć obejrzenia się na czarną postać z plakatu.
– Mówiliśmy o koordynacyjnych funkcjach Informatycznego Systemu – podjął na nowo. – Wyobrażam to sobie następująco: decydenci Enklawy posiadają ograniczoną możność manewru w nauce, gospodarce, polityce społecznej i kulturalnej, w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego i strategii Armii, na rzecz Informatycznego Systemu pełniącego rolę gwaranta społecznej i ekonomicznej stabilizacji Enklawy THARSYS. Można tu mówić o władzy centralnej?
– Nie bardzo.
– Więc co to jest? Opatrzność?
– W przyrodzie istnieją zjawiska samorzutnego organizowania się równowagi ekologicznej, nawet przy zachowaniu dynamiki ewolucyjnej.
– Informatyczny System tę organizację przenosi tylko w płaszczyznę społeczną?
– To była moja prywatna dygresja – stwierdziło Bio–Łącze. – To ty powinieneś określić funkcje Informatycznego Systemu. Mogą one odbiegać od teoretycznego założenia. A jeżeli Informatyczny System pełni rolę inną, niż to nam się zdaje?
– Jest to możliwe? – zdumiał się Jonas.
– Zostało nam tak niewiele, że można sobie pozwolić na każde założenie. Te trzymające się zdrowego rozsądku nie poradziły sobie z problemem Inwazji.
Jonas pokręcił głową. Przyszło mu na myśl, że więcej informacji zyskałby kierując zainteresowanie na napisy, którymi ściany upstrzone były na każdym kroku. W przelocie zarejestrował tylko jedno hasło: „Wojna jest rzeczą radosną – więcej z niej rodzi się niż z miłości!”
– Nie wysłano mnie tutaj, żebym rozgryzał wasz system etyczny czy polityczny – powiedział Jonas Hebrejczyk. – Interesuje mnie to, co mogłoby współdziałać czy wręcz narzucić całej Enklawie sposób powstrzymania ostatecznej implozji Enklawy THARSYS. Jeśli taki się znajdzie. Na ile mogę liczyć na twój Informatyczny System?
– Jeśli chodzi o poparcie moralne... – w głosie Bio–Łącza nie było wesołości. – Od czasu przesunięcia Pierwszej Linii pod pancerz Kopuły i po reorganizacji Armii w Armię Endogeniczną, wreszcie po przyjęciu kompetencji naczelnego dowództwa przez obecny Sztab, Armia wykazuje znaczną niezależność strategiczną. Może, ale nie musi, przychylać się do sugestii Informatycznego Systemu.
Jonasowi przyszło do głowy, że w każdym totalitarnym systemie ostatnią w miarę sprawną formacją staje się Armia względnie Policja, jedynie pewne filary wszelkiej państwowości. Dalej toczy się zgodnie ze starą zasadą, kiedy „lud stał się mięsem i ciastem, które żywi i utrzymuje w ruchu machinę państwa. Szkielet pożera otaczające go ciało. Kościotrup staje się właścicielem i mieszkańcem domu”.
Tą myślą nie podzielił się z Bio–Łączem.
– Poza tym Armia ma swoich ekspertów – powiedział Janko. – Poznałeś Stinsona.
– Stary profesor? – zdziwił się Jonas. – Teraz rozumiem, czemu mnie do niego posłano na pierwszy ogień. Gdyby jego przekonać... Niech to diabli! Nie mogli sobie wynaleźć mniej upartego eksperta? Posłuchaj, Janko. Dlaczego właściwie nie mogą z resztą zrzutu skontaktować się za twoim pośrednictwem?
– Z innymi Enklawami? Zasięg Bio–Łącza obejmuje tylko lokalne centrum komputerowe.
– Mimo tego, że Informatyczny System stanowi całość w skali globu?
– Nie stanowi. Były próby sprzężenia. Trudno je kontynuować w stanie permanentnego oblężenia. Nie we wszystkich Enklawach Moduły CETI pełnią nawet funkcje nadawczo – odbiorcze. Większość nastawiona jest na odbiór. Żeby dokonać sprzężenia Informatycznego Systemu w skali całego globu potrzeba czasu i energii. Przede wszystkim czasu.
– Informatyczny System wyliczył, ile nam zostało do końca świata? – zażartował Jonas. – Ile nam jeszcze daje?
– Została ta noc i jutrzejszy dzień. Jonas zwolnił krok. Wreszcie przystanął.
– Ty to... poważnie? – zapytał.
Przed nim ktoś napisał na murze wyznanie pełne zachwytu: JESTEM NAŻARTY! JESTEM SZCZĘŚLIWY! JESTEM NAŻARTY! JESTEM WDZIĘCZNY!
– Jeszcze raz powtórz – rozkazał.
– Noc i dzień.
– Dopiero teraz mówisz?!
– To ostatnie obliczenia Informatycznego Systemu.
– Co się stało?!
– Puść mnie – niezbyt pewnym głosem odezwał się Janko.
– Co? – nie zrozumiał Jonas.
– Puść mnie.
Teraz dopiero spostrzegł, że swoimi ogromnymi rękami tak ścisnął Bio–Łącze za ramiona, aż Janko uniósł się na palce. Puścił go wreszcie.
– Mów, co się stało – ponaglał.
– Według szacunkowych obliczeń Informatycznego Systemu napięcie na obwodzie Pierwszej Linii dziś w nocy przekroczy granicę konsolidacji Endogenicznej. Rozstrzygnie jutrzejszy dzień.
– Chodźmy – powiedział Jonas.
Wyminął Bio–Łącze i sam poprowadził w nie kończącą się perspektywę wytapetowaną plakatami.
Przed nimi coś zadudniło. Wyczuwalny też stawał się ruch powietrza. Coraz więcej rozwidleń odchodziło od tunelu na boki – jedne prawie zasypane kolorowymi śmieciami, inne nie wiadomo dlaczego zakratowane od ściany do ściany.
Jonas byłby się potknął o coś, co się walało w przejściu, gdyby ciężar ciała po prostu nie rozdusił jakiejś skorupy wypełnionej sprężynami, prymitywnymi zębatkami, różnokolorowymi drucikami. Zupełnie jak mechaniczna zabawka. Leżały tu tego całe stosy. Szmaty, szmatki, plastyk, druty. Zdawało mu się, że spod trudnych do określenia rupieci uśmiechnęła się do niego ślicznymi, smutnymi oczami różowo – błękitna twarz lalki. Omal sam nie parsknął śmiechem – dziecinne zabawki!
– Ostatnie pytanie – przez ramię zwrócił się do spieszącego za nim Bio–Łącza. – Co to znaczy MAKONDE?
Jak nożem ucięło odgłos kroków Bio–Łącza. Musiał się obejrzeć i ponaglić wzrokiem. Jakby się Janko natknął na barierę zgęstniałego powietrza.
Powoli, z rękami znowu wdławionymi w kieszenie bluzy, ruszył za Jonasem.
– Kartoteka Informatycznego Systemu zawiera hasło MAKONDE w dziale osobowym. Bliższe dane zostały skasowane niedługo po rozpadnięciu się Układu Enklaw.
– Nie obchodzi mnie oficjalna kartoteka! – wybuchnął Jonas.
– Ojciec mój opowiadał, że przed sformowaniem Endogenicznej nastąpił rozłam poprzedniej Armii. Brak danych, co stało się z uczestnikami puczu, którzy nie weszli do Endogenicznej.
– Dalej!
– Dowódcą tamtej grupy, związanej ponadto z Enklawami TABOR, OGRODY SEMIRAMIDY oraz CHIŃSKI MUR, był pułkownik Makonde.
– Czas! – zażądał Jonas.
– Dochodzi dwudziesta.
– Ile lat minęło od tego cholernego puczu!
– Pięćdziesiąt dwa.
– Psiakrew! Sądzisz, że ten człowiek jeszcze żyje?
– Gdzie? – zdumiało się Bio–Łącze.
– Obojętnie! – zirytował się Jonas. – Ile miałby dziś lat?
– W czasie puczu pułkownik Makonde, był od mojego ojca... Musiał mieć około sześćdziesiątki.
– Sto kilkanaście – mruknął do siebie Jonas. – Źle, źle.
Tunel podporządkował się wreszcie potężnej obwodnicy, dochodzącej bezpośrednio przed stację przesyłową Szybu. Tu już panował ruch – estakady wijące się w powietrzu wstrzeliwały jakieś cienie, prześwitujące przez ich obłe cielska, prosto w cembrowinę Szybu. Dołem przemknęło kilkanaście rtęciowych kropli – w pędzie wyzbyły się tamtej ociężałości, która jednoczyła je w zwarty szereg. Za nimi pociągnął brzękliwy jęk i zadławił się w jakimś tunelu. Tuż przed nimi całymi seriami przelatywały szklane cylindry i nurkowały w dziesiątkach lejów odchodzących od ciemnobordowej, nieznacznie wybrzuszonej cembrowiny. Nikt więcej nie wybierał się pieszo w kierunku, skąd przyszli, ani tam, dokąd zmierzali.
Ledwie to Jonas zauważył, kiedy i przed nimi wyhamowała, po czym zaprosiła do środka identyczna szklana łuska. Wsiedli bez słowa. Już w środku Jonas postukał w szybę.
– A mówiłeś, że tu się nic nie zmienia – powiedział.
Janko zwrócił ku niemu twarz białą jak śmierć. Jakiś człowiek wyjmował tam z torby i naklejał na ścianie afisze jaśniejsze od innych. Kapsuła nabierała pędu.
9. ALERT W ZAŚWIATY

Na najwyższym poziomie Enklawy THARSYS jej czarny Rdzeń przechodził w Moduł CETI – nieco węższy filar, podpierający srebrzystą, od wewnątrz nieprzezroczystą kopułę.
Ledwie przekroczyli progi CETI, kiedy Jonas poczuł na sobie spojrzenia wielu par oczu. Coś tu się kotłowało, przepływało złotymi warstwami wypełnionymi energią. Jacyś ludzie brodzili w tym świetle, to znów w skupieniu trwali nad ażurowymi węzłami, spod których wysnuwały się wachlarze światłowodów. Cała przestrzeń była wypełniona tymi pajęczymi radiolariami. Ludzie tkwili w gniazdach uformowanych przez zagęszczenia osnowy albo krzątali się w rozrzedzeniu promieni. Coraz dalsi podnosili głowy i zwracali twarze w stronę Jonasa i Bio–Łącza. Jakby ich pobudzała na wskroś przenikająca fala. Jej grzbiet odchodził coraz dalej – kolejne przebudzone twarze.
Nie zdążyli się zorientować, czym tak pilnie zajęci byli pracownicy CETI. Miał uczucie, jakby wkroczył na zaplecze gigantycznego teatru, gdzie mrówcza krzątanina obsługi technicznej jeszcze dopieszcza dekoracje, stroi światło i dźwięk, doprasowuje kostiumy i na twarze aktorów nakłada świetlny makijaż. Wszystko poza sceną, w cieniu kotary opuszczonej z nieba do ziemi.
Jeszcze się nie rozpoczął spektakl. I nie wiadomo nawet czy główny reżyser – kimkolwiek jest – spuści akcję ze smyczy, żeby anteny Modułu CETI rzuciły w eter to Oratorium Umarłych. Ostatnie tchnienie nad zgliszcza Epoki IUM – Industrialno–Urbanistycznego Masywu. Dokąd? Gdziekolwiek zostały uszy, którym żałobne pienia w ich własnych domach nie zbrzydły na tyle, żeby wysłuchać sąsiadów. Jeśli zabraknie ich w ziemskich Enklawach – można zawyć do Księżyca. Albo poskarżyć się gwiazdom.
Jonasowi i Bio–Łączu wystarczyło kilkanaście kroków, żeby – nie czekając na zgodę Reżysera albo za jego cichym przyzwoleniem – przeniknąć zasłonę i stanąć na scenie. Jonas odruchowo obejrzał się przez ramię – za nimi zasklepiła się bez śladu doskonale czarna membrana – bariera światła.
Ktoś podszedł do nich. Wysoki, chudy mężczyzna. Jakby gorączką zamglone oczy. Na ramionach miał narzucony brudny, przykurzony i tłustymi plamami pokryty fartuch. Kiedyś był biały. Mężczyzna uniósł smętną fizjonomię z luźnymi fałdami suchej skóry zwisającymi od podbródka po szyję. Dociekliwie zmrużył oczy krótkowidza, zaciągnięte czymś mętnym, jakby zbyt długo wytrzeszczał oczy w gwiazdy, aż mu wypukłość ocznej gałki przyprószył nawiany z kosmosu opad pyłowych chmur.
Przyślep – pomyślał Jonas. Ten tymczasem przyglądał mu się melancholijnie, jak czemuś wielkiemu i dziwacznemu, co – Bóg raczy wiedzieć dlaczego – wprowadzono tutaj bez klatki.
– Jonas Hebrejczyk? – zapytał Przyślep.
– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Jonas.
– Śledząc gwiazdy człowiek uczy się cierpliwości – powiedział mężczyzna i odstąpił w bok, dłonią zapraszając ich dalej. – Coś was zatrzymało?
– Sądziłem, że trzeba się najpierw rozejrzeć w sytuacji.
– No i...?
– Myliłem się.
Teraz dopiero uważniej rozejrzał się wkoło. W centrum pustego kręgu stały cztery fotele. Wysokie oparcia pozwalały chyba odchylać się aż do pozycji poziomej. Oszczędna scenografia – pomyślał Jonas. Bardziej to przypominało lekko zaklęsłe, lustrzane dno teleskopu optycznego, niż scenę studyjną Modułu Nadawczo–Odbiorczego CETI. Ciemne ściany pionowej studni strzelały tak wysoko, że dopiero zadzierając głowę dostrzegało się w zenicie skrawek zwyczajnego, czarnego nieba. Krąg wygwieżdżony na tyle, żeby nad dnem studni zbierało się światło wystarczające dla oświetlenia sceny.
Zwyczajne niebo – pomyślał Jonas. Gdzie jeszcze, poza Modułem CETI wyniesionym nad chmurny osad atmosfery, mieszkańcy Enklawy mogą obserwować gwiazdy na niebie czystym jak w Królestwie Seleny?
Nie pozostawało nic innego, tylko przysiąść we wskazanym fotelu.
– Jakie macie wiadomości? – zapytał Jonas.
Przyślep oklapł w fotelu naprzeciwko. Między kolanami zwiesił chude, w łokciach przetrącone rączki i milczał. Kilka razy pociągnął nosem. Poprawił się, jakby jeszcze nie zdążył przypasować się do siedziska. Niepewnie łypnął na Jonasa. Raptem trzasnął palcami – między kciukiem a wskazującym palcem wyskoczył łuk elektryczności. Niebieski płomyk wyświetlił krzywo przycięty, brudny paznokieć. Ręka powędrowała pod nos i przypaliła tkwiący już w wargach papieros. Przyślep zamachał rączką, jakby sobie przypalił paluszki.
Kuglarz – pomyślał Jonas.
– Mam mało czasu – powiedział Jonas.
– Różnie bywa z czasem – powiedział Przyślep. – Zresztą, dokąd się spieszyć?
– O co chodzi?
Powietrze zaciągnęło smrodliwym zapachem. Chudzielec zakrztusił się dymem, zakasłał i w ciemność wystrzeliło jeszcze kilka fosforyzujących obłoczków – bach! bach! – gasnące w miarę oddalania od rozdziawionych ust.
– Nic nie wskazuje, że któryś z twoich braciszków ocalił skórę – wyznał Przyślep.
Po raz pierwszy od chwili zrzutu Jonas poczuł się naprawdę nieswojo.
– Co to znaczy? – zapytał.
Jakby do teraz nie przykładał właściwej wagi do wizji tamtych komet eksplodujących nad powierzchnią planety albo do końca wygasających w atmosferze.
– Ktoś musiał ocaleć – powiedział.
– Wołałem z ucisku mego do Pana, i wysłuchał mnie – zadeklamował Przyślep. – Z brzucha piekła wołałem, i wysłuchałeś głos mój...
Chwilę milczał z pochyloną głową. Wreszcie dodał od siebie:
– Nie jestem Bogiem.
– Trzeba próbować – Jonas sam się zdziwił, że potrafi mówić tak martwym, pustym głosem.
– Drogi przyjacielu – Przyślep przyłożył do warg drżącą rękę, zaciągnął się głęboko i znowu nie oszczędził Jonasowi cuchnącego oddechu. – Jak myślisz, czym ja się tutaj zabawiam od paru godzin? To Wasza Ekscelencja raczyła się przespacerować. Jakoś nie było pilno dowiedzieć się, czy można liczyć na koordynację przedsięwzięć, czy z brzucha behemota przyjdzie składać ręce do Boga. Może tym innym też nie spieszno do kontaktu. Każdy na własną rękę dłubie w próchnie. I nikogo nie obchodzi, że paru frajerów z CETI wślepia się w bełkotliwość powietrza, fastryguje – co tylko tam brzęczy, w atmosferze. Wasza Ekscelencja pragnie mieć kontakt na zawołanie? Gwiazdy uczą cierpliwości, tylko dlatego chce mi się z wami rozmawiać.
Jonas poczuł, jak mu się pięści zaciskają na kolanach. Ten człowiek miał rację.
– Rozumiem i przepraszam – powiedział Jonas. – Mój błąd polega na tym, że chciałem najpierw nawiązać współpracę tu na miejscu z kimś, kto podejmuje wiążące decyzje w sprawach Enklawy.
– I co ci powiedzieli w Sztabie? – zapytał Przyślep.
– W jakim Sztabie?
– Endogenicznej.
Jonas wzruszył ramionami.
– Próbowałem najpierw porozmawiać z profesorem Stinsonem.
Nieoczekiwanie Przyślep aż się pochylił do przodu i zaczął przyglądać się Jonasowi z na nowo przebudzonym zainteresowaniem.
– Oho! Megaloxantha wystroił się w mundurek godny Endogenicznej – powiedział. – I co Stinson?
– Z wami trudno znaleźć wspólny język.
– Teraz wyobraź sobie, że twojego rozmówcę, z którym koniecznie musisz się dogadać, dzieli od ciebie najmniej kilkaset kilometrów. Czujesz? – głos Przyślepa wyzbył się uprzedniej napastliwości, był po prostu zmęczony. – I jeszcze próbujesz laserową akupunkturą przetykać na wylot wzdęte bebechy tego biblijnego wieloryba. Co rusz synchronizację fali gubisz w eksplodujących Arrheniusach, cała energia wsiąka w pleśniawe wykwity samego powietrza, wreszcie potrafisz okiem wdepnąć wyłącznie w Zmrocznik Pochwiasty albo fosforyczną flegmę, jaką obłożyło szkiełko kolejnej Enklawy... To z wierzchu, co dopiero w konserwie.
– Tyle potrafię zrozumieć – wyznał Jonas. – Dzięki mojemu spacerowi.
– Już oberwałeś? – zainteresował się Przyślep.
– Wystarczająco, żeby mieć wyobrażenie – pocieszył go Jonas. – Teraz interesuje mnie to tylko, czy są szansę na jakiś kontakt.
Przyślep bezradnie pokręcił głową.
– Nic? – Jonas nie dawał za wygraną.
Wreszcie poczuł się sam. Tak długo udawało się nie myśleć o tym. Po raz pierwszy zupełnie sam. Tylko dokoła coś szemrze. Popiskują szczury – długie, bezwłose, w srebrzystych kubrakach – jak je zapamiętał skręcające się w ogniu przed tyralierą na przedpolach lazaretu. Gdziekolwiek spojrzeć – jesteś sam. Choćby wzrok potrafił wyzwolić się spod kopuły nakrywającej Enklawę, THARSYS, a potem lotem koszącym prześlizgnął się nad strupieszałą równiną. Tam pewnie się przywidziało tylko – nikt już w prochu nie wypisze niczyjego imienia.
– Kameralność eta je słabe wyobrażenie – Przyślep pokręcił głową. – Musisz to zobaczyć.
Już się podnosił – przykurzony mistrz Łączności i Czarnej Magii, kiedy przypomniał sobie o Bio–Łączu. Z ulgą klapnął na swoje miejsce.
– Podłącz się, Janko – powiedział. – I pokaż mu.
Nie warto całego CETI rozpalać dla chybionej sprawy, jeśli potrafi zmieścić się w piersi Bio–Łącza.
Janko odstąpił pod czarną ścianę. Spod jasnej czupryny czystymi oczami patrzył mimo Jonasa. Jednocześnie ręką sięgnął do szyi. Powoli rozpiął błyskawiczny zamek bluzy – spektakl nagości albo harakiri. Lecz zamiast nagiej piersi znowu błysnęła srebrna tarcza. Jakby mu przez gardło wypchnęło wehikuł bojowy Endogenicznej. Rtęciowa kropla wypłynęła do przodu. Jeszcze przez nią majaczyły nieobecne oczy, gdy w środku wir zawiązał ciemny obłok – brakowało basowego pomruku, z jakim wykluwał się kostropianowy pomiot.
Jonas pomyślał jeszcze – jak im to jednak ułatwia życie. A przynajmniej podtrzymuje na duchu. Taki na przykład Stinson – powinien być wdzięczny, że pod ręką plącze się jakiś Janko Pytlak. Zawsze raźniej na duszy ze świadomością, że natura stworzyła Łącza bardziej od ciebie sprzężone z Systemem. Ty możesz zesłać się na niewiedzę, z nadzieją, że tuż–tuż istnieje jednak absolut, tylko nie dostąpiłeś go jeszcze. Swobodę Bio–Łącza z żelazną konsekwencją ograniczają ramy Informacji, poza tym funkcjonującej w skali całego społeczeństwa. Tę karmę dla ducha Bio–Łącze po prostu uzdatnia, czyni bardziej strawną dla form na wyższym szczeblu niezależności. Czytnik komputera podaje suche fakty, tutaj – można podyskutować. Znaki transformowane jednak przez mniej lub bardziej ludzką duszę. Roślina przyswaja słoneczną energię, zielskiem tuczy się zwierzę – człowiek wszelki owoc wrzuca w jeden kocioł. Między Człowiekiem a Słońcem istnieją ogniwa pośrednie. Między Obywatelem a Informatycznym Systemem istnieje Bio–Łącze.
W jego na boki rozdartej piersi właśnie rozwija się holowizyjny pejzaż. Możesz świat ogarnąć z lotu ptaka albo komandosów Seleny – tyle samo z nich dzisiaj zostało. Szkarłatny zachód słońca nad Dachem Świata. Pod nim walcem czasu ubity Industrialno–Urbanistyczny Masyw. Z wysoka wszystko widziane jako miałki szron, szary nalot na wypięte brzuszysko Ziemi – ten sam, co na oczach Przyślepa. Jak perły ze szlamu wynurzają się kopuły Enklaw. Ostatnie szańce. Efekt przedśmiertnego spazmu budowniczych piramid i warownych zamków, architektów modern–biosfery, szkutników Arki. Niektóre szańce już wzięte. Kryształowe sfery zaparowane od wewnątrz wilgocią i pleśnią. Inne jeszcze oblężone. Tam można zajrzeć. Z powietrza widać wyraźnie, jak postępuje dywersja, a kędy przebiega linia ataków frontalnych. Goliat oberwał w środek czoła meteorytem zakażonym kosmiczną panspermią. Zachwiał się, przyklęknął, wreszcie ciężko runął na ziemię. Tylko się zamąciło wkoło, gdy zanurzył się w puchu szklanych stropów, stupiętrowych arkad, metalicznych gąszczy. Zanurzył się i nie wypłynął więcej. Lecz choćby chciał nie było mu dane przez śmietnik powierzchni dobić do prawdziwej ziemi. Pozostał zawieszony w prochu, utulony w parchatość Epoki IUM. Tylko ramionami sięgał nad powierzchnię. Nie starczyło skrzydeł – bodaj w dłonie zgarnąć lotną siłę powietrza, jeśli brak było odwagi, żeby się uchwycić kosmicznej przestrzeni. Tak pozostał – tylko palce nad zatrzaśniętą płytę nagrobkową. Wierzchołki Enklaw takie właśnie sprawiają wrażenie – ledwie opuszki palców nad powszechnym szlamem, przykleszczone czasem, krwią nabiegłe pod szklanym paznokciem, czerniejące kolejno, gdy je śmierć obdarza pocałunkiem ostatnim.
A oni jeszcze nie złożyli broni. Spod kryształowych kopców, spoza zdartych paznokci – już się pod nimi zatęchło i zsiniało mięso – jeszcze formują ekspedycje karne. Ogniem prażą gęstwiny metalicznych pnączy, kostropate wykwity, sierściane bajora, wypalają wraki opuszczonych domów, do rdzy prześwietlają wypatroszone wcześniej labirynty fabryk. Czasami gdzieś strzela w niebo ciężkie działo, pluje kłębem toksycznej tęczy, pełną gamą insektycydów i ekstrahentów, ze światłowodów utkany natrysk zrasza ugory mydlaną mgiełką – wywabiaczem, żrącym kwasem, pruje lancetami neutronowych eksplozji w mateczniki ciemne, gdzie chrapie po nocach Misza–saprofit.
To wszystko można dostrzec z góry. Można też spróbować przeniknąć głębiej, gdzie w swoich kesonach dwunożne czerwie szklanymi głowami łupią w ściany. Tam tylko oczy Bio–Łączy mogą zaświadczyć o bohaterstwie ostatnich szańców. Tam też – jak echo – tylko Bio–Łącza snują się przez opuszczone korytarze w Domach Umarłych.
Lecz wzrok przeskakuje górą.
Aż po horyzont – kolejny palec szklany wytknięty nad próchno – rozwarstwiony poziomymi piętrami. Tyle z oddalenia. U szczytu kopuły szczelina paznokcia – wzrok nurkuje w mroczną tuleję odbiornika CETI. W tej samej chwili ślepnie. Anemiczne bielmo ze wszystkich stron ogarnia tych, którzy z Enklawy THARSYS wytknęli ślimacze oko. Jeszcze ich nie skręcił ból własnych trzewi i wydaje im się, że inni gdzieś potrafią się nie tylko zapamiętać w bólu, ale przed zgonem patrzeć poza siebie. Przynajmniej szukać Kontaktu w konstelacji innych Enklaw, jeśli laserowy penetrator CETI nie sięga kosmicznej przestrzeni.
– OGRODY SEMIRAMIDY – powiedział Przyślep.
– Tam przecież... – zaczął Jonas.
– Tli się? – zachichotał Przyślep. – Przyjrzyj się z zewnątrz. Masz dobrą wizję, gdyż OGRODY leżą stosunkowo niedaleko od THARSYS. Dalej w praktyce wykorzystywało się wzmocnienie wiązki przez lokalny Moduł CETI i dopiero przerzut obrazu w naszą stronę. Albo jeszcze dalej.
– W tych OGRODACH – przerwał mu Jonas – nikt nie potwierdza łączności?
– Od początku zrzutu prowadzimy nasłuch. Brak potwierdzenia odbioru nawet wiązki wzbudzającej.
– Co to znaczy? – zapytał Jonas.
– Nie tylko nikt nie odbiera naszego wywoławczego sygnału, ale nie odpowiada również automat stacji nadawczej.
– Nawet System Informatyczny nie podejmuje sygnału?
Przyślep przypalał drugiego papierosa, przed nosem błysnął rubinowym płomykiem.
– Trudno coś stwierdzić. W każdym bądź razie brak stałego sprzężenia. Poza tym pamiętajmy, że Informatyczny System wyłącznie przyjmuje i realizuje zlecenia.
– Jeśli nie szuka kontaktu, to nie przyjął zlecenia.
– Zgadza się.
– Chwileczkę – Jonas zastanowił się. – Znaczy to, że jesteśmy odcięci od świata?
Niespodziewanie chudzielec wtłoczył ręce w kieszenie fartucha i ścisnął je między udami. Dym zaciśniętego w zębach papierosa wyłonił mu się aż za uszami, tak się pochylił do przodu. Ramiona mu zadrżały. Przyślep zanosił się chichotem.
– Świat? – zapytał przez zęby. – A może świat odcięty od nas? Hi–hi! Och! Masz poczucie humoru.
Jonas poczuł wzbierający gniew. W tym ich rozbrajający urok – pomyślał. Przez tyle lat nic nie zrozumieli. Wreszcie oddali się pod Opatrzność Seleny, jakby dysponowała nadprzyrodzoną mocą, już czują nóż na gardle, a jednak potrafią się śmiać. Wątpliwe, aby istniała zasadnicza różnica między desperatem a błaznem.
– I tak jest wszędzie? – zapytał jeszcze.
– Janko, pokaż mu – rozkazał Przyślep.
Znowu prosto w twarz frunęły patrochy mgielne. Przez moment coś się zabarwiło – nawet – jeszcze szybciej zatchnęło bielmem.
– NGC 4381 – wyjaśnił Przyślep. Kolejne bielmo.
– ZŁOTA WOLNOŚĆ – powiedział Przyślep i splunął.
Jakby to samo ślepie zamrugało bez opamiętania. Tylko widmo Janko Pytlaka pojawiało się czasem na dalszym planie, poza kolapsującym obrazem. Stał z obnażoną piersią, z pobladłą twarzą. Co rusz nowy ogień rozpalał piersi – tym był podobny do Szerna, gdy – pomijając skrzydła – próbował dostąpić Postaci Władcy Kosmosu. Obok Przyślep dyktował swoje, jakby istniała różnica między TECHNOCHTITLANEM a CHIŃSKIM MUREM, odmienność M 36 i RP LIRA albo SP PROGRES i WORONI–ŁAG. I można sobie krzyczeć, wołać w którąkolwiek stronę – może potępione dusze stawią się na apel poległych. Choćby promień CETI sięgał na drugą półkulę, przez parchatą chmurność i nad kloaczne wyziewy. Cisza wszędzie. Silentium universum w konstelacji Enklaw. Prawdę powiedziało Bio–Łącze. Ostatnia noc. A potem Ostatnia Bitwa.
Jonas przestał śledzić meldunki Przyślepa i jednostajną odmianę półmroku i ślepoty.
– To wszystko? – zapytał.
– Co teraz poczniesz? – Przyślep wyciągnął zwiotczałą szyję i przyglądał mu się z zainteresowaniem.
– To niemożliwe – szepnął Jonas.
– Za mało nam zostało czasu, żeby się zabawiać w kłamstwo czy niesolidność. Co teraz poczniesz? – uparcie dopytywał się chudzielec.
Jonas ciężko podniósł się z fotela.
– Potrzebuję informacji. Informacji – powtórzył. – Żeby się za coś zahaczyć. Jeśli nawet Mechaneurystyczna posiada własną teorię, muszę znaleźć najpierw dowody na jej potwierdzenie, zanim tu kogokolwiek przekonam. I muszę wiedzieć, co nie dało rezultatu, a co Sztab Endogenicznej ma jeszcze w planie. Potrzebuję Stinsona. I przynajmniej jedno Bio–Łącze do mojej dyspozycji.
Przyślep zachichotał znowu.
– Stinsona możesz nawet przekonać, co z tego? Przyhołubisz Bio–Łącze? Janko pewnie będzie się chętnie za tobą pętał – i tak połamiesz sobie zęby na Informatycznym Systemie. Armia ma własną strategię. Poza Armią też się ktoś znajdzie, kto się postara, żeby ci związać ręce...
– Nawet, jeśli będę miał rację? – zdumiał się Jonas.
– Nic nie wiesz, nic nie wiesz, przyjacielu.
– Jeśli natychmiast nie podejmie się drastycznych kroków...
– Zapewne wielu ludzi nie obudzi się przed świtem. Jeszcze mniej przeżyje dzień.
– Macie tego świadomość?! – prawie krzyknął Jonas.
– Oczywiście.
– Wszyscy?
– Wystarczająca większość.
– Jeśli ją przekonam...
– Bzdura – Przyślep lekceważąco machnął ręką. – Nikt tu darmo nie odda skóry. To fakt. Kto tylko potrafi utrzymać broń będzie się bił do upadłego. Na własny sposób. Sposobów walki jest przynajmniej tyle, ile teorii motywujących Stan Oblężenia.
– Wątpisz w teorię Inwazji? – po raz pierwszy Jonas uważniej popatrzył na Przyślepa.
– Mam taki kaprys. Co z tego? Nie zdołaliśmy tu ujednolicić światopoglądu – tym razem niezbyt wesoło przyznał Przyślep.
– A jeśli przyjdzie wszystkie siły rzucić na jedną szalę?!
– Ty ją wskażesz?
– Jak wszyscy Jonas bezradnie pokręcił głową. – Każdy ma własną metodę. To nic, że od lat nie dały efektu.
– Jesteś zdany na własne siły. To chciałem ci uświadomić – poważnie powiedział Przyślep. – Informatyczny System jakimś cudem zaaranżował twój zrzut z Mechaneurystycznej Kliniki Księżyca. Z nikim tego nie konsultował. Może mu było potrzebne, żeby wprowadzić dodatkowy czynnik dynamizujący poczynania Laboratoriów i Endogenicznej. Nie wiem. W każdym razie od chwili, kiedy znalazłeś się tutaj – na nikogo nie licz. Błogosław Niebiosa, że się tobie przynajmniej udało. Resztę zrzutu, widziałeś – diabli wzięli... Tak samo adresatów.
Długo trwali w milczeniu – Jonas zwrócony do wyjścia, Przyślep i Bio–Łącze jak sparaliżowani.
– Co teraz poczniesz? – po raz trzeci zagadnął Przyślep.
– Zrozumiałem i dziękuję przynajmniej za to – powiedział Jonas i ruszył do wyjścia. – Każdy na swój rachunek. Na tyle stać również Megaloxanthę, choćby to było bez sensu.
– Stój! – głośno zawołał Przyślep. – Janko, teraz mu pokaż. Jonas odwrócił się powoli.
Tam strzępy chmur już śmigały na strony. W ułamku sekundy jego wzrok znurkował pod ich kudłatość. W powszechnej ciemności coś się na niego nasuwało, trudne do określenia, jakby oczy próbowały rozpoznać coś, co się ukryło za wielogrannie polerowanym kryształem. Jednocześnie prawie, Jonas poczuł – przecież nie mógł słyszeć! – w ciszy zupełnej poczuł muzykę. Potężniejąca fala, coraz trafniej wpasowana we wniebowstąpienie monstrualnej budowli. Szklany zamek wyłaniał się z mroku, wzwyż zeszklony szpicami gotyckich wież – ich ostrza cięły obłoki. Dokoła noc, a przecież to coś widać, ta piramida jaśnieje od wewnątrz fosforycznym światłem, jeszcze w niej nie zgasło wszystko!
Raptem wzrok zapadł się. Czarna gardziel przyjęła go w siebie. Pękły jakieś wielowarstwowe żaluzje i Jonas zrozumiał, że jest w środku, przynajmniej wzrokiem.
A tam – aż krzyknął zaskoczony – wybiegła mu na spotkanie postać skrzydlata, szeroko rozpostarta błękitnoskóry Megaloxantha. Jonas uniósł rękę, jakby chciał go pozdrowić z zaświatów – tak skamieniał. Dostrzegł ramiona swojego brata przyszpilone do szklanego wieka, żelaznymi nitami przez błonę lotni, na wylot przez łokcie i dłonie. Jeszcze mu się jakaś pętla zakleszczyła na gardle – miedziana klamra. Leżał tak, rozpostarty, z rozpaczliwie uniesionym i tak zesztywniałym karkiem – tylko świadomość jeszcze się tliła w oczach, z nadzieją – czyjeś jeszcze spojrzenie spotkać, zanim Megaloxantha przeistoczy się w światło.
Spełniło się.
Twarzą w twarz z drugim Megaloxantha – już zaspawanym w pancerz.
– Gdzie to jest?! – ryknął Jonas. Widzenie zgasło.
Janko Pytlak zasłonił pierś, jakby i jego ziąb przeniknął na wylot.
– Enklawa TABOR – powiedział Przyślep.
Jonas okręcił się na pięcie. Tuż przed ścianą ktoś zawisł mu na ramieniu. Mógłby go odepchnąć, strącić jak błotny przylepiec.
– Nie dotrzesz tam! – usłyszał szept Przyślepa. – Nie można! Rozumiesz? I nie ma po co. To nie była bezpośrednia łączność. Widziałeś rejestrację sprzed trzech godzin.
– Dlaczego pokazaliście mi to dopiero teraz? – zapytał z zamkniętymi oczami.
– To nic, nic – szeptał Przyślep. – Nie wiesz, co znaczy czekać. Zawsze czekałem. Gwiazdy... gwiazdy mnie nauczyły... Nie mogłem dłużej... Musiałem być pewien, że jesteś gotów, naprawdę i – mimo wszystko... Nikt ci nie pomoże. Rozumiesz? Nikt! Choćbym sam chciał... Gdyby ludzie potrafili ci pomóc – zdołaliby sami... Też nie wierzę w Inwazję. Wiara! To nie ma znaczenia. Wiara jest po to, żeby spokojnie umrzeć... Ufam tobie. Jeśli nie ty... Zrobiłem wszystko, żebyś był z nami.
– TY ?! – Jonas ledwie wydusił przez zaciśnięte zęby.
– Domyśliłeś się wreszcie?! Tak! Nie Informatyczny System. Nie on, chociaż za jego pośrednictwem... Rozumiesz, przyjacielu?! Ja was wezwałem! Zawsze wierzyłem, że tylko stamtąd... Z gwiazd... A ty zastanów się, czy warto tam dotrzeć, gdzie – widziałeś. Nikt z nas sam nie wydostanie się z Enklawy. Zęby coś zrozumieć trzeba wiedzieć więcej, niż można stąd dostrzec... Wiesz o tym. Jeśli się zdecydujesz, zacznij od Endogenicznej. Bez niej nie nawiążesz kontaktu z Makonde. Makonde poprowadzi. Pamiętaj: Enklawa TABOR... I o nas pamiętaj. Będę czekał.
Jonas zadrżał. Miał przed oczami tysiące komet bezsilnie płonących w ziemskiej atmosferze, dopalających się – niepotrzebnie. Tymczasem ten człowiek – Ten człowiek! – jeszcze mu szeptał przy uchu i łaskotał smrodliwym oddechem.
– ON mnie nie widział? – upewnił się.
Cokolwiek mu powie ten człowiek – nie ma znaczenia. Miał własną pewność. I bezradność. Odtrącił wątłe ramię i po chwili wychodził na otwartą przestrzeń – pod srebrnym niebem.
10. PATROCHIN

Nie współczuł ludziom, którzy zmieniali się w słupy soli, kiedy przechodził obok – każdy nagle z posiniałą twarzą i debilnym wytrzeszczeni oczu. Wypchnęło ich z dolnych pięter Enklawy. Jak pianę wycisnęło przez szyby i sztolnie. Endogeniczna tam pęka w szwach. Tym się udało. Jeszcze im łby parowały gorączką. Zziajani padali na ziemię. Pod ścianami słaniali się w uściskach braterskich. W niepamięć poszedł instynkt dziczy, który ich przegnał do kolejnej zagrody, po drodze, z piorunującego koktajlu dwóch płci, wytrącając cherlawy element. Gdziekolwiek pozostały zadeptane trupy – ci ocknęli się na poziomie CETI. Nie ważne – dokąd dalej. Jeszcze jeden wdech. Jeszcze jedno zbliżenie. W oczach im nie odtajał jeden obłęd, kiedy objawia się kolejny motyw – monstrum zaskorupiałe łuskowatym pancerzem – przechadza się między niedobitkami ocalałymi z pogromu.
Takim wzrokiem witali Megaloxanthę. Nie starczyło siły, żeby uciekać dalej. I nie było dokąd. Czasem tylko któryś samicę ogarnął ramieniem, jakby Megaloxantha na tę ziemię zstąpił tylko po to, żeby sobie upodobać brankę.
Widział, jak się ściskali po kątach, łkając ocierali łzy; jeśli się dobrali w galopie – nawzajem policzki osuszali wargami złaknionymi więcej. Już lgnęli do siebie. Wcale nie ze strachu. Było – minęło. Spróbujmy raz jeszcze. Może się uda. Może starczy czasu, żeby podchować i Endogeniczna wspomóc nowym zaciągiem armatniego mięsa. Znał ich naturę, ze zwierzęcości wyniesioną bez uronienia kropelki. Wszystko w nich takie. Język, aby nawilżyć porcję byle jak przeżutej karmy i podać w przełyk. Gdzie w tym sztuka smaku – spust na wylot. Węch – nie dla symfonii aromatów; żeby mniejszą zgniłość odróżnić od zupełnego rozkładu. A przede wszystkim – samych siebie wyniuchać, na różne sposoby woniejących w ciemności. Tyleż wart dotyk – byle zmacać. Holowizyjną projekcję ich płci widywał na wykładach z prehistorii mechaneurystyki. Jedno wiotkie, z podwieszonymi jądrami, przymarszczone nieco, z różowatością wysupłującą się dla kontaktu z żeńską lęgnią; sierściastą, chętnie rozchylającą nawilgłe płatki mięsne – żeby tylko łyknąć trzon nieco zgrubiały, a potem szarpnąć kilka razy, potrząsnąć lędźwiami, wessać się łapczywie – może raczy splunąć. Nie dla rozkoszy samej! Nie dla kołysanki nieba! Nie dla miłości spełnionej w intymnym zbliżeniu! Jeszcze trzeba z siebie mlecznością lepką strzyknąć, niech się rozpełznie robaczywą zgrają, każdy zakamarek wypełni chutliwością piekielną – pleśń z pleśnią – w nadprzyrodzoność z zadyszanej pieśni! – przez gardlany skowyt! – aż się Nowe zalęgnie w macicznej torbieli, w pęcherzu wód płodowych utuli – półślepe, półzdechłe, na poły w sierścianej prehistorii.
Może się wylęgnie.
Szansę marne. Nawet im ten zaczyn zapleśniał. Przestali się rodzić przed dwudziestu laty. Ostatni miot też zdał się tylko na Bio–Łącze.
Janko dreptał przodem. Odsuwał na bok tych, którym władzę w nogach odjęło na widok człekokształtnego chrząszcza. Wymyślił sobie zejście Ortodromą, po obwodzie klosza, zamiast od CETI bezpośrednio do Sztabu dobić przez Studnię. Nawet Megaloxantha czasami musi coś w sobie przetrawić.
Jonas pomyślał, że o coś jeszcze powinien zapytać Bio–Łącze. Jakoś go nie odstąpiło. We dwóch zawsze raźniej.
– Posłuchaj! – wezwał „Zawsze do Twoich usług”.
Janko obejrzał się i uśmiechnął miękko. Bio–Łącze czuje potrzebę bycia potrzebnym. Wydostali się właśnie z pasaży zatłoczonych uciekinierami. Dalej prowadził bardziej przestronny odcinek Ortodromy. Chwilowo Janko mógł zaprzestać pełnienia roli lemiesza.
– Tak? – zapytał chętnie.
Od rozmowy z Przyślepem ma w oczach więcej wierności – pomyślał Jonas. Może jemu też brakowało koncepcji. Czasami warto uwiązać się przynajmniej takiej nogi, której się zdaje, że wie, dokąd zmierza.
– Mówiłeś, że wasze sprzężenie z Informatycznym Systemem działa na zasadzie biopola reagującego z elektromagnetycznym odwzorowaniem komputerowego centrum Enklawy? – upewnił się Jonas.
Janko przytaknął w milczeniu.
– Wyśmienicie. Jesteś więc jednocześnie nadawcą i odbiorcą?
– Oczywiście.
Janko zaglądał mu w twarz ciągle z tym samym, rozbrajająco pozbawionym sensu, wiernym uśmiechem.
– Masz więc kontakt z innymi Bio–Łączami?
– Tak.
– Bezpośredni czy przez Informatyczny System?
Janko miał minę, jakby mu to pytanie nigdy nie przyszło do głowy.
– Trudno to określić – powiedział wreszcie. – To bardzo ważne.
– Nie wiem – Janko potrząsnął głową. – Nie. To... po prostu jest.
– Zastanów się. Czy istnieje określona granica przestrzeni, poza którą nie potrafisz się skomunikować z innym Bio–Łączem?
– Nie – tym razem Janko zareagował z całą pewnością siebie. – Już wiem. Nie istnieje bezpośrednie powiązanie Bio–Łączy. To Informatyczny System wzmacnia odbierany sygnał i potrzebuje odpowiedniej mocy modulowanego elektronicznie biopola, żebyśmy odbierali jego kierunkowy sygnał. Tylko dlatego istnieje sprzężenie. W przeciwnym razie każdy byłby telepatą.
Uśmiechnął się w pełni zadowolony z wyjaśnienia.
– Dobrze – zgodził się Jonas. – To jedna strona medalu... A jednak mowa nie została człowiekowi dana. Sam ją wykształcił, razem z aparaturą modulującą dźwięki. I dalej nikt nie rodzi się z umiejętnością mówienia. Musi nauczyć tego usta, język, struny głosowe, płuca. Kiedy osiągną odpowiedni stopień wyczulenia znika kłopot z tym, co przysparzało trudności pozornie nie do przezwyciężenia. Trening, Janko.
– Mogę natychmiast nawiązać kontakt z każdym Bio–Łączem za pośrednictwem Informatycznego Systemu – niepewnie powiedział Janko. – Po co nam...
– W obrębie Enklawy? – zapytał Jonas.
Janko zatrzymał się. Wreszcie zrozumiał.
– O to chodziło – westchnął.
– Tak. Chcę wiedzieć czy potrafisz skontaktować się bezpośrednio z Bio–Łączem poza Enklawą THARSYS.
– Nie – krótko odparł Janko.
– Zastanów się. Pomóż mi...
Janko zmagał się z sobą. Aż mu zeszkliło oczy. Jonas pomyślał, jak niewiele trzeba temu chłopcu, żeby się rozpłakał jak dziecko.
– Naprawdę... nie wiem – wyszeptał Janko. – Nigdy tego nie próbowałem. To bardzo daleko... Poza tym...
– Mów.
– Wszystko, czego kiedykolwiek ode mnie żądano, co zawiera Informatyczny System, jest takie... odkryte... Zależy wyłącznie od Stopnia Wtajemniczenia zamawiającego informację... Wtedy, po prostu – wiem.
– Zgoda – Jonas czuł, że nie powinien ustępować. – Nie słyszysz, nie czujesz – czy jak to tam jest – nic poza tym?
– Mogę rozmawiać z innym Bio–Łączem – Janko mówił powoli, jakby się wsłuchiwał w siebie. – Tutaj... Poza tym... Tylko szum. Wszędzie. Czym więcej ludzi... Tak. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Czuję, co inni myślą, ale to... daleki plan. Gdyby wzmocnić...
Aż mu wyostrzyło rysy twarzy.
– To byłby zgiełk. Tak jest – szum. Nic więcej.
Jonas machnął ręką.
– Chodźmy – powiedział. – Ale zastanawiaj się nad tym. To pewnie najodpowiedniejszy czas.
– Dlaczego?
– Podobno was nie tyka tam... – Jonas skinął w nieokreślonym kierunku. – Za Pierwszą Linią.
– Zależy co – odparł Janko.
– Ale statystycznie Bio–Łącza mają większe szansę przetrwania?
– Tak.
– Problem jest ciekawy sam w sobie. Jeszcze się nim zajmiemy. Na razie interesuje mnie co innego. Przecież oni mrą jak muchy. Prawda? – powiedział Jonas. – Z połowy Enklaw zostały kratery. THARSYS też nie pociągnie. Powiedziałeś, że mamy przed sobą ostatnią noc. Chyba, że coś się zdarzy... Nie rozumiesz jeszcze? Nie wiem, jak to u was jest, ale fakt, że ludzi jest coraz mniej musi mieć konsekwencje dla biopola stanowiącego bioenergetyczne tło populacji. Jeśli diabli biorą ludzi, jako gatunek, musi zanikać informacyjny szum lokalnych społeczeństw, na rzecz indywidualnego głosu Bio–Łączy. Tak naprawdę w waszym eterze dawno powinna panować cisza.
Janko patrzył na niego zdumionymi oczami, jakby tę jasno postawioną prawdę trudno mu było sobie uświadomić.
– Tutaj, w obrębie THARSYS, możesz mieć jeszcze kłopoty – powiedział Jonas. – Poza tym... Muszę coś wymyślić. A ty, miej to na uwadze.
– Z pewnością – zduszonym głosem zapewnił Janko.
– Teraz ostatnia zaległość – zdecydował się Jonas. – Raz już trafiłem do lazaretu. Pewien facet wypytywał mnie czy pamiętam, co wygadywałem. A ja, cóż – przerwa w życiorysie. To samo u ciebie. Byłeś świadkiem. Słucham.
Janko wahał się.
– Chcesz wiedzieć czy sam usłyszeć? – zapytał.
– Możesz?! – niepotrzebnie zdziwił się Jonas.
– Służę jako wzór parodysty. Informatyczny System pamięta wszystko.
Jonas rozejrzał się. Poza narożnikiem wysokiej ściany, gdzie Ortodroma mijała kolejny plac, czyjś głos wybijał się nad powszechny gwar. Pewnie kolejna partia uciekinierów zebrała się tam na miting. W pobliżu nikt na nich nie zwracał uwagi, chociaż kilka postaci nieruchomo tkwiło po drugiej stronie jezdni; ktoś sterczał pod ścianą z rękoma w kieszeniach i wzrokiem wbitym w chodnik, inni przysiedli albo wręcz wyciągnęli się na gołej ziemi i drzemali w głębokim podcieniu rampy ograniczającej Ortodromę.
Janko posłusznie dał się przestawić pod mur, gdzie Jonas całym ciężarem oparł mu ręce na ramionach, a sam przymknął oczy.
– Mów – ponaglił go.
Wtedy zaczął mówić. Jonas słuchał tego głosu rozciągniętego i monotonnego, jakby białobrody derwisz oddawał ostatnie tchnienie przez usta chłopca o pozbawionej zmarszczek, jeszcze rumieniącej się twarzy. Jonas słuchał, aż Głos zamilkł, chociaż on miał wrażenie, że – w samej przestrzeni, poza powietrzem – trwa dalej:... NIGDY NAPRAWDĘ JAŹŃ NIE ZDOŁAŁA ZJEDNOCZYĆ FILOZOFII Z CIAŁEM...
– Świetnie – stwierdził Jonas.
Odwrócił się od Bio–Łącza i ruszył przed siebie zgarbiony nagle, pancernym czołem gotów staranować wszystko, co mu stanie na drodze.
Przed załomem muru przeczytał ogromny, fosforyzujący napis: ORTODROMA WOLNOŚCI. Zatrzymał się i obejrzał za Bio–Łączem. Janko pozostał tam, gdzie go zostawił. Dalej plecami wsparty o ścianę tylko się osunął nieco i oburącz chwycił za żołądek.
– Co się stało? – zapytał Jonas.
– Idź – sam – wystękał Janko.
Twarz mu jeszcze zbielała.
– Zostaw... proszę. Dogonię. Tylko idź prosto Ortodromą.
Jonas chwilę przyglądał mu się podejrzliwie. Wreszcie wzruszył ramionami i chciał iść dalej, kiedy uświadomił sobie, że stoi w ostatnim szeregu tłumu zgromadzonego na przestronnym placu. Strop tu nawisał znacznie niżej niż między poszczególnymi Poziomami Enklawy. Jakby poszerzenie labiryntu nakryto matową szybą, spoza której przenikało promieniowanie dogorywającej gwiazdy.
– ... Jakże dzisiaj często uciekamy w domenę wizjonerskich uniesień – usłyszał Jonas. – W mitologizację i sakralizację rzeczywistości. Odwołujemy się do transcendentnych symboli, jakbyśmy bezpowrotnie utracili trzeźwy światopogląd...
Wszędzie piętrzyły się skrzynie i pojemniki nakryte aluminiową folią. Ludzie siedzieli na nich albo, jak Jonas, stali twarzami zwróceni do centrum placu, gdzie na szczycie piramidy wzniesionej ze skrzyń, jakiś człowiek żywo gestykulował ponad głowami zgromadzonych.
– Autentyczna wiara nie wymaga od nas, od każdego z osobna, ortodoksyjnego rozbratu ze staroświeckim mistycyzmem. Nie żądamy od was poświęcenia tego, co najbardziej intymne w naszym życiu prywatnym. Razem jednak, jako klasa, jako naród stojący nad przepaścią, w obliczu totalnej zagłady, musimy dokonać ostatniej próby, katharsis w duchu desperackiego poświęcenia. Musimy uświadomić sobie naturę wszelkiego postępu i przyczyny degradacji. Bez tego samouświadomienia, w ujęciu klasowym, narodowym i rasowym wreszcie, niepodobna podnieść się z klęczek...
Jonas z zaciekawieniem przyjrzał się niepozornemu mężczyźnie. Twarz miał jednocześnie pucołowatą i wyostrzającą się niespodziewanie, kiedy bez śladu dobroduszności przeszywał ludzi spojrzeniem spode łba. Ubrany był w szary kombinezon i rozchełstaną na piersi koszulę.
– Oto głoszę wam świat przebudzony z koszmarnego snu, z obłędnego zaślepienia mocą naszej technologii, która niczego nie rozwiązała, i mocą naszych bogów – równie bezradnych wobec widma Inwazji. Mówią niektórzy: PRZEKLEŃSTWO! Mówią drudzy: PANDEMONIUM! Inni potrafią tylko: VIVAT NOSTRA CIVITAS! Pierwsi się modlą. Drudzy piętrzą swoje laboratoria. Reszta garnie się pod sztandary Armii, która dawno zerwała swoje klasowe więzi. Pytam was! Czego dokonano, aby postawić tamę Inwazji?! I jak można przeciwstawić się Inwazji – czymkolwiek jest – wobec postępującej degradacji społeczeństwa?!
Mówca zawiesił głos. Chwilę toczył dokoła wzrokiem natchnionej Wyroczni. Po raz pierwszy ich spojrzenia skrzyżowały się. Jonas drgnął. Mężczyzna jakby skinął głową.
– Zastanówmy się razem, czym jest nasz świat – podjął na nowo. – Ułamkiem Industrialno–Urbanistycznego Masywu, który rozpadł się niby monstrualny lodowiec, żeby ostatnie kry – Enklawy coraz szybciej odtąd dryfowały ku powszechnej nicości? Nasz los byłby podzwonnym megapolis na równi z gatunkiem? Potrafimy określić samych siebie, czy nas określają sztolnie drążone w skalnym cokole Ziemi, w kamieniu węgielnym i postumencie poronionego pomnika Ekspansji? Stanowi o nas Laboratorium? A może Sztab Armii? Jeszcze wyższa instancja? Jesteśmy może komunikacją i transportem, ucieleśnieniem finansów i handlu, produkcji i konsumpcji albo reliktowym białkiem przyporządkowanym taśmie produkcyjnej? Jesteśmy społeczeństwem sprawującym władzę czy strukturą społeczną podporządkowaną władzy Państwa? W tym miejscu trzeba postawić najważniejsze pytanie: KTO POWIEDZIAŁ, ŻE TO MY – LUDZIE, JESTEŚMY PODMIOTEM INWAZJI?! Kto udowodnił, że umieramy na własnym ołtarzu? Odchodzący bogowie grzebią ze sobą najwierniejszych wyznawców. Przemijające ustroje społeczne zabierają do grobu własną elitę władzy. Skompromitowane IDEE ośmieszają najzagorzalszych fanatyków. Może ta przemoc, która temu światu rzuciła wyzwanie z Kosmosu, z nas samych albo z naszej prehistorii – wcale nie nas atakuje?! Tę prawdę wam głoszę! Nie jako nadzieję! Nie dla ulgi umierających! Tylko potrzeba nam świadomości, żeby się zdecydować wreszcie i, jak jeden mąż, stanąć po właściwej stronie barykady!
Ktoś stojący przed Jonasem odwrócił się. Kiedy znalazł się twarzą w twarz naprzeciw Megaloxanthy, niespodziewanie obojętnym wzrokiem zmierzył go z góry na dół i odszedł wzruszając ramionami. Jonas przesunął się do przodu.
– To nie z nami wojna! – głosił nieznany agitator. – Nie przeciw nam Inwazja! To Enklawie rzucono wyzwanie! Temu molochowi technokracji posadowionemu na naszych ramionach, któremu bez wahania oddaliśmy nasze najlepsze mózgi i serca! Dziwicie się, że giną ludzie? Że nasz upust krwi największy? W tej bitwie dostrzegamy to, co dla nas najbardziej bolesne – śmierć jednostek. Jakby bez tej daniny mógł się spełnić upadek skostniałego systemu. To MY wydźwignęliśmy – z własnych koszmarów zrodzoną – utopię Industrialno–Urbanistycznego Ładu! Dla udoskonalenia własnego bytu powołaliśmy instytucję Państwa. Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy to Państwo ustanowiło własną Władzę, która bezwzględnie podporządkowała sobie społeczeństwo. Dzisiaj tej Enklawie, sparaliżowanej wobec dynamicznej ewolucji zewnętrznego świata, wystarcza siły, żeby zgnieść wewnętrzne przeobrażenia. A jeśli nie ma innego wyjścia – raz jeszcze utopić nas we krwi. Jak długo jeszcze?! Pytam! To my sami, kurczowo wczepieni we wraki Enklaw, podtrzymujemy je na powierzchni rozszalałego wszechoceanu. Ten ostatni wrak z Epoki IUM, naszpikowany żelazem, elektroniką, zapobiegliwością Sprzężenia Zwrotnego i pancernymi kordonami Armii – wlecze nas do dna! Na cmentarzysko społecznych systemów, których kościotrupie widma straszą z prehistorii. Ocknijcie się.
Kimkolwiek jesteście, do których mówię w przeddzień Ostatecznej Bitwy! Przemoc, która wypowiedziała wojnę totalitaryzmowi Enklaw, zgniecie nas razem z nimi. Ocalenie zależy od nas. Zaufajcie sobie nawzajem! Wznieście barykady! Tu, gdzie stoicie! Na dalekim zapleczu Armii Endogenicznej! Na przedpolu Pierwszej Linii! Stąd uderzcie w serce Systemu!
Jonas, zaintrygowany, postąpił jeszcze do przodu. Wydawało mu się, że ten człowiek formułuje wiele myśli, jakie on – Megaloxantha, chciałby przekazać otaczającym ich ludziom. Tymczasem ich twarze, kiedy się rozejrzał, były obojętne. Najczęściej wyrażały zmęczenie. Większość przysiadła na ziemi i drzemała półleżąc albo osowiałym wzrokiem patrzyła przed siebie. Przecież oni potrzebują snu – pomyślał Jonas. Oni i cały ich świat – chwili wytchnienia. Pewnie dlatego noc zapada po drugiej stronie klosza. Zmierzch nad pobojowiskiem, jakie zostało po starciach na miarę cyklopów. Cóż, wobec nich, znaczą dzisiejsze potyczki powstrzymujące pętlę Pierwszej Linii zaciśniętą na gardle Enklawy THARSYS. Już tylko – powstrzymujące.
Jonas ani się spostrzegł, kiedy stanął naprzeciw proklamatora Nowego Ładu. Ten skończył swój płomienny apel, zstąpił z zaimprowizowanego podwyższenia i przysiadł na osobnej skrzynce.
Nikt na nich nie zwracał najmniejszej uwagi.
Mężczyzna wyciągnął jakieś zawiniątko z czarnej torby. Wolną ręką zapiął zamek błyskawiczny, jakby w tej torbie nosił cały swój dobytek, którego prozaiczności wypada oszczędzić postronnym oczom.
Sam bez skrępowania przyjrzał się Jonasowi.
– Witaj – powiedział. – Czym mogę służyć?
– Kolejne Bio–Łącze? – zapytał Jonas.
Nieznajomy uśmiechnął się miękko.
– Jesteś człowiekiem? – zapytał.
– Jestem Megaloxantha – odparł Jonas.
Megaloxantha, powtórzył w duchu. Co z tego zostało pod pancerzem, dzięki któremu adaptacja w tym świecie przebiega nad podziw bezboleśnie. Podmuch ziemskiego wiatru z motylich skrzydeł strącił srebrzystość księżycowego pyłu – zostało słowo: Megaloxantha.
– Stamtąd? – zapytał nieznajomy.
Jonas przypatrywał się jego twarzy. Była nad podziw pospolita – uwzględniając krasomówczy talent. Nigdy nie spotkał tego człowieka, miał jednak wrażenie, że znają się znacznie dłużej. Na początku wszystkie ludzkie twarze wydają się nam jakby zdjęte z tej samej matrycy – pomyślał Jonas. Podobne kłopoty mieliby ludzie z twarzami Selenitów.
– Stamtąd – potwierdził. – Wnioskuję, że dotąd nie mieliśmy przyjemności rozmawiać ze sobą?
– Słusznie powiedziałeś: przyjemność rozmowy – nieznajomy skinął głową. – Jak sądzę nie mieliśmy okazji. Trzeba to nadrobić. Spieszysz się?
Wskazał skrzynię nieco solidniejszą niż ta, na której on przysiadł. Sam bez pośpiechu zaczął odwijać kanapkę z zatłuszczonej bibułki.
– Poczęstujesz się? – zapytał z ręką zawieszoną w pół drogi do ust.
Jonas machnął ręką. Powinien był iść swoją drogą – coś go korciło, żeby przeciągnąć rozmowę z nieznajomym. Poza tym Bio–Łącze nie będzie musiało gonić. Usiadł na wskazane miejsce.
– Cóż innego mogę ci zaproponować – mężczyzna z jednoczesnym pietyzmem i pobłażliwością popatrzył na pajdę chleba zaciśniętą w dłoni. – Chleb nasz powszedni. To nam jeszcze zostało... Choć równie daleki ziemi, jak wy – tam, synowie Seleny, odlegli jesteście od planety Ziemia.
Żeby rozgryźć ten kalambur, pomyślał Jonas, trzeba pewnie wiedzieć w tyglach jakiego Laboratorium ludzie dziś pichcą dla siebie strawę. Cóż to obchodzi Megaloxanthę.
– Nazywam się Mikołaj Patrochin – niespodziewanie przedstawił się mężczyzna.
– Jonas Hebrejczyk – powiedział Megaloxantha.
– Jesteś z nami?
– To znaczy z kim? – zapytał Jonas. – Są trzy możliwości: z tymi, do których mówiłeś, o których mówiłeś, przeciw którym mówiłeś. Sądząc z aplauzu każdy myślący człowiek będzie tu zawsze zdany na własny koncept. Wybrałem czwartą możliwość: jestem sam.
– Podobasz mi się – powiedział mężczyzna.
Aż mu rozpromieniło przy tym pucołowatą twarz. Tylko oczy nie przytępiły ostrości spojrzenia. Nad podziw przenikliwe oczy, całe otoczone siateczką zbrunatniałych zmarszczek. Jakby na twarz zakładał zwykle kaptur osłaniający podbródek, nos, policzki i czoło – z wycięciami tylko na oczy. W tych miejscach przysuszyło skórę – reszta twarzy zachowała delikatność mniej napiętnowaną światłem.
– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytał.
Równie dobrze mógł mieć na myśli swoje niedawne wystąpienie, jak resztę tego świata, w tym miejscu przyduszonego pąsowym stropem, z ludźmi snującymi się w białej mgiełce – aż Jonas przymrużył oczy sądząc, że mu bielmem zasnuwa jego własne oczy.
– Przyszedłem pod koniec – wyznał.
– Każdy tak mówi – mężczyzna miarowo przeżuwał swoją kromkę chleba przełożonego czerwonym plastrem, jakby potrafili jeszcze wyhodować coś, co się z nimi podzieli żywym mięsem. – Tak wygodniej.
– Wierzysz, że jest szansa ocalenia? – zapytał Jonas.
– Czy ja wierzę? – mężczyzna podniósł na niego jednocześnie rozbawione, zdumione i przerażone oczy. – A cóż nam zostało?! Czy wierzę? Nie tak. Ja WIEM! Tylko potrzebuję ludzi! Znajdź mi kadrę straceńców, którzy poderwą innych i poprowadzą ich na ten wiecznym mrozem skuty pałac, żeby go rozsadzić od środka.
– Trzeba ich było wychować – powiedział Jonas.
– Na to potrzeba czasu. A dzisiaj nie starcza go nawet na to, żeby się oglądać za siebie, liczyć ofiary i dbać o czystość własnych rąk – niespodziewanie twardo powiedział mężczyzna. – Potrzebna jest partia ludzi mocnych, którzy nie będą się wahać. To chciałem im udowodnić, kiedy zbliżyłeś się do nas. Cokolwiek się stało, co jeszcze może się zdarzyć – bezsensowne jest mnożenie Armii i Laboratoriów. Dzisiaj zagładę odwróci tylko prawdziwy szok społeczny Tylko nasza świadomość, klasowa świadomość człowieka wobec Molocha Enklawy, Endogenicznej Armii, Informatycznego Systemu, Totalitarnej Władzy, które zjednoczyliśmy w precyzyjny mechanizm Maszyny na miarę naszej Apokalipsy; tylko ta świadomość...
– Odwaga – powiedział Jonas.
Przez chwilę wydawało mu się, że nie ma nic prostszego, jak stanąć ramię w ramię z towarzyszem wiernym tej samej idei. Czasami jednak wystarczy moment nieuwagi i twarz grzęźnie w czymś lepkim, nieokreślonym. I budzą się wątpliwości. I ręce przypominają o sobie. A wszystko przez tę samą parszywą świadomość, którą w innych chciałby wykrzesać Patrochin.
Jonas podniósł się ciężko.
– Pamiętam, proponowałeś im... – powiedział w zamyśleniu. – Żeby stąd, gdzie stoimy uderzyć prosto w serce Systemu. Co miałeś na myśli?
– Nie taki ważny jest cel sam w sobie, co zjednoczenie tych mas, w których jeszcze drzemie potężna energia. Ukierunkować można później. Zależnie od sytuacji. Najważniejsze – zjednoczyć ich.
– Potrafisz tego dokonać?
– Nie wiem – przyznał mężczyzna i opuścił głowę. – Słowo powinno rozpalać umysły nie gorzej niż obłęd. Trzeba Słowa–Pięści, żeby ich zerwać do szturmu...
– Dokąd? – zapytał Jonas.
– Może nie potrafię wykrzesać z siebie odpowiedniego słowa–hasła, słowa–sztandaru, słowa–pięści, żeby przed nimi ponieść jak pochodnię...
Mężczyzna pogrążył się w swojej rozterce. Między palcami opuszczonej ręki kilka okruchów chleba spadło na ziemię.
– Znajdę – powiedział z niespodziewaną zaciętością. – Muszę. Każdy posiada w sobie, chociaż niewielu potrafi odkryć tę siłę, która innych potrafi porwać... Muszę stworzyć Słowo i Teorię. Jasne i zwarte. Żeby znalazły odzew w każdym umyśle. Żeby dokonująca się rewolucja miała co wyzwalać nie tylko z serc, lecz i z umysłów, kiedy już wybuchnie. Żeby jej moc znalazła gotowe sztandary i hasła, które wydźwignie ze sobą, i którym nada wagę ponad skalą stada, plemienia, narodu, państwa, nad Enklawą...
Odchodząc Jonas słyszał za plecami coraz goręcej szeptana modlitwę – szlif słów i haseł, którym to złotoustym darem Mikołaj Patrochin – jeśli mu tylko starczy zawziętości i wiary – z pewnością natchnie masy i porwie za sobą.
Jonas rozejrzał się za swoim Bio–Łączem.
Gdzieś się zapodział Janko.
Coś się zmieniło w powietrzu. Już nie samo zamglenie – krzaczastymi kępkami szron osiadał na kantach przedmiotów. Przepadła czerwona poświata, jakby nad warstwami stropów z betonu i ołowiowego szkła, poza szklanym kloszem osłaniającym ostatnią wyspę, jaka nie wypróchniała ze szczętem w ślad za Industrialno–Urbanistycznym Masywem – jakby tam Scylla horyzontu i Charybda nieba ostatecznie zatrzasnęły śluzę, przez którą tak długo krwawiło słońce. Mrówczy kopiec winien teraz podsiąkać ciemnością – niespodziewanie zabieliło się wkoło.
Jonas szedł coraz szybciej. Nie bardzo wiedział czemu i dokąd tak go naglą nogi – jakby szły na lep agitacji. Prawie biegł. Zaśnieżyło nagle. Białe płatki frunęły w powietrzu. Białymi strzępami zacinało między chodnikami a wysokim stropem. Jonas pojął niespodziewanie, że owa zamieć nie osiada na niczym – na posadzkach, na skrzyniach, na pochylonych karkach i posiniałych twarzach. Po prostu mroźny podmuch przewiewa na wylot, cokolwiek mu stanie na drodze – ściany i podłogi czy piersi ludzi przechodzących obok. Z przerażeniem stwierdził, że nikt niczego nie widzi, jakby nie tylko owa zamieć, lecz i jej świetlny znak bez śladu przenikały ludzkie oczy. Czyżby tylko on jeden, resztką zmysłów Megaloxanthy, postrzegał tę mroźną zapowiedź – czego; skąd mógł wiedzieć? – która nawet Kochanka chłodnej Seleny przejmowała lękiem.
Coraz szybciej wstecz uskakiwały twarze ludzi – jeszcze jeden śnieg, białe płaty z ciemnymi oczodołami i jamą ust oszronioną kryształami zębów. Raz za razem kogoś potrącił, nim spostrzegł, że już biegnie. Długimi susami sadził przed siebie. Szybciej! Jakby mu u ramion urosły skrzydła Szerna. Twarzą przeciw śnieżnej zadymce. Jakby potrafił zapobiec temu, co wszelkim systemom przypisane zostało na równi z każdą żywą istotą osobno. Prawdziwa śmierć zaczyna się tam, gdzie mróz zakleszcza nawet atomowe jądra. Tej świadomości jeszcze brak w ludzkich twarzach patrzących ślepym wzrokiem w ślad za Megaloxanthą.
Omal go nie zbiło z nóg, kiedy wyciągnięty w pędzie ramionami ciął powietrze, żeby reszta ciała łatwiej przenikała przestrzeń. Coś eksplodowało potężnie. Tam właśnie, dokąd nie zdążył dobiec. Uderzeniową falę powietrza przebił czołem. Białe plamy zawirowały gwałtowniej.
Nagle zobaczył, że inni ludzie też biegną – dziwnie powoli. Widział ich przerażone oczy i usta otwarte do krzyku – zakneblowane pędem powietrza. Usłyszał ryk alarmowych syren. Przeszli dobrą szkołę samoobrony – ktoś już rozpostartymi ramionami próbował zatrzymać tłum tratujący czerwone głownie, przez innych wbijane w posadzkę. Gdzieś zamigotały rtęciowe krople transporterów Endogenicznej – wysypały się mniejsze, srebrzyste odpryski. Wszystko to zostawił za sobą. Przed nim otworzył się, teraz dopiero, naprawdę ogromny plac. Ze sterylnej jasności Poziomu CETI wreszcie zstąpił w przedsionek piekieł. Jacyś ludzie jeszcze pędzili mu naprzeciw. Przez biały plac, jak daleko sięgnąć wzrokiem – przyprószony śniegiem. Coś się stało tam właśnie – eksplozja uderzyła ich w plecy podmuchem mroźnego powietrza. Jedni upadli twarzami na zwierciadło lodu, inni ślizgali się rozpaczliwie ratując równowagę, wreszcie pełzali na czworakach. Wiatr ich przesuwał po lodowej tafli. Jeden Jonas parł przeciw wiatrowi, nie wiedząc po co i dokąd – byle o coś wreszcie zaczepić wzrok w tej śnieżnej równinie i, być może, dostąpić Wtajemniczenia.
Na wprost Jonasa nowe postacie zaczęły podnosić się z ziemi – już go dostrzegli ci, którym zaczynało brakować sił, żeby dłonie, kolana i łokcie przymarzające do lodowatej powierzchni odrywać przy każdym kroku. Padali i podnosili się. Wyciągali ku niemu ręce. Jak okiem sięgnąć – tłum dziwnie szary, przyprószony błękitnawym szronem.
Jonas krzyknął ostrzegawczo.
Dostrzegł dwie rysy – błyskawicznie wybiegły im spoza pleców dwa rozłamy lodowej szyby. Jeden prawą, drugi lewą stroną. Krawędź przerębli ogarnęła ramionami płaszczyznę kry zapadającej się pod ich stopami, trzaskające rysy złączyła przed czołem tłumu. Kilku ludzi zdążyło przeskoczyć rosnący szybko rozłam. Ktoś końcami palców uczepił się zbawczej krawędzi. Za nim następny runął głową do przodu i zatrzepotał rękami, jakby dopiero teraz – zdjęty najwyższą trwogą – zapragnął dostąpić tajemnicy lotu.
Przed Jonasem zapadała się ziemia. Jakby się cofnął ogromny tłok, po którym tylekroć przechadzali się ludzie, nie odróżniając ruchomej kry od reszty posadzek. Wreszcie patrzył z góry na ludzi zbitych w ciasną gromadkę. Została ich może setka. Mógłby do nich zeskoczyć i zostać z nimi – na tyle nie ufał w swój pancerz, że go zawsze uchroni przed ciążeniem ziemi. Byłby zeskoczył, gdyby miał pewność – bodaj odrobinę wiary – że potem zdoła się podnieść. On jeden dotarł na skraj przepaści. Poza nim nadal szalała śnieżyca. Tylko tam, dokąd zaglądał z wysoka, zapadła nagle cisza. Mróz zamienił powietrze w kryształ. Jakby ktoś niewidzialną garścią zaczerpnął nieco ziemskiego powietrza i przeniósł na nocną stronę Księżyca.
Lecz to powietrze nie rozpierzchło się w próżni. Mini–atmosferą otuliło ludzi garnących się do siebie nawzajem, jakby im chciało dopomóc, jeszcze docisnąć tych, którzy zachowali nadzieję, że potrafią ogrzać się jedni od drugich – choćby coraz więcej twarzy bielało z chłodu czy ze strachu. Jonas zrozumiał, że nikt tam już niczego nie widzi, nic już nie odczuwa nawet. Sztywne nogi podtrzymywały tułowia wsparte o siebie. Splecione ramiona wrosły w ciała białymi soplami palców. W oczodołach zamgliło lodowe kulki. Do szpiku kości zmrożone truchła.
Powinny tak trwać wiecznie. Suche badyle – ostatni karłowaty las skamieniały w kotle warzącym zmarzlinę. Lecz coś się dokonywało tam właśnie, gdzie mróz powinien był bezpowrotnie zakleszczyć atomy. Najpierw Jonas zobaczył coś puszystego. Iskrzyło się. Srebrnym nalotem porastało odkryte partie rąk i twardą szczeciną wschodziło na twarzach wykrzywionych strachem, to znów zadartych do nieba i rozmodlonych, ze skamieniałym na ustach: pod Twoją obronę, Megaloxantho. Już pod kolczastym szronem zatraciły się rysy twarzy. Lodowe kryształy bez wysiłku przenizywały również skafandry. Zmrożone strzępy kombinezonów osypały się – pod nimi zabrakło nagości. Tylko szybko puchnące, iglaste kępy. Nie było już rąk, nóg ani osobnych tułowi – sople wrośnięte w ziemię i rozkorzenione na boki. Nie było oddzielnych postaci – twarz z twarzą zrosła się szklaną pajęczyną. Głowa z głową zjednoczyły się we wspólną kosmatą głownię. Tylko nowe płaty szronu nawarstwiały się na kudłaty łeb i od środka przekłuwały go lancetami kryształów wielometrowej długości. Już nie było tam nikogo. Tylko bryła ogromna, zarazem potężna i dziwacznie lekka. Niby spod gruzów Epoki IUM wygrzebujące się widmo minionej biosfery – kosmata postać polarnego niedźwiedzia. Spod nastroszonego futra mróz wysysa wszelką wilgoć. Cokolwiek było pod spodem – z wierzchu zeszkliło czapę szronu.
Jonas czuł, że i jemu udzielają się zabobonny lęk i jednocześnie dziwna wzniosłość, jakie jeszcze niedawno odczytał w twarzach mistycznie zwróconych do niego. Jak przedtem oni wobec niego, tak teraz on odczuwał własną bezradność przed tym, co powinno było skamienieć, w okowach mrozu dostąpić wieczności, a przecież – nie ostygło całkiem. Gdyby je nawet przemknął najpotworniejszy mróz – straszyło się jeszcze, sypało w jedną stronę. Właśnie tak – nie rozkruszyło się w płaski wzgórek, lecz osypywało się z jednego boku i jednocześnie rosło. I poruszało się z obłędną powolnością, za sobą nie zostawiając najmniejszej śnieżnej okruszynki. Wytężył wzrok – misternie zmrożona koronka przesypywała ledwie dostrzegalne iskierki – ocierały się o siebie, tajały z jednej strony i materializowały z przeciwnej, tym nieustannym ubytkiem i przyrostem motywując postęp całej masy.
Mróz zeszklił ten labirynt lodowych okruchów i natchnął go obiegiem kwantów światła.
Wreszcie to coś, najpierw przysiadłe do ziemi, zaczęło się powoli podnosić. Coraz wyżej – monstrualny łeb niedźwiedzia dźwigającego się na tylne łapy. Już nad krawędź przepaści zadarł pysk ociekający soplami – kłąb zmrożonej mgły ogarnął twarz Megaloxanthy. A tam – wir śnieżny, coraz bardziej lotny. Chwiał się i piętrzył wytrwale. Za nim szedł szelest dziwnie metaliczny, jakby się w przesypywaniu szronu odzywało pobrzękiwanie lodowych łańcuchów. Jeszcze trochę i wyzwoli się z nich ostatecznie – tyle w nim potwornej mocy, tyle wytrwałości, co we wszystkich epokach lodowcowych, jakich już dostąpiła ta ziemia. Jeszcze za sobą wlecze szelest. I tąpnięcia w stropach Enklawy, kędy zapuszcza korzenie mrozu. Wszelki chłód zogniskował się pewnie w jego postaci i zwolnił z okowów tych, którzy za plecami Megaloxanthy zaczęli szeptać wargami pękającymi na mrozie – tylko trzask i szelest – sz–sza–a... mi–i... – jęk krtani zaklinowanych ostrymi soplami – ... sz–sza–a... s–sa–apro–off –it...
A tamten ogrom, choć niedołężny, już się przesypał nad krawędź przepaści. Teraz kudłaty łeb podpierał nowymi słupami roziskrzonego śniegu – rósł – rósł... Już był po tej stronie.
Mróz sparzył Jonasa przez pancerz.
Tylko zabobonny szept masował łopatki, dolewał oliwy do ledwie tlącego się ognia...
... sz–sza–a...
... s–sa–ap–ro–o–offi–it!
To posunęło się – jeden krok – tylko wyolbrzymiał śnieżny nawis. Jakby biliony lodowych okruchów przesypały się zgodnie, z mikroskopijnych kryształów odczytały echo prehistorii – dzyń! – dzyń! – okowy zesłańców do krainy mrozu...
Krok – krok. Nie tylko wzrokiem tkwisz w białym obłoku.
Śmiertelny całun.
Skulił się w sobie. Zacisnął oczy i rozpaczliwie próbował rozniecić w piersi pamięć Słońca. Szukał tego żaru, jaki przepełnia ciało, kiedy Kochanek Seleny wtula się w jej łono nagie wobec kosmosu, kiedy go płeć Seleny ogarnia kamiennymi wargami i podaje Słońcu. Niech ich zjednoczy tą samą rozkoszą ognia przepalającego ciało, kamień – aż do najtajniejszych zakamarków srebrzystego łona. Gdzie brak powietrza – tam można chłonąć prawdziwe światło, ładować baterie bardziej pojemne od wulkanów. Pomóż, Seleno! Ten jeden raz błaga Cię wierny Kochanek! Ubyło mu skrzydeł – wybacz! I pomóż!
Ogień zalęga się pod pancerzem i całego ogarnia w plazmowy pęcherz. Kulisty piorun z piersi Szerna! Spora płonąca w atmosferze – pochodnia wetknięta w oko cyklopa – dokoła skwierczy, coś strzela.
Pękło nagle. Jakby się odkleił od czoła lodowca albo gorącym ziarnem wyskoczył z wiecznej zmarzliny.
Zatoczył się wstecz.
Gdzie stał przed chwilą – jęk poszedł stamtąd. Świst wichru w klarownym przeźroczu powietrza. Tylko o ziemię rozbryzgują się lodowe klejnoty. I chlupot – jakby żarliwością Kochanka wypalił piętno w żywym mięsie. Aż się ryk podniósł chrapliwy, przerażająco ludzki. I coś dalej pękło. Waliły się nawisy śnieżne i filary z lodu trzaskały odwilżą.
Zawyło dokoła. Znów sypnęło zamiecią.
Najpierw z prawa uderzył snop prawie słonecznego światła. Spoza pleców Megaloxanthy. Potem w śnieżycy dostrzegł jakieś postacie skulone. Przebiegały obok. Biała tyraliera, jakby ich mroźny oddech jeszcze przygniatał do ziemi. Błysnęło wzdłuż szeregu. Na wpół ludzki ryk zachłysnął się kolejnym jękiem.
Dokoła śnieg, śnieg, a oni – z okrzykiem na ustach zbielałych od mrozu. Czasem chłód przenikał srebrzyste skafandry – wtedy jeden po drugim walił się na ziemię albo zamieniał w słup skamieniały dogłębnie. Na wewnętrznych powierzchniach szklanych hełmów szron zakwitał za każdym razem innym wzorem. Reszty nic nie mogło powstrzymać w szturmie na ich Lodowy Pałac; kiedy tak biegli – ramię w ramię, gdy padali i podnosili się, ślizgając przy tym na lodzie – i biegli dalej. A gdy któryś pozostał twarzą do ziemi – tylko za nim zwierał się szereg.
On jeden odstępował. Nagle bezradny – Megaloxantha. Wypalony do cna. Najpierw cofał się tyłem. Potem odwrócił się plecami do śnieżnej zorzy uchodzącej w przedpiekle.
Nie wiedział – czego był świadkiem, co się z nim działo i dokąd teraz idzie.
Czasami przekraczał skręcone trupy. Leżały w rozchlastanych skafandrach, miejscami podziurawionych tak gęsto, jakby tysiące sztyletów najeżyło się od środka, przekłuło elastyczną materię, wreszcie stopniało. Natykał się na rannych. Oszronione głowy w kulach hełmów rozpękłych od mrozu – gdzie ich ogarnął podmuch najsroższego chłodu. Twarze mieli pokryte białymi plamami, to znów rozognione boleśnie. Na czołach i policzkach błyszczały bąble jak po oparzeniu. Z każdego odkrytego miejsca łuszczyły się płaty naskórka podobne do przezroczystego, parafinowego nabłonka. Czasami któryś próbował podnieść się na odmrożonych kończynach albo przynajmniej pełznąć.
Jonas nie zatrzymywał się.
Swoje zrobił na Pierwszej Linii. Wypruł się cały. I nic nie zrozumiał.
Szedł przed siebie. Do stóp padały mu i wnikały w ziemię ostatnie, powolne i ogromne śnieżne strzępy.
Przekroczył linię czerwonych głowni. Ledwie tuż przy ziemi łypnęły na niego przekrwionymi gałkami. Trafił na jakichś ludzi. Coś krzyczeli. Zobaczył ich roześmiane gęby. Podbiegali, zadzierając głowy, przyjacielsko klepali go po ramionach. Przeszedł między nimi jak przez powietrze. Z tak samo pochyloną głową minął linię transporterów Endogenicznej. Szedł dalej zamroczony jeszcze, pijany brakiem światła. Chciał być sam i najdalej od tego miejsca, gdzie usłyszał przeraźliwy jęk czegoś, co konało z ludzką niemal boleścią. Niewiele brakowało, żeby taki sam głos wyrwał się z jego własnego mechaneurystycznego wnętrza.
Wreszcie dotarł do jakiejś ściany. Oparł się ciężko o jej powierzchnię z gruzłowatego szkliwa i przyłożył czoło do ciepłej powierzchni. Pomyślał, że odtąd wszystko, czego się dotknie będzie dla niego ciepłe, jeśli nie gorące. Rzeczywiście było gorące. Zobaczył w nim swoje odbicie.
Mętne zwierciadło.
Gdzieś blisko usłyszał dziwny głos. Coś sapnęło, załkało i zadławiło się nagłym charkotem. Znów ktoś się zakrztusił. Teraz oddychał szybko.
Uniósł głowę.
To była szyba, a on przejrzał się w ludzkim zwierciadle – twarz pozbawiona kropli krwi, gorączka w oczach. Zrozumiał, że stoją po dwóch stronach tej samej przezroczystej płyty – Megaloxantha i Bio–Łącze.
Janko też czołem wsparł się o szybę. Do tego oburącz chwycił się za brzuch, jakby sam z siebie chciał wypompować coś, co mu ciążyło nie od dzisiaj. Kolejne przypływy torsji wstrząsały jego ciałem i żołądkowa treść ściekała po szybie. Słychać było, jak rzęzi, łapie oddech i znowu rzyga, i nawet nie próbuje tamować wymiotnej fali cisnącej się do zbielałych ust.
Nawet nie zwiesił głowy. Spojrzeniem przepełnionych nienawiścią oczu na wylot wiercił mętną szybę. W bok od Megaloxanthy. Jakby chciał wzrokiem spopielić coś za jego plecami.
Jonas odwrócił się.
Przedpole Pierwszej Linii oddzielała od nich czerwona zorza powoli wstająca nad rzędem nitów wbitych w ziemię. Na tym dalekim śnieżnym polu przechadzał się człowiek w czerni. Czasami zamiótł peleryną – jeszcze pobojowisko nie odtajało z bieli. To znów pochylił się nad zmrożonym śmiertelnie. Niekiedy wystarczyło trącić nogą, żeby się coś jeszcze skuliło. Wtedy wyciągnął ramię – w zupełnej ciszy odrzut podbijał dłoń. Ktoś chwilę kopał ziemię. On się pochylał znowu, przyglądał, potem prostował grzbiet i szedł dalej.
Jonas próbował rozpoznać jego twarz. Mimo odległości i maski.
Obok rzygał Janko Pytlak.
11. GROBY POŻĄDANIA

Zaproponowali im własny środek lokomocji. Pojemność rtęciowej kuli znacznie przekraczała to, co najprzychylniejszy optymizm potrafiłby wydedukować z zewnątrz. Podoficer zademonstrował olbrzymią ładownię, maleńki moduł napędowy i kabinę pilota. Sprawę uzbrojenia dyskretnie pominął i zaprowadził ich bezpośrednio do pomieszczenia załogi. Dwadzieścia sześć białych kokonów jednoznacznie określało liczebność podstawowej jednostki Armii Endogenicznej. Tym razem nie zanotowano strat w sprzęcie technicznym. Co było w rozsypce, zostało przegrupowane na miejscu akcji i tym sposobem wygospodarowano metraż pod nowy zaciąg.
Podoficer zapewnił, że poinstruował pilota co do szczególnie łagodnego obchodzenia się z ładunkiem. A więc nie trzeba się pętać – wyjaśnił. Tu zagrał na ścięgnie podwieszającym, w podstawowych kierunkach, rozwarty teraz kokon. Następnie strzelił przed nimi obcasami, zasalutował i tyle go widzieli.
Niespodziewanie pilot trzymał się rozkazów. Raz ich tylko zaskoczył długi moment nieważkości. Pewnie mobil dobijał do dna Studni. Jonas potrafił docenić brak ciążenia. Janko mętnym wzrokiem potoczył wkoło, kiedy było po wszystkim.
Pilot opuścił przednią część mobila – parometrową łuskę, po której to pochylni piechocie najłatwiej było trafić do ziemi. Zstąpili po niej na różową płytę lądowiska. Nad nimi ciążyło szare sklepienie. W zenicie otwór Studni uchodził pewnie aż do Modułu CETI – niewiele tam można było dostrzec. Jeszcze się Jonas rozglądał, kiedy zagrało cienko i mobil przepadł w jednym z otworów nawierconych u podstawy sklepienia. Dopiero to dało Jonasowi orientację w liczących się tutaj wielkościach i odległościach. Zresztą wszystkie znaki na ziemi i w pustej otchłani Studni wskazywały, że zostawiono im okazję do otrzaskania się z nową sytuacją.
– Jak się czujesz? – zapytał Jonas.
– Znośnie – odparł Janko, ciągle oblizywał wargi.
– Próbowałem go znaleźć – powiedział Jonas.
– Jakie to ma znaczenie? – niespodziewanie szczerze zdziwił się Janko. – Istnieją reguły gry, których się nie zmienia zależnie od upodobań.
O nic więcej nie pytał, więc i Jonas postanowił rzecz całą przemilczeć. Do czasu.
– Dokąd nas zesłali? – zapytał.
– Jesteśmy na Tarczy Sztabu – powiedział Janko i piętą uderzył w różową taflę. – Przejście niżej jest tylko przez to. Nie wiem, gdzie aktualnie założyli przepust. Trzeba poczekać na wyższych rangą.
Jonas przykucnął i dotknął dłonią gładkiej powierzchni, będącej jednocześnie Tarczą Sztabu i dnem Enklawy THARSYS.
– To sztuczne tworzywo? – zapytał.
– Informatyczny System nie dysponuje recepturą.
– Jak to możliwe? – zdziwił się Jonas.
– Stara historia. THARSYS zostało posadowione na oporowej płycie, która stanowiła podstawę Enklawy sprzed Epoki IUM.
– Myślałem, że wszystkie Enklawy wyłoniły się z Industrialno–Urbanistycznego Masywu – powiedział Jonas.
– Zgoda – Janko skinął głową. – Przyjmijmy więc to za Enklawę, która zapoczątkowała Epokę IUM.
– Potem wchłonął ją Industrialno–Urbanistyczny Masyw?
– Nie. Po niej nic nie zostało. Nie wiadomo dlaczego i kiedy. Mroki tajemnicy spowijają czasem najbliższą historię – filozoficznie stwierdził Janko. – Wiadomo jedynie, że upadek tej Enklawy nie wiąże się z obecną Inwazją. Kiedyś musiała to być Atlantyda swoich czasów. Enklawa THARSYS zajmuje ledwie jedną trzecią powierzchni Tarczy. Jak się domyślasz archeologia nie ma tu racji bytu – została tylko gigantyczna, nieprawdopodobnej wytrzymałości płyta. Trudno określić jej grubość. To, że THARSYS ominął los Enklaw zniszczonych w II Fazie Inwazji zawdzięczamy temu posadowieniu.
– To jest naprawdę takie mocne? – zapytał Jonas.
– Przynajmniej nie ima się tego nic, czym rozporządzamy, na czele z Endogeniczną. Poza tym dawno by nas podminowano od spodu, gdyby nie szczelność spojenia Kopuły i Tarczy. Nikt tego nie zaplanował. Jak nikt nie przewidywał Inwazji. Dopiero gdy na powierzchni rozrywało Armię na wszystkie fronty, ktoś dokonał lustracji zaplecza. Okazało się, że cała wierzchnia konstrukcja Enklawy nieznacznie zanurzyła się we własnym fundamencie i jakby zrosła z podłożem. To był kolejny, choć nie pierwszy, dowód elastyczności opoki THARSYS.
– Więc jak to się stało, że Pierwsza Linia przeniknęła do wnętrza Kopuły? – zapytał Jonas.
– Dawniej dokonywano wypadów na zewnątrz. Dopóki śluzy kontrolowane były przez Informatyczny System potrafiono dławić ewentualne ogniska zapalne. Potem Armia podjęła kilka własnych inicjatyw. Konsekwencje obserwowałeś.
Milczeli chwilę. U wylotu Studni, nad ich głowami nie pojawiał się kolejny mobil.
– Nawiąż kontakt z Bio–Łączem Sztabu – zaproponował Jonas.
– Nie ma tam nikogo – odparł Janko. – Generalicja w pełnym składzie przeprowadza inspekcję odcinka, na którym szczególną brawurą wykazał się komandos samodzielnej jednostki endoskopijnej z Kliniki Księżyca.
– Bez przesady – powiedział Jonas.
– To nie była tuzinkowa potyczka. Aż ich wymiotło ze schronu, jakby im ktoś zasadził Sztabowego Wpleszcza. Dotychczas Misza–saprofit chadzał wyłącznie na przedpolu Enklawy.
– Jak długo mamy czekać?
– Zrobiłeś piorunujące wrażenie. Im pewnie też zależy, żeby się z tobą dogadać. Nie potrwa to długo. Osobiście proponowałbym jednak przysiąść.
– Tutaj? – Jonas rozejrzał się po pustej płaszczyźnie.
– Od jednego przysiadu nie przyrośniesz – powiedział Janko.
Usiedli ze skrzyżowanymi nogami na gołej ziemi. Nad nimi sklepiał się najniższy keson Enklawy, niby betonowy bunkier. Według informacji Bio–Łącza, Armia wykorzystała postument Enklawy jako osłonę Sztabu. Jak to było możliwe przy jednoczesnej deklaracji o absolutnej nieprzenikliwości tworzywa o szklistej, lekko zaróżowionej powierzchni?
– Czas mija – przypomniał Jonas.
– Cóż – zamyślił się Janko. – Z pojęciem czasu pewnie nie ma to wiele wspólnego, ale istnieją tacy, których – poniżej tego miejsca – czas się nie ima.
– Nonsens.
– Wiesz, że również nigdy tutaj nie byłem – niespodziewanie wyznał Janko. – Jeśli cokolwiek wiem, zawdzięczam to oczom innych Bio–Łączy.
– Niewiele tu do oglądania – zauważył Jonas.
– Zależy jak patrzeć. Czuję się, jakbym popełniał świętokradztwo. Przecież kiedyś w tym miejscu istniał wspaniały świat.
Janko sięgnął za pazuchę kurtki i wyjął ukryty na piersi tom starej książki, oprawionej w brązową skórę. Więc i tym razem zabrał ją z domu. Jakby się nigdy nie rozstawał z nikomu, poza nim, niepotrzebnym modlitewnikiem. Otworzył go, chwilę przerzucał stronice. Wreszcie przeczytał:

„...Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni
Pełno znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni.
Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,
Ozdoby czół marsowych; dziś Wenery ptaki,
Gołębie, w nich gruchając karmią swe pisklęta.
W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta
I pierścieniasty pancerz służą za drabinę...”

Po raz drugi Jonasa zastanowił archaiczny posmak tych słów, jakby się dotknęło czegoś przykurzonego, zawilgłego, czego w tym świecie nikt nie powinien był z lamusa wyciągać na światło dzienne.
Taki jest widocznie przywilej Bio–Łączy; kontakt z wszelką Pamięcią.
Janko zamknął książkę i położył przed sobą na ziemi.
– Tutaj też żyli kiedyś ludzie – powiedział spokojnie. – Cierpieli na swój sposób i kochali się może od nas szczęśliwiej. Walczyli i umierali. W takich miejscach kiedyś zostawały ruiny. Albo groby. Tutaj... czujesz, Megaloxantho? Wydaje mi się, jakby ich świat dalej istniał. Nie w grobach i nie w ruinach. Poza czasem. Zawieszony między życiem i śmiercią.
Spojrzał na Jonasa parą ogromnych, nieobecnych oczu. Widocznie nie znalazł zrozumienia w twarzy Megaloxanthy, gdyż uśmiechnął się blado i opuścił wzrok.
– My tymczasem... – podjął na nowo. – Na gruzach industrialno–urbanistycznego mitu, pod nowym sztandarem – oporu wobec Inwazji, przyparci wreszcie do ostatniej tarczy, o własny byt walczymy zawzięcie, nie bacząc, że depczemy cudze groby. Nie zastanawiamy się, co do nich przywiodło cywilizacje, których nie brakowało przed nami. I nie zamierzamy uczyć się z ich porażek. Rozpaczliwie pragnąc ocalić swoje istnienie, nie potrafiliśmy nigdy i nie nauczymy się do końca, uszanować spokój tych, którzy odeszli...
Jonas uważniej przyjrzał się Bio–Łączu. Janko siedział z rękoma założonymi na kolanach skrzyżowanych nóg. Spojrzenie jasnobłękitnych oczu utkwił w książce spoczywającej na szklistej powierzchni. Mówił tym samym głosem, jakim kiedyś wspominał swojego ojca – bez skrępowania, z nieoczekiwaną ufnością wobec Megaloxanthy. Pewnie dlatego, gdyż ten nie był człowiekiem. Jonas zrozumiał, że prawdziwy Janko jest właśnie taki, gdy w pobliżu brak tych, którym potrzebna jest tylko świadomość Bio–Łącza przywdziana na barki banity – najemnika.
– Nie jest mi łatwo zrozumieć, o czym mówisz – zastanowił się Jonas. – Przypominam sobie, jak ja czułem się kiedyś na progu Świątyni Szernów, gdzie megalityczne mury Krateru dają świadectwo upadku kultury wspanialszej niż wszystko, co stworzyliśmy w Królestwie Seleny. Nie ma jednak dowodów, że naród, który nam ustąpił miejsca na Srebrnym Globie, przestał również istnieć w skali Wszechświata. Dlatego wędrując do Źródła Prehistorii szukaliśmy również nadziei na przyszłość, podtrzymując wiarę Megaloxanthy w Postać Szerna – Władcy Kosmosu.
– Słusznie – poważnie powiedział Janko. – Poradź więc nam. jakiej prawdy i jakiej nadziei nam wypada tutaj zaczerpnąć.
Opuścił rękę i palcem tknął w różowiejącą pod nimi, szklistą głębię.
– Nie wiem, co masz na myśli – stwierdził Jonas.
– Tam patrz, Megaloxantho – niespodziewanie napiętym głosem powiedział Janko. – Pochyl kark i patrz tam. Pamiętaj, choćbyś zawsze błyszczał przykładem dla Endogenicznej Armii, że ziemskie ciążenie uczy pokory nawet synów Seleny, którym wydaje się, że ich skrzydła – wolne od ziemskiego brudu – gotowe są objąć całą przestrzeń poza Księżycem.
– Powiedział czerw do motyla – zaśmiał się Jonas i umilkł raptem, kiedy opuścił wzrok na własne ręce zaskorupiałe pancerzem; bardziej się nadawały do miażdżenia gardeł, niż do chwytania słonecznego wiatru.
– Pochyl się i przyłóż twarz do ziemi – rozkazało Bio–Łącze. – Patrz i nic nie mów.
– Ty nie spróbujesz?
– Boję się.
– Czego? – zdziwił się Jonas.
– To moja prawda i moja nadzieja.
Jonas bezwiednie pochylił głowę. Nie musiał przykładać twarzy do różowiejącej powierzchni. Widział mimo soczewkowatych osłon oczu. Wzrok Megaloxanthy, przywykły zapuszczać się w kosmiczną przestrzeń jednak go nie opuścił.
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy tak patrzył między swoimi dłońmi zwieszonymi poza kolana, jego spojrzenie uwięzło w przezroczu rozjaśnionym już nie od strony szklistej powierzchni, lecz z jakiejś innej głębi, która nie poddała się pod wiekowym brzemieniem Enklawy THARSYS. Zrozumiał też, że nie tak łatwo będzie oderwać mu oczy od świata zastygłego w krysztale.
Zrazu dopatrywał się tylko zmian współczynnika załamania światła powołujących do bytu barwne zjawy w jednorodnym ośrodku. Lecz wzrok Megaloxanthy wyławiał niewątpliwie samoistne kształty – materialne płachty z wystrzępionymi obrzeżami, jeszcze jakieś nitki rozprute szeroko i tak zastygłe. W nich uwięziona ręka. Aż drgnął, tak niespodziewanie zjawiła się w polu widzenia. Zupełnie normalna, żywa ręka. Ramię odchodziło w stronę ciemnawego skrzepu – tam dopatrzył się pierwszej twarzy. W kryształowej trwałości okazała się niespodziewanie pozbawiona wszelkiej urody, godnej uwiecznienia bodaj w kamieniu. Tu jednak dostąpiła nieśmiertelności – wystarczająco napiętnowana zmarszczkami, guzowata, przywiędła. Z miejsca, które przypadek wyznaczył na punkt obserwacyjny Megaloxanthy, widoczna była nieco z profilu, odgięta, z rozchylonymi, spękanymi ustami. Zdawało się, że niepodobna wyobrazić sobie, czym można zaspokoić bolesne pragnienie tych warg. A jednak tuż przed nimi przebiegała niemal doskonała linia, niby łokieć albo kolano zaokrąglone łagodnie, jedną krzywizną uciekającą ostro w dół, drugą wzniesione. Już widział tam stopę, delikatnie gładką piętę i palce, w podbiciu naznaczoną siateczką ledwie dostrzegalnych fałdek. Ta stopa była najpłycej, jakby się dopiero odbiła od powierzchni, żeby resztę szybciej pogrążyć w inną cielesność – znacznie głębiej usta starego mężczyzny przyłożyły skamieniały oddech do idealnej krągłości kolana. Jeszcze w dół zbiegała wewnętrzna powierzchnia uda, zatopiona nie ociężałością mięśni czy balastem tłuszczowej tkanki, raczej potrzebą oparcia, którego nie znalazła w locie, w zapadaniu mimo czyjejś twarzy, obok wyciągniętej ręki. W głąb odgiął się tułów – miejscami ściśle otulony nieprzejrzystą materią, to znów rozsupłujący nitkowate tkanki – wreszcie tak luźne, aż się w nich ujawniało zupełnie inne ciało, nieprzystawalne do pierwszego, jeszcze niosącego w sobie cień spoza powierzchni.
Tam bowiem, w różowym przestworzu, rozpalał się ogień głębi, bardziej tajemniczej od makro – i mikrokosmosu, jakby wytyczyła sobą płaszczyznę przejścia tych ekstremalnych stanów w siebie nawzajem. Jednocześnie światło istniało tam wobec bezruchu, głębia bez przestrzeni, materia bez masy. W nieruchomej różowości pławiły się obnażone kształty, do oczu, warg i rąk podawały wiecznie żywą cielesność, już nie pragnącą – żądającą pieszczoty w intymnym ustroniu dwóch splecionych dłoni, w kokieterii oczu i na wargach leciutko wilgotnych, stulonych do pocałunku – cokolwiek przyłożysz. Jeszcze się tam ramiona zwarły z jaśniejszą gibkością, włosy zakwitały przy różowych piersiach i nogi spinały czyjeś śliskie boki, i zady trwały w siebie nawzajem wkleszczone – wszystko chmurą skłębioną nawisło nad wąską szczeliną. W ustałej lagunie poza furią i parną łaźnią, ktoś spoczywał – spokojny, nieobecny, z rozmarzonym wzrokiem, zasłuchany w siebie – tylko nogę założył na nogę, rękami ogarnął własne ciało przepełnione sytością, sfałdowane na brzuchu, rzadziutko rudawą przysypane sierścią – nieznaczącą płeć zawinął w różowe paluszki i pod wodogłowiem rumiany policzek przytulił do własnego ramienia – sam jeden, zauroczony wiecznością, chociaż tuż obok – czyjaś jeszcze głowa; czarny ukwiał włosów, czerń w oczach, twarz dziwnie przemieszczona względem tułowia – ciemny naciek snujący się z poderżniętego gardła...
Jakby świadomości wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wrosnąć w coś trwalszego nad wszelkie znaki na niebie i ziemi, w świat jednoczący śmierć i rozkosz w piekielną pełnię – Jonas szarpnął się cały.
Jeszcze w karku czuł ucisk stalowych kleszczy. Wzrokiem schronił się prosto w oczy Bio–Łącza. Chciał coś powiedzieć – na twarz Janko nakładał się inny obraz; tamta głowa odrzucona na bok, ciemną szparą odłamująca się od tułowia – kilka kropel krwi zawieszonych w powietrzu – trwanie rozpisane w nieskończoność.
Niespodziewanie Jonasowi przyszła do głowy myśl, że te ludzkie kształty, ich cierpienie i rozkosz, nie budzą w nim należnego upojenia, nawet lęku i odrazy.
– Nic nie mów – Janko przerwał milczenie.
Przed chwilą z napięciem wpatrywał się w oczy Megaloxanthy, jakby w nich szukał pamięci, z której mógłby wysnuć proroctwo swojego losu – odetchnął nagle. Potrząsnął płową czupryną i twarz mu się rozpogodziła.
– Wiem doskonale, co tam jest – ręką zatoczył krąg. – Mogę ci pokazać to wszystko, co inne Bio–Łącza znalazły w tym dziwnym krysztale. W różowym zwierciadle zatopiony świat.
– I tak... wszędzie? – zapytał Jonas.
– Dalej, niż sięgają ściany tego podziemia. To ogród ludzi jednakowo żywych i umarłych. Jak myślisz, czy to obraz ich życia i pragnień, który zdołali uwiecznić kiedy ginął ich świat? Czy też sami odeszli tam, pod powierzchnię kryształowego jeziora osobliwości, na wieczną rozkosz i potępienie?
– Nie wiem. – Spróbuj.
– Nie jestem człowiekiem.
– Dziwne – głośno pomyślał Janko. – Kim więc jesteś, jeśli nam tak niewiele zostało wspólnego, że w innych zwierciadłach dopatrujemy się własnej przyszłości?
– Nie wiem, kim dzisiaj jestem – powiedział Jonas. – Wiem, kim będę.
– Tak? – Janko szerzej otworzył oczy. – Chciałbym być Szernem – powiedział Jonas.
Śmiech usłyszał za sobą.
– Genomutem może? – zapytał ktoś znajomym głosem. Jonas podniósł się z ziemi i obrócił twarzą do człowieka, któremu kocim krokiem udało się zmylić słuch Megaloxanthy.
Przed nim stał oficer w białym mundurze ze złotymi naramiennikami i srebrną obręczą w miejscu odkręconego hełmu – trzymała się karku niby obroża. Mężczyzna w ręku trzymał ręcznik i przecierał nim zlepione potem kosmyki na skroniach. Zawzięcie tarł uszy i zadzierając podbródek wycierał szyję. Radośnie przy tym szczerzył zęby. Kiedy gęba rozjeżdżała się od ucha do ucha, całą twarz przebiegał krótki kurcz – mimikę ograniczały ciągle miejsca obłażące półprzeźroczystymi płatkami naskórka z parafiny.
– To było coś! – powiedział przez zęby. – Takiej sztuczki nie wywinie nawet mutant. O, widzisz?
Palcem dotknął oparzeliny przy skroni.
– Wolałbym sam się rozliczyć, gdybym wiedział jak – zaśmiał się znowu. – Nie wierzyli, kiedy im mówiłem, że to nie od ognia.
Wreszcie zarzucił ręcznik na ramię. Podszedł bliżej i wyciągnął wielką, czerwoną dłoń.
– Z przyczyn obiektywnych nie mieliśmy okazji: major Feretrius – przedstawił się. – Grupa Szybkiego Reagowania – śmietanka Endogenicznej. Przy pierwszym spotkaniu pozwoliłem sobie na żarty. Proszę o wybaczenie.
Nie bardzo wychodziło mu trzymanie w ryzach twarzy chętnej do uśmiechu.
– Chodźmy stąd – zaproponował. – Niedługo zjawi się reszta. Nie biorąc udziału w akcji pragną powąchać prochu przynajmniej podczas zawieszenia broni. Poza tym, przyjacielu, sztabowe gnidy zawsze dadzą odczuć, jakie są ważne, choćby im niecierpliwość świdrowała tyłki.
Objął Jonasa za ramię i poprowadził nie zwracając uwagi na Bio–Łącze. Gardziel Studni raz za razem strzelała rtęciowymi pociskami. Ze świstem przenosiły się nad idealnie gładką Tarczą Sztabu i znikały w boksach drążonych na dalekim zakolu szarego nieboskłonu. Tymczasem major Feretrius żywo rozwodził się nad niedawną akcją i paru innymi, głównie na przedpolach Enklawy, kiedy jeszcze dokonywano wypadów. Tam dowodzony przez niego zwiad pierwszy oberwał i pierwszy to sukinsyństwo ochrzcił śnieżno–niedźwiedzim przezwiskiem: Misza–saprofit.
Niespodziewanie na ich drodze pojawił się krąg o średnicy dobrych trzydziestu metrów, bardziej matowy i jakby mniej krystaliczny niż reszta różowej powierzchni. Za sobą Jonas wyczuł wahanie Bio–Łącza. Spojrzał pod nogi – dokoła wszędzie prześwitywały cienie zatopione w różu. Tylko we wnętrzu tego kręgu zastygła głębia niczym nie zamącona, za to podświetlona wiśniowym pożarem – niby przedłużenie Studni wiodące w najskrytszy zakątek piekieł.
– Brak praktyki? – Feretrius zajrzał mu w oczy. – Różnie bywa. Każdemu swoje. Zresztą czort wie, czy takiego bodaj połechce. Chciałbym mieć twoją skórę.
Postąpił krok do przodu i Jonasa pociągnął za sobą.
Jonas myślał, że postawił stopę na czymś równie twardym jak wszędzie. Chwilowe złudzenie. Spojrzał w radośnie wyszczerzoną gębę Feretriusa, potem znów pod nogi – stopy zapadły po kostki. Już szklista powierzchnia sięgnęła kolan. Z boku Feretrius palcem dłubał w zębach. Janko dopiero wstępował w magiczny krąg. Ciało bez czucia osuwało się w niematerialną prawie głębię. Na chwilę zamknął oczy – otworzył już pod powierzchnią. Był sam. Jakby zatrzasnęła się nad nim płyta grobowca przeznaczonego wyłącznie dla niego. Dokoła przesuwała się przestrzeń – tak to czuł. Nic nie otarło się o jego pancerz. I tak nie czuł ciała, choćby go przeżuwały diamentowe żarna. Wiedział tylko, że jest. I był pewien, że coś w nim dojrzewa – poza ciałem, ponad świadomością...
Aż rozpiera pragnienie, żeby to trwało wiecznie – bezruch w przełyku z kamienia – w pancernym ziarnie – aż z chitynowej skorupy wykluje się Postać Szerna.



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.