Pamięć zwana imperium
» Recenzje » Death Race: Wyścig śmierci

Death Race: Wyścig śmierci


wersja do druku

Zasady są zabójczo proste – nie ma zasad

Autor: Redakcja: Iwona 'Ivrin' Kusion

Death Race: Wyścig śmierci
Jensen Ames (Jason Statham) to zwykły facet. Kiedyś był mistrzem NASCAR, potem kilka lat spędził w więzieniu. Po wyjściu na wolność, postanowił egzystować w zgodzie z prawem. Zaczął nowe życie, ożenił się z piękną Suzy (Janaya Stephens), urodziła się im córka. Wszystko zaczęło się ponownie psuć, kiedy zamknięto hutę stali, w której pracował. Wydawało się, że nic gorszego nie może mu się przydarzyć. Jednak się mylił. Tego samego dnia jego ukochana żona została brutalnie zamordowana, a w jej śmierć wrobiono Amesa. Mężczyzna trafia do najcięższego i najgorszego więzienia w kraju – Terminal Island. Placówką kieruje bezwzględna Warden Hennessey (Joan Allen), autorka reality show – wyścigu samochodowego, w którym albo zabijasz, albo giniesz. Piąte zwycięstwo gwarantuje wolność. Każdy kierowca prowadzi ogromne auto, wypełnione wszelkiego rodzaju bronią, jak rakiety czy miotacze ognia. Hennessey proponuje Jensenowi układ – albo weźmie udział w wyścigu, zajmując potajemnie miejsce Frankensteina (czterokrotnego zwycięzcy, który podjął próbę ucieczki i został zlikwidowany), wygra raz i będzie wolny (lub zginie), albo zostanie w więzieniu wiele lat. Ames chce odzyskać córkę, toteż niemal bez zastanowienia przyjmuje ofertę. Musi pokonać rywali, nim oni pokonają jego.

Death Race: Wyścig śmierci jest jak widać mocno stereotypowy. Grupa zabijaków, którzy z różnych powodów trafili do pudła i jeden (ostatni) sprawiedliwy, który próbuje przetrwać, nie tracąc godności i walcząc o sprawiedliwość. Przyznaję jednak, że mimo maksymalnej schematyczności podobało mi się. Na moją opinię wpłynęło kilka czynników.

Przede wszystkim to, że na ekranie ciągle coś się dzieje. Widz nie ma ani chwili na nudę czy na zastanowienie się nad jakąkolwiek logiką, wszystko pędzi razem z rozpędzonymi samochodami. I bardzo dobrze! Mamy szansę poczuć się, jak widzowie reality show transmitowanego z Terminal Island. Podziwiamy rewelacyjnie przygotowane auta. Każde z nich jest inne – kierowcy nadają mu kształty według własnego upodobania, wyposażając w preferowaną broń. Dzięki niezwykłemu talentowi twórców i ich pomysłowi, by kamery rozmieścić na samochodach (w skrzynkach odpornych na wstrząsy, ogień, żar czy wodę), które stawały w ogniu, pędziły z ogromną prędkością czy wybuchały, widz ma możliwość niemal poczuć prędkość rozpędzonego pojazdu. Największym atutem filmu Andersona jest właśnie strona wizualna. Znakomite zdjęcia – z powietrza, wnętrza samochodów, toru wyścigowego czy miejsca pracy mechaników – ułatwiają widzowi wniknięcie w codzienność więzienia na Terminal Island. Kolejny plus za znakomity montaż – nie ma niejasnych fragmentów, mimo olbrzymiego tempa akcji, nie ma najmniejszej szansy, byśmy mogli się zgubić – zawsze doskonale wiemy, które samochody się zderzają, kto zostaje wyeliminowany z wyścigu czy który samochód staje w płomieniach. Twórcy znakomicie dobrali również muzykę – ścieżka dźwiękowa stworzona przez Paula Haslingera idealnie pasuje do wyścigów samochodowych i stanowi idealne tło dla wydarzeń na ekranie. Do tego bardzo dobre efekty specjalne – liczne wybuchy (pełno ognia, lecących w niebo szczątków), wizualizacja samochodów, a przede wszystkim morderczy wyścig – naprawdę dobrze się ogląda!

Uzupełnieniem strony wizualnej jest aktorstwo, które co prawda nie powala na kolanach (co w przypadku filmów akcji raczej naturalne), ale jest bardzo poprawne. Duży plus dla Jasona Stathama, który zagrał swoją rolę przekonująco, był idealnym kierowcą wyścigowym, znakomicie wygląda w kostiumie i z przyjemnością mogłabym spędzić drugie 90 minut, oglądając go na ekranie. Dużo lepiej warsztatowo zagrali: Joan Allen jako zimna, stanowcza i bezwzględna naczelnik Hennesey (trylogia przygód Jasona Bourne’a); znakomity Ian McShane - trener Amesa, który przygotowywał go do wyścigu (Sexy Beast, Scoop), Tyrese Gibson jako Joe Mason, główny przeciwnik Jensena (Za szybcy, za wściekli, Czterej bracia) czy piękna Natalie Martinez w roli nawigatora głównego bohatera.

Polecam Death Race: Wyścig śmierci tym, którzy lubią prostą rozrywkę. Filmowi brakuje wszelkiej głębi, a próby poszukiwania drugiego dna są z góry skazane na niepowodzenie. Prosty scenariusz, niezłe aktorstwo i bardzo dużo akcji. Jeśli podoba Ci się takie zestawienie, to nie pożałujesz 90 minut spędzonych przed ekranem, jeśli nie – pożałujesz pieniędzy wydanych na bilet. Idź na seans z pełną świadomością tego, co wybrałeś. I pamiętaj, że głównym bohaterem jest wyścig, w którym albo zabijasz, albo giniesz, a zasady są śmiertelnie proste – nie ma zasad.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.5
Ocena recenzenta
6.91
Ocena użytkowników
Średnia z 17 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 2

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: Death Race
Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Scenariusz: Paul W.S. Anderson, J.F. Lawton
Muzyka: Paul Haslinger
Zdjęcia: Scott Kevan
Obsada: Jason Statham, Joan Allen, Tyrese Gibson, Ian McShane
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2008
Data premiery: 3 października 2008
Czas projekcji: 89 min.



Czytaj również

John Wick 2
Człowiek niezłomny, oddany i zdeterminowany
- recenzja
American Horror Story
Jankeskie strachy
Niezniszczalni 2
Przepraszam, czy tu biją?
- recenzja
Królewna Śnieżka i Łowca
Uroda to nie wszystko
- recenzja
Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach
Mielizny na nieznanych wodach
- recenzja
Niezniszczalni
Bez żenady
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

8536

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Byla kiedys taka planszowka, bardzo dobra zreszta :)
05-12-2008 00:51
Mandos
   
Ocena:
+1
co w przypadku filmów akcji raczej naturalne

Brakuje "jest".

Jeśli podoba Ci się takie zestawienie, to nie pożałujesz 90 minut spędzonych przed ekranem, jeśli nie – pożałujesz pieniędzy wydanych na bilet.

Druga część zdania niepotrzebna, wręcz wprowadza chaos do wypowiedzi.

Brakuje mi porównania ze starym "Death racem", czy w ogóle informacji, że jest to remake. A tak w ogóle to dobrze się czytało i jak będę chciał jakiegoś czystego kina rozrywkowego to pewnie to będzie mój wybór.
05-12-2008 15:55
~DE

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Pewnie dlatego, ze z oryginalem nie ma to nic wspolnego i remakiem jest co najwyzej z nazwy :)

To juz pecetowy Carmageddon fabularnie byl blizszy Death Race 2000 niz film opisany powyzej. Stary i nowy DR nawet nie naleza do tego samego gatunku!
05-12-2008 21:32
JImmyKupa
   
Ocena:
+2
muzyka w filmie jest świetna, polecam soundtrack :)
05-12-2008 22:47
Fenran
   
Ocena:
+1
Mi w filmie zgrzytało wiele drobiazgów, i jeden ogromny babol z castingiem - dawno już nie widziałem gorszego doboru aktorów do roli. W filmie przedstawiono nam więzienie "dla najgorszych przestępców", a spotykamy tam grzecznie wyglądających chłopaczków, którzy nawet muchy na oko by nie skrzywdzili. Główny bohater też totalnie mi nie pasuje. A ten jego poplecznik o wyglądzie typowego fratboya to już totalna przesada.

Fajne jest to, że film wygląda jak ekranizacja Neuroshimy: Wyścig :).

Co do recenzji: Warden to nie imię, tylko funkcja naczelnika więzienia.
06-12-2008 01:57
Micronus
   
Ocena:
0
Dla mnie film całkiem spoko loko, lekki i przyjemny. Nieco kojarzy mi się z Mad Maxem i właśnie Neurką. A Statham imo pasuje do tej roli, aczkolwiek Vinnie Jones jest lepszym kozakiem;)
06-12-2008 08:04
~DE

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
@Fenran - a po co ktos mialby krzywdzic muche na oko? ;DD

Jak dla mnie do roli dublera Frankiego to tylko Vin Diesel. No, moze jeszcze Stallone (Ironia Smierci ;)
06-12-2008 22:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.