string(15) ""
» Blog » [De Profundis]Listy z jądra ciemności #3
22-09-2012 21:24

[De Profundis]Listy z jądra ciemności #3

W działach: Cthulhu w II RP, Zew Cthulhu, De Profundis | Odsłony: 14

Link do pierwszej i drugiej części. 

 

Tym razem zaprezentuję tylko jeden list, póki co najdłuższy w całej korespondencji, przedstawiający odkrycie będące osią dalszych wydarzeń w Afryce. 

 


 

LIST III

Dakar, 5. marca 1926

 

Drogi Franciszku,

     z pewnym niepokojem wysyłam ten list na paryski adres, który podałeś mi ostatnio znając Twoją niestałość w uczuciach, możesz równie dobrze być w stolicy Francji jak i w Arktyce, bo i tam mógłbyś spotkać kolejną //miłość swojego życia//. Do Shakesparea nawiązując, pozdrów Swoją aktualną Julię ode mnie. A nuż kilka opowieści o mnie sprawi, że nie podrze listów, które Ci prześlę, gdy już z hukiem się rozejdziecie? O tempora, o mores!

     Twoje słowa o sytuacji w Kraju potwierdzają, niestety, listy przesyłane pozostałym uczestnikom mojej wyprawy. Odczytywaliśmy je sobie w czasie długich wieczorów pierwszego etapu naszej misji. W obcej ziemi myśli //O tej, która nie zginęła// nabierają zupełnie innego wymiaru. Myślę, że nawet Ty, urodzony w prapolskiej ziemi poznańskiej możesz odczuć to w Paryżu. A cóż dopiero ja?

     W moim ostatnim liście opisywałem Ci wydarzenia poprzedzające mój przyjazd do Afryki. Fakt, że wraz z Twoją odpowiedzią nie otrzymałem żadnych wiadomości od moich rosyjskich przyjaciół napełnia mnie pewną nadzieją znaczy to, że nic alarmującego się nie wydarzyło. Jeśli jeszcze nie złożyłeś wizyty profesorowi Domeyce znam Twoją niecierpliwość i wiem, że mogłeś to zrobić zanim zdążyłem udzielić pozwolenia jak najbardziej uczyń to. Domeyko zna Cię z moich opowieści, a u schyłku życia każda możliwość rozmowy jest błogosławieństwem.

     Tymczasem wtajemniczę Cię w kolejne wypadki mojej wyprawy. Oczywiście, każda ekspedycja to pasmo niesamowitych wrażeń duchowych, bo nic tak nie rozpala wyobraźni jak doświadczenie cywilizacji w jej najbardziej uniwersalnym ujęciu czyli tych praktyk, którymi człowiek ujarzmia nasz wielki, różnorodny świat. Niemniej, obecna misja różni się od poprzednich, a mroczny cień tego, co opisywałem Ci w poprzednim liście, sięga nawet na Nizinę Senegalu.

     Po przybyciu do Dakaru musiałem poczekać, aż przybędą wszyscy uczestnicy wyprawy, bo ze mną przypłynął tylko doktor Jerzy Karnowski, archeolog z Krakowa, przyjaciel profesora Konaszewicza[1] ze Lwowa. Znam pana Karnowskiego z wyprawy egipskiej z ubiegłego roku. W ekspedycji weźmie udział jeszcze pięć osób z Polski geodeta Wawrzyniec Szafraniec, dwójka doktorantów profesora Konaszewicza oraz pani Karnowska i pani Bończa, obie zajmujące się kuchnią i pomocą medyczną. Dokładając do tego Alikhara, naszego saraceńskiego przewodnika, murzyńskich tragarzy i żołnierzy kolonialnych obiecanych mi przez konsula w Paryżu, daje to około dwudziestu pięciu osób. Jest to pierwsza taka ekspedycja w regionie zorganizowana przez niepodległą Rzeczpospolitą i rozpiera mnie duma, że to ja ją poprowadzę.

     Gdy po tygodniu dotarł statek z naszymi zapasami i naukowymi członkami ekspedycji, na dobrą sprawę wszystko zostało już przygotowane. Ów Alikhar okazał się świetnym organizatorem i od razu przygotował mnie, bym na statku płynącym do Gambii wyposażył się w brytyjskie funty do opłacenia tragarzy ci bowiem, co mnie szczerze zdziwiło, mieli w pogardzie chwiejne w wartości franki. Mieliśmy także dużo paciorków i metalowych drutów na upominki i opłacenie innych krajowców. Wraz z Alikharem i Karnowskim spędziliśmy sporo czasu nad najdokładniejszą (co wcale nie oznacza, że dokładną!)  mapą regionu, jaką udało mi się kupić w Gibraltarze, planując kolejne etapy podróży. Drogi Franzie, nawet w tej chwili odczuwam złość, że wszystkie te szczegółowe plany szlag trafił!

     A wszystko to przez francuskiego rezydenta w Dakarze. Znasz moją opinię na temat władz kolonialnych zresztą, i Poznań, i cały rosyjski Daleki Wschód był tak zarządzany. I choć Francuzi więcej robią dla podwyższenia poziomu gospodarczego i intelektualizmu od, powiedzmy, Anglików, to i tak patrzą przede wszystkim na stan własnej kiesy. W dwa dni przed planowanym wyruszeniem zostałem wezwany do pałacu rezydenta, gdzie usłyszałem, że wyprawę do gór Futa Dżalon, na południowy wschód od Senegalu, muszę odłożyć na dwa miesiące. Otóż rezydent nie da nam ochrony żołnierskiej wcześniej, gdyż musiałby ich wysłać w ten region dwa razy właśnie w kwietniu, bo nastąpi zmiana tamtejszego gubernatora i wojsko musi odeskortować zmiennika. Moje perswazje na nic się nie zdały. Pieniędzy na wynajęcie takiego oddziału nie miałem nawet wliczając udział Czartoryskich, a odwołanie się do konsula w Paryżu, przy rozdmuchanej francuskiej biurokracji, zajęłoby jeszcze więcej czasu i Bóg jeden wie, jakim zaowocowałoby wynikiem. Ten człowiek był panem sytuacji i wiedział o tym.

     Wściekły wróciłem do naszych kwater i wysłałem swojego boya, Alego, po Alikhara. Wraz z nim, Karnowskim i Szafrańcem zamknęliśmy się w moim pokoju i odbyliśmy nerwową naradę. Była to nader malownicza scena siedziałem przy stole, nerwowo przygryzając wąs, krępy pan Szafraniec chodził po pokoju miotając przekleństwami, a wysoki Karnowski, leżąc na mojej pryczy, z wielką intensywnością spoglądał w kłębiący się od moskitów i much sufit, niechybnie próbując z ułożenia owadów wyczytać dla nas horoskop. Tylko nasz dragoman, szczupły, wręcz chudy mężczyzna o dziesięć lat ode mnie starszy, spokojnie na mnie patrzył, czekając aż się uspokoję.

     Po jakichś pięciu minutach poprosiłem go, aby potwierdził moje obawy odnośnie ekspedycji w kwietniu wówczas to w Senegalu kończy się zima, a rozpoczyna pora deszczowa. Dragoman powiedział o wszystkim, czego blady cień zakradł się już do naszych umysłów o rzekach rozlewających się kilometrami, o wylęgnięciu się rojów powodujących choroby owadów, o trudnościach z pozyskaniem żywności, bo ludność przenosi się w głąb lądu i w wyżej położone obszary, a zwierzyna nie musi gromadzić się u wodopojów. Jednym słowem koszmar.

     Moich towarzyszy ogarnęło zniechęcenie. Razem z Alikharem słuchaliśmy w milczeniu ich narzekań, a gdy wyrzucili z siebie wszystko, zapytałem go: //A gdybyśmy wyruszyli na północ?// Dragoman zawahał się.

     Tak oto powstał pomysł rekonesansu z którego właśnie powróciłem. Postanowiliśmy, że panie wraz z panem Szafrańcem pozostaną w Dakarze i powiadomią Uniwersytet o aktualnej sytuacji, zaś ja z Alikharem, Karnowskim i doktorantami udamy się nad granicę mauretańską, wytyczając marszrutę wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Rezydent nie robił trudności, co wydało mi się trochę podejrzane. Gdy teraz przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie, rzuca mi się na myśl, że miał sporą wiedzę o starożytnej i średniowiecznej historii zachodniej Afryki. Szeroko rozwodził się nad licznymi zabytkami fenickimi, odnalezionymi na północ od rzeki Senegal. Pokazał nawet własne znalezisko, a gdym je obejrzał, nie mogłem powstrzymać odrazy. Trzymał w swoim ręku medal z brązu z wyrytą podobizną przeklętego Dagona, semickiego boga o którym z taką wrogością wyraża się biblijna Księga Samuela. To właśnie przez wyzwanie tego kultu Jehowa miał nakazać Izraelitom wymordowanie wszystkich Filistinów. W obliczu tego, co znaleźliśmy, zastanawiałem się nieraz, na ile rezydent zaplanował wysłanie nas w te rejony.

     Wyruszyliśmy z Senegalu w niedzielę, zaraz po porannej mszy odprawionej przez ojców salezjanów. Krótka rozmowa z przełożonym misji utwierdziła mnie, że w tej części kraju spotkamy jedynie muzułmanów, więc jedzenie wieprzowiny to kiepski pomysł. Karnowski z doktorantami przygotowali listę miejsc, gdzie spodziewali się znaleźć ślady po Fenicjanach, a jeśli nie, to przynajmniej po Malijczykach i Portugalczykach. Karnowski znalazł XVIwieczną rutę portugalskiego nawigatora w jednym z gibraltarskich antykwariatów, gdzie wspomniano o różnych antycznych znaleziskach.

     Pora sucha w strefie podrównikowej jest dla podróżnego równie uciążliwa jak mokra, ale szczęśliwie znajdowaliśmy się w pasie przybrzeżnym, zatem klimat nie różnił się specjalnie od Kadyksu czy Wysp Kanaryjskich.

     A jednak bywały takie momenty, zwłaszcza pod wieczór, gdy wszyscy, łącznie ze zwierzętami, bacznie nasłuchiwaliśmy, choć nikt nie potrafił stwierdzić czego. Bywały też takie chwile, gdy rwały się rozmowy i rozglądaliśmy się bacznie. Nawet suchy wiatr dmący z Sahary, przynoszący nawet tu drobiny piasku, nie dawał wytchnienia od zimnej, przesyconej solą bryzy w naszych snach bowiem pustynia urastała do postaci potwora, który chce zadusić życie warstwą prochu i pogrążyć świat w ciszy upiornego grobowca.

       W takim stanie ducha byliśmy, gdy w dwa tygodnie później natknęliśmy się na ten przeklęty w mniemaniu okolicznej ludności posąg. Rozczarowałem się poważnie Alikharem, bo choć w sprawach organizacyjnych i topografii terenu pozostał niezastąpiony, to ciężko przyjął wyprawę na północ i zmianę charakteru ekspedycji. Zrobił się mrukliwy i oporny, ciężko też było polegać na nim w kontaktach z tubylcami. Zwyczajnie nie mówił nam wszystkiego.

     Kiedy w ostatnich promieniach słońca ujrzeliśmy posąg, poczułem się, jakbym ponownie znalazł się na Kaukazie, brakowało jedynie grzmotów naszych armat i skradających się Kurdów. Oniemiali spojrzeliśmy po sobie z Karnowskim i dopiero jeden z doktorantów zdołał wyartykułować o czym myśleliśmy wszyscy: //Zurwan//[2].

     Zurwan, Chronos o lwiej głowie, odwieczny czas, który pochłonie wszystko, centralne bóstwo mitraizmu i głównej herezji zaratusztriańskiej. Z jego paszczy wyszły wszystkie bóstwa i on kiedyś pochłonie wszystko. Rzeźba została wyryta w osobliwym stylu, przypominającym starofenicki, ale zarys postaci i dziwne hieroglify przypominały Egipt faraonów. I była stara. Zdecydowanie zbyt stara, aby wyrzeźbili ją Fenicjanie. Owszem, wiele jest czynników mogących zmylić niewprawne oko co do wieku eksponatu, ale jak się miało okazać, wszystkie wykluczono w dalszych badaniach. Stanęliśmy u progu nowego odkrycia.

     Nie będę zanudzał Cię naukowymi szczegółami naszych dyskusji, które toczyliśmy, gdy nasi tragarze z wielką niechęcią rozbijali obóz w tym miejscu. Sami pochodzili z odległego południa, ale widocznie okoliczni mieszkańcy powiedzieli im więcej niż przekazał nam Alikhar. Nasz dragoman przyglądał się nam z ponurym wyrazem twarzy, ale że rozmawialiśmy po polsku, nie sądzę, by wiele zrozumiał. Jedynie gdy Karnowski wspomniał imię Azathotha, drgnął i przestraszony wyraźnie zerknął na posąg, jakby zobaczył go po raz pierwszy.

     Karnowski przypomniał mi, że w zeszłym roku w Egipcie jeden z Koptów, naszych gospodarzy w Kairze, wspomniał o teorii, jakoby Hyksosi, semicko-huryckie ludy, mieli po wypędzeniu ich z Egiptu przedrzeć się przez piaski Sahary, by założyć tam swoje państwo. Jeśliby to było możliwe, argumentował Karnowski, wówczas mogliby stworzyć podobną rzeźbę. Kult Zurwana, podkreślił, wskazywał podobieństwa do praegipskiej wiary w Przedwiecznych, istot, które określano takimi słowami jak //chaos//, //pustka// i //kłamstwo//, a które podczas swych kosmicznych wojen miały dać początek bogom.

     Odpowiedziałem, że za wcześnie na takie wnioski. Medalion Dagona u rezydenta Dakaru potwierdza bytność Fenicjan na tych terenach w czasach historycznych, więc zaratusztriański Zurwan mógł tu trafić z Tyru[3], niekoniecznie przez Memfis[4]. Niemniej jednak doktoranci podchwycili słowa Karnowskiego i posąg okrzyknięto Azatothem.

     Już nazajutrz rozpoczęły się wykopaliska i dokładne oględziny rzeźby. Na tym polu niewiele miałem do roboty, bo wprawdzie religie pramatki Azji są moją pasją, przy naukowcach byłem jedynie dyletantem. Poza tym, źle spałem. Śniło mi się paryskie mieszkanie profesora Domeyki, tyle, że z innym finałem. Gdy po skończonej rozmowie kierowałem się do drzwi, Domeyko zatrzymał mnie mówiąc: //nie wierzycie mi, Ignacy Pawłowiczu. Pokażę wam!// Wziął lustro z szuflady, a ja z przerażeniem dostrzegłem tam Karolinę i COŚ za nią. To COŚ dziwnie przypominało Zurwana-Azathotha i nie widziało mnie zanim moja zmarła żona nie znalazła się tuż przy lustrze. W momencie, gdy potworność skierowała na mnie wzrok, obudziłem się.

     Od tego czasu kiepsko sypiałem, a Alikhar przyglądał mi się z rosnącym strachem. Przy pierwszej sposobności, jaką okazał się powrót jednej z grup francuskich żołnierzy z Mauretanii, stwierdziłem, że wraz z dragomanem udamy się do Dakaru przypilnować naszych spraw. Dowódca oddziału poinformował mnie, że do Saint-Louis[5] przyszedł adresowany do mnie telegram od rezydenta Dakaru, co znaczyło, że podjąłem dobrą decyzję.

     Złe sny zniknęły zaraz po opuszczeniu terenu wykopalisk. Żołnierze okazali się miłymi towarzyszami, niezniszczonymi jeszcze przez Afrykę i jej brutalną siłę. Jeden z nich walczył nawet w Odessie w 1920 roku[6], szybko więc się zaklimatyzowałem. Kupiłem od niego (za funty, nawet francuscy żołnierze gardzą frankami!) kilka dużych, bardzo starych monet czy medali. Jedną z nich Ci przesyłam, bo zabawnie łączy się ze snem o którym wspominałeś w ostatnim liście. Na rewersie znajduje się wieża. Ostatnie wydarzenia kierują mój umysł na Kaukaz i Iran, powiem więc, że zadziwiająco przypomina ona Dakhmę, zaratusztriańską //wieżę milczenia//. Tam wierni Zoroastra składają zwłoki, aby stały się one żerem dla dzikiego ptactwa i zwierząt, bo tylko gołe kości nie zbrukają ziemi. Umysł płata różne figle.

     W Dakarze pozostanę przez jakiś czas, więc dalej pisz na ten sam adres. Pozdrów profesora Domeykę ode mnie i trzymaj się ciepło.

Ignacy



[1] Piotr Konaszewicz (1865-1941), polski historyk i etnolog, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W swoich licznych pracach zajmował się szukaniem śladów prastarego indoeuropejskiego okultyzmu na terenie Galicji Wschodniej. Zamordowany wraz z lwowskimi uczonymi przez SS w 1941 roku.

[2] Zurwan, Czas, w dobie hellenizmu utożsamiany z Chronosem, ojcem bogów. Według zurwanizmu, mitraizmu i części gnostyków oraz manichejczyków miał dać początek dwóm bogom dobremu Ahura Mazdzie (Ormuzdowi) i złemu Angra Mainju (Arymanowi).

[3] Tyr, stolica starożytnej Fenicji.

[4] Memfis, historyczna stolica starożytnego Egiptu, obok Heliopolis i Teb.

[5] Saint Louis, port i drugie co do wielkości ówczesne miasto Senegalu.

[6] Mowa o interwencji państw zachodnich po stronie //białych Rosjan// po zwycięstwie rewolucji październikowej.

Komentarze


postapokaliptyk
   
Ocena:
0
świetne, bardzo ciekawe i nie czyta się tego ciężko - raczej zaintrygowany czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
no i również mam nadzieję, że na koniec powstanie z tego pdf.
proszę o więcej :)
22-09-2012 22:53

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.