» Recenzje » Dark Times #11-12. Vector (#5-6)

Dark Times #11-12. Vector (#5-6)


wersja do druku

Celeste Morne vs. Darth Vader

Autor: Redakcja: Grzesiek 'SethBahl' Adach

Dark Times #11-12. Vector (#5-6)
Załoga "Uhumele" sporo przeszła w ostatnich kilku tygodniach. Pragnąc sprzedać pewną tajemniczą skrzynię, jeden z członków załogi zginął, drugi dostał się do niewoli, pozostali zaś o włos uniknęli śmierci umknąwszy niedoszłym kupcom artefaktu. Teraz kapitan Heren jest jeszcze bardziej zdeterminowany, by pozbyć się niebezpiecznej przesyłki i jej zawartości – czymkolwiek ona jest. Załoga nie jest zadowolona z tego, że kolejny raz musi narazić się na wielkie ryzyko. Ale w końcu, czy po ostatniej przygodzie może być jeszcze gorzej?

Chociaż pomysłodawcy szumnie zapowiadanego Vectora z pewnością tego nie zakładali w swoich planach, druga miniseria pierwszego w historii gwiezdnowojennego crossovera otrzymała pewne wyjątkowo niewdzięczne zadanie, tym trudniejsze, że podwójne. Nie tylko musiała podnieść z kolan zdruzgotany historyjką Parallels cykl Dark Times, ale także pchnąć do przodu główną opowieść, po tym jak w Knights of the Old Republic sprezentowano jej bardzo nieudany początek. Innym problemem, przed którym stanęły Vector piąty i szósty, była konieczność zgrabnego połączenia obu, różnych przecież, okresów historycznych. Oczekiwania fanów były więc spore, a możliwości dokonania ewentualnych zmian fabularnych – żadne. Jak z tego wszystkiego wybrnięto? Nadspodziewanie gładko, z tarczą mocno zaciśniętą w dłoni, ale – i tu wielkiego zaskoczenia chyba nie będzie – nierówno jak kładzenie asfaltu na polskich i ukraińskich drogach.

Ten, kto interesuje się komiksowymi nowościami wydawniczymi spod znaku Star Wars, właściwie już zawczasu wiedział, jak potoczy się opowieść. Winę za ten stan rzeczy ponoszą... okładki. Zaprezentowane na nich sceny są tak ciężkimi spoilerami, że nawet kompletny idiota domyśliłby się, że wprowadzona w crossoverze Celeste Morne trafi do jakiejś dziwacznej skrzynki (nazwanej później Klatką Lorda Dreypy) z właściwościami hibernującymi, cztery tysiące lat później odkryje ją Darth Vader i dojdzie do "ponadczasowego" pojedynku dobra za złem, w którym to ostatnie przegra. W związku z przewidywalnością akcji, na barkach scenarzysty legł ciężar przedstawienia jej w ciekawy sposób – i to mu się udało, mimo że fabularnie obie części tej miniserii różnią się od siebie diametralnie.

Połączenie wątków z cyklu Knights of the Republic z opowieścią o przygodach załogi "Uhumele" wypadło "tylko" dobrze, zawiodła bowiem logika. Darth Vader, zazwyczaj tak ochoczo likwidujący wszystkich świadków, zadaje sobie trud przywiązania (oczywiście z pomocą chłopców z Legionu 501.) załogantów do jakichś dziwacznych kołków, by mogli na własne oczy zobaczyć "show" z jego udziałem. Gdyby jednak nie ten zabieg, nie otrzymalibyśmy jednego z największych komiksowych zaskoczeń ostatnich miesięcy, jak nie lat – uśmiercenia postaci, w którą zainwestowano w poprzednich numerach naprawdę sporo pracy i czasu. Śmierć Crys Taanzer, gdyż to o nią chodzi, jest nie tylko niespodziewana, jest też niezwykła ze względu na fakt, że pierwszy raz od dawna w Star Wars ktoś odrobinę ważniejszy ginie całkowicie przypadkowo. Chociaż zaliczam ten ruch scenarzystów na plus, to muszę dodać, że na początku byłem zdrowo zdenerwowany tą sytuacją. Mówiąc trochę inaczej: komiks podziałał mi na emocje, a to nie zdarza się często.

Wspominałem już o pewnym dualizmie tej obrazkowej dylogii. Wypada więc wyjaśnić, o co chodzi. O ile jedenasty numer Dark Times stoi pod znakiem niesamowitego, mrocznego klimatu i przepięknie zaprezentowanej opowieści o losach Klatki Lorda Dreypy, w której małe, acz dość humorystyczne cameo zaliczyli Zayne Carrick oraz Gryph, tak dwunasty zeszyt to zwykła bijatyka z buczącymi mieczami świetlnymi w akcji i udziałem – można by złośliwie rzec: znowu – słynnych Rakghouli. Wyśmienity piąty Vector naturalnie narobił mi smaku na szósty odcinek, co zakończyło się tak, jak zwykle: sporym rozczarowaniem. Gdyby nie wątek z Crys Taanzer i duchem Lorda Sithów Karnessa Muura, który szeptał kąśliwe uwagi do ucha Celeste Morne, zakończenie tej miniserii należałoby nazwać wielką porażką.

Jednym z największych problemów, które bez ustanku uderzają w trzy z czterech aktualnie publikowanych serii komiksowych rozgrywających się w uniwersum George'a Lucasa, jest niedotrzymywanie terminów. Albo Dark Horse Comics wyznacza nierealne daty publikacji (nierzadko zresztą zmieniane), albo artyści dlań pracujący zbytnio się ociągają – fakt jest za to taki: co rusz stykamy się z sytuacją, gdy dwóch grafików współtworzy nie tyle miniserię, co jeden zeszyt. Rezultaty na ogół są opłakane. Tym razem uzyskany efekt jest zaskakująco dobry, a odpowiedzialni za niego są: Douglas Wheatley oraz Dave Ross, który zajął się tylko pierwszymi dziesięcioma stronicami szóstego Vectora.

Obu panów znamy już z poprzednich Mrocznych Czasów. Pierwszy z nich nie zszedł ze swojego bardzo wysokiego poziomu i ponownie zaserwował nam grafiki ze świetnie zarysowanymi postaciami – z wielokrotnie "masakrowanym" przez innych artystów Darthem Vaderem na czele – bogatą mimiką twarzy (czasami aż za bogatą, ale jest to do wybaczenia), dbałością o detale i wspaniałymi scenami walki. Drugi z kolei odrobinę się poprawił w stosunku do swych poprzednich prac, rysując bardziej realistyczne starcia, a przede wszystkim zaprzestając karygodnego karykaturowania szturmowców-klonów. Niestety, nadal jego sposób ilustrowania kobiecych grymasów woła o pomstę do nieba – Celeste Morne na paru kadrach sprawia wrażenie śmiertelnie przerażonej, beczącej dziewczynki, a nie wytrawnej, nieustraszonej wojowniczki. Tak czy siak, bohaterka ta, w porównaniu do pokracznego wizerunku, który sprezentował jej autor kotorowych Vectorów, wreszcie doczekała się właściwej aparycji. Ba, wygląda teraz niczym bogini piękności. I chwała za to obu artystom.

Moim zdaniem vectorowy epizod Mrocznych Czasów spełnił swoje zadanie: wyprowadził kontynuację cyklu Republic na prostą i jednocześnie uratował od zguby dwunastoczęściowy, znajdujący się już na półmetku crossover. Sztuka ta udała się głównie za sprawą rysunków Douglasa Wheatleya, które wykreowały niepowtarzalny nastrój dla, co tu dużo mówić, dość przewidywanej opowieści z zaskakującym zwrotem akcji w okolicy finału, ale też kilkoma planszami zbędnej kopaniny. Czy coś z tego zostanie nam dłużej w pamięci? Fatalny los Crys Taanzer, lecz poza tym niewiele więcej. Co się zaś tyczy dwóch omawianych przeze mnie serii – Vector prowadzi nas dalej, w erę Rebelii, szykując kolejny historyczny pojedynek na miecze świetlne, natomiast Dark Times... cóż, przykro to mówić, lecz idzie w odstawkę co najmniej do 2009 roku. Dlaczego? Gdyż należy zrobić miejsce komiksom powiązanym z filmem i serialem The Clone Wars. Szkoda, że ceną za pojawienie się paru obrazkowych historyjek dla dzieci (oby nie tylko dla nich!) jest zawieszenie tajemniczych i klimatycznych Mrocznych Czasów, ale nie za bardzo rozpaczam z tego powodu. Prędzej czy później cykl ten powróci – a wraz z nim rozpocznie się zapewne podróż ku świetlanej (znowu: oby!) przyszłości uniwersum Star Wars, czyli zbliżającemu się serialowi aktorskiemu.
7.5
Ocena recenzenta



Czytaj również

Wektor #1
- recenzja
Dark Times #06-10. Parallels
Poważna zadyszka Mrocznych Czasów
- recenzja
Dark Times #01-05. The Path to Nowhere
Wymarzony start nowej serii
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.