Czerwona gorączka

Fragment opowiadania "Samolot von Ribbentropa"

Autor: Piotr 'Rebound' Brewczyński

Czerwona gorączka
Pyknąłem klawisz pilota. Teleściana rozjarzyła się blaskiem. Dziennik. Przed budynkiem sztabu tłum reporterów oblega generała Kowalskiego. Ucieszyłem się, ten mężczyzna znany był zarówno z szaleńczych pomysłów, jak i niewyparzonego języka. Wszystkie jego wystąpienia oglądałem z prawdziwą przyjemnością.
- Proszę powiedzieć, czy nie boi się pan reakcji Ligi Narodów? - tlenioną blondynkę, reporterkę programu trzeciego, znałem nawet osobiście.
- Droga pani - głos generała był spokojny i głęboki - gdy polska armia broni polskiej racji stanu, Liga Narodów może co najwyżej wsadzić mordy w nocniki i zabulgotać. Paragraf pierwszy naszej konstytucji mówi wyraźnie: Każdy obywatel Rzeczypospolitej posiada prawo do ochrony życia, wolności, własności i godności osobistej, niezależnie od miejsca swojego pobytu. Dla zagwarantowania tych praw Ojczyzna nasza udzieli mu wszelkiej możliwej pomocy na miarę swoich możliwości technicznych, dyplomatycznych i militarnych. Każda krzywda, jakiej dozna, zostanie pomszczona natychmiast, bez litości i bez względu na koszty - zacytował. - Nasza misja archeologiczna pracująca w Boliwii została ostrzelana przez bojówkę przybyłą z Brazylii. Owszem, w pościgu za sprawcami naruszyliśmy nieco granicę tego państwa…
- Władze w Rio de Janeiro mówią o rajdzie i wdarciu się na głębokość czterystu kilometrów, spaleniu ośmiu tysięcy hektarów dżungli oraz o wysadzeniu w powietrze tamy... - ciemnowłosy chłopak był z "Lwowskiego Słowa".
- Żeby usmażyć tych terrorystów, rzeczywiście użyliśmy bomb napalmowych, ale wysadzenie tamy miało na celu już wyłącznie ugaszenie pożaru. Może jestem żołnierzem, jednak idee ochrony przyrody nie są mi obce. Lubię drzewka, a także ptaszki, zwierzątka i resztę tego rojącego się po lasach gówna - generał uśmiechnął się szeroko. - Resztę informacji przekaże państwu rzecznik prasowy korpusu.
Wiadomości zagraniczne oglądałem parząc sobie herbatę. Car Włodzimierz Kiryłowicz odznaczył orderami swoich współpracowników, w okręgu wojskowym Daleka Rubież żydowscy terroryści znowu wysadzili most, polska spółka naftowa "Bizon" uruchamia nowe pola wydobywcze w Kuwejcie, Liga Morska i Kolonialna obchodzi rocznicę osadnictwa polskiego w Rodezji, delegacja USA skamla o zniesienie wiz, szef gruzińskiej misji wojskowej przyjęty przez prezydenta... Nudy.
Spuściłem żaluzje. Neon na sąsiednim wieżowcu, reklamujący polskie ogniwa fotoelektryczne, strasznie działał mi na nerwy. Wrzuciłem kryształ do czytnika i pociągnąłem trochę ormiańskiego koniaku z rżniętej kryształowej szklaneczki.
Ruszył film. Znałem go niemal na pamięć. Patrzyłem przez kilka minut, a potem zacząłem przeglądać wybrane sceny. Samolot von Ribbentropa staje w płomieniach. Dygnitarz skacze ze spadochronem, samolot uderza w ziemię. Miejscowy rolnik, doskonale grany przez Kobuszewskiego, zbliża się do wraku z siekierą w ręce, już grzebie w środku, szukając czegoś cennego. Znajduje pancerną kasetę z traktatem... Nie miałem ochoty oglądać jak pruje stalową walizę w stodole, ani jak z sołtysem czytają znalezione papiery. Przeskoczyłem do sceny finałowej.
- Co to jest?! - aktor grający Hitlera, mimo doskonałej charakteryzacji, wypadł odrobinę nienaturalnie.
- To akt wypowiedzenia wojny między naszymi krajami - Linda w roli ambasadora wystąpił jak zwykle perfekcyjnie. - Uspokój się, człowieku. Chcieliście międzynarodowej zadymy, to ją macie...
Führer, czerwony z wściekłości, złożył podpis na formularzu.
- Problem mam jeszcze jeden. Limuzyna mi się zepsuła - aktor wygłaszał historyczną kwestię wspaniale nonszalanckim tomem. - Więc ją na podwórzu zostawiłem i taksówką do ambasady wrócę, a po samochód mechanik zaraz przyjdzie...
Pstryknąłem pilotem. Scena finałowa. Stojący na poboczu wiejskiej drogi samochód naszego dyplomaty. Na horyzoncie, nad Berlinem rośnie grzyb atomowy. Boguś wysiadł z wozu i podziwia widowisko.
- Wyrwaliśmy chwasta - mruczy.