» Opowiadania » Czerwona Elfka. Część 1

Czerwona Elfka. Część 1


wersja do druku

DAKKARTAN

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk
Ilustracje: Agnieszka Rumińska

Czerwona Elfka. Część 1
    Znowu piszę, prawdopodobnie po to, by zabić czas. Od ostatnich nauk u czterokopytnych minął już prawie miesiąc. Większość najemników już dawno ruszyła w świat, lecz ja muszę się jeszcze podszkolić. Oczywiście z polecenia mistrza Ronchira.
    Jestem nadal w Caern, ruinach starożytnego miasta w górach Tas, które zostało zniszczone podczas drugiej Wojny Bogów. Chociaż minęło kilkaset lat, nadal można tu spotkać pod skałami fundamenty domów, świątyń i pomników. Kiedy w końcu się stąd wyrwę?


***


    Ronchir naciągnął mocno cięciwę łuku refleksyjnego, popularnego w jego plemieniu. Ten podstarzały tauron nadal mógł się pochwalić atletyczną sylwetką, lśniącą sierścią i zwinnymi kopytami, pomimo że przeżył na tym świecie prawie sześćdziesiąt wiosen. Był najstarszym z czterokopytnych mistrzów Kompanii Fladandzkiej, organizacji wojsk najemnych o wspaniałej reputacji i bogatym doświadczeniu, które sobie wywalczyła przez ostatnie dziesięciolecia.
    Tak jak poprzednio, strzała trafiła w sam środek tarczy, przymocowanej do kamiennej kolumny, pozostałości po starożytnym mieście.
    – Świetnie, Bracie! Celne oko jeszcze długo będzie ci kompanem.
    Starszy jegomość, niziołek z siwą brodą, z trudem wydobył grot.
    – Mniejszy Bracie, Wojmirze – tauron opuścił długi łuk, o wiele większy od konwencjonalnych broni dwunożnych wojowników – może i jestem starszy, ale to nie znaczy, że duch mój jest wątły.
    Tauron wyciągnął długie ramię do niziutkiego przyjaciela, aby ten mógł wdrapać się na jego grzbiet, a potem pocwałował w stronę dziedzińca. Od bladego świtu najstarsi uczniowie szlifowali umiejętności, oczekując z niecierpliwością na pierwsze zadania. Byli wśród nich i chłopcy, i dziewczęta, ludzie, elfy, krasnoludy, orkowie, a nawet niziołki. Uprawiali nawzajem szermierkę, stosując różnoraki oręż, według własnego uznania.
    Wymiana ciosów nie trwała długo, gdyż do Caern zawitał posłaniec, a wraz z nim trzej jeźdźcy. Uczniowie opuścili jednocześnie broń, spoglądając na kuriera z nadzieją. Pochodził z południowego wybrzeża. Poznać to można było po herbie na tarczy – przedstawiał on okręt pomiędzy drzewami. Największe zainteresowanie budził jednak drugi wędrowiec.
    Zasłonięta twarz i związane z tyłu ręce nie pozostawiały wątpliwości: był to więzień.
    Gdy tylko posłaniec zszedł z konia, od razu podbiegł do głównego budynku koszar, wręczył list jednemu z nauczycieli, wraz z mieszkiem srebra, skłonił się nisko i zawrócił tą samą drogą. Ronchir i Wojmir natychmiast udali się na zgromadzenie Starszych, aby poznać treść powierzonej im misji. Strażnicy zamknęli za nimi wrota i stanęli na warcie, krzyżując ostrza włóczni.
    – Dali, jak myślisz, kogo wybiorą? – Jeden z uczniów zwrócił się do Dallian, uczennicy mistrza Wojmira. Szkoliła się już ponad rok, wszyscy spodziewali się jej rychłego odejścia. Była bardzo wysoka, lecz raczej przeciętnej urody, jak na elfkę. Na szczególną uwagę zasługiwały kruczo czarne włosy, lśniły w promieniach słońca, jak gdyby wpleciono w nie diamentowe nicie.
    – A skąd mam wiedzieć? I tak nie usiedzę tu na tyłku ani godziny dłużej.
    Jej bezpośredniość była wynikiem wychowania wśród pospolitych szermierzy, którzy nie tracili czasu na wzniosłe słowa. Wojmir z wielkim trudem próbował wyuczyć Dallian zasad ogłady i wyższej kultury, tak aby mogła odnaleźć towarzystwo nie tylko wśród zwykłych żołdaków.
    W końcu wyłonili się Starsi. Byli to głównie wojownicy oręża, choć nie brakowało tam czarodziejów. Od stu trzydziestu lat Starsi ćwiczyli młodych najemników, by w razie potrzeby zasilić regimenty wojsk Pelliaru i wspomóc lokalne jednostki straży w walce z bezprawiem, a także chronili Chertynów, potężną gildię kupiecką, działającą na całym kontynencie.
    Na odczytywanie nowiny zebrali się wszyscy uczniowie i wojownicy w Caern. Było ich co niemiara, w ciągu jednego roku Kompanię Fladandzką opuszczało kilkudziesięciu najemników. Wojmir stanął w środku szeregu Starszych, wyciągnął przed siebie list i odczytał jego zawartość przed zebranymi.
    – Do Rady Starszych Kompanii Fladandzkiej. Strażnicy w moim hrabstwie pojmali groźnego przestępcę, który musi zostać przetransportowany do zachodniego portu w Balei. Proszę zatem Starszyznę o wynajęcie najlepszego spośród najemników Kompanii w celu zapewnienia eskorty skazańcowi. W wiosce Leron podróżujący spotkają się z oddziałem jeźdźców, którzy doprowadzą ich na wybrzeże. Podpisano: Hrabia miasta Ebor, Menkar Reman.

***


     Jest tak, jak się spodziewałam. Opiekę nad jakimś skazańcem powierzono mnie. Niech to szlag! Nie mogę się jednak sprzeciwić, Kompania otrzymała już zapłatę za fatygę, ja swoją działkę dostanę dopiero w porcie.
    Wolałabym zostawić przesyłkę pod skrzydłami jeźdźców, ale polecono mi dopilnować, by tego człowieka przewieziono wprost do więzienia. Kompania działa w ten sposób od wielu lat, prowadzi rejestr zleceń, który następnie przedstawia Sędziemu Królewskiemu i Chertynom. Na podstawie informacji zebranych przez najemników opracowywany jest raport na temat bezpieczeństwa szlaków handlowych i działalności przestępców w rejonie. Strażnicy miejscy nie prowadzą takich zwiadów, a wojsko patroluje tylko niektóre trakty. Powstałe na mapie dziury wypełnia Kompania.
    W sumie nie mam na co narzekać – przecież w końcu opuszczę Caern.


***


    Podróż nie przynosiła zbyt wielu wrażeń. Drzewa wszędzie wyglądały tak samo, ptaki śpiewały podobnie, zwierzyna skryła się gdzieś w lesie. Dallian czuła lekkie rozczarowanie, nie napotykając po drodze żywej duszy.
    Nie mogła jednak specjalnie się temu dziwić, górzysty półwysep, Arpad, był regionem słabo zamieszkanym, zwłaszcza przez ludzi. W krainie tej od wieków żyli natomiast czterokopytni tauroni i maluczcy samailonowie. Dawniej między ludźmi a mieszkańcami puszczy panował konflikt, lecz od czasów wojny domowej, która wybuchła w 267 roku Arkanoidy, Arpad było sojusznikiem królestwa. To właśnie z czasów tejże wojny wywodziła się Kompania, która walczyła w obronie miast kupieckich oraz wsi przed rycerzami tyranicznego króla Marka Oweriusza.
    Skazaniec nie wyglądał groźnie, ubrany był w brudny płaszcz, prawdopodobnie w nim został pojmany. Nadal miał przesłonięte oczy, nie odezwał się ani słowem. Dallian jechała obok więźnia obojętnie, w ogóle jej nie interesowało, kim był, co zrobił.
    Do miejsca docelowego było ponad sześćset mil, Leron znajdował się w połowie tej drogi.
    Ze względu na postoje dla zmęczonych koni podróż wydłużyła się do tygodnia. Nawet wtedy elfka nie zdejmowała więźniowi pęt, wolała nie ryzykować. Nadziewała na nóż myśliwski pieczone mięso zająca, którego upolowała za dnia, i podtykała towarzyszowi do ust. Jedyną rzeczą, która zwróciła uwagę najemniczki, był dziwny spokój agenta. Nie była pewna, czy nie knuje intrygi przeciw niej, czy po prostu pogodził się ze swym losem. Spodziewała się, że spróbuje uciec, próbowała go nawet sprowokować, aby przekonać się do swych racji. Zdziwiło ją jednak, iż więzień nie wykorzystał ani jednej okazji.
     Może jeszcze mam cię osobiście rozwiązać i podać miecz, co?
    Prawdziwe zaskoczenie pojawiło się na twarzy wojowniczki, gdy na trakcie spotkała żołnierza wojsk Pelliaru. Był daleko na skraju drogi, dostrzegł wędrowców w ostatniej chwili. Najwidoczniej przebywał na patrolu.
    – Kim jesteście? – krzyknął z daleka, cwałując w stronę podróżników.
    – Nazywam się Dallian i jestem członkiem Kompanii Fladandzkiej, wiozę jeńca hrabiego Remana.
    – Mój dowódca, tar Lewiniusz Ermein, patroluje obecnie północny trakt, proszę zatem o przekazanie mi więźnia – wyjaśnił jeździec, wymawiając te słowa niczym rozkaz.
    – Mieliśmy spotkać się w Leron…
    – Zmiana planów. Twoje zadanie kończy się tutaj, przekaż mi więźnia.
    – O nie! – oburzyła się Dallian. – Otrzymałam rozkaz osobistego doprowadzenia więźnia przed oblicze waszego dowódcy, a więc prowadź, zwiadowco.
    Żołdak odpowiedział dziewczynie wściekłym spojrzeniem, jednak elfka nie zamierzała ustąpić. Jeździec ruszył przodem, prowadząc najemnika i więźnia drogą, która rozmijała się z pierwotnym miejscem spotkania. Po krótkim czasie wyciągnął róg i zawył, aby zasygnalizować kompanom swój powrót. Upewniwszy się, iż przewodnik nie zwraca na nich uwagi, Dallian zaczęła ciąć pęta na nadgarstkach towarzysza.
    – Nie wiem, co zrobiłeś – zaszeptała mu do ucha – ale jeśli cenisz swoje życie, to niczego nie próbuj. Gdyby coś się wydarzyło, trzymaj się mnie.
    Skazaniec nieznacznie kiwnął głową. W międzyczasie najemniczka poprawiła nałożone na udach zapięcia pochew krótkich mieczy.
    Ujechali kilka kilometrów, gdzie mieli następnie piechotą udać się w górę skalnego wzgórza, którego szczyt zakrywały krzewiny. Elfka zsiadła z konia i udała, iż pomaga skazańcowi zrobić to samo. Zdjęła mu opaskę i nakazała iść za swoimi plecami.
    Dowódca jeźdźców wraz z jego podkomendnymi najwyraźniej wcale nie patrolowali okolicy. Zamiast tego obozowali przy ognisku, co jeszcze bardziej niepokoiło Dallian.
     Coś tu jest nie tak. Tar nie powinien ignorować rozkazów i opuszczać posterunku. Wojsko nie wypuszcza żołnierzy na samotny patrol, a już w szczególności nie obozuje poza wyznaczonym terenem zwiadu.
    – Witam w naszym skromnym posterunku – zaczął wódz, poinformowany o całej sytuacji przez zwiadowcę. – Od wielu tygodni ścigamy okoliczne bandy, a trudno jest to czynić, będąc widocznym na gościńcu.
    – Rozumiem, panie – odparła Dallian. – Czy jesteście gotowi do wymarszu?
    – Tak, oto twoja zapłata. – Pelliarski dowódca rzucił u stóp wojowniczki gruby mieszek, wypchany srebrnymi gryfinami, walutą obowiązującą w zachodnich królestwach. Dallian rozstawiła szeroko nogi, stopami zaczęła badać teren, aby móc balansować równowagą ciała, opuszkami palców pogładziła po rękojeściach mieczy.
    – Co to ma znaczyć? Zapłatę mam odebrać, gdy dotrę do Balei.
    – Nigdzie z nami nie jedziesz, a już na pewno nie na wybrzeże. Bierz pieniądze i znikaj nam z oczu – rycerze wyciągnęli oręż.
    – Uciekaj! – krzyknęła do towarzysza, po czym dobyła broni.
    Ostrza zaskrzypiały, ocierając się o żelazne głownie pochew. Napastnicy ruszyli do ataku, szczególnie zależało im, aby dopaść więźnia. Dallian zastąpiła im drogę, wymierzając cięcia na lewo i prawo. Odpowiedzieli na zaczepkę, lecz tylko parowali ciosy dziewczyny, ich kontruderzenia miały na celu wyprowadzić najemniczkę z równowagi, a nie zadać rany.
    Młoda wojowniczka nie mogła jednak wiecznie trzymać z dala tylu przeciwników na raz. Gdy skrzyżowała ostrza z jednym z fałszywych żołnierzy, kolejni ruszyli taranem w jej stronę. Przewrócili elfkę na plecy, upadając, uderzyła się w głowę.
    Przez chwilę spoglądała na zielone ręce drzew, wzbijające się wysoko w błękitne niebo. Powoli drzewa zszarzały, niebo ściemniało, zamknęła powieki.
    Kiedy otworzyła je ponownie, jak przez mgłę widziała przebierańców, rażonych błyskawicami i pociskami ognia. A gdy po raz kolejny pociemniało jej w oczach, czuła na skórze wrzawę walki, bijącej po miękkiej trawie. Spojrzała na czuby sosen, które po chwili przesłoniło oblicze młodych niewiast: białowłosej czarodziejki oraz dzierżącej w dłoniach zakrwawiony miecz, czerwonowłosej elfki.

***


    Pierwszym, co poczuła Dallian po przebudzeniu, był słodki zapach kwiatów, bardzo intensywny i zniewalający. Przez chwilę najemniczka udawała, iż śpi. Wytężyła słuch, by rozeznać się w sytuacji.
    – Nieźle go posiekali. Wątpię, żeby przeżył do świtu – usłyszała kobiecy głos, wyniosły, acz troskliwy. – Ciągle majaczy, trudno będzie dowiedzieć się od niego czegokolwiek.
    Dallian w końcu otworzyła powieki i spojrzała w kierunku głosów. Jej oczom ukazała się młoda elfka o krwistoczerwonych włosach, pochylona nad rannym więźniem. Za nimi, przy rozrzedzonym ognisku siedziała skulona czarodziejka. Jej włosy były białe jak śnieg.
    – Dziewczyna się przebudziła – wojowniczka zawołała drugą kobietę do rannej Dallian.
    – Nie wstawaj – odezwała się czarodziejka, podsuwając pod usta Dali glinianą miskę z gorącą zupą. Była gorzko kwaśna, lecz przyzwoita, stwierdziła najemniczka.
    – Jestem Seilene – odezwała się kobieta, której ciemne rysy zdradzały, iż wywodziła się z plemienia ludzi mieszkających na wybrzeżu. – Zostałaś ciężko ranna, pamiętasz cokolwiek?
    – Zabiłaś… strażników – wydukała elfka.
    – Oni nie byli prawdziwymi…
    – Tak, ale skąd wiedziałaś?
    – Powiedzmy, że miałam przeczucie – odparła enigmatycznie Seilene, po czym wstała. – Pij, musisz nabrać sił.
    Kiedy czarodziejka odeszła na stronę, do Dallian zbliżyła się elfka.
    – Ja jestem Kirianel, niepasowany błędny rycerz – zaśmiała się serdecznie dziewczyna. – Przypadkiem natknęłyśmy się z Seilene na was oboje na mało uczęszczanym trakcie, niestety, twój towarzysz nie jest w najlepszej kondycji.
    Mężczyzna leżał, podparty o drzewo, dygocząc i mamrocząc coś pod nosem. Ranna elfka poderwała się na równe nogi, trzymając kurczowo bandaż owinięty wokół głowy. Podbiegła, mimo zakazów Seilene, do więźnia, chwyciła go za obszarpaną kurtę, próbując przywrócić świadomość mężczyźnie.
    Ocknął się, cały zlany na twarzy potem.
    Dallian zaczęła szeptać mu do ucha w adenilu, języku elfów, mając cichą nadzieję, że czarodziejka nie zrozumie ich rozmowy. Emisariusz, jak przewidziała najemniczka, biegle posługiwał się jej ojczystą mową, powoli, bardzo cicho wyjaśnił, co zaszło poprzedniego dnia. Następnie przymknął mocno powieki i wydał ostatnie tchnienie.

***


     Dzień ósmy. Zacznę zapisywać na wszelki wypadek, co zaszło, nie wiadomo, co jeszcze mnie spotka. Znajduję się obecnie pod opieką uzdrowicielki Seilene, ranna i z piekielnym bólem głowy.
    Wczoraj, daleko od wioski Leron, napotkaliśmy zwiadowcę w wojskowym mundurze. Zaprowadził nas do odosobnionego obozowiska, w którym przebywała mała grupa uzbrojonych mężczyzn, udających oficerów wojska Pelliaru. Próbowali przejąć ładunek, nawet przygotowali pokaźną łapówkę, lecz odmówiłam. Może i jesteśmy najemnikami, ale żaden z nas nie lubi być robiony w konia. Nie wiem jeszcze, kim byli ci oszuści, ale domyślam się, skąd zdobyli mundury. Na szczęście w okolicy pojawiły się Seilene i Kirianel. Za pomocą oręża i magii wybiły bydlaków. Ciekawe, skąd wiedziały, po czyjej stanąć stronie.
    Więzień został poważnie ranny. Dziewczyny zabrały nas oboje do obozowiska i opatrzyły. Zdążyłam jeszcze przez chwilę porozmawiać ze skazańcem, zanim wyzionął ducha. Jeśli wierzyć jego słowom, był wysłannikiem Agendum, pelliarskiej organizacji wywiadowczej. Jako więzień miał zostać umieszczony na wyspie Sustes, zamorskiej kolonii karnej. Nie podał celu misji, ale prosił mnie, bym zawiadomiła jego przełożonego, Avrena, kapłana Świątyni Santasusa, o jego śmierci. Ciekawe, duchowny łącznikiem wywiadu…
    Teraz muszę udać się do Balei i doprowadzić sprawę do końca. Jak się uda, może zarobię podwójnie – od straży za fatygę, a od kapłana za wiadomość. Bo w końcu ta sakiewka od fałszywych żołnierzy to łup wojenny, nie?


***


    – Musiałaś jechać ze mną? – syknęła złośliwie Dallian, próbując zniechęcić czerwonowłosą towarzyszkę do wspólnej podróży.
    Kirianel, jadąca tuż za najemniczką, uśmiechnęła się tylko. Od samego wyjazdu spod ziemianki czarodziejki milczała, a raczej nie zwracała uwagi na zaczepki rannej wojowniczki, co jeszcze bardziej złościło Dali.
    Obie jechały przez zasłonięty wierzbami gościniec, prowadzący wprost do portu Balei. Słońce widniało wysoko na niebie, wiatr lekko muskał gałęzie.
    Dallian już miała sobie odpuścić z docinkami wobec czerwonowłosej, kiedy nagle na ścieżkę wyskoczyła grupa trzech oprychów z chustami zasłaniającymi twarze.
    – Znowu? – rzuciła cicho pod nosem Dallian, po czym ścisnęła wodze, aby zatrzymać konia. Kirianel zrobiła to samo.
    – Prosimy grzecznie oddać całe złoto – przemówił nonszalancko bandyta w środku, niemalże skłonił się w pas. Trio rzezimieszków dzierżyło pałki i kije.
    – Nie macie do splądrowania jakiejś wioski? – odparła zgryźliwie Dallian. – A sio mi stąd!
    – Dalemirze, daj pani w mordę.
    Jeden z mężczyzn żwawo ruszył w kierunku najemniczki. Kiedy wyciągnął rękę po lejce, z całej siły kopnęła go w twarz. Elfka zeskoczyła z konia, jednym spojrzeniem dała Kirianel do zrozumienia, że nie chce pomocy.
    Nim dobiegli do niej pozostali bandyci, zdążyła zdzielić leżącego maczugą po głowie, pozbawiając go uzębienia. Tamci zamierzyli się już kijami, Dallian przekoziołkowała między nimi, by następnie uderzyć przywódcę w rzepkę. Mężczyzna zachwiał się, przewalił i złapał za obolałą kończynę.
    Natychmiast obróciła się w stronę uciekającego bandyty i cisnęła w niego drewnianą pałką. Trafiony prosto w kręgosłup zwalił się z jękiem. Wówczas najemniczka podniosła z ziemi bandycki drąg i zaczęła nim okładać rannego herszta.
    Zszokowana Kirianel zeskoczyła z konia, aby powstrzymać elfkę przed pobiciem mężczyzny na śmierć.
    – Przestań, zabijesz go! – chwyciła za uniesione przedramię dziewczyny. Dallian odruchowo odepchnęła czerwonowłosą, aż ta przewróciła się na ziemię. To, że Dali tego nie chciała, paradoksalnie chyba jeszcze bardziej ją rozwścieczyło.
    – Jeśli jeszcze raz przeszkodzisz mi w dobrej zabawie, dam ci taki wycisk, że na zawsze odechce ci się zgrywania pierdzielonego rycerza w lśniącej zbroi!
    – Czemu taka jesteś? – Kiria otarła nos ze spływającej krwi.
    – Coś ci powiem, droga rodaczko. – Dallian rzuciła gniewnie kij na ziemię - Jak masz miękkie serce, to miej i twardą dupę. A my, elfowie, musimy mieć ją ze stali, inaczej wyciągniemy kopyta. A teraz ruszaj się, nie będę siedziała tu po nocach!
    Kirianel podniosła się z ziemi, podobnie jak poturbowani napastnicy. Wchodząc na koń, przyjrzała się, jak dwaj pozostający jeszcze przy siłach mężczyźni wloką za sobą nieprzytomnego towarzysza i wyzywają agresywną elfkę od wariatek.
    Czerwonowłosa pociągnęła żywo za lejce, Dallian znikała już za drzewami.

***


 

 
    Balei, największym zachodnim portem Królestwa Pelliaru, zarządzał ród Drenów, z hrabią Deganem na czele. Miasto podzielone było na dwie części przez szeroką rzekę Etalię, która na tym obszarze wchodziła do Morza Zachodniego. Port był łącznikiem między Północą (zaśnieżonym Caufan i górzystą Kerą) a południowym wybrzeżem Pelliaru.
    Dziewczyny dostały się przez południową bramę, był to akurat dzień targowy. Wszędzie napotykały drobnych handlarzy, którzy proponowali przyjezdnym mniej lub bardziej wartościowe towary.
    Dali była pod ogromnym wrażeniem, nigdy dotąd nie widziała takiego natłoku ludzi. Dotąd nie odwiedzała większych miast Pelliaru, w początkach kariery działała głównie na północy, zwłaszcza w królestwie elfów, Laurii. Nie było tam jednak zbyt dużo zleceń, a jej podstawowe wyszkolenie z czasem okazało się niewystarczające. Dlatego wyjechała do Arpadu, by szkolić się pod okiem najlepszych kondotierów.
    Po tym jak kobiety zostawiły konie w miejskiej stajni, próbowały się przeprawić na drugą stronę targu, do cytadeli. Nie było to proste; tłumy, jakie zjechały się z okolic wybrzeża, były jak jedna zbita masa, przez którą wojowniczki musiały się przebijać. Co chwila Dallian zatrzymywała się, aby obejrzeć bliżej towary na straganach – różnorakie sukna, biżuterie, mikstury, perfumy, zioła, księgi, zwoje, mapy, broń, pancerze, mniej lub bardziej egzotyczne zwierzęta, talizmany, amulety oraz armanar, bardzo wytrawne i drogie wino, wyrabiane tylko w zachodnim Pelliarze.
    Z niemałym trudem Kirianel odciągnęła dziewczynę od ozdobnych korali. Elfka była bardzo ciekawa otaczającego ją targowiska, lecz, jak słusznie zauważyła Czerwona, nie śmierdziała groszem.
    Droga do cytadeli prowadziła wpierw przez targowisko, po wybrukowanej ścieżce na wysoki, kamienny most. Kończył się on kilkanaście metrów nad fosą, gdzie łączył się z fortecą przez barbakan. Tam przejście również było ograniczone, lecz tym razem przez straże, które wyległy z koszar, by pilnować porządku w mieście.
    Naturalnie, do środka obiektu nie zostały wpuszczone, a czekającego przed bramą argusa, jak nazywano pelliarskich strażników miejskich, Dallian poprosiła o wizytę u dowódcy. Po chwili w drzwiach warowni pojawił się postawny mąż, doświadczony już przez czas.
    – Ty jesteś najemnikiem z Kompanii Fladandzkiej, który miał dowieźć przesyłkę? – Rzucił bez ogródek.
    – Tak, przy…
    – Oto zapłata – podał do ręki wojowniczce ciężkawy mieszek ze srebrem. – Dowiedzieliśmy się także, że miałaś problemy w trakcie podróży, poinstruowano mnie, żeby zapłacić ci poniesione koszta.
    – Jakie koszta? O czym ty w ogóle gadasz?
    – Przywiozłaś tu wczoraj wspomnianego w rozkazach więźnia. Dowiedzieliśmy się też o incydencie z bandytami. Jako że pozbyłaś się ich, należy ci się premia. A teraz proszę wybaczyć, służba czeka. – Strażnik już miał zniknąć za żelaznymi drzwiami, kiedy przystanął i obrócił się jak poparzony. – Bym zapomniał, rozkazano mi przekazać także list.
    Kiria próbowała odciągnąć wściekłą elfkę od zamkniętych drzwi, do których dobijała się pięściami. Gdy to ostatnie nie dało efektu, Dallian ruszyła z powrotem na most, oparła się o barierkę i rozwarła pismo.

***


     Dzień szesnasty. Nie sądziłam, że w ludzkim mieście aż tak śmierdzi. Solone ryby, trzoda chlewna, niemyte muły, no i wszawi żebracy. Trzeba tu się mocno pilnować, by nie paść ofiarą złodziei. Może tu i brudno, ale nie spodziewałam się dużo. Balei zawsze uchodził wyłącznie za przystanek dla handlarzy, nie zaś za miejsce do wzbogacenia się. Większość płynie w górę rzeki, w stronę stolicy, Atros. Mimo to przebywa tutaj sporo lokalnych kupców, sprzedających ciekawe towary. Zdarzyło mi się spotkać kilka interesujących błyskotek. Jedna zwłaszcza mi się spodobała, brązowy pierścień z zielonym kamieniem. Szkoda, że nie zapytałam o jego cenę. Trudno się mówi. Obecnie siedzę w podrzędnej gospodzie, próbując zebrać myśli.
    To zlecenie jest strasznie pokręcone, nie ma co. Właśnie dowiedziałam się, że przyprowadziłam trupa do więzienia. Co więcej, śle pozdrowienia i zapewnia, że ma się dobrze. Albo to jakiś żart, albo wpakowałam się w nie małą intrygę. W liście od argusa napisano, żebym zgarnęła pieniądze i przestała się wtrącać.
    Brzmi to jak ostrzeżenie.
    Cóż, chwilowo nie mam pojęcia co robić. Formalnie zadanie zostało wypełnione, w aktach zapisane jest, że dostarczyłam przesyłkę. A jeśli ten więzień naprawdę był emisariuszem Agendum, może go zastąpili kimś nowym? Musieliby najpierw wiedzieć o jego śmierci… To nie na moją głowę.
    Przynajmniej mam za co kupić wino.
    Kiria, zamiast ze mną wypić, postanowiła odnaleźć Brata Avrena. Może uda się chociaż wyciągnąć od niego trochę gryfinów. Jeśli ta sprawa z podstawionym więźniem to coś poważnego, to niech zajmie się tym przeklęty kapłan.
    Gdyby nam zapłacił, miałabym za co kupić pierścionek. Jestem pewna, że i Czerwona nie pogardziłaby biżuterią.


***


    Kirianel zaczesała dłonią w tył czerwoną grzywkę i otworzyła szerokie wrota świątyni Santasusa. Dochodziło południe, lada chwila zabrzmieć miały dzwony na wieży. Świątynia na czas jarmarku była opuszczona, w środku panowały cisza i spokój.
    Wrota zamknęły się z głośnym trzaskiem, którego echo odbijały grube ściany budynku. Olbrzymia, majestatyczna świątynia wprawiła elfkę w osłupienie. Sufit znajdował się bardzo wysoko, a przez małe otwory pod dachem wlatywały do środka białe gołębice. Kolorowe światła, przebijające się przez witraże postaci z mitów, napełniały komnatę ciepłym klimatem oraz podniosłą atmosferą. Na samym środku, w dwóch rzędach ustawiono długie ławy, w których siadali wierni w czasie ceremonii. Przejście między rzędami prowadziło wprost na podest z marmurowym ołtarzem. Główny ołtarz, jeden z pięciu, poświęcony był Santasusowi, patronowi Pelliaru, bogu ognia i sprawiedliwości. Podczas różnych świąt wierni zbierali kwiaty z okolicznych łąk, suszyli je, a następnie palili na wielkim ogniu, tak jak czyniono w całym królestwie. W przypadku pozostałej czwórki bogów, Arkan, uroczystości wyglądały zupełnie inaczej.
    Kirianel nie widziała żywego ducha, ani jednego kapłana, a przecież takie świątynie miały po kilku opiekunów. Któryś z nich na pewno kręcił się w okolicy, wskazywały na to otwarte wrota. Czerwonowłosa dziewczyna weszła w głąb sali, zbliżając się powoli do ołtarza.
    – Szukam Brata Avrena! – zawołała kilkakrotnie, nim odpowiedział jej głos z góry.
    – To ja! – odkrzyknął stary kapłan, ubrany w czerwoną szatę. Stał na schodach prowadzących do wieży z dzwonem. – Zaraz do ciebie, siostro, zejdę, muszę najpierw zabić w dzwon, a nikt inny tego nie zrobi, wszyscy bracia odmawiają modły w mieście.
    Kirianel przytaknęła. Po chwili dzwon zagrzmiał donośnie., raz i drugi, a przez komnatę przetoczył się jego głośny huk. W pierwszej chwili Kiria zasłoniła uszy, hałas sprawiał jej ból. Kiedy spojrzała w górę, zobaczyła przez otwór w suficie, jak kapłan na świątynnej wieży ciągnął za linę przywiązaną do dzwonu.
    W pewnym momencie mężczyzna zachwiał się, krzyknął i runął przez otwór wprost na ławy.
    W górę wzbiła się chmura pyłu i kurzu, przesłaniając roztrzaskane ciało. Dziewczyna doskoczyła do pogorzeliska, aby sprawdzić, co z kapłanem.
    Z oczu, uszu, nosa i ust spływała mu krew. Nachyliła się nad mężczyzną, próbował coś powiedzieć, lecz bicie dzwonu zagłuszało jego słowa. Po chwili już nie żył.
    Kiria obejrzała się wokoło, dzwon powoli zatrzymywał się i cichł. Wtedy promienie słońca bijące przez otwór w suficie przesłonił ktoś obcy. Elfka dostrzegła niepokojący ruch rąk nieznajomego, natychmiast uchyliła się i przeskoczyła do drugiego rzędu, a nad jej głową uleciała zbłąkana strzała. Przez szczelinę w drewnianej ławce Kirianel zobaczyła strzelca kucającego na krawędzi tarasu w wieży. Kiedy odszedł, wybiegła na zewnątrz, nie czekając na przybycie straży.
    Nie oglądała się za siebie. Kręte, ciasne alejki między drewnianymi chatami wiły się niczym długi wąż. W końcu elfka się zatrzymała, czuła się bezpiecznie w tym labiryncie korytarzy. Powoli łapała oddech i z trudem przełknęła ślinę przez wysuszone gardło.
    Właśnie wtedy usłyszała kobiece krzyki. Na chwilę zesztywniała i obejrzała się wokoło. Po raz drugi zabrzmiały jęki, tym razem w asyście męskich, agresywnych głosów.
    Czerwonowłosa ruszyła w ich kierunku, aż trafiła na nieduży plac ze studzienką, na którym dwóch oprychów pastwiło się nad młodą dziewczyną. Sądząc po ubraniu, była żebraczką. Leżała na ziemi, rękoma zasłaniając głowę. Tuż nad nią stali miejscowi, którzy szturchali i kopali bezbronną.
    – Zostawcie ją – odezwała się elfka.
    Mężczyźni odwrócili się, jeden z nich z lekceważeniem odpowiedział:
    – Wynoś się, to nie twoja sprawa, elfico.
    – Powiedziałam: zostawcie ją.
    Jeden z mężczyzn, rozjuszony, że ktoś obcy wtrąca się w ich sprawy, ruszył z pięściami na wojowniczkę.
    – Idź mnie nie wku…
    Cios elfki był szybszy, uderzyła od dołu prosto w szczękę. Nie zrobiło to jednak na człowieku zbyt dużego wrażenia, ot, zachwiał się. W obliczu nacierającego, dwa razy większego oraz cięższego napastnika Kiria zdobyła się na to, co radziła jej Dallian, kopnęła furiata prosto w przyrodzenie.
    Tym razem poskutkowało, Pellian skulił się jak kociak i jęknął. Spacyfikowanego przeciwnika elfka pchnęła na ziemię.
    – O żeż ty, kurwa! – warknął drugi, nim zamierzył się pięściami.
    Elfka uskoczyła na bok i kopnęła napastnika w podbrzusze. Obolały, pochylił się, a wtedy Kirianel dobiła go uderzeniem łokcia. Gdy walka dobiegła końca, nakazała pokonanym zejść jej z oczu, po czym udała się w stronę wystraszonej dziewczyny. Była to dojrzewająca nastolatka.
    – Nic ci nie jest? – Wyciągnęła rękę ku bezdomnej i skupiła wzrok na jej wielkich, lśniących oczętach.
    Przez chwilę dziewczyna siedziała nieruchomo, kiedy nagle rzuciła się dzielnej wojowniczce w objęcia. Kirianel, niczym zatroskana matka, objęła mocno.
    Elfka nie zatrzymywała nieznajomej, kiedy ta chciała odejść bez słowa. Uradowana dobrym uczynkiem, z uśmiechem na ustach spoglądała, jak dziewczę ze spuszczoną głową odchodzi w bezpieczne miejsce.
    Wtem żebraczka potknęła się o wystający kamień i upadła na ziemię. Kirianel już miała pospieszyć z pomocą, kiedy spostrzegła znajomo wyglądający woreczek. Podniosła go powoli, żeby przyjrzeć się, co jest w środku. Zaskoczona, uniosła głowę, lecz złodziejka zdążyła już uciec.
    Cała radość w sercu wojowniczki uleciała w jednej chwili, nie pozostało jej nic, jak tylko pozbierać z ziemi własne skradzione pieniądze.



Czytaj również

Komentarze


~Eugenspiel

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Gdyby oddzielić dialogi, tekst byłby łatwiejszy w czytaniu. Wciąga.
Błędy się zdarzają, niestety.
04-01-2011 22:12
baczko
   
Ocena:
0
Poprawione - przy dołożeniu ilustracji formatowanie się posypało.
04-01-2011 22:29
Scobin
   
Ocena:
0
Wszystkie zauważone błędy (za które w znacznej mierze przyjmuję odpowiedzialność jako redaktor) można zgłaszać tutaj albo prywatnie. :-)
04-01-2011 23:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.