Czarny Wygon. Słoneczna Dolina - Stefan Darda

Autor: Krzysztof 'daft_count' Mroczko

Czarny Wygon. Słoneczna Dolina - Stefan Darda
Stefan Darda, uzyskawszy spory rozgłos swoją debiutancką książką, postanowił pójść za ciosem i potwierdzić sukces następnym utworem. W rezultacie mamy w ręku kolejną powieść grozy rozgrywającą się na tzw. ścianie wschodniej, w tym wypadku na Roztoczu. Bliskie – w sensie geograficznym – miejsce akcji łączy obie powieści, a czytelnik znający debiut bez trudu odnajdzie wiele elementów wspólnych dla Czarnego Wygonu. Słonecznej Doliny i Domu na wyrębach.

Fabuła, wbrew licznym próbom autora, nie jest ani zbyt zawiła, ani też zaskakująca. Dziennikarz Adam Nowotny odczytuje zapiski swojego redakcyjnego kolegi Witolda Uchmanna, zaginionego na Roztoczu. Adam stara się odnaleźć zaginionego kolegę, a przy okazji napisać ciekawy artykuł. Razem z nim odkrywamy cały szereg ludzkich tajemnic i niewytłumaczalnych zjawisk, połączonych w zasadzie tylko jednym – miejscem. W miarę rozwoju akcji część tych tajemnic Nowotnemu udaje się poznać, inne wątpliwości pozostają nierozstrzygnięte, zapewne przyjdzie poczekać do drugiego tomu.

Taka szkatułkowa narracja miała chyba w zamyśle autora służyć zwiększeniu dynamiki akcji. Jednak samo nagromadzenie wątków, zdarzeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji nie wystarczy. Brakuje mi w tej książce jakiegoś większego pomysłu, który mógłby w pewien sposób panować nad całością.

Pisarz sięga do klasycznych elementów horroru i szerzej: fantastyki. Historia przeklętej, znajdującej się poza czasem wioski i jej upiornych mieszkańców oraz motyw błąkającego się po lesie chłopa, który morduje ludzi siekierą dla własnej przyjemności, to schematy nieobce czytelnikom. Być może zabrzmi to paradoksalnie, ale właśnie w użyciu tych chwytów upatruję słabość Słonecznej Doliny. W swoim debiucie Darda postawił na budowanie nastroju i dzięki temu był wyjątkowy, wyróżniał się na tle innych debiutantów. Jego książkę mogli też czytać ludzie spoza kręgu miłośników fantastyki. Historia przedstawiona w Czarnym wygonie nie pozostawia czytelnikowi zbyt dużej swobody odbioru. Autor operuje zbiorem rekwizytów, między którymi nie znajduje się nic, co mogłoby odróżnić tę książkę od całego ogromu podobnych pozycji.

Nie można powiedzieć, że to powieść zła, której lektura będzie jedynie stratą czasu. Nie jest to jednak pozycja zapadająca w pamięć. Sytuuje się w gronie dzieł bardzo przeciętnych, a te nie żyją długo w świadomości odbiorców. Problem autora to brak własnego unikalnego stylu. Trudno też nie odnieść wrażenia, że pisarz ani nie był gotowy na tak dobre przyjęcie debiutu, ani też nie udźwignął ciężaru głosów krytycznych. Na zarzut o zbyt małą ilość grozy odpowiedział nagromadzeniem postaci i motywów rodem z klasycznych już horrorów. Jednak same rekwizyty nie są w stanie zbudować satysfakcjonującej czytelnika całości.

Najmniej zrozumiałe jest dla mnie rozbicie książki na dwie części, być może uprawnione z marketingowego punktu widzenia, ale właściwie zabijające tekst. Być może jako całość broniłby się lepiej. Czytelnik pozostaje zostawiony w środku opowieści wzorem współczesnych seriali telewizyjnych, a literatura rządzi się zupełnie innymi prawami. Cykl można budować z szeregu mniej lub bardziej powiązanych ze sobą opowieści, ale musi tym kierować jakiś ogólny zamysł, jeśli czytelnik nie ma zostać zniechęcony do sięgnięcia po następną pozycję. A w Słonecznej dolinie nie udało mi się tego zamysłu dostrzec. Takie rozwiązanie może sugerować niektórym odbiorcom brak szacunku dla czytelnika, zatem mogą oni odpłacić tym samym i już nie wziąć książki Stefana Dardy do ręki.

Ciężko mi pisać tak poważne zarzuty, gdyż debiut Dardy przyjąłem jako powiew świeżości na rodzimej scenie grozy. Niestety, autorowi nie udało się uniknąć tego, co muzycy nazywają "syndromem drugiej płyty". Będzie mu bardzo ciężko odzyskać zaufanie rozczarowanych czytelników.