» Biblioteka Jedynego » Księgi o Dominium » Cynazyjska sztuka

Cynazyjska sztuka


wersja do druku

Kilka słów o tym, co się w Kindle maluje

Autor:

Rozsiedliśmy się w głębokich, wygodnych fotelach i zapaliliśmy, zakupione przeze mnie w Kordzie, cygaretki. Słodki aromat smakowego tytoniu rozpełzł się leniwie po klubowym salonie. Ratt uśmiechnął się do mnie, puszczając w górę chmurę siwego dymu.

- Brendon, mój przyjacielu… doskonałe te cygarety

- Najlepszy kordyjski tytoń - odwzajemniłem szczery uśmiech – ale Ratt, nie ja tu prym w rozrywkach wiodę. Wspaniale mnie bawisz. Ten klub, dla przykładu, to miejsce pierwszego rzędu.

- Tak, pan Gerhogell potrafi zadbać o gości. Masz może ochotę na kobiety? Wystarczy tylko powiedzieć i zaraz będziemy mieć miłość.

- Nie zaraz po śniadaniu, przyjacielu! – pomacałem się po pękatym brzuchu – Niechajże wpierw strawię.

- Też racja. Wrzodów na żołądku jeszcze byś dostał na widok kobiet Gerhogella, ha, ha… Ale, ale, zdaje się, że zaraz ma się tu zjawić człowiek, o którym ci mówiłem. Wracasz do Kordu za tydzień, tak? Dobrze, doskonale się więc jeszcze zabawimy. Pokażę ci Cynazję w pełnej krasie Brendonie, tak jak chciałeś. Potrzeba mi jeszcze tylko kilku rzeczy się wywiedzieć. Spójrz, zobacz, to chyba już on.

Rozejrzałem się po sali. Rzeczywiście, między stolikami, przy których cynazyjscy dżentelmeni raczyli się poranną grą w wista lub popijaniem eliarskiego wina, lawirował niewysoki, podstarzały jegomość, ustrojony w wytarty do granic możliwości kaftan. Gdyby nie gracja, z jaką poruszał się po sali, pomyślałbym, że trafił on tu chyba tylko przez jakieś nieporozumienie.

- Witaj Rejmuare! – przywitał go wylewnie Ratt – Wreszcie nas zaszczyciłeś swoją obecnością, ty stary chytrusie!

- Witaj, Ratt, witam pana – przybysz machnął w moją stronę, bezceremonialnie przystawiając sobie krzesło do naszego stolika – nie miałem wcześniej czasu… Ależ dziś cholerny gorąc

- Widzę właśnie Rejmuarze, cóż to za nowa moda! Przed tym słońcem się w plebejskiej oborze chowałeś!

- W rzeczy samej Ratt. Dajże mi tego wina…

Obserwowałem z niesmakiem jak przybysz wprost z karafki pochłania czerwony trunek, obficie plamiąc przy tym ubranie. Ratt zaśmiał się tylko rubasznie, puszczając w moją stronę porozumiewawcze oczko. No nie powiem, ciekawych ma znajomych…

- Zjadłbyś śniadanie, kochany? – zapytał gdy Rejmuare odstawił się wreszcie od wina.

- Śniadanie! Czyś ty się z kozą na łby pozamieniał? Ratt, jest grubo po południu, dajże mi obiadu jakiego, aby tylko sytego. Śniadanie to ja jadłem z ptakami, „kochany”.

Mój gospodarz raz jeszcze wyszczerzył zęby w rubasznym uśmiechu i skinął na lokaja.

- Dostaniesz najlepsze mięsa, żebyś mi tu z wyczerpania nie padł, biedaku. Urządza cię dziczyzna? Sarnina może?

- Dajże mi, jagnięciny, bo mam ochotę na nią. Aby tylko z kością była. I mów, Ratt, co chcesz wiedzieć, bo zaraz z Kindle wyjeżdżam.

- Tak, kochaneczku, przechodzę do rzeczy. Widzisz, chcę się z mym towarzyszem pysznie zabawić, a pokazać mu przy tym cynazyjskie zwyczaje, bo z za morza przybył ciekaw ogromnie naszego kraju, rozumiesz?

- No. A w cóż chcecie się bawić?

- Opowiedz mi wszystko, co wiesz o tych dionizjach, co je De Coverley będzie wyprawiał, bo wiem, że w tym palce maczasz. Wybieramy się tam właśnie i chciałbym zawczasu wiedzieć, jakich się tam atrakcji spodziewać, pojmujesz?

- Ratt, ty małpo, masz nosa. Będzie u De Coverley’a nie lada gratka. Lepsza niż jarmark na świętą Ardę. Uff, trzymajże mi kapelusz. Rzekłbym, może to być wydarzenie miesiąca. Warto się wybrać, warto wiedzieć co nie co, żeby zabawa była pyszniejsza. Zacznę wam zatem od początku, co byście całkowitą jasność mieli, a szczególnie pan gość, bo sprawa nie jest prosta – Rejmuare przerwał na chwilę, łapiąc pośpiesznie oddech - De Coverley’a w Kindle każdy zna, nie? Znaczy, przynajmniej każdy, który powinien go znać. Kto go nie zna, ten powinien o nim wiedzieć przynajmniej trzy podstawowe rzeczy: raz że jest bogaty, dwa że ma córkę na wydaniu, trzy że jest miłośnikiem, mecenasem i kolekcjonerem sztuki malarskiej, że się tak niezgrabnie wyrażę. To ostatnie łączy go zresztą ze mną, stąd też mój udział w całej sprawie. Wy zapewne nie orientujecie się zupełnie w materii nowoczesnego malarstwa cynazyjskiego, hę?

- Wiesz dobrze, że nie, mądralo – Ratt wrzucił niedopałek cygaretki do popielnicy – ale to chyba nie problem? Zapewne opowiesz nam o tym.

- Opowiem, a jakże. Niechże sprawię sobie jakąś dziś przyjemność i wygłoszę wam mały wykład o malarstwie. Tylko mnie pilnuj Ratt żebym za długo nie gadał, bo cholernie mi pilno z Kindle wyjeżdżać, a i paplać w ten upał mi się za wiele nie chce…

- Na to akurat możesz liczyć, mój kochany, zaręczam. Wątpię jedynie, czy ja zdołam twoją paplę powstrzymać.

- Cóżeś rzekł?

- Nic. Mów wreszcie.

- Dobrze, niech tam. Zacznę więc od tego, że od kilku miesięcy malarska bohema ma w Kindle nowego mentora, artystę nazwiskiem Baltazar de Hogh. Od kilku miesięcy, to znaczy od czasu, gdy znany marszand Antton Ferlelix wylicytował na aukcji u Johanness’a obraz de Hogha za cholernie ciężkie pieniądze. Jako że Ferlelix na rzeczy się zna i cieszy się przy tym poważaniem wśród kolekcjonerów, wszystko ruszyło jak lawina. Nieznany niemalże nikomu de Hogh z dnia na dzień stał się objawieniem, a każdy, kto miał szczęście posiadać jedno z jego, nielicznych zresztą, płócien, mógł spokojnie poczuć się bogatszy o kilkaset kordinów. Marszandzi i kolekcjonerzy dosłownie poszaleli, prześcigając się w gromadzeniu obrazów nowego mistrza. Słowem w branży rozpoczęła się istna burza z piorunami. Co najciekawsze, najmniej na tym wszystkim skorzystał sam de Hogh, który od niespełna pięciu lat ma to nieszczęście, że nie żyje. Jest to jednak znana przypadłość wielkich mistrzów, którzy częstokroć sztuką wyprzedzają swą epokę, w czego efekcie, za życia niezrozumiani i zapomniani, upragnioną sławą cieszą się już zza grobu, a idące ze sławą w parze bogactwo pozostawiają żywym. Szczęściem większą część schedy po de Hoghdzie przejęła jego córka Annja, nie pierwszej już młodości wdowa z trójką małych dzieci. Bogactwo i sława pozostały więc tym sposobem niejako w rodzinie.


Ilustracja: Michał 'Zielu' Zieliński i Jakub Grygier

- Rejmuare, bądź łaskaw przejść do meritum – przerwał mu Ratt.

- Już chwila, zresztą właśnie mi obiad niosą.

Młody lokaj postawił przed  Rejmuarem spory półmisek pieczonego mięsa, wraz z nową karafką ciemnego eliarskiego wina, po czym skłonił się nisko i zniknął wśród stolików. Nasz gość wbił natychmiast zęby w spieczoną jagnięcinę, pomijając przy tym wszelkie zasady każdej ze znanych im etykiet.

- Przejdę teraz na chwilkę do bardziej szczegółowych spraw, dotyczących malarstwa de Hogha, bo był on zaiste wielkim mistrzem i kilki słów o jego sztuce musze tu nadmienić – podjął Rejmuare przełykając pierwsze kęsy. – Był de Hogh twórcą i pierwszym przedstawicielem tak zwanej świeckiej gałęzi fantasmagoryzmu, nurtu powstałego już dość dawno temu w Kartinie i wywodzącego się ze starodawnej sztuki sakralnej, wzorowanej z kolei na malarstwie katedralnym. Sakralny fantasmagoryzm miał na swym celu, że tak powiem, bardziej duchowe i mistyczne prezentowanie obrazów z życia Proroka oraz świętych, a polegał, mówiąc w skrócie, na niejednowymiarowym prezentowaniu postaci lub scen, tworzonych przy pomocy dziwnych, najczęściej niejednoznacznych barw, krętych, pozbawionych wyraźnych granic linii, wszelkich możliwych nieostrości oraz bardzo wyrazistej symboliki, która wybijała się wielokrotnie na pierwszy plan obrazu. Częstokroć postacie występujące w scenach można było rozpoznać tylko dzięki symbolom właśnie, co dobitnie oddziaływało na wyobraźnie. Zresztą, ideałem fantasmagoryzmu miało być pierwsze wrażenie, które powinno zdominować obserwatora na tyle, aby pozostało w jego umyśle jako pewien schemat, wizja przemawiająca do niego konkretnym przesłaniem. Dzielił się fantasmagoryzm na dwie szkoły: starszą kartiańską, której najwybitniejszymi przedstawicielami byli, nieżyjący już od dawna, V.G. Grokk, a także J.M. de Balder, oraz młodszą karyjską z Cyrylem Horzym i Maxymilianem Bowerem na czele. Czym obie szkoły się różniły nie będę tłumaczył, odsyłam zainteresowanych do mej pracy pod tytułem „Tradycja malarstwa sakralnego w krajach zachodniego Dominium”.

- Rejmuare, miej litość, nie jesteś u siebie na wykładzie, do rzeczy, do rzeczy…

Arkon stuknął się w czoło, uśmiechając się złośliwie do Ratta.

- To, że ty jesteś niedouczonym ignorantem to wiem od dawna, ale bądź łaskaw mi nie przerywać, bo bardziej niż do ciebie, mówię do naszego zamorskiego gościa, który zapewne chętnie wysłucha mego małego wykładu, hę?

Nie pozostało mi nic, jak tylko przytaknąć Rejmuare’owi.

- Przypominam o twym wyjeździe – nie dawał za wygraną Ratt – mów szybko, w czym jest sprawa, bo nas tu wieczór zastanie.

- Zdążę – Rejmuare rzucił na talerz ogryziony udziec -  zresztą, już prawie kończę. Mówiłem chyba, że do tej pory fantasmagoryzm dzielił się na dwie szkoły, tak? No, więc dziś dzieli się już na trzy, bo jak wspominałem na wstępie, de Hogh wybiegł przed szereg i stworzył szkołę, czy też gałąź świecką fantasmagoryzmu. Odrzucił on motywy sakralne i zastąpił je, pospolitym można by rzec, pejzażem, oraz scenami rodzajowymi i portretem, zachowując przy tym wszystkie osiągnięcia warsztatu fantasmagorystów sakralnych. Dało to efekt co najmniej kontrowersyjny, ponieważ w takim ujęciu fantazmagoryzm tracił przyświecającą mu główną ideę, lecz pozwalał rozwinąć nurt w kierunku większego zespolenia z obserwatorem, na którego, przekornie, o wiele intensywniej działały sceny znane mu z codzienności, niż życie Proroka i świętych. Nie mogło się to oczywiście pomieścić w twardych głowach konserwatywnych krytyków papieskiego państwa, gdzie zaczynał swą drogę de Hogh, i dlatego malarz zmuszony był do tworzenia w Cynazji, gdzie z kolei  fantasmagoryzm nie był specjalnie znany ani ceniony. Stąd też możemy mówić o kolejnym geniuszu, którego talent dane jest nam podziwiać dopiero poniewczasie.

- Wspaniała historia – podjąłem, gdy Rejmuare sięgnął po kolejna porcję mięsa – skąd pan zna te wszystkie szczegóły, jest pan malarzem?

- Eee… - jęknął RejmuareRatt pewno tego panu nie powiedział, ale wykładam malarstwo na Uniwersytecie Króla Karola, takie historie to moja praca. Zresztą nieważne. Przejdę do sedna, bo nie o malarstwie miałem się tu głównie rozwodzić. Zatem tak…

De Coverley poszukuje teraz obrazów de Hogha, bo wielkim amatorem jego sztuki się stał. Ma chrapkę na „Klify Kindle”, które w swych, marnych raczej, rzecz by można, przypadkowych, zbiorach posiada młody Karl de Bardane, syn kapitana de Bardane, starego wiarusa ze straży królewskiej. De Coverley, mając na wydaniu córkę Katinę, swoją drogą damę bardzo urodziwą i dobrze ułożoną, chce zeswatać młodych, a wtedy obrazy Karla „wejdą do rodziny”, rozumiecie? Po to właśnie urządza cały bal, gdyż wie, że Katina rozkochana jest w młodym de Bardane i użyje wszystkich swych wdzięków, aby jego serce zdobyć.

- I malunki dla starego przy tym – zaśmiał się Ratt – ha, ha, ha, ależ historia. De Coverley to stary skąpiec, mógłby przecież odkupić od młodego te obrazy, a paru kordinów mu szkoda, i do tego bale jeszcze urządza!

- Cicho bądź, bo tu właśnie kryje się sekret. De Coverley najął do organizacji balu Maxima Tawieriego, znasz go chyba, bo powszechnie znana to postać. Tawieri, kupiec, krętacz i wszelaka włazidupa, cierpi teraz na brak pieniędzy, więc propozycja De Coverleya spadła mu jak z nieba. Nagadał mu on do tego, że nie chce oficjalnie od de Bardane’a obrazu kupić, bo zazdrość i zawiść wywołałoby to u Anttona Ferlelixa, z którym obaj się znielubią i rywalizują. Zaproponował więc, by Tawieri urządził bal w swej posiadłości Lade Gradam, za pieniądze De Coverleya ma się rozumieć, gdzie Katina, mimochodem oczywiście, podbiła by serce de Bardane’a i wszystko było by pięknie i cudownie. I teraz słuchajcie uważnie, bo drugi raz tłumaczył już tego nie będę. De Coverley przedstawił Tawieriemu historię taką jak ja wam przed chwilą, ale wszystko to jest gówno prawda. Ponieważ po pierwsze, wcale mu na „Klifach Kindle” wielce nie zależy, gdyż oboje młodzi od jakiegoś już czasu miłosne pierdoły sobie do uszu gruchają i stary obraz ma już jak w banku. Po drugie, Tawieri, w którego rezydencji mają być na czas balu, ku jego uświetnieniu, prezentowane będą obrazy z kolekcji De Coverley’a, dostał wczoraj list z pogróżką, że obraz „Stary człowiek” zostanie w czasie balu skradziony. Co najpiękniejsze, list podpisany był nazwiskiem Emilian Fratl.

Ratt na te słowa wybuchnął serdecznym śmiechem. Niewiedząc, w czym żart, spojrzałem pytająco na Rejmuare’a.

- Już tłumacze – wyszedł mi naprzeciw - Emilian Fratl to postać literacka, fantom stworzony przez bajkopisarza Honoriusza Baptis, tak jak, znany w całej Cynazji, Volflemir Niss, zna pan te bajania? Nie? Nic to, nie najwyższych lotów to literatura…

- Co tam z jej wysokością! Sęk tkwi w tym, że w zaszłym roku, kilka w Kindle zdarzyło się kradzieży, które przypisano Fratlowi, bo wszędzie na miejscu przestępstwa zostawione były karty z jego mianem. Niektórzy już myśleli naprawdę, że Fratl wyszedł z kart księgi i po Kindle grasuje, ha, ha, ha, ładna historia…

- Warto dodać, iż do dziś nie odnaleziono sprawcy tamtych kradzieży, choć ich ofiarą padło kilku wpływowych szlachciców. Wyjaśnia to chyba, w jakiej sytuacji znalazł się Tawieri. I tu tkwi igła. W całym tym zamieszaniu chodzi właśnie o niego, o to żeby go zniszczyć. Jeśli w czasie balu coś stanie się obrazami De Coverleya, Tawieri popadnie w takie długi, a mówiłem już, że brak mu obecnie grosza, iż zależny będzie całkowicie od woli okradzionego. De Coverley nie chciał oczywiście słyszeć o wycofaniu obrazu z ekspozycji, zważywszy na to, że „Stary człowiek” to jego największa chluba i jedno z najlepszych dzieł de Hogha. Polecił Maximowi zająć się sprawą osobiście, a ten dureń przyleciał z tym do mnie, trafiając tym samym jak kulą w płot.

- Zapytacie zatem co z tym obrazem się w finale stanie? Poczekajcie, gardło winem przepłucze…

Rejmuare sięgnął po karafkę i łyknął porządnie. Ja miałem już w głowie mały mętlik i, szczerze mówiąc, nie nadążałem za całą historią. Ratt za to miał ubaw po pachy.

- Ja dogadany jestem z De Coverley’em – podjął Arkone, odstawiając wino – i będę robił wszystko, żeby Tawieri sprawcy nie wykrył. A któż ma ukraść? Zaraz wam powiem, ale najpierw przedstawię, co Maximowi nagadałem. Chodzi o potencjalnych złodziej oczywiście. Wykorzystując wrodzoną głupotę Tawieriego, podsunąłem mu kilku kandydatów do miana Fratla. I oto galeria osobliwości w całej krasie:

Victor Mazmare, aktor z trupy, która grać będzie w przerwie balu dramat de Artone’a. Znany w bohemie bawidamek i awanturnik, ale przy tym aktor pierwszej wody. Nagadałem Maximowi, że chce się on zemścić na De Coverley’u za to, że ten zamknął mu szlaban na drodze do Katiny. Oczywista bzdura, ale Victor nie przepuści żadnej urodziwej damie i sam na własne oczy widziałem kilkukrotnie jak do córki De Coverley’a się przystawiał.

Pani Wasca de Pergon, upiorna dama, jak o niej mawiają w towarzystwie. Nie lubi De Coverleya za jakieś ekscesy z lat jego młodości, w które niestety nie jestem wtajemniczony. Domyślać się mogę jedynie, iż chodzi w tym afroncie o niespełnioną miłość, która zawsze łatwo przeradza się w nienawiść. Wiem za to, że pani Wasca chciałaby powiesić „Starego człowieka” na ścianie swego salonu. Zresztą Tawieri od razu złapał ten trop, wie jak bardzo upiorna dama znielubi jego zleceniodawcy.

Jakub Rotakoux, zwany Kaznodzieją, następny na liście. Znasz go Ratt, ponoć był niegdyś organizatorem schadzek, na których oddawano cześć któremuś z demonów, wiem jednak ze swych źródeł, że innym rozrywkom się tam oddawano. Rotakoux to hulaka i hedonista, pół majątku ojca już roztrwonił, a do tego pies zeń na baby, jakich w Kindle mało. Tawieriemu nagadałem, że chce on obrazu, ponieważ na płótnie ukryta jest według plotek transkrypcja, służąca celom magicznym. Dodałem też oczywiście, że sam de Hogh był adeptem magicznych sztuk, co jest oczywiście nieprawdą. Co najlepsze, postraszyłem Maxima księdzem de Ruffinoux, który na bal jest także zaproszony, i który według mnie przybył tam aby mieć na oku Jakuba, chcącego porwać obraz i odczytać jego tajemną transkrypcję.

Dalej kapitan Rainar Karldsen. Bogu ducha winny człowiek, ale ma on łatwy dostęp do obrazów, gdyż jego ludzie zajmują się ochroną Lade Gradam. W zasadzie ten typ strzeliłem już Maximowi zupełnie na ślepo, ale poparłem go domniemanymi pogłoskami o uczuciu kapitana Karldsena do Katiny.

No i wreszcie ostatni typ. Katina De Coverley i Karl de Bardane, kochający się już od dawna, bez wiedzy starego De Coverley’a. Chcą ukraść obraz, aby odsprzedać go Ferlelixowi i za te pieniądze uciec razem do Kordu, robiąc przy tym prztyczka w nos staremu, który według tej wersji, zechciał słyszeć o ich uczuciu tylko w kontekście zdobycia „Klifów Kindle”. Jawna to bzdura, no, ale Tawieri wiedzieć tego przecież nie może.

Przedstawiając Maximowi tak wielu potencjalnych złodziei narobiłem mu w głowie sieczki takiej, iż na pewno nie zwróci w czasie balu uwagi na to, co trzeba. A uwagę zwrócić trzeba będzie na to, że obraz wcale nie zniknie. Nie ruszy się z miejsca ani na centymetr. Przez cały czas będzie sobie grzecznie wisiał na ścianie, a kradzież i tak się dokona… a jak?

- No mówże zgrywusie jeden! – Ratt nie mógł już wytrzymać na swym fotelu – Nie trzymaj mnie w niepewności, bo tego nie znoszę!

- Oooo, Ratt, to przecież bardzo proste. Jak ukraść obraz tak, aby przez cały czas wisiał na swoim miejscu? Wystarczy od początku powiesić na ścianie kopie, a nie oryginał, wtedy i wilk syty i owca cała. Tak właśnie zrobi De Coverley, wysłał do Lade Gradam fałszywego „Starego człowieka”, którego sam zresztą malowałem, po czym powiadomił Tawieriego o planowanej przez nieistniejącego Fratla kradzieży. Nic oczywiście w ciągu balu z obrazem się nie stanie, ale ja osobiście, jako ekspert, podważę w pewnym momencie autentyczność płótna, które po dokładnej analizie okaże się, zresztą inaczej być nie może, doskonała kopią oryginału. Kradzież więc zostanie dokonana! Ktoś podmienił płótna, zabierając oryginał, a pozostawiając bezwartościową kopie. Tylko jak i gdzie? I któż tego dokonał? Tym sposobem De Coverley będzie miał Maxima w garści. Mówię wam, będzie pyszna zabawa!

- A oryginał cały czas wisieć będzie u De Coverley’a? A to flądra! Niech go skręci, ale bezczelny, samemu organizować kradzież własnego obrazu! Ładna historia Rejumuare, opłacało się na ciebie tu czekać!

- Wiesz jednak Ratt, dlaczego mówię ci te rzeczy, i pamiętaj o naszej umowie. Baw się dobrze u De Coverley’a, ale wiedz, że obowiązuje cię tajemnica.

-  Rejmuare, nie bądź nadgorliwy. Możesz mi chyba zaufać, prawda? Słyszysz Brendon? Teraz dopiero poznasz prawdziwe uroki Cynazji! Zobaczysz jak wygląda dobra zabawa w Kindle!

- Szczerz mówiąc, niewiele z tego zrozumiałem – wyznałem niepewnie - wasz cynazyjski sposób myślenia przyprawia mnie o bóle głowy. Po co to wreszcie tyle zachodu z tymi obrazami?

- Widzisz panie, różne są sposoby by zniszczyć swych wrogów. Nie wiem, czym Maxim Tawieri podpadł De Coverley’owi, ale cały ten spisek uknuty jest tylko po to, aby go zniszczyć. Tak to właśnie odbywa się w Kindle, niszcząc jednych daje się zabawę innym. Plotki przecież nie mogą ustać… czyż nie?

- Rejmuare, przestań, sam bierzesz w tym wszystkim udział. Poza tym miałeś z miasta wyjeżdżać czym prędzej. Obiad ci smakował?

- Smakował Ratt, smakował. Dobre mięso, bo z kością było. Częściej mógłbym tak jadać. Zresztą nieważne… Żegnam się i do jutra, spotkamy się w Lade Gradam. Rzeczywiście już na mnie czas. Bywajcie panowie.

Obserwując jak Rejmuare opuszcza klubową salę, nie mogłem oprzeć się myśli, iż życie w Kindle musi być szalenie skomplikowane… Tylko, na co to wszystko?

 

Od autora: Pomysł z kradzieżą obrazu zaczerpnąłem z książki Z. Nienackiego Pt. ”Pan Samochodzik i Fantomas”.




Czytaj również

Lokacja ołożona w Kindle stolicy Cynazji
Kraj kłamstwa, spisków i balowych sukni
Lokacja do Monastyru
Na skalnej grani, czyli kilka słów o Bardanii
Moda w świecie płaszcza i szpady cz. 2
Część druga: manieryzm

Komentarze


~Maliniak

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Ciekawie pomyślane, ładnie napisane (choć miejscami wygląda bardziej na zebranie trójki bandziorów z Chicago lat '20, ale tylko miejscami ;) ), nawet może się okazać przydatne.

Nie rozumiem tylko, czemu Redaktorzy w newsach mówią mi, co to jest, jak to odczytać i do czego może się to przydać - troszkę to tak wygląda, jakby sami się nad tym wcześniej głowili :P

Pozdrawiam
21-05-2006 13:06
Joseppe
    Maliniak
Ocena:
0
Redaktorzy (ja konkretnie :) się nad tym głowili razem z autorem tekstu, bo nie wiedzieliśmy, czy traktować to jak szkic przygody w formie opowiadania, czy jak opowiadanie, które jest pomysłem na przygodę :)

Po prostu tekst ciężko zaklasyfikować, co, zgodnie z duchem PRu, potraktowaliśmy jako zaletę :)

Spotkanie, rzeczywiście trąci trochę mafijnymi układami, ale czyż nie na tym polega m.in. jego smak?
21-05-2006 13:21
~Finn

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
[Znasz go Ratt, ponoć był niegdyś organizatorem schadzek, na których oddawano cześć któremuś z demonów, wiem jednak ze swych źródeł, że innym ROZRYWKĄ się tam oddawano]

Rozrywkom chyba.
21-05-2006 13:42
Joseppe
    Poprawione
Ocena:
0
dzieki.
21-05-2006 14:33
~wuluk

Użytkownik niezarejestrowany
    Świetne!
Ocena:
0
Hmm, początkowo wydawało mi się to troszkę naciągane. Skoro na ścianie przez cały czas przyjęcia wisi kopia to coż prostszego stwierdzić Maximowi, że ten obraz, który wisi na ścianie właśnie otrzymał? Ale biorąc pod uwagę te wszystkie opowieści o potencjalnych złodziejach, w tym mitycznego Fratla, wszystko zaczyna pasować. Sam Maxim naprawdę będzie przekonany że obraz został skradziony, nawet jeżeli przez całe przyjęcie nie spuścił z niego oko. Gratuluje wykonania, i przede wszystkim, pomysłu.
21-05-2006 15:12
Albert
   
Ocena:
0
Intryga iście cynazyjska, bardzo sprawnie napisane. Imć Rejmuare to rzeczywiście straszny gaduła, autorowi dobrze udało się to oddać. Sama rozmowa za bardzo mi przypomina pogaduszki elementu z XIX wieku, za mało w niej salonowego stylu. Poza tym - naprawdę dobra rzecz.
21-05-2006 19:33
~Maliniak

Użytkownik niezarejestrowany
    Joseppe,
Ocena:
0
ja się nie czepiam tekstu czy jego kwalifikacji, ale tego, że robicie to za odbiorcę. Mi osobiście troszkę to przeszkadza, choćby dlatego, że nie lubię stosowania na mnie PRu i innych form manipulacji ;)

Ale, jak Ci, którzy mnie znają, wiedzą - ja jestem dziwny, więc absolutnie nie należy się tym przejmować ;)
22-05-2006 17:56
~Feniks

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tak potwierdzam on jest dziwny:P

Teraz o tekście czyta się fajnie choć zalatuje mi to spotkaniem w 19 wiecznej Angli w jakimś salonie dla snobów
24-05-2006 00:13
~Michap

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dzieki za komentarze. Skojarzenia z salonem XIX wiecznej Angli, gangsterką, nawet tą z lat 20 tych, jak najbardziej na miejscu, bo jakoś tak to własnie wyszło. Mało salonowego stylu - sporo krętackich gadek i wszelakich ukladów :)
Dodam jeszcze tylko, iż duże brawa należą się rysownikom, bardzo fajna ilustracji!!!
25-05-2006 00:10
~Zielu

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
ciesze sie ze sie podoba autorowi ;)

w sumie tez taka malo monastyrowa wyszla ;)
27-05-2006 14:05
~lassie

Użytkownik niezarejestrowany
    cynazyjczyk
Ocena:
0
na tym polega właśnie potęga cynazyjskiego umysłu:) doskonale oddana cecha tegoż narodu..
01-02-2007 22:54
~korek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Dobry tekst.
A tak swoją drogą, to nie wierzę, żeby u Coverley'a długo ten oryginał wisiał, podczas gdy wszyscy będą na balu... Nie w Cynazji... ;)
14-05-2009 22:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.