» Recenzje » Córka kata - Oliver Pötzsch

Córka kata - Oliver Pötzsch


wersja do druku

Kryminał z szubienicą w tle

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Córka kata - Oliver Pötzsch
Zbrodnia jest równie stara jak ludzkość. Sam temat zagadki kryminalnej pojawił się jednak w literaturze dość późno. Prekursorem nurtu kryminalnego był Edgar Allan Poe, który wykreował postać ekscentrycznego i genialnego Auguste'a Dupina, potrafiącego wyjaśnić najbardziej nawet niesamowite morderstwa. Pisarz znalazł kontynuatorów i naśladowców – mniej lub bardziej utalentowanych – a powieści detektywistyczne bardzo szybko stały się jednym z najbardziej popularnych podgatunków prozy i święcą triumfy po dziś dzień. Zmieniają się oczywiście opisywane w nich realia, pojawiają kolejne, wielce wyspecjalizowane odmiany, bohaterami mogą być zarówno policjanci, jak i zdolni amatorzy. Współcześni autorzy eksplorują dziewicze do niedawna tereny, umieszczając akcję w różnych okresach historii. Najbardziej popularny jest chyba starożytny Rzym, którego kryminalny półświatek malowniczo przedstawia chociażby Steven Saylor. Równie modne – za sprawą braciszka Cadfaela wykreowanego przez Ellis Peters – jest średniowiecze. Natomiast Oliver Pötzsch w swej debiutanckiej powieści Córka kata, przenosi czytelnika w realia Bawarii tuż po zakończeniu Wojny Trzydziestoletniej.

Pozornie beztroska egzystencja miasteczka Schongau zostaje gwałtownie przerwana przez serię dramatycznych wydarzeń. Giną dzieci, zaś ich zmasakrowane ciała odnajdywane są przez mieszkańców w okolicznościach wskazujących na działanie sił nieczystych. Owe podejrzenia zabobonnych ludzi wydają się mieć jednoznaczne potwierdzenie w postaci tajemniczych symboli wytatuowanych na ciałach ofiar. Narasta poczucie zagrożenia, wizje Szatana próbującego zawładnąć miastem splatają się z ksenofobicznym lękiem przed obcymi oraz typowo mizogińskimi przekonaniami rajców dotyczącymi zgubnej roli kobiet. Efektem tego jest nagonka na niewiasty zajmujące się pokątnie medycyną, a pierwszą jej ofiarą pada okrzyknięta czarownicą akuszerka – Katarzyna Daubenberger. Uwięziona i poddana torturom, nie przyznaje się jednak do paktu ze Złym, tymczasem zamordowani zostają kolejni malcy.

I choć mieszczanie przekonani są o słuszności swych oskarżeń, co więcej, uznają nowe zbrodnie za dowód na potęgę wiedźmy, kilkoro z nich zaczyna wątpić w jej winę. Młody felczer Simon Fronwieser postanawia wziąć sprawę we własne ręce i rozpoczyna śledztwo, początkowo dość nieskładne: młodzieniec po omacku błądzi wśród zagmatwanych tropów, posiłkując się raczej entuzjazmem i dobrymi chęciami niż wiedzą. Sprawa drgnie dopiero w momencie, gdy pomocy udzieli mu miejscowy kat Jakub Kuisl, wraz z córką – piękną Magdaleną. Tej trójce przyjdzie wspólnie stawić czoła domniemanym demonom, zaś wyniki ich śledztwa okażą się zatrważające, choć nieco przewidywalne.

Medyk i kat stanowią kolejną wariację na temat prowadzącej śledztwo pary bohaterów, z których jeden obdarzony jest błyskotliwym umysłem i ponadludzką wręcz intuicją, zaś drugi, może nie aż tak inteligentny, ale stanowi dla partnera idealne uzupełnienie jako głos rozsądku a zarazem komentator części wydarzeń. Holmes i Watson, Poirot i Hastings – przykłady można mnożyć. W Córce kata jednak ta analogia jest zwodnicza. Miast oczywistego podziału, w którym lekarz jest mózgiem, zaś kat – siłą, bardzo szybko przekonujemy się, że naprawdę proces dedukcji rozgrywa się w głowie Kuisla (choć kiedy trzeba potrafi on uciec się i do przemocy), natomiast Simon, owszem, potrafi rozwikłać przynajmniej część elementów zagadki, ale głównie przypada mu rola kibica.

Obaj bohaterowie są bardzo silnie ze sobą skontrastowani, zarówno fizycznie: Jakub to ponury, zwalisty typ, patrzący na świat spod krzaczastych brwi zbiegających się nad haczykowatym nosem, Simon zaś jest drobnej postury mężczyzną, zawsze zadbanym i odzianym wedle najnowszej mody, uważanym przez kobiety za nadzwyczaj przystojnego (zabawne, iż wyznacznikiem jego uroku jest brak popsutych zębów – cóż, jakie czasy, tacy eleganci), jak i pod względem charakterów: Kuisl jest zamkniętym w sobie melancholikiem, uciekającym od własnych demonów w alkohol, natomiast Fronwieser to lekkoduch i ekstrawertyk, którego największym problemem jest uwiedzenie Magdaleny, tudzież wymiganie się od konsekwencji tego czynu. Obaj panowie wzajemnie się uzupełniają – gdzie nic nie wskóra logika pierwszego, tam przemówi urok jego partnera. Dopełnieniem pary domorosłych detektywów jest piękna katówna. I choć wbrew tytułowi nie pełni ona w powieści roli pierwszoplanowej, jej osoba – rezolutnej i sprytnej niewiasty, potrafiącej poradzić sobie niemalże w każdej sytuacji, z nieograniczonym arsenałem kobiecych wdzięków (o czym wielokrotnie przekonuje się Simon) – stanowi mocny rys książki. Na tle pozostałych mieszczek, żyjących wedle zasady Kinder, Küche, Kirche, jawi się niczym egzotyczny ptak.

W Córce kata Pötzsch kreśli bardzo wyrazisty obraz małomiasteczkowej społeczności. Mieszkańcy Schongau to ludzie prości – oprócz nielicznych wyjątków w osobach przedstawicieli rady miejskiej, wśród których trafiają się osobnicy mogący uchodzić za w miarę wykształconych, a przynajmniej roszczący sobie do takiego miana pretensje. Ich byt opiera się na drobnym handlu, zaś społeczne aspiracje nie wykraczają poza pragnienie zapewnienia sobie i potomkom przyzwoitego życia – czyli zaplanowania odpowiednich mariaży. Wciąż mają w pamięci koszmar wojny, która co prawda nie spustoszyła zbyt dotkliwie samego miasta, lecz odcisnęła piętno na jego populacji. Ludzie doświadczyli głodu i chorób, a teraz chcieliby jak najszybciej o tym wszystkim zapomnieć. Tajemnicze zbrodnie wyzwalają w nich pokłady negatywnych emocji: zazdrość, wzajemne oskarżenia, szukanie winnego – za wszelką cenę, nie bacząc na prawdopodobieństwo oskarżeń – napędzane spiralą nienawiści, tym silniejszą, gdyż mającą podłoże we wcześniejszych niesnaskach. Jakże łatwo oskarżać kobietę, która już wcześniej naraziła się na niechęć męskiej części społeczności, tę zielarkę, znachorkę podsuwającą szacownym żonom wątpliwego autoramentu eliksiry.

Wiedźma to być musi, i to potężna, i niebezpieczna, zaś likwidując ją upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu – załagodzi wzburzenie ludności, jednocześnie pozbywając się kłopotu w postaci wtrącającej się w życie mieszczan akuszerki. Autor bezlitośnie obnaża mechanizmy kierujące ludzkimi poczynaniami, gdy każdy myśli jedynie o własnych korzyściach. I jakże trafne jest spostrzeżenie kata, że aby odkryć autora zbrodni, należy sobie odpowiedzieć na pytanie – cui bono?

Równie ciekawie Pötzsch przedstawia katowskie rzemiosło – momentami aż nazbyt precyzyjnie opisuje powszechnie stosowane w tamtych czasach tortury. Nie jestem pewna, czy epatowanie takim okrucieństwem było konieczne, czy też miało na celu jedynie zaspokojenie spragnionych mocnych wrażeń czytelników. Oprócz informacji o działalności stricte egzekucyjnej, tudzież związanej z wymuszaniem zeznań, która stanowiła nieodzowny element profesji, dowiadujemy się też o dodatkowych sposobach zarobkowania kata, takich jak paramedyczne zabiegi oraz obowiązek zbierania miejskich nieczystości. Przekonujemy się również, jak wielką pogardą było otaczane to rzemiosło – kat uważany był za podczłowieka, a owa niechęć dotyczyła również całej jego rodziny, do tego stopnia, iż katowskie dynastie krzyżowały się wyłącznie pomiędzy sobą, gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie zgodziłby się wydać córki za wyrzutka.

Wydarzenia obserwujemy głównie oczyma młodego Simona, jednak znaczące partie tekstu autor wkłada w usta Kuisla i Magdaleny, marginalne zaś sceny relacjonują postaci trzecioplanowe. Lecz mimo zmieniających się narratorów, sam sposób ich ujęcia nie ulega żadnej modyfikacji. Jednako postrzega świat zarówno medyk, kat, jak i jego córka. Identycznie rozumuje osoba dorosła i dziecko, człowiek szlachetny i złoczyńca. Takie uogólnienie sprawia, iż lektura w pewnym momencie zaczyna nużyć, a akcja staje się dość przewidywalna.

Najsłabszym ogniwem powieści są bohaterowie negatywni. Kuriozalnie – do momentu, gdy stanowią oni bliżej nieokreślone zło, utożsamiani z nieczystymi mocami, czy wręcz z samym diabłem – budzą zaciekawienie, lecz w momencie, kiedy ich pochodzenie staje się bardziej oczywiste, całe napięcie opada. I – czego chyba najbardziej nie lubię w kryminałach – czytelnik znacznie szybciej niż protagoniści (bo już w połowie powieści) domyśla się rozwiązania zagadki, co raczej nie było zamysłem autora, który planował dopiero w kulminacyjnym momencie odsłonić karty.

Córka kata sprawia wrażenie książki napisanej w sposób nie do końca przemyślany. Całkiem interesujący pomysł fabularny został zaprzepaszczony przez mierną jakość wykonania. Narracja momentami kuleje, pewne rozwiązania pojawiają się na zasadzie deus ex machina, autor posługuje się prostym językiem, niektóre fragmenty tekstu sprawiają wrażenie bardziej wprawek pisarskich niż dopracowanej powieści. I trudno jest mi ją ocenić, gdyż tak naprawdę powinnam wystawić dwie noty – rozgraniczywszy dobrą powieść historyczno-obyczajową i słaby kryminał. Po ich podsumowaniu otrzymujemy w miarę przyzwoite czytadło, w sam raz na sezon ogórkowy.
Tytuł: Córka kata (Die Henkerstochter)
Autor: Oliver Pötzsch
Tłumaczenie: Edyta Panek
Wydawca: Esprit
Miejsce wydania: Kraków
Data wydania: 15 czerwca 2011
Liczba stron: 480
Oprawa: miękka
Cena: 39,99 zł



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.