string(15) ""
» Blog » Co u żaków krakowskich piszczy? cz. 2
30-12-2011 15:34

Co u żaków krakowskich piszczy? cz. 2

Odsłony: 8

Część 2

Nowe życie

Minął kolejny rok. Albert z niewidocznego, niemal nieistniejącego dla ogółu żaka, zmienił się w osobę rozpoznawalną i jak sądził lubianą. Niestety zmiana sytuacji materialnej pociągnęła za sobą inną dość przykrą konsekwencję. Młodzieniec niestety nie mógł się pochwalić dobrą kondycją fizyczną, ani słusznym wzrostem. Był średniego, że nie powiem mniej niż średniego wzrostu, a barki, odziedziczone zapewne po matce, miał wąskie i chudziutkie. Szczupłym był młodzieńcem i nawet droższe, grubsze i cieplejsze za razem szaty niewiele na to mogły pomóc.
Dlatego też, gdy tylko zdał sobie sprawę z majątku jaki posiada musiał chcąc nie chcąc, postarać się o ochronę. Na szczęście kolega z bursy, małomówny Teofil, trzeci z synów jednego z bardziej wpływowych szlachciców wschodnich ziem, idealnie nadawał się na kompana i osobę, która mogła zapewnić bezpieczeństwo Albertowi.
Młodzian, nie mający szansy na to by zostać następcą ojca od najmłodszych lat, przyuczany był w fachu wojennym jak i w sztukach filozoficznych. Suma, summarum ojciec wybrał uniwersytet z nadzieją, że trzeci syn, zakotwiczy się gdzieś w świecie i pozostawi za sobą marzenia o powrocie do domu.
Teofil nadawał się idealnie do towarzystwa dla Alberta. Małomówny, postawny, a zarazem niesamowicie brzydki, nie stanowił żadnego zagrożenia jeżeli chodziło o wdzięki pięknych pań. Poza tym gdy chłopcy zbliżyli się do siebie, Albert odkrył mroczny sekret swojego towarzysza. Prawie dwu metrowy kolos lubował się w pulchnych, grubaskach i to najlepiej nieświeżych.
Gdy widział kobietę o rubensowskich kształtach do tego z widocznymi plamami potu, a nie daj boże w stanie krwawy, wówczas oczy Teofila robiły się zamglone niczym u atakującego rekina, a on sam nie szczędząc grosza ruszał na miłosny podbój. Ot takie niewielkie zwichrowanie.
Kolejną sprawą, która musiała zostać wyjaśniona był dziwny brak wiadomości z rodzinnych stron. Zaufany goniec tym razem bez przeszkód dotarł na prowincję, gdzie nie działo się zbyt dobrze.
Okazało się, że sąsiad ojcowskich włości, Bożydar Koniecpolski coraz zuchwalej wyciągał swoje łapska po tereny należące do rodziny. Ojcowizna znalazła się w niekorzystnym położeniu. Długi, nieurodzaj i bardzo ciężką zima doprowadziły niemal do ruiny.
Albert nie chcąc pozostawić ojca i matki na zakusy sąsiadów wspomógł ich sporą kwotą. Zadowolony z faktu, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie problemy na prowincji skończyły się, nasz młodzieniec mógł poświęcić czas i energię na naukę oraz wprowadzenie w plan swojego kolejnego zamysłu.
Mianowicie pierwsze pomysły by wynająć pokój od któregoś z mieszczan, został szybko zmieniony, gdy tylko jeden z Krakowskich złotników obliczył wartość sakiewki. Błagając niemal na kolanach młodzieńca, by ten sprzedał mu cenny kruszec, po okazyjnej cenie, uświadczył tylko Alberta w przekonaniu, że ma do czynienia z bardzo pokaźnym majątkiem.
Młodzieniec postanowił wykupić całą kamienicę. Chciał tam urządzić ochronkę, jadłodajnię i być może szpital dla najbiedniejszych. Jego plany przerwała nagle zimowa choroba i chcąc nie chcąc musiał wynająć resztę kamienicy bogatym kupcom i rzemieślnikom.
Wiosna Anno Domini 1451 roku powitała młodzieńca siedzącego jak zwykle pod murami wawelu. Wdychając chłodne nadwiślańskie powietrze przypominał sobie spotkanie z tajemniczym darczyńcą. Teofil zainteresowany ptactwem pływającym nieopodal, jak zwykle nie stanowił żadnego obciążenia dla lubiącego spokój i ciszę młodzieńca.
-Witaj Albercie.
Mężczyzna w sile wieku, około czterdziestki podchodził do żaka. Pełne zdziwienia oczy młodzieńca mówiły same za siebie. Uśmiech z jakim witał go nieznajomy był mu chyba znany, jednak szukając w pamięci Albert odnajdywał tylko czarna dziurę.
-My się znamy? - spytał
-Ależ oczywiście, mój drogi. - odparł przybysz. - Znamy się już długo. Tylko niestety nie mieliśmy czasu na dłuższa pogawędkę.
-Nie przypominam... Szczeka żaka opadła w połowie zdania. - Ty?
-Tak, tak to ja. - uśmiechnął się nieznajomy.
-Ale?
-Chwileczkę wszystko za moment będzie ci wyjaśnione. - szybko wtrącił mężczyzna.
Teofil widząc dosiadającego się mężczyznę ruszył spiesznym krokiem, pozostawiając za sobą zasmucone stadko dzikich kaczek. Podobno z roku na rok pogłowie stadka znacznie uszczuplało się za sprawą kucharzy zamkowych, ale to były tylko plotki.
Albert, ruchem ręki, uspokoił swojego przyjaciela. Ten stanął, spojrzał groźnie na przybysza, jakby chciał ostrzec nieznajomego przed konsekwencjami nietaktownego zachowania i wrócił do ptaków. Jednak od czasu do czasu odwracał się, niby przypadkiem, zerkając w stronę rozmawiających na skarpie.
-Bardzo rozsądnie, mój drogi. - Nieznajomy wskazał osiłka. - bardzo rozsądnie.
-Mógłbym zostać wtajemniczony w pewne nurtujące mnie od roku sekrety szanowny panie?- Spytał elegancko Albert.
-Widzę, że i dykcja oraz maniery zostały poprawione w zadowalającym stopniu.
-Bardzo dziękuję, ale...
-Och Albercie, czy przypominasz sobie pewnego starca, którego wspomogłeś rok temu jałmużną i kęsem chleba. - przybysz mówił spokojnie i cicho, co jakiś czas zerkając na swego rozmówcę. - Chodź przyznam, że ser był nie pierwszej świeżości.
-Tak oczywiście.
Młodzieniec doskonale pamiętał biednego starca, o którego o mało co nie wylądował w śmierdzącymi nieczystościami błocie. Wspomnienia tamtej chwili powoli zacierały się, ale przypomniane na nowo wyostrzyły się w umyśle krakowskiego żaka.
-Pamiętasz może dziwne spotkanie, po tym wydarzeniu tu w tym miejscu. - Nieznajomy uśmiechnął się. - Oraz prezent, który pozwolił ci na tak wiele zmian w twoim życiu?
Albert struchlał. Już miał zawołać swojego wielkiego przyjaciela, lecz uśmiech na twarzy nieznajomego i jakiś taki, spokój bijący od niego, ostudził galopujące we wszystkie strony myśli.
Widzisz młodzieńcze, od jakiegoś czasu przyglądam ci się uważnie i coraz bardziej widzę, że jesteś ta osobą, która zasługuje by poznać tajemnicę zarezerwowaną tylko dla bardzo wąskiego grona wybrańców.
Tajemnicę?
-Tak, mój drogi Albercie. - odrzekł nieznajomy. - Jednak byś mógł dostąpić zaszczytu wtajemniczenia, musisz wpierw okazać się godzien.
Ale..
-Młody przyjacielu. Na dzień dzisiejszy wiedz tylko, żem tą samą osobą której pomogłeś częstując chlebem i ostatnim groszem. Jak i tym, który odpłacił ci za twoją dobroć serca mieszkiem złota pochodzącego ze starego lądu Atlantów.
-Atlantów? - Zdziwienie nie po raz pierwszy wymalowało się na twarzy żaka wytrzeszczem oczu i karpim ułożeniem ust. - Jak to?
-Pytania, pytania, pytania. Wiecznie to samo. - westchnął nieznajomy. - Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć ci tylko jedno. - Ton głosu dziwnego mężczyzny spoważniał. - Zastanów się nad zagadnieniem przyszłości, czasu i przemijania.
Tajemnica goniła tajemnicę. Odpowiedzi powodowały kolejne pytania. Tajemniczy gość stawał się coraz bardziej intrygujący, a młody żak uwielbiał tajemnice. Coś mówiło Albertowi, że jego droga życia nie poprowadzi wprost ku statecznej spokojnej egzystencji prowincjonalnego cyrulika, a zawiedzie go daleko w nieznane.
-No nic, czas na mnie. - Nieznajomy poklepał po ramieniu młodzieńca. - Żegnaj na jakiś czas i pamiętaj. Jesteś obserwowany.
-Mistrzu. - wykrzyknął chłopak. - Co mam robić, jak postępować?
Odchodzący spokojnym, miarowym krokiem mężczyzna nie zaszczycił Alberta nawet skinieniem. Znikając wśród drzew i krzewów nucił cicho pod nosem jakieś nieznane skoczne melodie.
Wiosna na dobre rozgościła się na plantach, podzamczu i rabatkach miejskich. Przyroda coraz śmielej upominała się o swoje zielenią i bielą pachnących słowiańskich traw, kwiatów i wszelakiego ziela.
Ludzie wydawali się bardziej przyjaźni i spokojniejsi, byli niczym rewers tego co działo się w duszy i głowie młodego żaka, który szybkim krokiem wracał na uniwersytet. Tym razem miał plan. Pomysł, który miał odkryć rąbek wielkich tajemnic, niedostępnych dla przeciętnych zjadaczy chleba.

1
Notka polecana przez: earl
Poleć innym tę notkę

Komentarze


earl
   
Ocena:
0
"i nawet droższe, grubsze i cieplejsze za razem szaty niewiele na to mogły pomóc". - zarazem


"Suma, summarum" - summa summarum (bez przecinka)

"nie daj boże" - nie daj Boże

"jak zwykle pod murami wawelu" - Wawelu

"czy przypominasz sobie pewnego starca, którego wspomogłeś rok temu jałmużną i kęsem chleba." - na końcu znak zapytania
31-12-2011 12:25
nagniot
   
Ocena:
0
Dzięki bardzo :)
Ogólnie to wszystkiego najlepszego w NR
31-12-2011 15:22
earl
   
Ocena:
0
Dziękuję bardzo i Tobie również.
01-01-2012 17:44

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.