string(15) ""
» Blog » Co u żaków krakowskich piszczy?
29-12-2011 12:30

Co u żaków krakowskich piszczy?

Odsłony: 6


Albert.



Cześć 1

Staruszek.



Zaszczany i zarzygany kończący już swój doczesny żywot dziadyga, siedział w rynsztoku, wyciągając chudą rękę w stronę przechodniów. Staruszek z widocznymi zmianami skórnymi, łuszczycą i początkami parkinsona wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
Ktoś przystanął, inny przyspieszył kroku. Kupcy, rzemieślnicy bogaci mieszczanie, którzy tak chętnie bili się w pierś co niedziele przed ołtarzem, teraz odwracali głowy od nieszczęścia, które z błagalnym wzrokiem kierowało swą starczą dłoń w ich kierunku.
Dziadunio stanowiący niezmienny od lat widok w tej części miasta, był niemal niezauważalnym wyrzutem sumienia kręcących się dookoła ludzi.
Żył w Krakowie także chłopak, żak imieniem Albert. Wychowany w miłości, dostatku i spokoju na dalekiej prowincji, nie był w stanie przymykać oczu na niedole innych. Organizował zbiórki żywności dla biednych, pomagał w ochronkach. Próbował nawet zmusić tak skostniałą i złowrogą instytucję, której przedstawicielem był stary biskup, gnieżdżący się bezpiecznie w kościele Mariackim, do pomocy. Niestety wybatożony przez organistę zaprzestał nachodzenia jego świętobliwości. Miłosierdzie mieszczan miało się nijak do praw i nakazów wiary.
Albert jak co dzień o tej samej godzinie, wracał z wykładów. Słońce przygrzewało już solidnie wypędzając resztki zimy z ciemnych, wilgotnych zaułków i rynsztoków miejskiego Rynku. Rozkoszując się ciepłym, spokojnym dniem nasz bohater o mało co nie przewrócił się o wyciągniętą żebraczą rękę.
Grosik młody panie. - Zarzęził staruszek.- Proszę...
Albert przystanął speszony. Nie mógł sobie darować, że ciesząc się z pogody i dobrze zaliczonego egzaminu zapomniał na śmierć, że na około jego żyją inni, którym życie nie było tak szczodre.
Ukucnął przed staruszkiem i wyłuskał srebrną monetę.
Masz dziadku. - powiedział łagodnie.
Bóg zapłać dobry człowieku. - Oczy dziadunia zabłysły widząc niemały dar. - Bóg zapłać
Młodzieniec uśmiechnął się i ruszył w swoją stronę. Sumienie jednak niczym komornik nie dało o sobie zapomnieć. Chłopak odwrócił się na pięcie i zagłębił się w ocean kramów, wrzeszczących przekupek i pachnącego świeżego jadła. Co do świeżości niektórych produktów człek bardziej delikatny i gustowny mógłby się kłócić. Jednak w średniowiecznym Krakowie nie brakowało i takich, którzy kilku, że nie powiem kilkunastodniowe rarytasy przyrządzali w sposób wyśmienity wyprawiając niemalże królewskie uczty.
Miało to oczywiście jeszcze jeden plus, gdyż miejscy cyrulicy nie narzekali na brak zajęć, a grabarze zawsze byli w dobrej kondycji fizycznej.
Albert kupił świeży, duży chleb, kilka mało robaczywych jabłek i kawał sera. Wrzeszcząca przekupka zachwalała produkt, że dzisiejszy, prosto od krowy, że takiego to nie ma na rynku. Zwiedziony miłym uśmiechem i dogodną cena chłopak ruszył w stronę żebrzącego dziadunia.
Masz dziadku. - Ukucnął przed nieszczęśnikiem. - kupiłem ci coś do jedzenia.
Naprawdę dla mnie? - Niedowierzanie, mieszało się z ulgą. - I monetę młodzieniec mi dał już wcześniej prawda?
Tak, tak z Bogiem. - odrzekł Albert i ruszył w stronę potężnego Krakowskiego zamku. Wawel był dla młodzieńca miejscem tak pięknym, majestatycznym i tajemniczym, że uwielbiał siedzieć pod jego murami i wpatrywać się nurt czystej jak łza Wisły.
Mijały kolejne dni. Albert nie spotkał już biednego dziadka, któremu bezinteresownie pomógł, uwalniając z oków winy własną dusze i uszczuplając tym samym swoje skromne zasoby srebrnych monet.
Młodzieńcze.
Niemłody, nie stary mężczyzna koło pięćdziesięciu wiosen mający podszedł z uśmiechem do Alberta. Tego dnia majowa pogoda łaskawym wzrokiem spoglądała na gród Kraka. Albert siedział pod wawelskim murem i spoglądał w zamyśleniu hen przed siebie. Niespodziewany gość, bez pytania dosiadł się do zaskoczonego żaka.
Albercie nie patrz na mnie tak roztargnionym wzrokiem. - Uśmiechnął się mężczyzna. - Przecież jesteśmy już sobie znani. Nieprawdaż?
Proszę przypomnieć okoliczności gdzie się spotkaliśmy panie...
Moje imię nic tobie chłopcze nie powie. - uśmiechnął się nieznajomy. - Tyle już ich miałem.
Co proszę?
Nieproszony gość uśmiechając się tajemniczo schował dłoń za elegancką poła surduta. Pękata sakiewka pojawiła się za chwilę i wesoło brzęcząc monetami uśmiechnęła się do żaka.
jesteś dobrym człowiekiem Albercie. - Po dłuższej chwili odezwał się nieznajomy. - To podziękowanie za twoją szczodrość i dobroć serca.
Ależ? Nadal nie wiem o co chodzi – Młodzieniec zaczerwienił się. - Kto panu zdradził moje imię?
Albercie, mój drogi, ptaszki na Mariackim ćwierkają tak głośno, że nie omieszkałem przysłuchać się ich historią. O tobie właśnie o tobie. - Mężczyzna włożył mieszek w dłonie zdumionego młodzieńca. - No na mnie już czas. Jeszcze się pewnie spotkamy. Powodzenia mości Kaliński.
Chłopak, gdyby nawet chciał zaprotestować, był zbyt zdumiony z faktu, że ów jegomość zna jego szlacheckie nazwisko. Nim słowa ponownie mogły wyartykułować się z zaciśniętego gardła, nieznajomego już nie było.
Nadszarpnięty budżet, brak wsparcia z rodzinnych stron i tajemnicza cisza z dalekiej prowincji, ostatnimi czasy spędzała sen z powiek Alberta. Wysłał co prawda umyślnego do włości ojca, ale słuch o nim zaginął. Chłopak obawiał się, że coś bardzo złego spotkało jego rodzinę. Zapłacone czesne na uniwersytecie pozwalało na kontynuowanie nauki, lecz życie w tak wielkim i drogim mieście nie było tanie.
Poza tym był dopiero na pierwszym roku wydziału sztuk wyzwolonych. Jak każdy wiedział był to dopiero początek kariery studenckiej młodych zamożnych latorośli. Po ukończeniu tegoż fakultetu można dopiero było starać się o bardziej lukratywne kierunki nauki. Prawo, medycyna oraz najważniejsze z nich teologia.
Albert otworzył sakiewkę. Złoty blask oślepił wytrzeszczone ze zdumienia oczy chłopaka. Prawdziwe złoto, nie jakieś miedziaki, srebrne podróbki czy mało warty złom. Toż to było najprawdziwsze złoto. Duże grube okrągłe monety z wybitymi na nich dziwnymi znakami.
Albert pierwszy raz w życiu widział podobne oznaczenia. Wielki X w okręgu, cóż to miało oznaczać, nie wiedział. Najważniejszym był fakt, że oto droga do lukratywnego zawodu, cyrulika o którym od zawsze marzył stała otworem.
Od tej chwili mógł zamienić zapleśniałą, cuchnącą potem i mieszczan studencka bursę na wynajęty, elegancki pokój u któregoś z zamożniejszych mieszczan. Mógł sobie kupić spokój i ciszę.
Młody żak wstał i chowając w bezpiecznym miejscu mały majątek ruszył w stronę rynku, w stronę świetlanej przyszłości i nowych możliwości, będących jak do tond poza zasięgiem finansowym, zubożałego prowincjonalnego szlachetciątka.

Kim jest nieznajomy darczyńca? Gdzie podział się stary żebrak? Jak potoczą się dalsze przygody młodego żaka i o co do cholery w tym wszystkim chodzi? Już niedługa kolejna część – pseudo powieści Albert.
3
Notka polecana przez: Got, whitlow, Wojteq
Poleć innym tę notkę

Komentarze


whitlow
   
Ocena:
0
Troszkę to chaotyczne i interpunkcja kuleje nieco, ale dobrze się czyta... Czekam z niecierpliwością na część dalszą. Z nieco uważniejszą korektą, mam nadzieję.
29-12-2011 13:25
nagniot
   
Ocena:
+1
Ludzie. Pomocy!!!
Mam dysleksję od urodzenia. Siedziałem nad tekstem, poprawiałem, zmieniałem, moja małżonka także czytała i poprawiała.
Nie wiem co jeszcze, jak i gdzie robię błędy. Ręce opadają. proszę o pomoc.
29-12-2011 14:15
whitlow
   
Ocena:
+1
No dobra, sorka, przesadziłem. Jest spoko, ale przed dialogami dodaj myślniki, bo bez tego dosyć ciężko się czyta. Tak poza tym, to naprawdę w porządku.
29-12-2011 14:32
earl
   
Ocena:
+3
"co niedziele" - co niedzielę

"jego świętobliwości" - Jego Świątobliwości (z dużej litery), chociaż w zasadzie ten tytuł jest zastrzeżony dla papieża a biskupów tytułuje się "Jego Ekscelencją"

"uwalniając z oków" - z okowów

"nie stary" - niestary

"nie omieszkałem przysłuchać się ich historią" - ich historiom

"będących jak do tond" - jak dotąd

"szlachetciątka" - szlachciątka
29-12-2011 16:33
Got
   
Ocena:
0
Fajne, zaciekawiłem się. Losy Alberta przyszłego Cyrulika. A miasto przedstawione na darkfantasy Warhammerową modłe. Żebracy umierają w błocie, szlachta nic nie robi. Ale jest też element inny, światełko nadziei ;)

B. Fajne, czekam na kolejne części.
30-12-2011 01:04
nagniot
   
Ocena:
0
Super pisze dalej.
Dziś mam spotkanie z przyjaciółką od J. polskiego. Więc poproszę by sprawdzała.
Siadam do kolejnego odcinka :)
30-12-2011 10:48
earl
   
Ocena:
0
Opowiadanie przypomina mi nieco legendy warszawskie, rozpropagowane swego czasu przez Artura Oppmana.
30-12-2011 11:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.