» Recenzje » Cienie Imperium – Steve Perry

Cienie Imperium – Steve Perry

Cienie Imperium – Steve Perry
Zdania na temat Expanded Universe są w środowisku fanów bardzo podzielone. Jedni najchętniej paliliby je na stosach jako siedlisko książkowego chłamu, inni kochają je bezinteresowną miłością fana Gwiezdnych wojen. Prawda leży jak zwykle, gdzieś po środku, a ten, to m.in. fakt, że znacznej części książek SW sporo do ideału brakuje. Nie inaczej jest z tą, której mam teraz okazję oceniać. Szczerze mówiąc Cienie Imperium powinienem niezwłocznie dopisać do listy powieści, które sprawiły mi przy ocenie najwięcej problemów. Jak za chwilę przeczytacie, autor powieści sprawił się tu nad wyraz dobrze, jednak zdradziecki "cios" nadszedł zupełnie nieoczekiwanie z innej strony niż ktokolwiek by się tego spodziewał. Bo okazuje się, że książka to nie tylko arkusze czystego papieru, autor i sposób, w jaki wykorzysta on mistyczne narzędzie, jakim jest pisarskie pióro.

Akcja powieści rozgrywa się pół roku po pojmaniu Hana Solo i zamrożeniu go w karbonicie. Lando i Chewbacca, którzy (jak pamiętamy z końcówki Imperium kontratakuje) wyruszyli w pościg za Bobą Fettem, zlokalizowali frachtowiec przewożący przemytnika, niezwłocznie informując o tym Luke’a i Leię. Natychmiastowo zapada decyzja o zorganizowaniu wyprawy mającej na celu odbicie Hana z rąk łowcy nagród. Tym czasem na Coruscant także się nie próżnuje. Życie w sercu Imperium Galaktycznego jak zawsze pełne jest złowrogich intryg i rozgrywek prowadzonych pomiędzy możnymi galaktyki. Imperator snuje plany o zdławieniu Sojuszu Rebeliantów, a Darth Vader owładnięty pragnieniem schwytania swego syna i przeciągnięcia go na Ciemną Stronę Mocy, wymyśla coraz to nowe plany, by osiągnąć cel. Odkrywa jednak potężnego rywala, który nie tylko pragnie śmierci Luke’a, lecz może także zagrozić jego własnej pozycji w świecie władanym przez Palpatine’a.

Tyle tytułem nakreślenia fabuły. Generalnie książka napisana jest świetnie. Czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, napotkamy mnóstwo humoru zarówno sytuacyjnego, jak i w dialogach między bohaterami. Wszystko buduje niezwykłą atmosferę znaną z piątej i szóstej części Gwiezdnych wojen. Trzeba także nadmienić, że lektura Cieni Imperium nieco urozmaici nam w przyszłości seans filmowy wcześniej wspomnianych epizodów. Stanie się tak poprzez umiejscowienie akcji powieści pomiędzy nimi, a także wykorzystanie doskonale wszystkim znanych postaci, jak Imperator Palpatine, Darth Vader, Luke Skywalker czy księżniczka Leia.

Głównym wątkiem Cieni... wydają się jednak poczynania postaci w filmie nie ujętej, niemniej jednak bardzo ciekawej. Książę Xizor, bo o nim mowa, jest głową największej organizacji przestępczej w galaktyce o enigmatycznej nazwie Czarne Słońce. Wyglądem bardzo przypomina człowieka, a jedyne różnice to włosy rosnące tylko z tyłu głowy tworzące koński ogon i zielony odcień skóry przypominający o gadzim pochodzeniu rasy Faleen, do której należy. Po gadach odziedziczył także opanowanie i bezwzględność, które to wydatnie pomogły mu w dostaniu się na szczyt. A ze szczytu tego zielonoskóry książę zrobić może wiele – zagrozić może nawet samemu Vaderowi. Przez całą powieść możemy obserwować wyścig tych dwóch panów o względy Imperatora. Xizor jest w tej konfrontacji niejako uprzywilejowany, gdyż Mroczny Lord Sith z natury jest wojownikiem i potajemne spiski wyraźnie mu "nie leżą". Zmagania te ze skrywaną uciechą obserwuje Palpatine, który czy to dla zabawy czy dla chwały Imperium i ciemnych sprawek jego napuszcza obu delikwentów na siebie uważnie obserwując, który będzie górą. Koniec końców okazuje się, że Imperator naturalnie wie wszystko lepiej, wcześniej i wszystko idzie zgodnie z jego planami.

Drugim wątkiem powieści są starania przyjaciół kapitana Solo o odbicie go z rąk łowcy nagród i uwolnienie z karbonitu. Uznałem ten wątek za drugorzędny, gdyż wynik wyżej wymienionych starań jest właściwie z góry przesądzony dla każdego, kto choć raz miał okazję obejrzeć Powrót Jedi. Akcja ratowania Hana przemienia się ostatecznie w akcję ratowania młodego Skywalkera, którego, jak się okazuje, ktoś usilnie próbuje pozbawić życia. Nie koniec jednak na tym, gdyż cały urok powieści zawiera się w mini-wątkach pobocznych. Jak pamiętamy z Imperium kontratakuje, Luke’owi nie udało się skończyć szkolenia Jedi i nieprzygotowany stanął do pojedynku z ojcem, tracąc w jego trakcie złudzenia na odbicie w pojedynkę przyjaciół, a nawet nieco więcej. Nauczka, jaką wtedy dostał, dała mu do myślenia i postanowił wziąć się ostro do pracy. W ten jakże nieskomplikowany sposób jesteśmy świadkami przemiany Luke’a z rozbrykanego, nie słuchającego renomowanych mistrzów padawana, w prawdziwego Rycerza Jedi. Problemy Lei mają za to naturę dużo bardziej złożoną. W prawdzie wyjawiła Hanowi, że go kocha, jednak w odpowiedzi usłyszała enigmatyczne "wiem". Oczywiście zinterpretowała sobie to jak chciała, ale przecież pewności nigdy za wiele. Wszystko było by łatwe i proste, wszak można poczekać aż kapitana Solo odbiją i dopytać celem naprostowania spraw, gdyby nie fakt, że nie była pewna swoich uczuć co do Luke’a. Oficjalnie wszyscy wiedzieli, że między całą trójką występowały relacje przyjacielskie, jednak obaj panowie (pani z resztą także) zdawali sobie sprawę, że występują także w charakterze rywali. Żeby było śmiesznie, księżniczka pakuje się w jeszcze jeden romans, choć tu nie całkiem ze swojej woli. Nieodłącznymi towarzyszami głównych bohaterów przy niemal każdej z przygód są ich przyjaciele – Lando Calrissian i wookie Chewbacca. Swoją drogą są oni również "chodzącym" dowodem, że Perry nie zapomniał o postaciach drugoplanowych i przyłożył się do nich tak jak do tych z pierwszego planu. Lando w wykonaniu autora Cieni Imperium jest kwintesencją postaci z filmu – szarmancki, pewny siebie i sarkastyczny, acz uroczy zawadiaka, któremu nie brakuje poczucia humoru w każdej sytuacji. Perry zadziwiająco dobrze oddał także naturę Chewbaccy, postaci nad którą żaden z innych pisarzy się specjalnie nigdy nie zastanawiał. Tu Chewie różni się od ludzi – nie jest może tak wyrafinowany, nie jest zdolny do obmyślania tak skomplikowanych intryg, jest za to przywiązany do przyjaciół, opiekuńczy, a instynkt, w jaki wyposażyła go natura, całkiem nieźle nadrabia braki w inteligencji.

Gdybym miał w tym momencie zakończyć recenzję wystawiłbym powieści lekką ręką 6/6 stawiając ją w jednym rzędzie z najlepszymi historiami z cyklu Star Wars. Jednak sprawy są nieco bardziej skomplikowane. Co jest nie tak w samej powieści? Generalnie jest to nie tyle wada Cieni Imperium, co całego Expanded Universe - mianowicie konkretne elementy zaprzeczają same sobie. I tak Steve Perry idzie w zaparte, że myśliwiec Dartha Vadera, którym latał podczas ataku na pierwszą "Gwiazdę Śmierci" nazywany jest Interceptorem, mimo iż z innych oficjalnych źródeł wiemy, że TIE Interceptor to zupełnie inna maszyna. Innym przykładem może być Coruscant, które nie przypomina zupełnie tego, co widzieliśmy w prequelach i wydanych po nich książkach. Takich wpadek jest jeszcze kilka, co obniża nieco ocenę. Należy jeszcze przejść do spraw bardziej przyziemnych.

I tu zaczyna się prawdziwy dramat. O ile czytelnika wita całkiem estetyczna, klimatyczna okładka, o tyle dalej jest już dużo gorzej. Jestem w stanie zrozumieć jedną czy dwie literówki, jakie mogą się pojawić w książce, ale ich ilość, z jaką mamy do czynienia w Cieniach... jest poniżej wszelkiej krytyki. Mało tego - zdarzają się nawet błędy ortograficzne (jedna sztuka wypatrzona przeze mnie). Słowem: Amber położył sprawę. Należy jeszcze zaznaczyć, że tłumaczenie pana Jarosława Kotarskiego nieco różni się od kanonu, jaki używany jest zazwyczaj przy powieściach z cyklu. Objawia się to głównie obecnością większej liczby angielskich nazw czy zwrotów niż zazwyczaj. Nie twierdzę, że to wada, ale trzeba się przyzwyczaić.

Jak pisałem na początku, ciężko mi tą powieść ocenić. Gdyby ocenić ją za samą treść, było by to niesprawiedliwe, gdyby ocenić za całokształt polskiego wydania - krzywdziło by to powieść. Dlatego też zastosuję ocenę podwójną. Cienie Imperium są jako powieść prawdziwą ucztą dla każdego fana Star Wars – fabuła pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, lekkość pióra Steve’a Perry’ego, świetne odwzorowanie klimatu Gwiezdnych wojen. Za to wszystko należy się jej ocena 9,5/10. Przykrą jednak niespodzianką dla czytelnika może się okazać, że "sprawa się rypła" przy redakcji. Za tą powieść Amber ma u mnie duży minus, a samo wydanie nie zasługuje na więcej jak 5/10. Pod recenzją widnieje wartość uśredniona.
7.5
Ocena recenzenta
7.7
Ocena użytkowników
Średnia z 5 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Cienie Imperium (Shadows of the Empire)
Autor: Steve Perry
Tłumaczenie: Jarosław Kotarski
Autor okładki: John Alvin
Wydawca: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 1998
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka
Format: 123 x 190 mm
Seria wydawnicza: Star Wars
ISBN-10: 83-7169-621-3
Cena: 24,80 zł



Czytaj również

Komentarze


Jedi Nadiru Radena
    Ocena
Ocena:
0
Hmm, według mnie wielką niesprawiedliwością jest kładzenie większego nacisku w ocenianiu jakiejkolwiek książki na to jak została ona przetłumaczona. Owszem, można wrzucać na wydawnictwo, tłumacza itp. itd. ale takie rzeczy IMO nie wpływają aż tak bardzo na ogólną ocenę.
18-09-2006 08:24
SethBahl
    Właśnie
Ocena:
0
dlatego zastosowałem ocenę podwójną. Bo ta pozycja to naprawdę świetna książka i bez problemów można IMHO stawiać ją w jednym rzedzie z Trylogią Thrawna i innymi najlepszymi książkami cyklu.

I nie kładę większego nacisku na redakcję (redakcję!, nie - tłumaczenie. do tłumaczenia w zasadzie nic nie mam... może język jest nieco... "za twardy" jak na powieść SW, aż dziw że wulgaryzmów nie ma, ale... ;) ), nacisk kładę pół na pół. Może powinienem dać 2/3 do 1/3, ale mam osobiście ogromny żal do Ambera i całego świata (:P) że schrzanił akurat tę książkę...

A tak wogóle - oceny podałem w gruncie rzeczy 3. Jeśli żadna cię nie zadowala, to naprawdę, możesz sobie druknąć arta, skreślić ocenę i napisać obok własną ;).
18-09-2006 15:10
teaver
    @ Jedu
Ocena:
0
Tłumaczenie i oryginał to oddzielne pozycje. Każda ma swojego autora, każda jest napisana w innym stylu, w innym czasie oraz w innych warunkach i każda powinna być oceniana jako niezależne dzieło.

Prawdą jest, że dobre tłumaczenie to takie, którego się nie zauważa, ale to nie zmienia faktu, że z technicznego punktu widzenia przekład jest niezależnym dziełem, nawet jeżeli podpisano go tym samym nazwiskiem.
24-03-2007 09:07

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.