» Artykuły » Inne artykuły » BookRage One - zwycięstwo nad niemożnością

BookRage One - zwycięstwo nad niemożnością


wersja do druku
Autor:
BookRage One - zwycięstwo nad niemożnością
Pod koniec 2012 roku zwrócił się do mnie Paweł 'Ausir' Dembowski z propozycją wydawniczą, dotyczącą akcji roboczo nazwanej "book boundle", a przynajmniej ja tak ją zapamiętałem. Chodziło o już skądinąd gdzie indziej i kiedy indziej przećwiczony pomysł wydania zestawu pięciu książek (pierwotnie płyt z muzyką) za dowolną cenę, ustalaną przez nabywcę. No, może niemal dowolną – najmniejsza kwota miała zaczynać się od złotówki. Pomysł ten został już na polskim gruncie wypróbowany – z miernym skutkiem, ale wtedy autorzy biorący udział w przedsięwzięciu byli mało znani. Teraz Paweł z dwoma kolegami postanowili spróbować ze znanymi nazwiskami.

Zamierzenie zrealizowali, a sprzedaż trwała dokładnie dwa tygodnie w okresie 27.02-13.03.2013 r. Projekt powszechnie oceniono jako sukces – i chyba słusznie: 1999 nabywców, 46 367 zł wpływów, średnia wpłata 23,19 zł, a do podziału między autorów przypadło 31 784 zł (ok. 70% całej kwoty). Pozostałe wpływy, po ok. 7 300, poszły dla Fundacji Nowoczesna Polska i dla redakcji BookRage.

Bardzo spodobała mi się idea płatności "co łaska". Po pierwsze, takie podejście pozwalało wyciągnąć rękę do nieco zmanierowanego sieciowego klienta, mówiąc mu: chcesz, bracie, za darmo, to bierz. Ale jak chcesz coś dać za pracę autorowi, którego lubisz – to się zastanów. Po drugie, ten projekt sam w sobie stanowił najlepszy na świecie plebiscyt, ile nabywca jest gotów zapłacić za e-booka. Jasne, że były tu różne czynniki dodatkowe, jak nowatorstwo całej akcji, zachęta w postaci premii "z Dukaja" (wpłata powyżej średniej była premiowana powieścią Science fiction) itd., ale mimo wszystko ludzie zagłosowali sakiewkami za tym, że są gotowi zapłacić za książkę elektroniczną ok. 5 zł. I nie więcej, bo jeśli cena zostałaby podbita, praktyka wykazuje że większość "pożyczy" sobie utwór za darmo. Od dawna twierdziłem (zobacz), że teraz mamy rynek konsumenta e-booków, a nie producenta, i wydawca musi zastanowić się, ile nabywca jest gotów zapłacić za towar, a nie ile ów wydawca chce na nim zarobić.

Ponadto, cały projekt pozytywnie zaskoczył jawnością. Wszystko było na bieżąco wiadomo: ile wpływa pieniędzy, jaki jest nakład, jak wpływy są przez nabywców dzielone. Taka jawność jest jak powiew świeżego powietrza w dobie poufności indywidualnych umów autorskich, niejawności danych wydawniczych itd. Brawo, tak trzymać. Utajnianie danych zawsze działa na szkodę autora, bo ten pertraktuje z wydawnictwami bez żadnej wiedzy porównawczej.

Pora przejść do wniosków, które są naprawdę istotne. Otóż w wyniku eksperymentu – bo tak wypada nazwać tę próbę nowatorskiego wydawania e-booków – okazało się, że można naprawdę niedrogo wydawać książki elektroniczne i, co więcej, mimo niskich cen jest to opłacalne. Tym samym dowiedziono, że dotychczasowe ceny e-booków, często sięgające cen wydań papierowych tych samych książek, są zdecydowanie zawyżone. Wydawcy tłumaczyli, że wszak pozostaje koszt redakcji, opracowania layoutu, dystrybucji i reklamy, a koszty druku nie są wysokie i nie decydują o cenie detalicznej. Odnosiłem się do tych wyjaśnień nieufnie, bo dobrze pamiętam, że kiedyś kluczowe były ceny papieru, farby, użycia maszyn drukarskich, robocizny drukarzy, magazynowania, rozwożenia po kraju, składowania w księgarniach, zagospodarowania zwrotów. Czyżby te koszty zniknęły? A hurtownicy, którzy biorą 50% ceny, a teraz niektórzy z nich każą sobie jeszcze płacić ekstra premie? Przy wydawaniu e-booków haraczu dla hurtowników na szczęście płacić nie trzeba, jeśli ma się dobrze sprofilowaną stronę internetową i sieć współpracujących portali, blogerów i recenzentów.

Zespół BookRage potrafił pozyskać dobrych i znanych autorów, wykonać prace redakcyjne, zrobić łamanie, a nawet przygotować grafikę. Za to wszystko dostali 7 000 zł za pięć, a właściwie osiem książek. To nie są krocie, ale zastanówmy się nad nieco inną buchalterią. W przypadku BookRage One nabywca nie tylko decydował, ile ma płacić, ale także określał proporcje między należnościami "autor – fundacja – redakcja". Domyślnie dla autora było 70% i mało kto to ustawienie zmieniał. Tymczasem ja jako autor zadowoliłbym się honorarium w wysokości 50% ceny, zwłaszcza w przypadku już wcześniej publikowanych utworów. Standardowe wydawnictwo nie dzieliłoby się już z nikim więcej, czyli w sumie z obecnego przychodu redakcji przypadłoby około 23 000 zł. Gdyby cykle wydawnicze następowały bez przerw, miesięczny przychód mógłby się zamknąć kwotą ok. 50 000 zł – przy założeniu, że na raz byłby w sprzedaży tylko jeden zestaw, a inne parametry pozostałyby analogiczne jak w BookRage. Oczywiście skalę można zmieniać dowolnie, ale w praktyce tylko w granicach pojemności rynkowej.

Czy wymieniona kwota to dużo, czy mało? Zależy. Jeśli mamy trzech entuzjastów, którzy wszystko robią sami, począwszy od prac redakcyjnych, a skończywszy na pisaniu oprogramowania, a także zajmują się promowaniem produktu i rozliczeniami, to jest całkiem nieźle. Oczywiście zarobki są "zwyczajne", na mercedesa i jacht nie starczy, ale też nie mówimy o zwolennikach złotych klamek. Gdyby jednak redaktorzy chcieli zatrudnić do każdej czynności etatowych pracowników i jeszcze zapłacić za reklamy w publikatorach, to przychód jest za mały. Chyba że reklama zaowocuje znacznym zwiększeniem sprzedaży.

Jakie konkluzje, a więc perspektywy na przyszłość? Na rynku książki będą miały miejsce duże przetasowania. Przede wszystkim w dobie łatwej wymiany plików nie do utrzymania są wysokie ceny e-booków, nawet przy wprowadzeniu restrykcyjnego prawa. Prostą pochodną drastycznego spadku cen będzie wyeliminowanie hurtowników, na których nie będzie stać ani czytelników, ani wydawców, zresztą sprawne wyszukiwarki okażą się zupełnie wystarczające. Pozostaną portale opiniotwórcze i blogi recenzenckie, których rola jeszcze wzrośnie. Rzecz jasna będzie praktykowane lansowanie książek, zwłaszcza dobrze rokujących lub autorstwa celebrytów (literackich czy politycznych), przy zainwestowaniu w reklamę, ale ten proces nie wpłynie na cenę detaliczną egzemplarza (pliku), lecz na wielkość sprzedaży. Powstaną małe wydawnictwa złożone ze specjalistów, wykonujących wszystkie lub większość prac we własnym zakresie, jak recenzowanie, redagowanie, a potem wszelkie prace informatyczne, często z zastosowaniem gotowych szablonów. Tłumaczone będą tylko "pewniaki", chyba że znajdą się tłumacze, którzy zaakceptują wynagrodzenie jako procent od przyszłego zysku. Duże, mało wydajne wydawnictwa albo padną, albo przeprofilują się, mocno tnąc koszty. Co do spraw technicznych: DRM-y wyjdą z użycia, pozostaną spersonalizowane egzemplarze ze znakiem wodnym. O liczbę czytników bym się nie martwił, każdy smartfon może robić za czytnik.

Na koniec dobra wiadomość: Empik połączy się z Tchibo. Będą sprzedawać sprzęt wędkarski, dizajnerskie gadżety kuchenne i bieliznę erotyczną. Termin fuzji – nieodległy – utrzymywany jest w tajemnicy.

Więcej o BookRage:
http://www.dobreprogramy.pl/Jaka-przyszlosc-czeka-BookRage-zestaw-polskich-ksiazek-za-co-laska,Artykul,39529.html
http://www.kawerna.pl/biblioteka/felietony/item/6517-book-rage-i-co-dalej.html
Tagi: BookRage



Czytaj również

Sherlock Holmes. Apokryfy (e-book)
Kpiąc z Sherlocka i samego siebie
- recenzja

Komentarze


anna.tess
   
Ocena:
+2
"dotyczącą akcji roboczo nazwanej "book boundle"" - ja od momentu urodzenia się pomysłu kojarzyłam ją pod BookRage, ew. Humble Ebook Bundle ;)
26-03-2013 22:33
Scobin
   
Ocena:
+1
Tym samym dowiedziono, że dotychczasowe ceny e-booków, często sięgające cen wydań papierowych tych samych książek, są zdecydowanie zawyżone. Wydawcy tłumaczyli, że wszak pozostaje koszt redakcji, opracowania layoutu, dystrybucji i reklamy, a koszty druku nie są wysokie i nie decydują o cenie detalicznej.

Pamiętajmy jeszcze o tym, że stawka VAT na książki drukowane wynosi w tej chwili w Polsce 5%, a na elektroniczne – 23%.

Z różnych powodów jest to dziwne rozwiązanie i mam nadzieję, że zostanie zniesione. Spotkałem się np. z taką interpretacją, że gdyby wysyłać e-booki pocztą w postaci plików zapisanych na płycie CD, to VAT mógłby z powrotem wynieść 5% (ze względu na potraktowanie przedmiotu transakcji jako towaru, a nie usługi). Jeśli to prawda, to chyba nie muszę mówić, co o tym sądzę...

Inna jeszcze sprawa, że te 18 pkt proc. różnicy VAT-u niekoniecznie tłumaczy całość ceny e-booków.
27-03-2013 00:53
Zimniak
    VAT
Ocena:
+2
Gdzieś czytałem, że mimo unijnego gorsetu Francja i bodajże Belgia (czy Holandia) obniżyły VAT na e-booki do 5%. Z tego wynika, ze nasze władze starają się być bardziej święte niż papież:)
27-03-2013 01:11
M.S.
   
Ocena:
+1
Ale Kmisja Europejska szybko spacyfikowała buntowników.

Nie podoba mi się obecny VAT na książki, ale mimo wszystko ma on sens. Za duże ryzyko, że jedna spółka założy siedzibę np. w Luksemburgu i będzie sprzedawać ebooki we wszystkich europejskich językach - w przestrzeni internetowej taka firma z łatwością wykosiłaby konkurentów z innych krajów. Jedyna możliwość to obniżenie VAT na ebooki we wszystkich krajach wspólnoty.
27-03-2013 01:26
~Negrin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
"ale mimo wszystko ludzie zagłosowali sakiewkami za tym, że są gotowi zapłacić za książkę elektroniczną ok. 5 zł. I nie więcej"

Chybiona konkluzja. Z okazjonalnej akcji promocyjnej, jaką zawsze są takie bundle, nie można wyciągać wniosków na temat kwot, jakie są gotowi płacić ludzie. Na co dzień konsument swobodnie i w dowolnej chwili wybiera z tysięcy pozycji. Chętnie zapłaci za to więcej niż za z góry zdefiniowany zestaw książek może i fajnych, ale takich, których zakupu w ogóle nie rozważał. Chyba że mówimy o segmencie (owszem, też ważnym, ale nie kluczowym), który ma w zwyczaju wyczekiwać promocji. Nie musi mieć już, poczeka sobie, może kiedyś dadzą tanio. Jedynym, co można tu nazwać "decyzją konsumencką", było: biorę Dukaja czy nie? Skoro tak, to już prędzej można by wyciągać wnioski z tego, ilu ludzi i za jaką kwotę postanowiło "kupić Dukaja".

Choć z drugiej strony cała ta ponura wizja przyszłości sprowadza się do wieszczenia, że to nie ludzie będą wybierać książki z szerokiego katalogu, ale będą kupować to, co im się podsunie, bo z tłumaczeń będzie tylko "50 twarzy Greya: Redux", a z krajowych to też każdy wydawca będzie miał w ofercie tylko po 5 książek obiecujących dobrą sprzedaż, bo na więcej go nie stać, nie wspominając już o inwestycji w ambitne pozycje niszowe finansowana z zysków z bestsellerów. Na całe szczęście czytelników to mało realny scenariusz.
27-03-2013 01:30
Zimniak
    Ceny
Ocena:
+1
Liczyłem (i wciąż liczę) na to, że odezwą się rzecznicy wydawców. Oni oczywiście w większości są za utrzymaniem cen na e-booki na starym poziomie, ale co z tego wynika? Zastój na rynku. Czekamy na nowych wydawców, za Book Rage pójdą inni. Dywagacje Negrina o tym, jakoby klienci BookRage wywodzili się z "wyprzedażowych łowców", uważam za chybione i niesprawiedliwe, bo wielu z tych nabywców znam osobiście. A może by tak zdjąć maski (propozycja dla odważnych)?
27-03-2013 09:49
ketyow666
    Ceny
Ocena:
+1
Oczywiście ludzie w wielu przypadkach gotowi są płacić więcej niż 5 zł. Ja wydałem na bookrage 24 zł przy założeniu, że na pewno przeczytam Twoją pozycję Andrzeju, choć pewnie część już znam, a także Jacka Dukaja. Jestem typowym czytelnikiem SF z rzadkimi odskokami do innych gatunków. O ile mocno biorę jeszcze pod uwagę Grabińskiego, o tyle generalnie traktowałem wydatek jak za dwie książki i gdybym dostawał Dukaja w dowolnej cenie, wydałbym 20 zł. Średnia może wyszła ok. 5 zł, ale to dlatego, że część ludzi, jak ja, uważała że niektórych książek nie przeczyta, więc za nie nie płaci. Oczywiście ceny narzucane obecnie przez wydawców i księgarnie są za wysokie. Ostatnio widziałem gdzieś Atlas Chmur - druk 36 zł, ebook 35 zł, audiobook (24h ścieżki, 6 lektorów!) 32 zł! No i kto mi powie, że cena ebooka nie jest w tym wypadku zwyczajnym okradaniem i naciąganiem naiwnego czytelnika? Czysty zysk dla wydawcy. Niech ceny ebooków będą takie, żeby na jednym egzemplarzu wydawcy mieli taki zysk, jak na jednym drukowanym - nie będę czuł się robiony w balona. Obecnie kupuję tylko w promocjach. Dychę chętnie wydam, 15 zł za coś dobrego też, jeżeli książka jest długa, to oczywiście za większy nakład pracy autora, też więcej zapłacę (Lód kupowałem za 22, dałbym i 30, ale na pewno nie 50; nowe Diuny Andersona i młodszego Herberta po niecałe 20 zł też, ale niestety stare Kroniki Diuny bez promocji chodzą po ok. 40 zł za sztukę, kiedy te książki w druku na allegro kupię po 5 zł - ebook ma więc cenę naciągniętą tym... że nowe wydanie w druku jest bardzo ładne - no czysty absurd). Można by się długo rozwodzić, ale wiem jedno - tłumaczenie się VATem, tłumaczy tylko kilka zł ceny, a reszta to zwykłe naciąganie. Ja tyle nie zapłacę - prędzej kupię na allegro używaną książkę.
27-03-2013 11:36
dzemeuksis
   
Ocena:
0
Wydałem ponad dwa razy tyle, co przedmówca a i tak nie wiem kiedy (czy w ogóle) cokolwiek z tego przeczytam (nie chodzi o jakość bundla, tylko brak czasu i brak wygodnego narzędzia do czytania elektronicznych formatów). Mimo to nie wahałem się, bo jest to moim zdaniem najsłuszniejszy etycznie sposób dystrybucji kultury, do której każdy powinien mieć w miarę swobodny dostęp, skoro możliwości techniczne na to pozwalają. Dlatego wspieram tego typu inicjatywy, nawet jeśli z nich nie korzystam.
27-03-2013 11:47
~Negrin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
"Wyprzedażowy łowca" to nie jest pejoratywne określenie. Wręcz przeciwnie, na rynku gier komputerowych okresowe wyprzedaże na Steam oraz właśnie Humble Bundle sprawiły, że wielu graczy bez parcia na nowości (i/lub głębokiego portfela) nauczyło się cierpliwie czekać, aż coś fajnego pojawi się w niskiej cenie albo i za co łaska. Ale to nie będzie nigdy *podstawa* modelu sprzedaży. Na rynku są tysiące pozycji (zresztą różnorodność rynku wydawniczego jest jeszcze o co najmniej rząd wielkości większa niż na rynku gier, z którego wywodzi się idea HB), które dostępne są od ręki dla każdego, który ma na nie ochotę. Pakiety z góry wybranych pozycji - kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu w skali roku, jeśli BookRage znajdzie naśladowców - są dodatkiem, a nie alternatywą dla zwykłego "życia książkowego".

Nawiasem mówiąc, książka nie może być "za tania" - również dlatego, że czytelnik straci do niej szacunek. Jeśli nawet, załóżmy, przy maksymalnym cięciu kosztów e-book mógłby kosztować 5 złotych, za to kosztem totalnej minimalizacji rynku, natomiast cena ustalona na poziomie 10 czy 15 złotych pozwoliłaby wydawcom na swobodę, podjęcie ryzyka wydawniczego, opłacenie tłumacza itp., to zdecydowanie jest warto za to płacić, szczególnie że przeciętny czytelnik konsumuje książkę, powiedzmy, kilka tygodni, więc inwestycja rzędu np. 30 złotych miesięcznie nie nadwyręży niemal niczyjego budżetu. Sam jestem tłumaczem, więc bynajmniej nie jestem zainteresowany kurczeniem się rynku - ale myślę, że podobnie nie powinno ono interesować pisarza. Inna sprawa, że fakt: w tym utopijnym świecie wydawniczej partyzantki przyszłości miałby, jak rozumiem, rządzić swego rodzaju self-publishing, przynajmniej częściowy, co oczywiście byłoby z korzyścią dla twórców rodzimych, a ze stratą dla zagranicznych oraz ich tłumaczy. Czyli dotychczas wydawało się, że pisarze i tłumacze stoją po tej samej stronie barykady, "zjednoczeni przeciwko wydawcom", a teraz miałby się między nami zarysować nowy podział ;)
27-03-2013 12:45
~Marcin

Użytkownik niezarejestrowany
    Bundle
Ocena:
+1
Wszelkiej maści Zestawy/Komplety, jak opisana akcja BookRage to przede wszystkim okazja do promowania nazwiska a nie zarobku dla autorów.

W moim przekonaniu Negrin trafnie zdiagnozował, że komplet traktowany jest przez kupujących jako "wyprzedaż" z tą różnicą, że towar nie jest czymś co schodzi z rynku i jest łapane "byle tanio" ale jest pewnego rodzaju degustacją. Przeczytałeś część pierwszą z 14 za półdarmo, polubiłeś bohaterów... to może chcesz więcej?

W akcji Kompletu masz więc okazję spróbować prozy kilku autorów w okazyjnej cenie, nawiązać wstępną relację - a jeśli spodoba Ci się ich twórczość to napisali już inne książki dostępne na ich stronie/na stronie Kompletu. Wpisując kod promocyjny ze strony Twojej historii koszyka zakupów możesz zakupić je taniej o 20%.

A wersji elektronicznych i osób chętnych by czytać książki w elektronicznej formie będzie coraz więcej. Bo komórka to jednak nie właściwy czytnik.

Za to kluczowe stanie się dotarcie do czytelnika a nie wydanie książki.

Na chwilę odbiegając od tematu, czytałem, że autor ze sprzedanej fizycznej kopii książki w Polsce dostaje około złotówki. Jeśli więc dostanie 5 złotych (ale już nie honorarium autorskie - dobre odwrócenie ryzyka, jeśli autor pisze słabo/nie ma dobrej promocji to wypada z rynku ale za to wydawnictwo chetniej zaproponuje jego książkę) to robi świetny interes. I to przy promocji. Ludzie, którzy nie kupiliby Zimniaka dają mu pieniądze. A pomyśleć, że część z nich polubi jego twórczość i kupi inne książki ale już nie w promocji!

Wracając, wydawnictwa elektroniczne pozwolą autorom przez krótki najbliższy czas stać się przedsiębiorczymi pisarzami bez konieczności opłacania druku, składu, magazynowania i "sklepowych półek".
Jedynie na krótki czas, bo teraz dotarcie/przebicie się z książką elektroniczną jest stosunkowo łatwe.

W przeciągu najblizszych kilku lat rynek zostanie zalany masą tanich pozycji elektronicznych i główną pracą wydawnictw będzie marketing... i selekcja.

Poniekąd kupienie elektronicznej książki "Firmy A" będzie gwarancją jakości.

Obecnie gwarancją jest potrzeba przetrwania wydawnictwa - bo druk to jest inwestycja. Gdy wydaje się książkę elektroniczną znacznej części kosztów nie ma, a wraz z tym znika ryzyko. Jedyne ryzyko (i aż ryzyko) to dobre imię firmy. Później dojdzie praca i marketing - ale te nie zużywają fizycznych surowców (jedynie pot i łzy).

[Gdybym na przykład w tym miesiącu zaproponował, że podrzucę do BookRage moją książkę z szuflady zupełnie za darmo - zakładając, że książka jest dobra, ale autor zupełnie nie znany - tylko jako promocję, to istnieje szansa, że by ją przyjęli i dorzucili do kompletu. Za rok przy 10 BookRage'u może to nie być takie proste.]


ps. A wydawnictwa nie chcą obniżyć cen ebooków bo wydają fizyczne kopie książki - gdyby ludzie zaczęli kupować ebooki za 10zł to książki za 50zł przestałyby schodzić. [Pytanie też czy serwisy oferujące ebooki przestały pobierać 50% ceny bo ich koszt też znacznie spadł - czy tłumaczą to nie kosztem trzymania ebooków ale polerowania kodu strony, odkurzania serwera i konieczności wysyłania maili z autorespondera]. Czyli koszt wydania wersji papierowej dodatkowo by wzrósł (przez zmniejszenie popytu). A ludzie na razie nie kupują tylu elektronicznych kopii by wydawnictwom opłacało się zmniejszenie popytu na fizyczne kopie w zamian za zwiększenie popytu na wersje elektroniczne.

ps2. Gdyby ludzie kupowali głównie wersje elektroniczne, to fizyczna kopia w księgarni świadczyłaby niejako o jakości książki. A przez to była inwestycją w promocję tytułu.
27-03-2013 12:55
~Negrin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Dodam jeszcze, że w epoce cyfrowej konsumenci cenią wygodę jak mało co. Dominacja Steama na rynku gier PC czy Amazonu na rynku anglojęzycznych ebooków świadczy o tym, że zniosą nawet DRM, pod warunkiem, że nieinwazyjny, oraz dość wygórowane (poza promocją) ceny, jeśli w jednym miejscu będą mieli "wszystko" i "szybko". Nie bronię quasimonopolistycznych praktyk Amazonu i Steama, ale zapewnienie konsumentowi wygody, jakiej oczekuje, również kosztuje. A z kolei tylko bardzo niszowy odbiorca będzie miał ochotę samodzielnie penetrować internet za pomocą "sprawnych wyszukiwarek".
27-03-2013 12:56
~Marcin

Użytkownik niezarejestrowany
    ad Negrin
Ocena:
0
Jak napisałem wyzej, wydawnictwa pozostaną bo będą marką świdczącą o jakości wydawanej pozycji. A to pozwoli im wydawać książki tłumaczone. Self-publishing jest tylko tymczasowy.

Za to obawiam się, że tłumaczenia z czasem mogą przyjąć formę kickstartera...
Czyli np. dostajecie kilka rozdziałów przetłuamaczonych a resztę przetłumaczymy gdy uzbiera się X osób chęnych na zakup.

Ale pewnie zanim to nastąpi to nauka języków przyspieszy na tyle, że tłumaczenia nie będą konieczne. Autor przetłumaczy książkę na angielski/mowę wspólną a odbiorcy sobie dalej poradzą.
27-03-2013 13:06
~Marcin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Albo wyobraźcie sobie, że autor obwieszcza, że ma trzy koncepcje na książkę... i kickstarterowo/indiegogo/polakpotra fi zbiera na tę, którą ma napisać jako pierwszą.

Co za czasy!
27-03-2013 13:08
dzemeuksis
   
Ocena:
+1
A wydawnictwa nie chcą obniżyć cen ebooków bo wydają fizyczne kopie książki - gdyby ludzie zaczęli kupować ebooki za 10zł to książki za 50zł przestałyby schodzić.

Za tym kryje się założenie, że są to równoprawne zamienniki. Nie wydaje mi się to prawdą. Są książki, które chcę mieć w wersji tradycyjnej i są książki, które wystarczą mi w wersji elektronicznej. Zależy to od tytułu, nie ceny. Wydaje mi się, że wiele osób się ze mną zgodzi.

Poza tym, może po prostu tradycyjny sposób wydawania w kontekście obecnego rozwoju techniki jest przestarzały? Może przyszłość należy do wersji elektronicznych uzupełnianych o opcję "drukuj na żądanie"?

Za to obawiam się, że tłumaczenia z czasem mogą przyjąć formę kickstartera

Czego tu się obawiać? Nigdy wcześniej nie było tak dobrze dla chcących publikować, jak jest dziś. Możliwości jest coraz więcej - w kwestii formy wydania, pozyskania funduszy, promocji, etc. Zamiast trzymać się kurczowo przestarzałych modeli, lepiej brać co najlepsze z nowych rozwiązań i udoskonalać, udoskonalać, udoskonalać...
27-03-2013 13:09
Wiedźma
    VAT
Ocena:
+3
Wiecie, z tym VATem na e-booki we Francji i w Luksemburgu to nie do końca tak, że oni sobie podatek bezkarnie obniżyli. Zrobili to wbrew przepisom dyrektywy, co niesie ze sobą pewne konsekwencje prawne. Niemniej, jak dotąd, niespecjalnie dotkliwe. Tak w dużym skrócie:

1) Postępowanie przed KE jest skomplikowane i długotrwałe. Zanim zostanie nałożona jakakolwiek kara oba państwa zaoszczędzą na niższym podatku, a dodatkowo po drodze mogą zmienić przepisy sprzeczne z dyrektywą. Możliwości manewru jest tu kilka.

2) Oba państwa liczą na przychylną interpretację Trybunału Sprawiedliwości w przyszłości (w świetle komunikatu KE z końcówki 2011r. o tym, iż podobne towary i usługi powinny być jednakowo opodatkowane).

@Scobin
Wspomniane przez Ciebie rozróżnienie stawki podatkowej w zależności od nośnika jest prawdą na gruncie polskiej ustawy (nie tylko polskiej zresztą). I choć na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, to jednak jeśli weźmiesz pod uwagę np. użycie systemów DRM w celu zabezpieczenia plików i cały proces związany z zyskaniem dostępu do informacji, okazuje się, że niezaprzeczalnie mamy tu do czynienia z usługą świadczoną drogą elektroniczną (bo o ten konkretny rodzaj usług w tym przypadku nam chodzi).

To tyle mojej prawniczej tyrady ;). .
27-03-2013 14:22
raskoks
   
Ocena:
0
akurat idea takiej sprzedaży wywodzi się z akcji humblebundle - na ktorej poczatkowo sprzedawane byly gry indie :). aktualnie ta metoda sprzedazy sie mocno rozrosla - i az dziw ze dopiero teraz pojawily sie tego typu akcje na ebooki.
Wydaje mi sie ze cena 5 zl za ebooka jest nawet troche za mala - spokojnie powiedzmy 10 zl wydaje sie sensownym rozwiazaniem dla obu stron - ale aktualne ceny (nie promocyjne) sa na poziomie wydan papierowych. I to jest rzecz ktora musi sie zmienic.
27-03-2013 14:22
Gregnar
   
Ocena:
0
Z VATem to jest kretynizm na całej linii. Ebook w świetle przepisów UE traktowany jest jako usługa nie towar co pogłębia przekonanie, że piractwo to nie kradzież, w końcu nie da się ukraś usługi. Taki stan rzeczy raczej nie poprawi w Polsce sytuacji e-towarów. Podobno Tusk jest za 5% VATem dla ebooków, ale nie oszukujmy się ten koleś wali populistycznymi tekstami na lewo i prawo, zwłaszcza po wtopie z ACTA.

Chęcią zobaczyłbym jak potoczyłaby się cała akcja gdyby np. pojawiła się tam premiera Ćwieka, Pilipiuka czy Grzędowicza.
27-03-2013 14:40
~Marcin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
@dzemeuksis
Jest sporo książek, które wolę mieć w wersji papierowej. Jest to większość tych wartościowych. Jest też sporo książek, które w moim przekonaniu niepotrzebnie wydawane są na papierze. Ale tych prawdopodobnie nie kupię jako ebooka. Chyba, że dostanę je w pakiecie typu "cała proza Pilipiuka na dyskietce/pendrive za 5zł".

Za to wydawnictwo będzie miało problem z określeniem, które pozycje wydać w wersji hardcover-papier a które w elektronicznej. Jeśli część produktów wydadzą w wersji papierowej za 50zł a część tylko w elektronicznej i to za 10zł to jest to jawna deklaracja wartości produktu. Za to wydawanie wszystkich książek w wersji papierowej gdy cena ebooka będzie na poziomie 10zł się nie opłaca bo te książki wrócą do magazynu i trzeba będzie je przemielić albo obniżyć koszt.
Jak ktoś wspomniał, dużo prawdopodobniejszy jest wariant print-on-demand. Pewnie w wersji kickstarterowej/druku dodatków do planszówek, gdzie nie drukują pojedynczej kopii (można ale drożej) tylko zbierają zamówienie na 1000 i wtedy rusza partia.

ps.
Wydawnictwom nie opłaca się też obniżać postrzeganej wartości książek. Bo jak klient przywyknie do książki za 10zł (a ilosć kupionych książek bardzo szybko ograniczy czas na ich przeczytanie czyli obrót dla wydawnictwa zostanie mniejszy) to możliwe, że niechetnie przeznaczy np. 30zł (Za elektroniczną bądź papierową).
27-03-2013 18:10
Scobin
   
Ocena:
0
@Wiedźma

Dzięki za wyjaśnienia! Natomiast może powinienem uściślić: nie przeszkadza mi to, że sprzedaż książek elektronicznych jest kwalifikowana jako usługa. Martwi mnie tylko efekt końcowy.
27-03-2013 18:42
dzemeuksis
   
Ocena:
+1
Jak ktoś wspomniał, dużo prawdopodobniejszy jest wariant print-on-demand.

Szczegół, ale to właśnie ja o tym mówiłem.

Jeśli część produktów wydadzą w wersji papierowej za 50zł a część tylko w elektronicznej i to za 10zł to jest to jawna deklaracja wartości produktu.

Zupełnie inaczej to odbieram. Dla mnie to po prostu różnica wynikająca z kosztów wydania i dystrybucji. Może ktoś z branży się pokusi o rzetelny kosztorys? Przy założeniu kilku wariantów nakładów, np. 200, 1000, 5000, 10000?

I nie są to czcze słowa - mówię o realiach, nie gdybaniu. Nabyłem Klanarchię i dodatek oraz kilka produktów Gramela w PDF za ułamek ceny papierowych wydań.

Skutek był taki, że poznałem mechanikę Savage Worlds i w przypadku Deadlands (też od Gramela) zdecydowałem się nabyć papierową wersję i to nawet kolekcjonerską. Podobnie zamierzam nabyć papierowe wersje wspomnianych wcześniej PDFów w przypadku, gdy będę chciał zrobić z nich użytek inny, niż samo posiadanie.

Jedna prosta sprawa: wydania papierowe nie umrą tak szybko, ale już niedługo nikt nie kupi wydania papierowego, jeśli w cenie nie dostanie wersji elektronicznej. Którzy wydawcy jako pierwszy to zrozumieją, ci zostawią w tyle pozostałych.
27-03-2013 20:20

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.