string(15) ""
» Blog » Bob Karkoskręt
22-09-2013 19:23

Bob Karkoskręt

W działach: RPG, BG | Odsłony: 106

Bob Karkoskręt

Od dłuższego czasu nęci mnie myśl o opisaniu postaci, którymi grywałem tu i ówdzie więcej niż jedną sesję. Nie wiem czy ma to jakąś wartość inną niż nostalgiczną, ale co tam.

Jak to się zaczęło?
 Zacznę od mojej pierwszej postaci (z dobrych 6-7 lat temu), stworzonej tuż po tym jak kumple powiedzieli mi o RPGach i spytali czy chcę zagrać (wiecie, jest to nieśmiałe zagadanie rpgowców mające coś wspólnego z zaproszeniem do sekty albo trójkącika:D). Grać mieliśmy w nic innego jak Dungeons&Dragons w wersji zawieszonej gdzieś pomiędzy 3.0 a 3.5 - takie branie co nam się podoba po trochę z każdego. Jako, że już w zerówce na prośbę pani o wymyślenie liczby lubiłem poszaleć, tak też tutaj - pierwsza myśl: będę grał krasnoludem druidem! Kumple jednak spojrzeli tylko na mnie. Zrozumiałem i już po chwili miałem gotową postać krasnoluda barbarzyńcy z krasnoludzkim toporem bojowym. Nazywał się Bob Karkoskręt i nie miał zbyt dużo własnej historii poza: jestem barbarzyńcą i mam topór.
 Pierwsze sesje mijały błogo na zarzynaniu potworków, jako newbie początkowo nie zakumałem "odgrywania postaci" i mój barbarzyńca z Int 10 troszeczkę zbyt dużo kombinował i usiłował stosować Taktykę. Co by nie było, miło wspominam te czasy. Zabijanie smoków, nieumarłych, elfów, bandytów i wszystkich innych plugawych stworów. Szybko też dorobiłem się ulubionego topora 1k10 z umagicznieniem +1k4. Czas płynął, stwory ginęły, złoto się gromadziło, level rósł. Marzenia o zostaniu Karmazynowym Barbarzyńcą (jakaś prestiżówka z forum poltera) przerwały jednak gwałtowne i doniosłe wydarzenia.

Macki, morderstwo i pokuta
 Zaczęło się niewinnie od bajkowej sesji prowadzonej przez kumpla, który z reguły grał z nami. Sprawa prosta jak drut - druid z lasu prosi o odzyskanie z dziwnych podziemi jego własności. Pewnie, spoko. Tak więc razem z towarzyszem (półorczym kapłanem Thora) schodzimy po języku wielkiej ropuchy w wilgotne i zatęchłe podziemie. Wbrew pozorom początkiem wszystkiego nie były następujące potem walki z minotaurami, smokożółwiami, nurkowanie w podziemnym morzu czy inne bohaterskie czyny. Ot, zwyczajnie skakałem nad rozpadliną z ukrytą pułapką - buchające ze środka płomienie spaliły mi ze szczętem brodę. Krzyk musiały usłyszeć minotaury, smokożółwie i pewnie nawet drowy w Podmroku. Cóż, misja dobiegła końca, wróciliśmy do druida. Tu jednak siwobrody staruszek uradował me serce. Okazuje się, że ma miksturę, która po wypiciu może sprawić, że broda odrośnie. Jest tylko jeden szkopuł: jeśli mój organizm źle przyjmie eliksir skutki mogą być nieprzewidywalne. Gdzie mi będzie jakiś miłośnik natury gadał. Biorę miksturę i piję. Trzy rzuty na wytrzymałość (przy bazowej wytrzymałości 11) - jeden udany, dwa oblane. Ale broda odrasta! Tylko że jako pęki wijących się macek. Druid wzrusza ramionami i odchodzi.
Tak więc Bob stał się krasnoludem z mackami zamiast brody. Próby znalezienia lekarstwa spełzły na niczym, brać krasnoludzka podśmiewała się pod wąsem. Zbyt duża presja. W tym miejscu należy wspomnieć, że postaci, którymi graliśmy nie przepadały za elfami, słowem panowało podejście: "Elfy to pedały." Tutaj zaczyna się dramat, bowiem w drużynie mieliśmy elfią zaklinaczkę, często działająca na stalowe krasnoludzkie nerwy swą niepohamowaną radością życia i elfickości. W końcu stało się najgorsze. Zszargane nerwy Boba puściły. Złakniony topór unurzał się we krwi elfiej czarownicy. Jej odrąbana głowa potoczyła się u wrót portalu na Plan Cienia.
 Zamordowanie własnego towarzysza i to w dodatku rannego nie jest chwalebnym czynem. Nie jest honorowym czynem. Jest podłością i złem. Z czasem przyszła relfeksja, wstyd i hańba. Bob Karkoskręt chcąc odpokutować wstąpił na ścieżkę Krasnoludzkiego Zabójcy - krasnoludy jako drogę odkupienia widzą zabijanie złych i wielkich potworów, ewentualnie śmierć w walce z nimi (klasa będąca jakimś dedekowym remake'iem Krasnoludzkiego Zabójcy Trolli). W kolejnych przygodach skupiłem się na polowaniu na potwory oraz ochronie innej towarzyszki broni - Doth, półelfiej druidki. Znowu pojawiły się smoki, czarty, a nawet Terramora. Owszem, zdarzyło się też, że zostałem zmuszony do zabicia paru niewinnych osób - nigdy jednak towarzyszy z drużyny.

Najlepsze chwile i setki toporów
Do najmilej wspominanych momentów gry Bobem Karkoskrętem  zaliczam kilka rzeczy.
Walka z drowką - moment poznania się z postacią koleżanki - drowem kobietą łotrzykiem. Po prostu weszła do karczmy, w której siedziałem. Wtedy się zaczęło. Przez dobre półtorej godziny ścigaliśmy się po karczmie, usiłowaliśmy zasztyletować, porąbać czy udusić używając wszystkich możliwych magicznych itemków i skilli. Piękne sceny czajenia się z toporem w drzwiach kuchennych (i ścięcie dwóch Bogu ducha winnych kuchennych), pojawianie się w rozbłysku ognia 3k6 czy pranie ławkami po ryjach. W tym wszystkim asystował nam oddział zbrojny straży, usiłujący zapanować nad sytuacją. Karczma spłonęła, a my ledwo żywi trafiliśmy do lochu.

Zamach na księcia Winterlong - z lochu prosto w szpony Tajemniczej Gildii, która zleciła nam zamach na owego księcia. Jako, że wyboru nie było, wybraliśmy się na zamek Winterlong. Z jakiś przyczyn Gildia oczekiwała, że załatwię sprawę po cichu. Natomiast tuz po trafieniu na wystawną ucztę, oczarowałem księcia opowieścią o walce z armiami demonów i samym Lucyferem (w czasie opowieści jako krasnolud wlazłem na stół i przechadzałem się nim w tą i z powrotem). W finale opowieści ("I mówię Lucyferowi, patrząc w jego czarne jak Otchłań ślepia: Możesz mnie zabić, ale czy masz odwagę? Pytam: CZY MASZ ODWAGĘ?!?!!!") wywaliłem cały magazynek wielkiego rewolweru (fantasy wersja magnum 44) prosto w twarz księcia, by następnie salwować się ucieczką przez okno. Strasznie dużo frajdy.

Major Makrela - i chyba najlepszy element sesji. Major Makrela był kozłem. Kupionym w reakcji na przypadkowe ogłoszenie napotkane na słupie w jakiejś mieścinie. Od tej pory towarzyszył nam prawie zawsze, z niezmąconym spokojem podążając za Bohaterami oczyszczającymi lochy z orków, skrzynie ze złota i świat ze zła i plugastwa. Nie miał żadnych super zdolności, nie dawał buffów, jedyne co robił to podgryzanie losowych przedmiotów, mówienie: Me! i włóczenie się z nami. Mimo to był najlepszym z towarzyszy. Kiedyś został nawet głową mafii, ale to już inna historia.

Bob Karkoskręt dysponował również całą masą zdobytych tu i ówdzie magicznych przedmiotów, dosłownie grube kilogramy. Katana czarna jak noc i pozwalająca na przejście tam i z powrotem na Plan Cienia, diadem pozwalający zniknąć i pojawić się w wybuchu ognia 3k6, topór osnuwający ofiarę pajęczyną, trójząb przywołujący fale, hełm kontrolujący poziom wody, sztylet z ostrzem zmieniającym się w 3 metrową mackę, hełm widzenia niewidzialnych, pierścień +2 do Siły, antymagiczne kamyki, rękawica do przywoływania punktowych macek o małych obrażeniach i wisienka na torcie - obsydianowa figurka nosorożca pozwalająca na przywołanie piekielnego nosorożca (ta sama zasada co Guenhwyvar). A i sakiewka magiczna z ukrytą wewnątrz komnatą 3mx3mx3m, wypełnioną setkami różnych toporów. Ja i  tak używałem swojego starego topora z umagicznieniem 1k4.

 

Bob
Bob Karkoskręt nie był może niesamowicie finezyjną czy oryginalną postacią. Był krasnoludem z toporem. Był tez moją pierwszą postacią. I darzę go największym sentymentem. Czasem jeszcze zdarza się, że zagramy sesyjkę z Bobem. Że ubiję parę potworów i uczynię świat lepszym miejscem z pomocą starego dobrego topora bojowego 1k10+1k4.

1
Notka polecana przez: Jingizu
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.