string(15) ""
» Blog » Bo nie chce mi się odpowiadać Salantorowi na fejsbuku
11-06-2013 09:13

Bo nie chce mi się odpowiadać Salantorowi na fejsbuku

Odsłony: 404

Dwa wpisy niżej Salantor się żali na żalących się na rynek każuali. Nawet nie czuję, kiedy rymuję.
Pal sześć częstochowską twórczość. Odpowiadam.
Salantorze, cytując klasyka, mylisz niebo z gwiazdami odbitymi w stawie - w tym przypadku tym stawem jest twoje wyobrażenie na temat argumentów, które próbujesz zbić.
Bo tak naprawdę polemizujesz sam ze sobą, zupełnie nie dotykając istoty problemu, który chcesz zrajdować.
Komercjalizacja i każualizacja pewnych gałęzi rozrywki, które zwykliśmy uważać za nasze, nerdowskie (erpegi, planszówki, gry komputerowe, film fantastyczny otd), elytarne (tak to się wymawia w Stolycy, nie?) i wymagające jakiegoś poziomu wtajemniczenia niesie dużo zagrożeń.
Jako że wspomniałeś o równaniu do najniższego wspólnego mianownika, co jest moim kluczowym argumentem antykażualowym, ustosunkuję się do tego najpierw.
Zrobię to, podając ci prosty przykład filmu fantastycznego.
Oto chciałem sobie ja, elitarysta, pójść do kina na Iron Mana 3 ostatnio. Patrzę po repertuarach, wszędzie dubbing. Co jest kurde? Czyżby polski widz kinasuperbohaterskiego zdebilał do tego stopnia, że nie umie przeczytać napisów/nie rozumie po angielsku? Nie, patrzę, PG dla przedszkolaków praktycznie.
No tak, każualyzacja.
Przecież Hasbro podpisalo grubomilionowe kontrakty z Marvelem i wytwórnią na sprzedaż zabawek i gadżetów z filmu. Najlepsze są zabawki - hełm ajronmena, akszynfigur ajronmena (zbierz wszystkie kombinezony z finalowej walki ironmana!!!!!). Podpisało, i trudno wymagać, by mama gówniarzowi czytała w kinie. Trzeba zrobić dubing, by ośmiolatek posikał się z osomnesu i męczył całą żyjącą ancestrię o zabawki z ajronmena.
Do tego zero scen seksu, zero brzydkich wyrazów i praktycznie zero chlapiącej naokoło juchy - wszystko ładne, cukierkowe i miłe.
No i wychodzi nam tu to równanie do najniższego wspólnego mianownika - umiejętności czytania ośmiolatka i bezstresowe wychowywanie. Bo przecież jakieś dziecko w Ameryce mogłoby znowu wejść do klasy i powybijać rówieśników ze sztucera taty.
Dzięki temu właśnie równaniu do najniższego, poszerzaniu targetów i każualizacji fajny film zamienia się w bajkę dla dzieci.
Dlatego pewnie będę zawsze wspominał fruwające flaki z Aliens, "yuppikaiei maddafakka" ze Szklanej Pułapki czy gołe baby gwałcone w Mad Maksie 2. Tam się nikt nie pieścił z ośmioletnim widzem, nie równał do najniższego itd. Sceny były mocne, zapadały w pamięć i przez to były ważne. Dziś jest miałka papka, która ma zostać w głowie do następnej premiery blockbustera, gdy dzieciarnia znajdzie sobie kolejnego superbohatera. Na chwilę, w końcu dzieci szybko tracą koncentrację.

Obejrzałem IM3. Ale bez dubbingu. Niestety kino nie zarobiło na mnie. Nie szkodzi, zarobiło na 50 nastolatkach w moje miejsce, które mają problemy z czytaniem i/lub z angielskim.
I to właśnie tacy ludzie dziś tworzą rynek i są brani pod uwagę przy strategiach marketingowych.

To samo masz w RPG. Prosty przykład. Kiedyś był Zew Cthluhlu. Można było w tej grze robić wszystko - walczyć z przedwiecznymi, polować na wampiry, badać zakazane kulty, rozwiązywać zagadki detektywistyczne - grałem w to dużo i długo swego czasu, czasem będąc wiktoriańskim artystą, czasem gangsterem czasów prohibicji, czasem lekarzem polowym na plażach Normandii, czasem oficerem bezpieki penetrującym bunkry nazistów na Mazurach, a czasem agentem Moulderem. Jedna gra, tyle możliwości. Wystarczyło trochę wysilić szare komórki, pogrzebać w encyklopedii i już był pomysł. Były crossovery z Deadlands, z CP2020, jeśli naprawdę już ktoś musiał.
Dziś mamy dziesiątki, jeśli nie setki mutacji ZC. Delta Green. Cthluhlutech, Achtung Cthluhlu. Itd. Każda oferuje nieco inne spojrzenie na Mity - tutaj komandosi nawalający do mitów, tam ludzie w wielkich robotach z mackami, jeszcze obok - IIWW + Mity.
Bo przecież nie można dziś wymagać od odbiorcy erpegowego, najpewnie zarekrutowanego z WoWa albo Baldursa, żeby sam takie rzeczy wymyślał. Nie, on chce mieć wszystko podane, przyszykowane i gotowe. Najlepiej w małej objętości, bo kto ma dziś czas na czytanie? Nie po to ma internet, żeby używał wikipedii.
Taki właśnie mamy dziś rynek rpg. Jak chcesz kombo macki + komandosi + kosmici + wampiry + steampunk to kupujesz A, a jak chcesz macki + kosmici + wilkołaki + steampunk + kosmos, to kupujesz B.
Najlepiej na 3, 4 sesje, bo potem i tak ci się znudzi. Nawet powinno, bo przecież trzeba zaraz wydać kolejną grę C, tym razem o mackach + kosmitach + gołych babach.
Kiedyś wystarczył Zew.
Jasne, dzięki takim rozwiązaniom teoretycznie do hobby napływa więcej ludzi. Niekoniecznie kreatywnych, niekoniecznie zdolnych w tym kierunku - no tak, każuale, im trzeba wybaczyć wszystko. Ma być egalitarnie, każdy ma mieć swoją niszę i co najważniejsze - każdy, ale to każdy MUSI się dobrze bawić. MG musi zabawiać gracza debila, który jak ten ośmiolatek - czytać nie lubi, angielskiego nie zna, ale zabawkę z ajronmena chce. Gracz musi znosić fochy debila MG, którego wyobraźnia ogranicza się do przywoływania z pamięci lejbmotivów z Baldursa i prowadzenia scenariuszy z internetu, których nawet do końca nie przeczytał, o zrozumieniu już nie wspominając.
Dzisiaj nie masz "wczuwać się w postać", bo to dla idioty za trudne, a równamy wszak do najniższego wspólnego mianownika. Dziś masz przestawiać pionki na siatce taktycznej i maksować statsy - bo skoro tylu ludzi przeszło na rpg po baldursach i wowie, to trzeba sprawić, by poczuli się jak w domu.
Nikt dziś nie zwraca uwagi na dramaty takich młodych ludzi, którzy po paru sesjach są wykopywani z drużyny, bo mają własną, jedyną słuszną wizję RPG. Nie zwraca, bo to by oznaczało, że ten egalitaryzm to może jednak budzić problemy. A przecież tego nie chcemy, prawda? Bad for biznes.
Poza tym jest przecież internet, tutaj można się pożalić na świat i "gupich współgraczy", na pewno znajdzie się ktoś kto poklepie po pleckach i powie: "nie martw się, oni faktycznie som gupi".
Kiedyś taki delikwent wykopany z drużyny nie miał wyjścia, nie miał wianuszka na fejsbuku który by go wspierał w jego (zaniżonych) aspiracjach. Znikał z firmamentu lokalnego światka RPG i robił coś innego.
Działała wtedy swoista selekcja naturalna. Nie pasowałeś do drużyny - won, i niewielka szansa że znajdziesz inną w okolicy. Dziś tej selekcji nie ma, bo każdy ma prawo do zabawy, nawet leń niegramotny. No i mamy to co mamy.

Gry komputerowe podobnie jak filmy, nie ma co powtarzać argumentów.

Literatura? Coraz więcej syfu w stylu Zmierzchu i jego klonów, sterowanych strategiami sprzedażowymi empiku i jego klonów. Coraz więcej "fantastyki młodzieżowej" - no tak, dla nastolatka Lem czy Sapkowski może być za trudny. Ale tu chyba ogólnie jest dobrze, jak już się człowiek przedrze przez ocean kolorowych okładek kopii przygód Harrego P.

Planszówki? O, to jest miejsce dla każuali. Tutaj jak najbardziej eksperyment się udał.

Bitewniaki? Granie śmietnikiem wśród rolek papieru toaletowego i pudełek po butach to tylko w Polsce - ale ogólnie tutaj jest niski poziom każuali.

Ogólnie rzecz biorąc - od kilku dobrych lat mam wrażenie, że moje hobby karleje i debileje, sterowane mocami internetu i targetów sprzedażowych. By każdy znalazł w nim coś dla siebie trzeba zejść do wspólnego najniższego mianownika. Innymi słowy - stać się każualem, tak jak Oni.

Elitaryzm forever! :)

Komentarze

Autor tego bloga samodzielnie moderuje komentarze i administracja serwisu nie ingeruje w ich treść.

Z Enterprise
   
Ocena:
+1
@jakkubus

Gracze płynący statkiem (własnością jednego z nich - akurat nieobecnego)

Jack Sparrow?

zostają zaatakowani przez orkowych piratów. Udaje się ten atak odeprzeć i zdobyć statek, ale ukryci w skrytkach korsarze atakiem z zaskoczenia odbijają swój statek i porywają jego właściciela wraz z narzeczoną (zostawiając swego szefa [BG] na pastwę losu).

"Piraci" Romana Polańskiego.
i "Karmazynowy Pirat" też.
Piraci z Karaibów także w sumie.

Drużyna dopływa do najbliższego portu, próbując zdobyć informacje o zielonych i udaje im się skrzyknąć wyprawę na Wyspę Orków.

Piraci z Karaibów, część druga (a może trzecia?)

Po dopłynięciu okazuje się, że niemilców nieco za dużo, więc większość wojska odwraca ich uwagę, by gracze mogli zinfiltrować twierdzę.

"Piraci z Karaibów", część pierwsza.
i "Karmazynowy Pirat" też.

Gdy już znajdują ukryte wejście (co nie okazało się trudne, bowiem zdradzony przez orków gracz je pokazał), zaczynają przekradać się w głąb.

"300" ;)

Niestety nieudolnie, lecz na ich szczęście bez trudu zabijają strażników, zanim ci podnoszą alarm. Następnie docierają do bramy strzegącej drogi do Bestii, pokonują jej nieumarłych strażników i... sesja się akurat wtedy skończyła,

Bestia... jak w "Hello, Beastie", słynne ostatnie słowa Jacka Sparrowa do Krakena?
Nieumarli strażnicy - jak w załoga Czarnej Perły w jaskini z przeklętym skarbem w "Piratach z Karaibów"?

Piraci z Karaibów przewijają się praktycznie stale. Założę się, że były jakieś nawiązania do wyglądu, do lokacji, tego typu rzeczy.


Co do drugiej przygody - nie jestem w stanie, przyznaję, znaleźć inspiracji fabularnych, bo fabuła jest tak ogólnikowa (tzn tak opisana) że trudno znaleźć jakieś elementy charakterystyczne.
13-06-2013 19:09
jakkubus
   
Ocena:
+1
Jack Sparrow?

"Piraci" Romana Polańskiego.
i "Karmazynowy Pirat" też.
Piraci z Karaibów także w sumie.

Piraci z Karaibów, część druga (a może trzecia?)

"Piraci z Karaibów", część pierwsza.
i "Karmazynowy Pirat" też.


Zupełnie nietrafione. Jeśli miałbym wymieniać inspiracje, to raczej:
- "Dark Messiah of Might & Magic" - szturm na Wyspę Orków,
- przygoda "Oko Yrrhedesa" - w/w nieumarli strażnicy,
- Mit o Tezeuszu i Minotaurze - Bestia.

Z "Piratami z Karaibów" czy "Piratami" Polańskiego wspólnym elementem byli tylko piraci (chociaż też nie do końca, bo ci orkowie byli czymś pomiędzy klasycznymi piratami, a wikingami). A "Karmazynowego Pirata" nie widziałem.

"300" ;)

Ale to już nie moja inspiracja, tylko gracza.

Co do drugiej przygody - nie jestem w stanie, przyznaję, znaleźć inspiracji fabularnych, bo fabuła jest tak ogólnikowa (tzn tak opisana) że trudno znaleźć jakieś elementy charakterystyczne.

No cóż, ja też nie mam za bardzo pojęcia, o co tam chodziło. Wbiłem się na kilka sesji i co do fabuły wiedziałem niewiele (ot drużyna szuka jakiegoś Rodericka, który w pierwszej sesji, na której byłem zostaje znaleziony martwy, a jedyną rzeczą wyszperaną w jego umyśle był jakiś pierścień i imię Albert [chyba]). Kampania trwała od dłuższego czasu, więc nie za bardzo znałem starsze przygody drużyny, a jej finał nałożył się na moją sesję na studiach.

EDIT:

Założę się, że były jakieś nawiązania do wyglądu, do lokacji, tego typu rzeczy.

Owszem były, ale raczej nie miały wpływu na bieg zdarzeń. Z takich nawiązań teraz pamiętam jedynie inwokację Dragon Slave'a wypowiadaną przez maga rzucającego kulę ognia.
13-06-2013 19:53
   
Ocena:
0
Po prostu zigzag e głębi serca zawsze rpg nienawidził
13-06-2013 19:54
morał
   
Ocena:
+2
Jakkubus właśnie udowodnił tezę "opozycjonistów". Korzystał z Might & Magic, Oka Yrrhedesa i Mitologii, nie kazał się graczom zapoznać z wybranymi przez siebie źródłami. Gracze mogli podobnie jak Z widzieć przed oczami Piratów z Karaibów, Piratów Polanśkiego, Piratów Karmazynowych, czy jakichkolwiek innych piratów. Może oglądali One Piece, może czytali Wyspę Skarbów. Mogli też po prostu wiedzieć ze szkoły, że są piraci i to tacy ludzie co pływają i rabują. Idealny dowód na to, że ludzie nie są idiotami, mają ogólne pojęcie na temat gatunku i klimatu i pomimo nabycia tych kompetencji z różnych źródeł są w stanie się ze sobą dogadać i dobrze się bawić.

Prawda jest taka, że każda fabuła daje się sprowadzić do prostej, banalnej, niespecjalnie oryginalnej historii, pełnej różnego rodzaju kalek, ale takich, które można bez problemu odczytać bez konkretnego kodu referencyjnego. Motywów wspólnych dla wszystkich ludzi mających jakikolwiek kontakt z szeroko pojętymi dziełami kultury.

Różnica jest taka, że inspirując się albo możemy rzucać graczom w twarz nazwami własnymi z innych produkcji mówiąc praktycznie "to ukradłem stąd, to stąd, a to stamtąd, patrzcie jaki jestem fajny, jaki mam bogaty zasób, jakie kompetencje" i krzyczeć po nich jak nazwy własne im nic nie mówią, albo zachować nasze inspiracje dla siebie, cieszyć się, że gracze biorą nawet oczywiste zapożyczenia za nasze pomysły i pozwalając bawić się dobrze sobie i innym.

Nie mówiąc już o tym, że w sytuacji w których wszystkie historie jakie opowiadają ludzie można sprowadzić do kilkudziesięciu podstawowych motywów, wcale nie tak trudno jest wpaść na to samo co twórcy jakiegoś filmu i książki. To, że ktoś coś już wymyślił, nie przekreśla kreatywności jednostki.

Więc jeśli już nie jesteśmy wystarczająco kreatywni i musimy się czymś zainspirować, (co akurat nikomu chyba nie jest obce, przynajmniej raz na jakiś czas) to po co przyznawać się publicznie do swoich zapożyczeń i rujnować grę przede wszystkim graczom, ale w efekcie i sobie samemu? Żeby się popisać elokwencją? Żeby sterroryzować hedonistycznych graczy w myśl zasady "ja cierpię przygotowując a oni przychodzą na gotowe - nie, niech też pocierpią"? Co takiego jest wartościowe w tych zapożyczonych wątkach i nazwach własnych, że warto dla nich rujnować szanse na normalną, zdrową komunikację z graczami podczas sesji?
13-06-2013 20:16
Agrafka
   
Ocena:
+5
Ja bym całą tą dyskusję podsumowała słowami
-Jakie jest RPG każdy widzi
Oraz
-O gustach się nie dyskutuje (choć to nieprawda, ale na pewno nie łatwo przekonać drugą stronę do swoich racji

A kto nie grał w pierwsze Fallouty to i tak powinien. Nie dla MG. Dla siebie.
13-06-2013 20:26
Aesandill
   
Ocena:
+3
@ Agrafka
Ja dodam że NewVegas nie ustępuje o krok pierwszym falloutom, a poza tym pełna zgoda.
13-06-2013 20:58
Z Enterprise
   
Ocena:
0
Różnica jest taka, że inspirując się albo możemy rzucać graczom w twarz nazwami własnymi z innych produkcji mówiąc praktycznie "to ukradłem stąd, to stąd, a to stamtąd, patrzcie jaki jestem fajny, jaki mam bogaty zasób, jakie kompetencje"

Jak w Neuroshimie? Jak w Nemezis?

O tej pierwszej już było wyżej - tam nie ma co się kitrac z inspiracjami, można je przedstawiac otwarcie, bo to jeden wielki zlepek źle zamaskowanych, zerzniętych pomysłów. W Nemezis podobnie.

Jeśli ktoś czuje potrzebę "bogatego zasobu i kompetencji", to właśnie będzie ukrywał rzeczy osobiste, a gdy usłyszy: "e, to dokładnie jak w filmie X" to zaraz się obruszy, zaperzy i wyprze, twierdząc że sam wymyślił, albo że inspirację wziął z aleuckiej legendy którą przekazał mu dziadek sybirak, więc na pewno jej nie znacie.

Ja się nie wstydzę swoich inspiracji, chcę by gracze znali to, co i mnie inspiruje, a na podstawie tego można zbudować całą resztę. Mniej lub bardziej oryginalną.

Ba, taki zabieg "mrugania do widza" stosuje wielu pisarzy czy reżyserów, umieszczając w swoich dziełach znane (wtajemniczonym) memy.

Chociażby Sapkowski czy Verhoeven. Nie kryją się ze swoimi inspiracjami, wciskają je w twarz, a jak nie znasz ich memów, to tracisz połowę zabawy. W erpegach jest tak samo. Przynajmniej w tych, jakie lubię prowadzić i grac.
13-06-2013 20:58
jakkubus
   
Ocena:
+1
@zigzak

Ale jak za często mrugasz, to gracze gotowi pomyśleć, że to tik albo kurcz powiek. :P
13-06-2013 21:12
morał
   
Ocena:
+2
Tyle, że odniesienia w literaturze i filmie, nierozumiane, nie niszczą odbioru całości, autonomicznego jednak, dzieła. Nie zauważyłeś nawiązania - wszystko jest nadal zrozumiałe i jasne, czytasz, oglądasz dalej i bawisz się dobrze. Autor nie przychodzi tłuc Cię laską po głowie i wyzywać od idiotów.

Co więcej, podając graczom listę inspiracji mówisz im dokładnie czego mają oczekiwać, czego się spodziewać. W efekcie sama sesja będzie odebrana jako nudna, wtórna i raczej męcząca. Gracze którzy film obejrzeli chcą być sobą, a nie odtwarzać sceny z filmu. Moim zdaniem takie działanie odbiera im wolność działania, a w przypadku co bardziej bezwzględnych mistrzów - iluzję, że mają wolność działania. A niezadowoleni gracze, to niezadowolony MG, bo sesja była zła.

Robienie czegoś takiego, to tak jakby na początku seansu pojawiła się lista "przeczytaj to, to i to, obejrzyj to i to, a jak nie, to w********j z dala od mojego filmu". Sądzę, że na takim seansie mało kto by został i opierając się na prostej analogii, widziałbym to jako główną przyczynę w trudnościach ze znalezieniem graczy. Mistrz gry, jako twórca, taki sam jak pisarz czy reżyser, powinien mieć szacunek do swoich odbiorców, niezależnie od zawartości ich zasobu wcześniejszych doświadczeń kulturowych.
13-06-2013 21:16
Agrafka
   
Ocena:
0
Aes - o NV nie pisałam, bo kłótnia była tylko o 1 i 2 kontra 3. Ale w pełni się zgadzam, NV zmazało niesmak po trójce.
13-06-2013 22:21
Z Enterprise
   
Ocena:
0
@jakkubus - więc sztuka w tym, by nie przesadzić oczywiście.

@ morał
Pierwszy akapit - to zależy od dzieła. Jeśli obejrzysz "Equilbrium" nie znając "Fahreheita 451", to zobaczysz tylko powierznię filmu, czyli kopaninę Christiana Bale'a w choreografiach z Matrixa.
Ale patrząc przez pryzmat Fahrenheita, być może odkryjesz coś więcej w tym filmie.
Oczywiście, film się może podobać (lub nie) i bez tego.
Na sesjach podobnie. Kilka przykładów podałem wcześniej w dyskusji. Nawet z prostej historii można zrobic coś ciekawego, pozwalając graczom nałożyć na nią klisze - a nawet zachęcając ich do tego.

akapit 2 - nie mówię im, czego mają oczekiwać. Podsuwając sugestię "spawacza w zamrażarce" czy "żebraka z trąbką" nie daję graczom jasnego sygnału, że na sesji będzie się działo to co w filmach, do których nawiązują.
Przykład ze "spawaczem", przetestowany w grze - statek rzeczywiście się rozbił (a właściwie miał przymusowe lądowanie) , jak w "Pitch Black", na pustyni. Gracze, już wcześniej podenerwowani obecnością spawacza, zaczęli się zachowywać paranoicznie, poganiając załogę by kończyła naprawy przed zachodem słońca, żeby pilnowali "spawacza" w lodówce, zakazując się oddalać od statku...
W przygodzie chodziło o to, że przemytnicy (załoga statku) użyli "awaryjnego lądowania" żeby przekazać towar (po zmierzchu) czekającym w niedalekich wzgórzach pośrednikom. Spawacz w lodówce był trupem, przesyłką kurierską 2 klasy, którą wysłano biednej rodzinie pechowego górnika.
Drużyna miała otwartą ścieżkę tego, co zrobią gdy się dowiedzą, że to przekręt załogi.
Ale bez narastającej paranoi graczy, spotęgowanej dodatkowo informacją, że "spawacz" nie żyje (o kur..., to kto teraz nas obroni przed potworami?), przygoda nie byłaby nawet w połowie tak ciekawa jak rzeczywiście była. Ot, wylądowaliby na planecie, pomogli naprawić statek, poszli spać i rano by odlecieli. Wystarczyło stworzyć odpowiedni nastrój u graczy, by sami zaczęli interesować się tym, co się dzieje, jaka jest sytuacja... wyszło naprawdę interesująco, chociaż zupełnie inaczej niż w Pitch Black, historia nie miała nic wspólnego z tym filmem, oprócz tego, że w lodówce był spawacz, wylądowali na pustyni i zapadał zmierzch. Gracze "byli sobą" czy raczej swoimi postaciami, a nie postaciami z filmu.
Czy odebrało im to wolność działania? Zmanipulowałem ich? Mieli kompletną dowolność wyboru, mogli robić co chcieli. Nastawiłem ich, przyznaję, na taką percepcję, ale de facto to oni zrobili przygodę z kilku warunków wstępnych, jakie im rzuciłem. Scenariusz, mam wrażenie się podobał.
Oczywiście ta sztuczka nie działa zawsze tak samo, trzeba wprowadzać różne sztuczki i zaskakiwać.
Zasadniczym celem jednak poznania preferencji OBU stron jest znalezienie wspólnego języka. Jeśli gramy w fantasy z kimś, kto nie zna fantasy, to na pewno pojawią się sugestie zapoznania się z pozycjami kulturowymi, które współgracze czy MG zaproponują. Przypomnę, że to jednak MG, a nie gracze wymyśla scenariusz. Po konsultacjach z graczami, ok (w co chcielibyście grac?) , ale jednak ostateczna decyzja tego, jaki klimat chce zbudować, jakie archetypy wykorzystać, jak zaplanować fabułę należy do MG. I to gracz w tym przypadku powinien się dostosować, po tym jak mg się dostosowuje do graczowej wizji grania. Kompromis.
Jeśli gracz tego nie zrobi, nikt mu głowy nie urwie. Ot, będzie się po prostu gorzej bawił, bo nie chciało mu się zajrzeć do proponowanych pozycji.


Akapit 3 - nie. W tym przykładzie gracz to nie tylko widz, ale także aktor - a aktorowi opierdziel jak najbardziej się należy, gdy trzeba powtarzać ujęcia, bo się nie przygotował do roli.
Szacunek aktora do widza (tu:pozostałych graczy, ale i mg) jest jeszcze ważniejszy - jesli olewa wszystkich naokoło, to prędzej czy później wykopią go z ekipy, albo film padnie, albo będzie kiepski i zjechany przez krytykę. A chyba żaden reżyser tego nie chce.

To tak jak recenzent, który po obejrzeniu filmu w kinie stwierdza "film mocno nawiązuje do dzieła A i dzieła X, znalazłem tam też charakterystyczny styl B, który mogliśmy podziwiać w filmie F". Możesz pójść na ten seans, nie znając AXBF - ale być może stracisz coś ważnego.
W przypadku gracza, który jest równocześnie widzem i aktorem takiego "filmu", to przypomina sytuację, gdzie ani nie zna referencji kulturowych które dostrzegł krytyk, ani nie przeczytał scenariusza, ale zabiera się za odgrywanie roli, która ma zachwycić miliony widzów i zapewnić pierwsze miejsca w Top Chartach. I równocześnie jako widz ma się nią zachwycać.


13-06-2013 22:21
jakkubus
   
Ocena:
+3
@zigzak

Co do "spawacza w zamrażarce", zachowanie graczy było nielogiczne i metagrowe. To tak jakby gracz-jedi wpadał w panikę w pobliżu Palpatine'a. Owszem drużyna może "odmrugnąć" mistrzowi na jakąś aluzję, ale bez przesady.

Jeśli zaś sesja jest przeróbką jakiejś opowieści lub jest w niej zakorzeniona myśl przewodnia jakiegoś dzieła, powinieneś o tym wspomnieć, a wtedy wypadałoby się z tym zapoznać. Jeśli robię adaptację Czerwonego Kapturka, to zaznaczam graczom, że bez znajomości tej historii, niewiele zrozumieją, a ich gra będzie uboższa. Natomiast jeśli wrzucam na własną sesję walczącą z wilkołakami niewiastę odzianą w szkarłatny płaszcz z kapturem lub nieletnią dilerkę narkotyków z koszykiem pełnym 'dóbr" i czerwoną kurteczką z kapiszonem, na którą czyha zarośnięty policjant, to mrugam do graczy znających temat (do graczy, nie postaci) i nawet jeśli niektórzy nie zrozumieją, to może kiedyś przez to nawiązanie trafią na tę baśń.
13-06-2013 22:54
sil
   
Ocena:
+5
http://xkcd.com/386/

"Jeśli obejrzysz "Equilbrium" nie znając "Fahreheita 451", to zobaczysz tylko powierznię filmu, czyli kopaninę Christiana Bale'a w choreografiach z Matrixa. Ale patrząc przez pryzmat Fahrenheita, być może odkryjesz coś więcej w tym filmie."

A może właśnie znając, machniesz ręką na jak banalnym schemacie film jedzie i pozostanie patrzenie sobie na fajny gun-kop?

Patrz też fapowanie się mainstramowych mediów Matriksem, jakby wcześniej do znudzenia nie nawijał o tym np. Dick czy poniekąd Zajdel, a dla hipsterów Platon.
13-06-2013 23:28
Salantor
   
Ocena:
+4
Szczerze mówiąc sądziłem, że dyskusja urwie się na drugiej stronie. A tu proszę, szósta już leci i końca nie widać. Czuję się taki dumny z siebie, że udało mi się rozruszać Poltera (bo bez mojej notki Zigi by niczego nie napisał i nie byłoby całej powyższej dyskusji) #Lansnadzielni

Miłej rozmowy ^^
14-06-2013 00:00
banracy
   
Ocena:
+2
Nie wspomnę już o tym, że nie trzeba oglądać Pitch Black żeby bać się zasnąć na obcej planecie po rozbiciu statku. Większość graczy wie, że przygoda oznacza, że coś się jednak stanie. Tak właściwie to motyw bohaterów którzy utknęli w jakimś miejscu i coś przyszło ich zabić jest tak ograny, że wątpię żeby ktokolwiek go nie znał.
Co do tego, że będzie się gorzej bawił nie jestem pewny. Jeśli gracz nie widział żadnego filmu o zombie to sytuacja gdzie trupy wdzierają się przez drzwi i okna to jakieś nowe dramatyczne przeżycie, jak widział to właściwie gorsza wersja tego co wcześniej już było.

EDIT: Przykład z Equilibrium tym bardziej adekwatny. Jak ktoś nie zna Nowego Wspaniałego Świata, Roku 1984, Matrixa etc. to to jest intrygujący świat zdegenerowanej przyszłości, jak zna to urocze ale wtórne tło dla naparzanki z Balem w roli głównej.
14-06-2013 00:19
Z Enterprise
   
Ocena:
0
Jakkubus - bardzo dobry przykład.
Sil - może i machniesz. Choć tutaj, akurat w tym przypadku IMHO pojawia się wiele bardzo skrótowych nawiązań do 451, które są równocześnie "explainerami" filmu. Bez nich wiele wątków pozostaje ledwo zaznaczonch. Pamiętam że oglądałem to gdy wyszło z kolegą, "noobem". Po filmie zapytał - ale po jaką cholerę oni palili te książki?
Poleciłem mu 451. Po paru dniach stwierdził, że już rozumie.
Bo Equilibrium to taka nakładka akcji na F451, używająca go jako "podstawki". Oglądana "stand alone" dużo traci, podobnie jak traci wampirzy klanbook do WoDa gdy ktoś nie czytał W:M. Dlatego nie nazwałbym go "wtórnym", a jedynie "opartym na".

I taka dygresja:
Zresztą, nawet gdyby - we wtórności nie ma nic złego, zwłaszcza w RPG, które jednak w prawie 100% jest odtwórcze i nieoryginalne. Już choćby to, że gracze w realnym życiu nie są łowcami wampirów czy błędnymi rycerzami powoduje, że nie mogą korzystać z doświadczeń swoich, tylko muszą je zapożyczać z filmów czy książek.

@banracy - widzisz, jakkubus już ci napisał, że gracze zachowujący się nerwowo są metagrowi i nielogiczni (jakby ludzie zachowywali się logicznie w życiu i nie wykorzystywali swoich przeczuć w podejmowaniu decyzji). Przecież jasne jest, że skoro jest "przygoda", to musi być jakieś zagrożenie, prawda? Pewnie dlatego tak wielu graczy zachowuje się paranoicznie na sesjach, gdy tylko mg zaczyna trochę bardziej szczegółowo opisywać drzwi (pułapka, pułapka! Jakby były normalne, to by tak nie opisywał!) albo opisując graczom dokładnie miejsce, gdzie drużyna staje na nocleg (na pewno ktoś nas atakuje, bo nie rysowałby mapki - wszyscy pełnimy straż. Naraz!).
A widzisz - nie każda przygoda musi nieść w sobie wbudowany element zagrożenia - gracze mogą je wnieść sami na sesję. Tak było i tutaj - dostali sugestię zagrożenia, ale samego zagrożenia nie było. Dobrym przykładem, z którego "zgapiłem" tę technikę jest pierwszy "level" marinesa w grze komputerowej AvsP 2. Strach jest, zagrożenia nie ma. Strach dodatkowo budowany elementami takimi jak "wyskakująca rura przypominająca w pierwszej chwili ksenomorfa" (Alien 3, zdaje się), pikaniem na sensorze itd.

Co do twojego edita jeszcze - może być intrygujący, ale na bardzo płytkim poziomie kopania się po pyskach (a są przecież fani takich filmów), bo widz nie znający "podstawki" nie jest w stanie się przebić głębiej.

Sal-nie martw się, i tak bym napisał :)
Poza tym dyskusja już dawno nie w temacie. Chcesz sobie przypisywać zasługi, to następnym razem odblokuj komcie ;)
14-06-2013 07:04
banracy
   
Ocena:
0
@Z
Jestem na 100% że żaden gracz nie będzie oczekiwał tego, że na sesji się nic ciekawego nie wydarzy o ile sobie tego nie wyobrazi, niezależnie od tego jakie filmy oglądał.

Co do filmu to Equilibrium to znowu powiem, że jest odwrotnie. Weźmy ostateczne Bale'a z szefem całego burdelu. Dla widza, który nie zna dystopii to jest dosyć ciekawa rozmowa, jak ktoś zna to i owo to po prostu jest dosyć mierna kopia rozmowy z O’Brienenm/Mondem służąca za wstęp do kopania się po mordach.

Co do doświadczenia graczy to przecież każdy człowiek, który nie jest ograniczony wie jak zachowuje się rycerz choćby przez osmozę kulturową. Można nie znać żadnych powieści rycerskich, krzyżaków nie czytać ale i tak każdy ma wizję jeżdżącego na koniu honorowego gościa w zbroi. Podobnie z łowcami wampirów. Nawet jeśli ktoś nie widział/czytał Drakuli to wie, co to jest wampir co potrafi i jak go zabić, bo wampiry są po prostu wszędzie. Podobnie jest z każdym popularnym gatunkiem w jaki gra się w RPG. Ktoś nie czytał w życiu komiksu, ale wie co robią Superbohaterzy bo obejrzał film, albo zobaczył parodię gatunku, choćby w reklamie. Ktoś nie zna w ogóle Cyberpunka, ale wie co robi taki uliczny wojownik bo oglądał Ucieczkę z Nowego Yorku. Można wymieniać.

I nie ma czegoś takiego, że nie dostrzeże ukrytej głębi danej postaci/sesji. Albo głębia tutaj jest i zobaczy ją każdy, albo jej nie ma. Jeśli na sesji elfy to tylko ludzie strzelający z łuków to choćby gracz przeczytał 100 książek o tajemniczych i magicznych elfach to sesji nie pomoże, bo ich w niej zwyczajnie nie ma. Najwyżej pojawi się frustracja, że sesja to taka głupsza wersja tego co znał wcześniej.

Problemem może to być w 2 rodzajach sytuacji:
-Tematyka sesji jest nieprawdę hermetyczna i raczej nie znana. Np: robimy sesję o samurajach i gracze muszą wiedzieć co to honor, kiedy popełnić seppuku i dlaczego. Tego ktoś mógł jakoś nie załapać.
-Sesja to jest parodia, dekonstrukcja, więc gracze muszą znać założenia gatunku. Trudno robić sesję w stylu Watchmen jeśli ktoś nie zna superhero i nie wie dlaczego to dziwne, że bohaterzy tak się zachowują.
14-06-2013 08:40
Kamulec
   
Ocena:
0
@Z Enterprise
"Ale patrząc przez pryzmat Fahrenheita, być może odkryjesz coś więcej w tym filmie."
Ze swojej perspektywy powiem, że "Fahreheita 451" nie znam, a ze zrozumieniem Equilibrum nie miałem problemu. Podczas seansu irytowało mnie raczej właśnie wrażenie, że film jest tak nakręcony, by każdy zrozumiał.
14-06-2013 08:51
Kaworu92
   
Ocena:
+2
Z:

"Zresztą, nawet gdyby - we wtórności nie ma nic złego, zwłaszcza w RPG, które jednak w prawie 100% jest odtwórcze i nieoryginalne. Już choćby to, że gracze w realnym życiu nie są łowcami wampirów czy błędnymi rycerzami powoduje, że nie mogą korzystać z doświadczeń swoich, tylko muszą je zapożyczać z filmów czy książek."

Ale czy właśnie nie marudziłeś w poście, jakie to "nowe RPG dla idiotów" nudne i odtwórcze? Że kiedyś jak chciało się odegrać ZC podczas II WŚ albo w cyberpunkowej przyszłości, to trzeba było ruszyć główką, a dziś wystarczy kupić jeden z niezliczonych dodatków i wszystko mamy na tacy? Czy nie marudziłeś czasem na "prawie 100% odtwórczości" w takim postępowaniu i na to, że zabija to Twoją zabawę z gry?

Czasem mam wrażenie, że zmieniasz zdanie jak w kalejdoskopie, byleby tylko wyjść na osobę, która ma rację. Najpierw twierdzisz, że TRZEBA KONIECZNIE znać to, to i jeszcze tamto (a jak nie, to nie ma co grać!), potem, że przecież wcale nie kalkujesz filmów na swoich sesjach, by teraz stwierdzić, iż RPG (przynajmniej dla Ciebie) to w zasadzie 100 % odtwórczości... to jak w końcu jest?

A z mojego doświadczenia wynika, iż gracze owszem, czerpią inspiracje ze swojego życia. Ich postaci mogą mieć miecz, magiczną kulę albo kły i futro, ale to, co naprawdę liczy się w grze, czyli roleplay, płynie z wnętrza danej osoby. To dlatego, jeśli zanalizujemy wszystkie postaci danego gracza, nie dostrzeżemy na jego zasobu kulturalnego, lecz przede wszystkim różne wariacje na temat jego psychiki, marzeń i lęków. Inna interpretacja nigdy nie przyszłaby mi do głowy.
14-06-2013 08:55
Wiron
   
Ocena:
+1
Wychodzi na to że prequele Gwiezdnych Wojen to filmy artystyczne - bo same niewiele wyjaśniają i jak nie przeczytasz masy książek i komiksów z expanded universe to większeość rzeczy na ekranie nie będzie miała sensu.
14-06-2013 09:45

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.