string(15) ""
» Blog » Bernard Morawiecki, dentysta z Warszawy. rozdz. I-IV (opowiadanie z uniwersum Horyzontu)
06-01-2015 21:07

Bernard Morawiecki, dentysta z Warszawy. rozdz. I-IV (opowiadanie z uniwersum Horyzontu)

W działach: rpg, gry fabularne, opowiadania | Odsłony: 171

Bernard Morawiecki, dentysta z Warszawy. rozdz. I-IV (opowiadanie z uniwersum Horyzontu)

Bernard Morawiecki

Samozwańczy Dentysta

 

TAJEMNICA B16

 

I

Gdy pierwszy raz wyruszyłem z centrali Rzeczpospolitej Narodów mieszczącej się w starym metrze warszawskim i skierowałem się w stronę Berlina, po drodze spotkała mnie przedziwna sytuacja. Muszę tutaj nadmienić, że była to moja pierwsza w życiu tak długa podróż.

 

Gdy przede mną stanęła grupka ludzi, mój plecak wydał się niesamowicie ciężki, mimo że był do połowy pusty. Umorusani i obdarci, na pierwszy rzut oka krańcowo wygłodzeni, lustrowali mnie złowrogim, niepokojąco bystrym, spojrzeniem szeroko rozwartych oczu. Pierwsza dwójka zaszarżowała zanim na dobre uświadomiłem sobie niebezpieczeństwo. Instynktownie ścisnąłem spust mojego M30.

Chmara śrutu, przeorała bark pierwszego z nadbiegających. Trafiony wywinął pokraczne salto, obryzgując ulicę czerwoną juchą. Gdy drugi dobiegł do mnie i brał zamach do uderzenia kawałkiem drąga, trzasnąłem go kolbą w szczękę. Pożółkłe zęby wystrzeliły w powietrze spomiędzy rozbitych warg. Teraz wiedziałem już na pewno. To nie byli kanibale.

Gdy mężczyzna zatoczył się w tył, strzeliłem mu w banie. Coś eksplodowało oślepiającym snopem iskier, gdy jego głowa rozpadła się w kawałeczki. Wyglądało to zupełnie jakbym strzelił z bliska w transformator. Ciało padło podrygując, mózg rozchlapał się po chodniku krwawym wachlarzem.

Przecież nie mam śrutu z ładunkami elektrycznymi. Przemknęło mi wtedy przez myśl.

Nie było czasu, aby się zastanawiać. Pozostali trzej ruszyli do ataku. Bez krzyków bojowych, bez przekleństw, bez jakichkolwiek emocji biegli zupełnie jakby byli w bezwolnym transie.

W komorze tylko cztery naboje.

Jacyś pomyleni! W głowie zabrzmiał znajomy głos mojej podświadomości.

Zdziwiłem się bardzo, gdy kilka centymetrów obok mojego prawego ramienia świsnął pocisk. Jeden z tych palantów miał w rękach Glock'a! Jak mogłem tego nie zauważyć!? Skarciłem się w myślach i sprintem, klucząc na boki, pobiegłem ku najbliższemu budynkowi. Przez zrujnowane wejście wskoczyłem w wąski korytarz. Niemal tracąc oddech, wpadłem do jednego z pokoi. Okno wychodzące na ulice stało się dla mnie szansą. Dopadłem do krawędzi. Spojrzałem na zewnątrz. Dostrzegli mnie, padły dwa lub trzy strzały. Nie trafili.

– Pindy nie dają za wygraną! – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Wychyliłem się, podrzucając broń do ramienia. Ścisnąłem spust strzelby. Chmura rozżarzonej śmierci trafiła tego z gazrurką prosto w brzuch. Cisnęło nim z dwa metry do tyłu. Upadł z wielka dziurą w żołądku, nie wydając żadnego krzyku.

Drugi zdążył wbiec do wnętrza. Jego kroki zadudniły w korytarzu. Kucnąłem pod okno, chyba tylko cudem unikając pocisku z Glock’a wystrzelonego z ulicy. Odwróciłem się w stronę drzwi, przeładowałem i krzyknąłem.

– Te! Baran!

Wpadł do pomieszczenia. Huk wystrzału niemal mnie ogłuszył. Urwało mu nogę. Biodro zamieniło się w buchający krwią krater. Mężczyzna zwalił się na ziemie, wijąc się niemrawo w upiornym milczeniu.

Pozostał ten najniebezpieczniejszy. Ile pocisków mogło zostać w jego glocku? Wyciągnąłem lustereczko dentystyczne, ostrożnie uniosłem je ponad krawędź okna i spojrzałem na ulice. Pusto. Kilka chwil skrupulatnie przeczesywałem wzrokiem zacienione zakamarki, bezskutecznie starając się opanować drżenie dłoni. Gdy w końcu odważyłem się wychylić, dojrzałem tylko ciemny kształt, który przysiągłbym, zeskakiwał z trzeciego piętra pobliskiego budynku. Mogło mi się zdawać, ale raczej przypominało to człowieka.

 

II

Teraz żałowałem, że wybrałem jako główną trasę starą obwodnicę E30. Jeszcze nie dotarłem do Poznania, a już miałem takie problemy w mieście Wrześno, że aż dupa boli.

 

Była godzina popołudniowa gdy wyszedłem z budynku i powolnym krokiem, między fragmentami zarośniętych domów, powoli sunąłem w stronę wyznaczonej wcześniej drogi. Puste ulice jak w każdym prawie mieście dawały do zrozumienia, że i tutaj od czasu do czasu pojawiają się patrole Kohorty. Dlatego rzadko kto miał odwagę mieszkać na powierzchni. Chociaż nie ukrywam, zdarzyło mi się słyszeć o takich ludziach.

Gdy tak przedzierałem się przez cmentarzysko małego miasteczka, w pewnym momencie zobaczyłem przygarbioną kobietę biegnącą z torbą, w stronę jakiegoś większego budynku. Ogarnęła mnie niezdrowa ciekawość. W mojej głowie pojawiło się bardzo zabójcze pytanie:

Gdzie ona biegnie? A może ktoś lub coś ją goni?

Nie myśląc ani chwili dłużej wskoczyłem do jednej z bocznych uliczek i po cichu rozpocząłem pościg. Kobieta bardzo się śpieszyła, czułem w jej ruchach panikę i być może przerażenie. Nie wiem ile miała lat.

Nagle wbiegła przez stare drzwi do jakiegoś zniszczonego parterowego budynku. Cały czas byłem za nią, aż stanąłem jak wryty przed mężczyzną który celował do mnie z kałacha. Był wysoki i dobrze zbudowany, miał na sobie brudne niebieskie jeansy i skórzaną kurtkę.

Na prawym ramieniu miał znak P.O.C. (Partyzancie Oddziały Cywilne)

- Kim jesteś i czemu gonisz tą kobietę - powiedział szybko, grubym i oschłym głosem.

- Jestem Bern, znaczy Bernard... Eee Dentysta z Warszawy - odpowiedziałem pośpiesznie, podnosząc w tym samym momencie ręce.

- Nie wyglądasz mi na dentystę - stwierdził z przekąsem mężczyzna.

- Bo to moje hobby które w tych ciężkich czasach znalazło swoje ujście - uśmiechnąłem się nieznacznie.

- Czemu goniłeś Elizę? - wycelowana broń strażnika ani drgnęła.

- Widziałem jak strasznie szybko biegła, jakby w panice. Pomyślałem, że potrzebuje pomocy. -

- Pomocy?! Od Ciebie? Dentysty?

- Przed, niespełna, trzydziestoma minutami miałem starcie z dziwnie wyglądającymi osobnikami. Myślałem, że ten jeden co przeżył, gonił tą kobietę. - na twarzy nieznajomego wylazł grymas zdziwienia.

- Widziałeś duchy?

- Jakie duchy? - zapytałem zaniepokojony.

- To ofiary politycznych. Co jakiś czas patrolując tutejsze ulice w poszukiwaniu nowych kandydatów do kolekcji sterowanych chodzących trupów.

- Jakich znowu politycznych ?- zapytałem niezmiernie zaciekawiony. Do tego, aż stopnia, że opuściłem obie ręce.

- HOLA, HOLA! KOLEGO! ŁAPKI W GÓRĘ! - podniosłem je szybko i dodałem, aby nie wprowadzać niepotrzebnego napięcia.

- Macie tutaj polityków?

- Nie, to nie są politycy o jakich pewnie myślisz. To są specjalne jednostki Kohorty przejmujące wolę ludzi którzy posnęli w nieodpowiednich miejscach i w nieodpowiednim czasie. Nie wiesz o nich?

- Nie. Jak już wcześniej mówiłem jestem dentystą z Warszawy, dokładnie z Centrali Rzeczpospolitej Narodów. O! Proszę, tutaj są papiery! - spojrzałem na jedną z moich kieszeni na lewej piersi. Mężczyzna nie zdejmując ze mnie muszki, wyjął czerwoną kartę i szybko podsunął do swojej tarczy energetycznej. W tym właśnie momencie, przed jego oczami ukazały się moje dane osobowe w postaci wirtualnej kartoteki.

- Bernard Morawiecki, oryginalność dokumentu: sto procent, brak śladów ewentualnych modyfikacji Kohorty.

- Zgadza się!

- Tu rzeczywiście jest napisane, że jest pan specjalistą od zębów. - zaśmiał się i opuściwszy w dół broń dodał.

- Witamy we Wrześno Dolnym, panie Bernardzie! – po czym odsunął się od wejścia ukazując małe pomieszczenie. Kiedyś pewnie to była czyjaś kuchnia ze schodami do piwnicy. Kiedyś, bo teraz to było wejście do małego schronu. Schody były drewniane i bardzo mocno skrzypiały. Przede mną rozciągnął się podziemny świat wydrążony ciężką pracą ludzi. Zmęczonych ludzi.

Podziemny korytarz był wykopany prowizorycznie, podtrzymywany przeróżnymi fragmentami pozostałości tamtych czasów. Drewniane stropy mieszały się z metalowymi konstrukcjami pospawanymi w pośpiechu. Wzdłuż tunelu wisiał rząd lampek zasilanych w ten czy w inny sposób. Gdy wsłuchiwałem się w odgłosy otoczenia, aby usłyszeć chociaż szum pracującego agregatu, to i tak na pierwszym i drugim planie były tylko ludzkie rozmowy. Może zanim piekło nadleciało nad ziemię, ludność tego miasteczka miała jakiś niekonwencjonalny generator prądu. Coś na zasadzie baterii Kohorty używanych w niektórych urządzeniach, które ładowały się samoczynnie, podłączone na przykład do ziemi. Podobno pracowały na zasadzie pobierania wszelkiej żywej materii. Podobno.

Ludzie przypatrywali mi się ciekawsko gdy przemierzałem kolejne metry korytarza, który powoli schodził coraz niżej. Sposób wykopania tunelu mnie nie dziwił. Podobno elita Kohorty traci łączność z centralą po pięciu może siedmiu metrach od powierzchni, dlatego większość mieszkań zaczyna się dopiero na niższych kondygnacjach.

Tak też było i tutaj.

Po dosłownie kilku minutach doszedłem do wielkiej groty w której były porozstawiane lepianki, chatki, namioty i wszelkiej maści pomieszczenia zrobione dosłownie ze wszystkiego. Teraz wiedziałem, że sama grota nie była już wykonana przez mieszkańców. To uczyniła natura.

- Ej! - ktoś złapał mnie za bark i odwrócił. Nie byłem przygotowany na coś takiego. Mój tępy wyraz twarzy przywitał średniego wzrostu nieznajomego. Jego ubranie było całe w stwardniałym błocie i jakiś elementach roślinności.

- To Ty jesteś tym dentystą?

- Tak. Znaczy potrafię zrobić to i owo z zębami.- odparłem zmieszany nagłością spotkania.

- To dobrze. Słuchaj. Od tygodnia tak bardzo boli mnie jeden z tylnich zębów, że kurwicy można dostać. Nie mogę się nawet skupić na robocie.

- No dobra. Zobaczę co da się zrobić, ale do tego potrzebuje dobrego światła i solidnego krzesła dla Ciebie.

- Żaden problem. Chodź za mną. Tylko się nie zgub!

Gdy przemierzaliśmy tę wielką grotę, byłem pełen podziwu. Na pewno wiele pracy kosztowało ludzi doprowadzenie do takiego stanu i wyglądu tego miejsca. Przez chwilę byłem nawet przekonany, że te niepozorne korytarze z kramikami, lepiankami i stoiskami mają swoje nazwy jak ulice kiedyś na górze.

Niestety tej obserwacji nie zdążyłem zweryfikować bo mój "pacjent" właśnie stanął i pokazując ręką na robiący wrażenie, solidny dom z czerwonej cegły, poinformował mnie, że właśnie dotarliśmy do centrum władzy tego podziemnego przybytku.

Z zewnątrz dom posiadał dwa piętra, każde o wysokości nie przekraczającej dwóch, może dwóch i pół metra. Budynek wyglądał groteskowo na tle jaskini, ale na pewno stanowił też świetny punkt obronny w razie ataku na podziemne miasteczko. Stare i połamane cegłówki porozrzucane gdzieniegdzie świadczyły o tym, że kruszec był zebrany z góry. Kolejny dowód na zaciętość mieszkańców.

W środku panowała cisza i spokój. Z tego co zaobserwowałem pierwsze niskie piętro zajmowali żołnierze, pewnie ochrona tego miejsca, zaś na górze była siedziba władz. Nieznajomy wprowadził mnie do małego pomieszczenia z wielką lampą, stolikiem i dwoma krzesłami.

- To chyba wystarczy doktorku? - gdy włączył lampę zrozumiałem, że znajduję się w swego rodzaju pokoju przesłuchań. Nieznajomy usiadł na krześle i otworzył usta. Po kilku chwilach na stoliku rozstawiłem wszystkie potrzebne mi przybory do rozpoczęcia pracy nad zębami "klienta".

Dobrze, że znam się na chemii i mam schemat wyrabiania masy uzupełniającej ubytki. W innym przypadku stracił bym fortunę, a może i życie, szukając przedwojennych zapasów tego materiału - pomyślałem, patrząc na zęby nieznajomego.

- I jak? Lepiej? - Zapytałem się po skończonej robocie, gdy pakowałem swoje narzędzia do torby.

- Jeszcze jakoś ćmi,... ale rzeczywiście ten ból, co był wcześniej, ustąpił. Masz talent doktorku! - Nieznajomy pogratulował mi serdecznie i dodał.

- Jestem Feliks. Dowódca P.O.C . Muszę przyznać, że z początku nie wierzyliśmy, że jesteś dentystą ale teraz nikt nie ma w to wątpliwości. - uśmiechnąłem się nieznacznie na ten potok komplementów.

- Pewnie gdybyśmy zaproponowali Ci pozostanie w naszej miejscowości i otworzenie swojego małego gabinetu, usłyszelibyśmy negatywną odpowiedź.

- Niestety.

- No dobrze. To w czym chcesz zapłatę za wykonaną robotę i czy masz czas aby popracować jeszcze dla kilku innych osób?

- Przydałoby mi się kilka naboi do strzelby, trochę jedzenia i kilka litrów wody na dalszą podróż, jeżeli natomiast dołożycie garść bitów mogę zająć się jakąś niedużą liczbą nowych pacjentów.

 

 

III

Zbliżała się kolejna noc. Poznań był co raz bliżej. Według starych map, przede mną znajdowało się jeszcze jedno małe miasteczko. Żerniki. Byłem zmęczony i ospały gdy w ciemnościach dotarłem do miejsca tej strasznej tragedii.

 

Samochód obity grubymi blachami leżał w rowie, a w jego boku ziajała wielka czarna dziura. Prawdopodobnie efekt uderzenia jakiegoś pocisku energetycznego. Metalowe pozostałości samochodu gdzie nastąpiło uderzenie były stopione. Przy wraku leżało kilka ciał. Dwaj mężczyźni, leżący kilka metrów od samochodu, byli rozszarpani pociskami sporego kalibru. Kobieta leżąca bezpośrednio przy wraku nie miała połowy  ciała. Być może siedziała w miejscu uderzenia ładunku energetycznego bo jej istniejąca górna powoła była bardziej stopione niż nadpalone.

Kilkanaście metrów dalej, praktycznie na środku drogi, stał unieruchomiony van. Jego przód nie istniał. Takie same efekty zniszczenia jak w osobówce. Dlatego pozostałości pasażerów, jeżeli takowi istnieli, były praktycznie nie do odnalezienia.

Żadnych śladów grabieży. Czysta przemoc. Nerwowo poprawiłem paski plecaka na ramionach gdy przez myśli przeszła burza strachu, którą ktoś kiedyś nazwał Kohortą.

Wtedy usłyszałem w oddali warkot silnika. Dźwięk zbliżał się od strony Września Dolnego.

Ktoś mnie śledzi? Pomyślałem zaniepokojony i bez namysłu wszedłem w las po prawej stronie drogi. Kucnąłem przy najbliższym drzewie. Przeładowana M30 odezwała się leniwie w ciemnościach.

Po kilku minutach, na miejscu tragedii, pojawił się mężczyzna. Jego czarny jednoślad był przystosowany do długich podróży po trudnym terenie, to było pewne. Grube opony osadzone na sporym zawieszeniu i blachy karoserii tego motocykla były stworzone tylko po to, aby być wytrzymałą, wręcz niezniszczalną gwarancją przeżycia. Sam nieznajomy wyglądał przerażająco. Posiwiałe włosy opadające na twarz spod kolonialnego kapelusza oraz lenonki wzbogacały tylko szalony uśmiech jeźdźca, gdy ten z petem w gębie zszedł z motoru i zaczął oglądać scenę mordu, mrucząc coś po nosem.  

Miał niebieskie jeansowe spodnie, skórzane wysokie buty z grubą podeszwą oraz tęgą, skórzaną i naszpikowaną blachami kurtkę motocyklisty. Przy lewym boku, dzięki włączonemu światłu drogowemu jego rumaka, dostrzegłem sporej wielkości, jak na broń tego typu, pistolet.

Gdy kucałem oparty o drzewo, w mojej głowie zrodziły się niebywałe pomysły. Jeden z nich podpowiadał mi abym zapytał się jego o ewentualną możliwość podwiezienia do Poznania. W końcu byłem dentystą, co mogło mi się stać?

 

- Więc jesteś dentystą i idziesz do Poznania? - Jego ręka z dużą giwerą wycelowaną w moją stronę nawet nie drgnęła odkąd wyszedłem zza ukrycia. Nieznajomy miał niski i ochrypły głos. Praktycznie w ogóle nie brał peta do dłoni, aby strzepać resztki spalonego tytoniu. Wszystko jakby samo spadało, nawet nie brudząc jego czarnej jak noc kurtki.

- Tak. Zgadza się. Jeżeli mi nie wierzysz mogę Ci pokazać sprzęt medyczny. - Odpowiedziałem spokojnie plując sobie w myślach, w twarz, że wyszedłem z podniesionymi rękoma do góry i przewieszoną przez plecy M30'stką. To było cholernie głupie.

- Dobra, rzuć mi plecak pod nogi i żadnych sztuczek. Nie chcesz chyba abym zrobił Ci na klacie dodatkowy otwór odbytniczy. Co nie, Bern?

- Rozumiem aluzje. Łap.

Plecak upadł pod jego nogami. Bies, bo tak się przedstawił kilka chwil wcześniej, spokojnym ruchem, nie spuszczając mnie z celownika, otworzył plecak drugą ręka i przejrzał zawartość. Widać było, że nie zamierzał być dokładny. Gdy znalazł zestaw do wiercenia w zębach uśmiechnął się tylko, ukazując w miarę zadbany otwór gębowy i opuścił broń.

 

Noc była jeszcze ciemniejsze gdy razem z moim nowym towarzyszem oglądaliśmy dokładniej miejsce masakry.

- Bies. Jak myślisz, kto to zrobił? Kohorta? - Zapytałem się z czystej ciekawości próbując otworzyć tył van’a.

- Nie. To nie była Kohorta. Znaczy się nie elita. Pewnie najemnicy tych gnoi. Elita nie zajmuje się takimi bzdurami.

Gdy w końcu udało mi się odblokować zaciętą klamkę w drzwiach, zobaczyłem kilkanaście plastikowych krat z warzywami oraz grzybami piwnicznymi. To ten rodzaj grzyba hodowanego pod ziemią. Bardzo często spotykana odmiana razem z mchem jadalnym hodowanym na tej samej zasadzie.

- To chyba był transport żywność do Poznania. Myślisz, że został zaatakowany specjalnie?

Głos Biesa stał się lodowaty gdy kucał kilkanaście metrów od miejsca kaźni i dłubał w resztkach asfaltu. - Nie wiem. Ale za to wiem jedno, agresorami byli obcy i na pewno niedaleko maja swój przyczółek.

Wyprostowałem się i spojrzałem w jego kierunku. Teraz dopiero doszło do mnie, że nie wiem czym zajmuje się mój nowy kompan. W światłach motocykla widziałem jak kucał dalej w tym samym miejscu, podnosił coś na palcach dłoni, wąchał. On wiedział, że ja jestem dentystą, ale ja nie miałem zielonego pojęcia kim on jest.

- Dobra, to co robimy?- Tylko te pytanie przeszło mi przez gardło. Inne ugrzęzły w połowie drogi.

Bies wstał i spojrzał się w kierunku Poznania.

- Jak to co Bern. Jedziemy do Miasta. -

Gdy wypowiadał ostatnie słowa, stojąc odwrócony plecami do mnie, miałem wrażenie, że się bardzo szeroko uśmiechał. 

 

IV

Droga do Poznania na sprzęcie Biesa nie trwała długo. Prawdę mówiąc, nad ranem byliśmy już w granicach gruzów nowego miasta. Mój organizm domagał się snu, a żołądek wołał o jedzenie. Zatrzymaliśmy się w małym budynku. Kiedyś mogła to być filia jakiegoś banku, czy większej firmy.

 

- Słuchaj. Muszę dostać się do starego miasta. Mam tam znajomego do którego muszę zanieść kilka wierteł dentystycznych. Więc jeżeli nie jest ci to po drodze, to chce tobie bardzo podziękować za pomoc w dotarciu tutaj. - Zagadałem gdy siedzieliśmy w sporym pomieszczeniu na tyłach budynku i konsumowaliśmy zawartość kilku puszek, które znaleźliśmy w nocy, na miejscu masakry.

- Nie ma sprawy Doktorku. To żaden problem kiedy wiesz, że człowiek któremu pomagasz nie strzeli Ci w plecy. - zaśmiał się krótko.

Spojrzałem się na Biesa i zaryzykowałem. Te kilka godzin wspólnej podróży trochę nas do siebie zbliżyło. Wystarczająco aby spróbować zadać pytanie o jego zawód. Przynajmniej tak pomyślałem.

-  Słuchaj, a czym Ty się w ogóle zajmujesz? -

Lekki podmuch wiatru przeleciał przez pomieszczenie, podnosząc stare kolorowe ulotki informujące o zniżkach i nowych możliwościach promocyjnych.

- Jestem, a raczej byłem kiedyś inżynierem budowlanym. -

- A teraz? Bo patrząc na Ciebie odnosi się inne wrażenie niż to, że jesteś inżynierem... -

- Teraz poluje.

Wzrok Biesa wbił się w dno puszki po mięsie. Zacząłem mieć wrażenie, że rozmowa schodzi na bardzo grząski grunt.

- Polujesz? Na kogo?

Z końcówką mojego pytania oczy inżyniera podniosły się wprost na mnie. I jedynie co w nich zauważyłem to szaleństwo. Szaleństwo albo zemstę. Odpowiedział powoli i wyraźnie. Powiedział tak, abym do końca życia te słowa zapamiętał.

- Na OBCYCH.

Na obcych?! Powtórzyłem jego słowa w myślach. Byłem pod wrażeniem, zwłaszcza gdy teraz przypomniałem sobie kilka historii o ludziach, którzy założyli nieformalną organizację nie posiadającą żadnej siedziby, ani zarządu. Organizację wolnych ludzi, tropiących i zabijających przybyszów z innych planet, którzy okażą się współpracownikami Kohorty. Mówiąc krótko - tropią i mordują wszystkich najemnych żołnierzy Kohorty. Włączając w to samą elitę.

- Jesteś Łowcą Obcych?

Byłem w szoku. Bo spotkanie jednego z nich, graniczyło z cudem w dzisiejszych czasach.

- Tak.

W ciągu kilku sekund w oczach Biesa zgasło szaleństwo, a jeżeli była to zemsta, teraz została zasłonięta przez szczery i wesoły uśmiech człowieka który ma chwilę wolnego między kolejnymi godzinami ciężkiej pracy.

- Mogłem się tego domyśleć. Przecież żaden inny człowiek nie mógłbym ustalić tak szybko kto stał za atakiem na tych biednych ludzi. Nie mówiąc już o stwierdzeniu z taką pewnością, że napastnicy mają niedaleko swoją siedzibę.

Bies wciąż się uśmiechał. Teraz zataczał widelcem okręgi w puszce, poszukując resztek. Ale i to nie trwało to długo.

- To prawda. Tak samo łatwo jest stwierdzić, że i Ty nie jesteś do końca tym za kogo się uważasz. Co Bern?

Widelec zatrzymał się w połowie trzeciego okrążenia w puszce, gdy jego właściciel kolejny raz spojrzał mi w oczy. Byłem w szoku. Czym się zdradziłem? 

- Ale o czym Ty mówisz Bies?

Zaśmiałem się odpowiadając. Niestety tym razem można było wyczuć, że był to nerwowy śmiech. Inżynier bez problemu to wyłapał. Teraz był pewien, że coś jest na rzeczy.

- Więc Bern? Jak to jest z tym dentystą?

Chyba tym razem musiałem powiedzieć prawdę .

0
Nikt jeszcze nie poleca tej notki.
Poleć innym tę notkę

Komentarze


Johny
   
Ocena:
0

Dwie uwagi ode mnie.

Jeśli dałeś takie zakończenie, to niepotrzebnie napisałeś "samozwańczy" przed dentysta. Za dużo zdradza.

Siwe włosy łowcy za bardzo kojarzą się z wiedźmimem.

06-01-2015 22:41
Vitalius
    ;)
Ocena:
0

Uwaga 1. Rzeczywiście! Pytanie tylko czy to co Tobie się wydaje, że jest, jest tym czym okaże się w następnej części ;)

Uwaga 2. Dowiedzione jest, że duży stres przyczynia się do szybkiego siwienia włosów... ;)

 

ps. ale dzięki za komenta! 

06-01-2015 22:47

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.