string(15) ""
» Blog » Ain't no grave, czyli mój pierwszy scenariusz i odkrywanie Ameryki
16-04-2012 23:08

Ain't no grave, czyli mój pierwszy scenariusz i odkrywanie Ameryki

Odsłony: 29

Ain't no grave, czyli mój pierwszy scenariusz i odkrywanie Ameryki
Wiem, że część z Was strasznie nie lubi jak notka blogaskowa linkuje do innej notki blogaskowej, ale zrozumcie: napisałam scenariusz w wordzie, w wordzie go sformatowałam, z linkami do piosenek i wszystkim. I kiedy pomyślałam o polterowym edytorze, stwierdziłam, że szybciej i wygodniej będzie jak skołuję byle co na blogspocie i wrzucę tam. Toteż jeśli ktoś z Was ma ochotę na przygodę do Deadlands (nie znam przeładowanych Deadlandsów, jeno pierwsze i, patrząc na stan mego portfela, długo nie poznam, ale przygoda jest ogólnowesternowo-ogólnosensacyjno-ogólnohorrorowa, toteż powinna się sprawdzić, zresztą jest robiona pod SW i na SW graliśmy), to jest ona tu. Pomijając wszystko, ma fajne piosenki Tu zaś będą moje rozmyślania okołoscenariuszowoprowadzące, żeby wilk był syty i owca cała. Na to jest i tak większy popyt niż na scenariusze, no i będziecie mieli okazję żeby się na mnie powyzłośliwiać, bo doszłam do wniosków, które większośc ludzi pewnie ogarnęła w góra trzecim roku swojego grania (jeśli nie macie ochoty na banały, to nie czytajcie ;) ).

Stanęłam niedawno przed wyzwaniem. Wyzwanie polegało na tym, że zorientowaliśmy się, że niedługo (w czerwcu) minie rok od naszej ostatniej sesji i TRZEBA COŚ Z TYM ZROBIĆ. Problem w tym, że ja (oczywiście, że ja, owszem, były nieśmiałe pomysły żeby może poprowadził ktoś inny, bo jak policzę wszystkie sesje, które zagrałam w życiu, to nie jestem pewna czy będzie ich dwadzieścia, więc zasadniczo chciałabym trochę pograć, ale jedyne co wynikło z tych pomysłów to rzeczona dramatyczna przerwa) wyspecjalizowałam się w sandboxowych kampaniach opartych na historiach postaci graczy, a tymczasem rozegranie kampanii jawi się obecnie niemal niemożliwością. Ba, poświęcenie na grę dwóch spotkań - jednego na postaci, a drugiego na sesję jawi się wyzwaniem niezwykle wręcz trudnym.

Okazało się więc, że muszę wymyślić scenariusz, w który może zagrać dowolna grupa postaci, o których dowiem się czegoś maksymalnie godzinę przed sesją i które się nawzajem nie znają.

Ja wiem, że to zasadniczo normalne, ale nie pamiętam kiedy - i czy kiedykolwiek - coś takiego robiłam. Jak już miałam prowadzić obcym ludziom z postaciami wymyślonymi dziesięć minut przed sesją, to improwizowałam, czasem wychodziło, czasem nie (częściej tak, pochwalę się), ale ogólnie rzecz biorąc nie wymyślałam takich rzeczy, bo jak mam coś wymyślić to muszę mieć jakąś pożywkę dla mózgu, podstawę, wokół której coś buduję, ograniczenie, no cokolwiek. A nie "wymyśl przygodę do Deadlands". Kurde, kocham Deadlandsy miłością szczerą i prawdziwą, uwielbiam ich klimat i nawet kiedyś wygrałam o nich jakiś konkurs, ale tam może się zadziać WSZYSTKO, skąd ja mam wiedzieć co się zadzieje tym razem?

Za każdym razem kiedy mam wymyślić coś do DL, zaczynam od muzyki. Zasadniczo zawsze zaczynam od muzyki do sesji, czasem zamiast sesji mam kilka świetnych kawałków, które nie nadają się do puszczenia na niej, bo wszyscy zaczną słuchać zamiast grać, ale przy DL jest to specjalny rytuał ze względu na fakt iż Sting napisał kiedyś trzy polecanki Deadlandowe, od których zawsze zaczynam. Pewnie powinnam się zorientować, że moje myśli zawsze idą tym samym torem (słucham Gamblera i widzę saloon), ale trudno.

Toteż posłuchałam Gamblera, zobaczyłam saloon, stwierdziłam, że wspólna wygrana/bądź przegrana w pokera to jest niezły motyw na start i zaczęłam kombinować.

Ostatecznie - oczywiście - przygoda nie ma z tym nic wspólnego, ale po raz pierwszy odkąd pamiętam wyszło z tego coś nowego, coś, w co faktycznie może zagrać każda postać i w czym nie trzeba się napinać i naciągać prawdopodobieństwa żeby zadziałało. Nie widziałam opcji żeby moi gracze mnie zaskoczyli - akurat prowadziłam dwójce, którą znam doskonale, jedno i drugie wychowałam erpegowo.

Kiedy prowadzę, zawsze mam problem z początkiem sesji. Czasem nie przechodzi mi do końca, ale to się zdarza coraz rzadziej, szczęśliwie. Nie jestem w stanie zacząć z kopyta, mocne otwarcia są poza moim zasięgiem, gubię słowa, nie potrafię się wczuć, ogólnie bida z nędzą, naprawdę. Potem z reguły łapię flow (jestem szczególnie dumna z moich NPCów), ale początki są straszne. Zawsze myślałam, że to dlatego, że prowadziłam kampanie - jeśli coś musiało się zacząć to pierwsza z serii sesji, potem na początku czekałam co zrobią gracze... Ogólnie w moim, powiedzmy "nowożytnym" erpegie zawsze czekałam co zrobią gracze i bardzo rzadko zdarzało mi się być stroną aktywną. Świat raczej reagował niż zmuszał do reakcji.

Okazało się, że kiedy świat zmusza do reakcji też lamię na początku - wymyśliłam sobie megaklimatyczniemroczną scenę na początek i powiedzmy, że to nie była najlepsza scena w moim życiu... Ale była i - o dziwo - gracze na nią zareagowali zamiast zrobić "eeee" (tego się chyba zawsze boję, że ja opiszę scenę, a oni powiedzą "ale o co ci chodzi właściwie?"). I, oczywiście, zrobili dokładnie nie to, co myślałam, że zrobią.

I wtedy fakt posiadania scenariusza zaskoczył mnie po raz pierwszy. To znaczy, zawsze byłam zdania, że jeśli gracze zrobią coś, czego scenariusz nie przewiduje, to sesja się rozłazi (w związku z czym nie przewidywałam niczego). Tymczasem okazało się (że wymyśliłam fajną przygodę, co powinnam przewidzieć, bo jestem przecież cudowna), okazało się, że wystarczy przestawić parę klocków (zamiast przeprowadzać szybką, chaotyczną analizę wszystkiego, jak to zwykle robię) i wiem, co się dzieje.

Byłam z siebie taka dumna, że aż Was z wrażenia zarzucam pełną truizmów notką, jak widać ;)

W każdym razie odkryłam (po prawie dziesięciu latach erpegowania...), że scenariusz to nie plan przebiegu sesji (dlaczego ta nazwa jest taka myląca?), że można go zrealizować na mnóstwo różnych sposobów i że nie wszystko, co jest w nim zawarte musi zostać zrealizowane, żeby wyszła fajna sesja. I w ogóle - odkryłam, że scenariusze mają sens. A poza tym mój spodobał mi się tak bardzo, że wzięłam moje chaotyczne notatki, przekułam je w wordowski plik i uznałam, że jestem strasznie ciekawa jak by to wyglądało w wykonaniu kogoś innego. Albo jakbym to poprowadziła innej drużynie (przez cały ten czas uważałam, że to głupota, oszustwo i strata czasu, prowadzić komuś coś, co już się kiedyś prowadziło).

Tak oto, moi drodzy, po dziesięciu latach grania Eva odkryła scenariusze do RPG. Mam nadzieję, że jesteście ze mnie dumni.

Na fotce chaos, który był na początku. Każda moja sesja mniej więcej tak wygląda kiedy zaczynam ją wymyślać - tak, jak pisałam, składa się to głównie z tytułów piosenek.

PS: A w ogóle to uważam, że nie istnieje bardziej deadlandowy tytuł piosenki niż "Ain't no grave (can hold my body down)" ;)

Komentarze


Eva
   
Ocena:
+1
@Sting: przezwycięż, bo boskie są te kawałki :)
@GRAmel: Ha! Super! :) Ale jestem z siebie dumna teraz :D
26-04-2012 00:00

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.