string(15) ""
» Blog » Afterbomb Madness - Szukając kłopotów IX: praktycznie koniec!
19-06-2013 13:09

Afterbomb Madness - Szukając kłopotów IX: praktycznie koniec!

W działach: Afterbomb Madness, Raport, RPG | Odsłony: 8

Kolejną sesję Afterbomby zagraliśmy 16 czerwca. Gracze zakończyli tą sesję powodzeniem i dostarczyli silnik Azylantom, ale nie poznali wtedy dokładnego zakończenia przygody. Poznają je dopiero na początku następnej sesji, podczas której zaczną pracować dla Johnsona. W tym raporcie pozwoliłem sobie przemówić ustami samego Świeczki :P

 

Od razu ostrzegam, że raport kończy się chamskim cliffhangerem :P

 

Draby:

 a) Bartek: Terin "Żelazko" - Drab, Maruder, Metalurg - mściwy tępiciel obcych, poszukujący ich za to, że zabili mu ojca... no i może jeszcze za to, że zrujnowali świat.

 b) Jarek: John "Świeczka" - Drab, Maruder, Wizard - koleś z wrodzonym talentem do konstruowania i naprawiania sprzętu, a jednocześnie świetny strzelec.

 


Siedziba B.A.D. w stanie Kalifornia

 Maria Cross a.k.a. Karmazyn siedziała w swoim gabinecie i właśnie rozmawiała przez radio z jej szefem, który przebywał w siedzibie w Teksasie.

 

-Niestety muszę z przykrością donieść, że moja misja najpewniej się nie powiodła.

 

-Co się stało? To twoja pierwsza taka porażka odkąd u nas pracujesz.

 

-Zwyczajnie nie zdążyłam... nie zdążyliśmy.

 

-Co z Obiektem 12?

 

-Nerdy próbują odzyskać z jego ciała pozostałości implantu, ale niestety chyba nie zostało tam nic co mogło by nam pomóc. Możemy być tylko wdzięczni Bogu, że ta technologia nie wpadła w ręce wroga.

 

-No dobrze... poinformuj mnie jeżeli Nerdy coś znajdą. Bez odbioru.


Los Angeles, dom Henry'ego Johnsona, tydzień później

 W biurze Johnsona siedzieli on i Świeczka. Obaj dopijali właśnie whiskey którą polał im Henry. Kiedy obie szklanki stuknęły o blat mahoniowego biurka Johnson zwrócił się do swojego gościa.

 

- Naprawdę mi przykro z powodu tego, co stało się twojemu przyjacielowi. Utrata takiego talentu t naprawdę wielka strata.

 

John milczał.

 

- Cóż... dobrze, zanim przejdziemy do interesów - chciałeś mnie o coś zapytać.

 

- Tak, widzi pan - podczas tej podróży znaleźliśmy górę sprawnych baterii. To co zabraliśmy ze sobą wydaje mi się, że powinno starczyć by spłacić koszt tej podróży do Doliny Śmierci, którą pan zorganizował by nam pomóc, oraz tych dwóch implantów, które pan nam załatwił. Chciałem więc się dowiedzieć, czy jesteśmy kwita i czy mogę udać się w swoją drogę?

 

- Rozumiem John, że już chciałbyś wyjść na swoje, ale podpisaliśmy kontrakt i nie mogę... nie chcę Cię tak od razu zwalniać ze służby u mnie. Te baterie które znaleźliście to faktycznie góra pieniędzy i powinny starczyć by opłacić koszt tej podróży nawet podwójnie, ale nie mogę się na to zgodzić. Widzisz... to, że poradziliście sobie z Terinem w takiej trudnej misji i jeszcze przy okazji znaleźliście takie skarby pokazuje mi, że znacznie więcej zarobię, jeżeli będziesz pracował dla mnie.

 

- Co się stanie jeżeli odmówię i po prostu odejdę?

 

- Jakoś Cię przekonam, byś pracował dla mnie. John, przecież u mnie możecie zarobić znacznie więcej niż tam tułając się bez celu po pustyniach! Będziecie żyli w luksusie. A jeżeli to Cię nie przekona, to bardzo mi przykro, ale będą to musieli zrobić moi ludzie.

 

- Rozumiem...

 

- No dobrze, to skoro tą sprawę mamy już za sobą - opowiedz mi w końcu co się wydarzyło jak już opuściliście tym promem bazę NASA.

 

- Ehh... od czego by tu... W trakcie lotu mieliśmy trochę kłopotów - turbulencje, nasza niewiedza na temat tego jak tym sterować, obcy którzy nas zestrzelili... po kraksie straciliśmy przytomność. Dwa dni później obudziliśmy się w jakimś drewnianym domku na Alasce. Na ścianie pokoju zauważyłem obraz Stalina. Trochę nas to przestraszyło. Okazało się, że znaleźliśmy się w jakiejś górskiej osadzie Komuchów.

 Po jakimś czasie odwiedziła nas przywódczyni tej społeczności - Sasha. Na szczęście byli to tylko sowieccy dezerterzy o czym dowiedzieliśmy się właśnie od niej. Chcieliśmy się dowiedzieć czy nie widziała gdzieś spadającej satelity. Powiedziała nam, że popyta ludzi i poprosiła byśmy nie straszyli zbytnio miejscowych, spacerując bez celu po mieście. Posłuchaliśmy jej i przez to straciliśmy jeszcze jeden dzień... ehh...

 Nazajutrz Sasha zaprowadziła nas do ich Misjonarza który z wieży kościelnej widział jak coś spadało z nieba kilka godzin przed tym jak myśmy spadli trzy kilometry od ich kryjówki. Sashka dała nam ciepłe ubrania w zamian za odzież ochronną którą mieliśmy przy sobie. Tylko Karmazyn wzięła swój kombinezon, który też chronił przed utratą ciepła. Zaraz potem opuściliśmy osadę i ruszyliśmy w stronę rozbitej satelity. Według słów Misjonarza spadła jakieś 15-20 kilometrów od nich, co w tych warunkach oznaczało jakieś dwa dni marszu. Nie mieliśmy tyle czasu, więc szybko załatwiłem nam szybszy środek transportu - z drzew wyrwałem duże kawałki kory z których później zrobiliśmy sobie narty, a z badyli tyczki. Udało się nam dzięki temu zyskać jeden dzień. Po drodze oczywiście natknęliśmy się na okazy miejscowej fauny, które chciały nas pożreć, ale poradziliśmy sobie ze wszystkim, w tym z dwoma ogromnymi niedźwiedziami przy samej satelicie, choć te już zdołały nas trochę poharatać.

 W trakcie podróży odpoczęliśmy kilka godzin właśnie w tej zakopanej w śniegu ciężarówce, w której znaleźliśmy cały ten sprzęt - pudła pełne baterii A-Plus, scyzoryków, namiotów, Survival-Kitów... ogólnie był to chyba jakiś towar do sklepu dla hardcorowców.

 Wymontowanie silnika z wraku satelity zajęło nam ponad 24 godziny nawet mimo tego, że nie zważaliśmy na to by delikatnie odpinać wszystkie kable - po prostu je odcięliśmy. Po tym wszystkim silnik zapakowaliśmy na wielki kawał blachy, który posłużyć miał za sanie, przywiązaliśmy do tego jakieś liny i zaczęliśmy ciągnąć. Na szczęście do oceanu mieliśmy stąd ledwie jakieś pięć kilometrów. Wtedy zaczęliśmy się martwić tym jak przetransportujemy to całe ustrojstwo, które ważyło kilkaset kilo.

 Przy brzegu znaleźliśmy jakieś małe portowe miasteczko. Drogi były wyjeżdżone - nie było tu wiele śniegu i za nic nie moglibyśmy targać dalej tego silnika. Zostawiliśmy go na przedmieściach wraz z Karmazyn, która w drodze złamała nogę - doszło do tego chwilę przed tym jak dotarliśmy do miasta, gdy wraz z saniami i silnikiem zaczęliśmy zjeżdżać na mocnej stromiźnie.

 W mieście napadła nas i ogłuszyła jakaś grupka bandziorów, która jak się później okazało była Tyranami. Na szczęście szybko się ocuciliśmy i nie straciliśmy kolejnych dwóch dni. Ich przywódca... nie pamiętam imienia, ale to nie ważne. Ich przywódca chciał od nas wyciągnąć co tam robiliśmy i po co nam ta sterta żelastwa. Powiedzieliśmy mu całą prawdę, bo po co mieliśmy kłamać? Dowiedzieliśmy się od niego, że mają łódź, którą mogliśmy dopłynąć do tamtego Azylu wraz z silnikiem, ale nie chciał nas wypuścić ani pójść na żaden układ. Zwyczajnie chciał mnie sprzedać, bo wiedział, że Terina nikt by nie kupił z tą zasraną bombą na szyi, na której zostało wtedy już chyba tylko 48 godzin.  Z racji tego, że nie było innego wyjścia musieliśmy sprawę załatwić siłowo - udało nam się zerwać z łańcuchów, którymi nas związali ze względu na implanty i załatwiliśmy szybko jedynego w pokoju strażnika oraz samego przywódcę Tyranów. Tego drugiego zmusiliśmy by jakoś wypłoszył z miasteczka resztą swoich ludzi - powiedział im przez radio, że gdzieś w okolicy chowają się jeszcze jacyś ludzie, którzy niby to przybyli z nami i mają ich szybko znaleźć i złapać.  Kiedy osada opustoszała wyciągnęliśmy Karmazyn z celi, zabraliśmy nasz ekwipunek i sprawdziliśmy łódź o której mówił ten Drab. Okazało się, że była to już dość stara barka z bocznymi płozami. Do tego wiedzieliśmy, że jest gdzieś uszkodzona, bo ten Tyran nam to powiedział. 

 

 

 Silnik żyroskopowy znaleźliśmy na środku placu, jakieś pięćdziesiąt metrów od molo - Tyrani go tutaj przyciągnęli Hummerem. Z Terinem i Karmazyn szybko wykombinowaliśmy jak zapakować to ustrojstwo na barkę - znaleźliśmy w jednym z kontenerów sporo jakiś stalowych prętów, które podkładaliśmy pod sanie i na nich przesuwaliśmy całą tą konstrukcję na której stał silnik. Wcześniej przyciągnęliśmy trochę bliżej łódź, tak, żeby nie targać tego na zbyt długim odcinku drogi. Wtarganie silnika na łódź zajęło nam przeszło dwie godziny. Kiedy skończyliśmy do miasta wrócili akurat pozostali Tyrani. Musieliśmy się salwować ucieczką i choć zdołaliśmy załatwić wcześniej kilku z tych drani, to ich szef niestety przeżył.  Prze to, że silnik był uszkodzony i łódź nie potrafiła płynąć szybciej niż dwa-trzy węzły zanim zniknęliśmy z oczu Tyranów minęły jakieś dwie godziny. Gdy byliśmy na pełnym morzu zająłem się silnikiem - na szczęście nie było to trudne zadanie. Kiedy ruszyliśmy i tak byliśmy dość powolni i wiedzieliśmy, ze za nic nie zdołamy tak dotrzeć do Azylu na czas. Dolicz do tego to, że Terin dostał choroby morskiej i masz kompletny obraz nędzy i rozpaczy w jakim się znaleźliśmy. W trakcie drogi udało mi się trochę podrasować silnik tej maszyny, a nawet zdołałem podłączyć do niego silnik żyroskopowy. Łódź na takim zasilaniu płynęła dwa razy szybciej niż pozwalał jej na to normalny napęd.  Niestety z moich wyliczeń wyszło, że i tak zabrakło by nam ledwie kilka godzin do dotarcia do Azylu. Zaczęliśmy więc ostro kombinować. Na początku głowiliśmy się nad tym tylko ja i Karmazyn - nie chcieliśmy informować o wszystkim Terina, który już był pewien, ze dotrzemy. Tak jak się spodziewaliśmy mocno się załamał gdy go później poinformowaliśmy co i jak. Ale i tak zdołał wtedy trochę pokombinować by sobie pomóc - udało mu sie wypatrzeć na wodzie silniejszy prąd którego się trzymaliśmy. Ja podrasowałem jeszcze silnik dodając mu opcję overcharge, która by go trochę przeciążyła i najpewniej zniszczyła płozy, więc postanowiliśmy wykorzystać tą opcję dopiero na koniec. Chcieliśmy też wykorzystać motorówkę, która znajdowała się na barce i była znacznie szybsza niż ta duża łódź, zwłaszcza, że ją też podrasowałem.  W trakcie podróży staraliśmy się połączyć przez podrasowane przeze mnie radio - ooo tak... miałęm naprawdę dużo roboty na tej łodzi. Próbowałem się połączyć z jakimkolwiek miastem przy brzegu, by ktoś nam pomógł, ale nic z tego nie wychodziło - ani mi, Terinowi, czy Karmazyn.

  W końcu byliśmy te kilkanaście godzin od Azylu i nie widzieliśmy nadziei na powodzenie misji. Wtedy to właśnie Żelazko wyszedł z inicjatywą - zdecydował się wykorzystać ten swój super-implant i podłączyć się przez silnik żyroskopowy do całej łajby. Zgodziliśmy się na to z jednego powodu - skoro na chwile obecną nie było szans na to, ze przeżyje tą podróż, to co szkodziło zaryzykować. Przygotowaliśmy mu wygodne krzesło i stół z medykamentami obok, by w razie co ratować mu życie. Ja zająłem się konstrukcją odpowiedniego przewodu. W końcu zabraliśmy się do wykonania szalonego planu Terina. Kiedy podłączyłem go do maszyny ten stracił przytomność. Ale za to barka jakby ożyła - silnik zaczął pracować znacznie lepiej, łódź sama się prowadziła doskonale wyczuwając fale... nie mam pojęcia na jakiej zasadzie działał ten jego implant, ale muszę przyznać, ze to było naprawdę świetne urządzenie. Po jakiejś godzinie Terin odzyskał przytomność. Wtedy Terinowi zostało już tylko dziesięć godzin na obroży. Jakieś sześć godzin później uruchomiłem dopalacz w silniku satelity.  Gdy płozy zaczęły padać Terinowi zostały dwie godziny a nam mniej więcej tyle samo do Azylu. Wsiedliśmy do motorówki i wodowaliśmy. Wtedy łódź o mało, a by się wywróciła. W trakcie podróży zacząłem nawoływać przez radio Azylantów, co trochę czasu mi zajęło. Kiedy udało nam się połączyć i do radia wezwany został ten profesorek który nam wyznaczył zadanie - Henry Ericsson. Ledwie go przekonaliśmy do tego, że naprawdę mamy silnik, ale muszą zdjąć obrożę Terinowi, bo się popsuła i zaraz wybuchnie.

 Azylanci wypłynęli do nas i spotkaliśmy się jakoś tak kilka mil od ich siedziby. Na zegarze w obroży została wtedy minuta. Ericsson zażądał informacji o silniku zanim zdejmie obrożę Terinowi. Byliśmy wtedy trochę wkurzeni i tylko się na niego wydzieraliśmy by zdjął obrożę natychmiast, bo silnika nie dostanie. Na zegarze było już tylko kilkanaście sekund. Ericsson zgodził się na to i kazał Terinowi wskoczyć szybko na ich łódź. Wtedy było już tylko dziesięć sekund... Terin nie doskoczył i wpadł dość głęboko do wody... nie zdążyliśmy go wyjąć i licznik skończył odliczać...


 Nagle coś przerwało monolog Świeczki - drzwi do gabinetu Johnsona otworzyły się z hukiem...

 

C.D.N.

 

Lasard-RPG.blogspot.com

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.