string(15) ""
» Blog » Ad. 10 lat w Internecie
16-07-2012 15:21

Ad. 10 lat w Internecie

Odsłony: 289

Podczas czytania wpisu Zegarmistrza zabrakło mi szczegółu z życia dziecięcych fantastów internetowych. Dla mnie istotnego, dla większości czytelników: zapewne nieznanego lub niejasnego. Internet otrzymałem w szóstej klasie podstawówki LUB najpóźniej w drugiej klasie gimnazjum, co daje rozpiętość 11-9 lat temu. Przeglądając strony hobbystyczne o RPG, kartach czy cRPG-ach, natrafiłem na stronę fanów Neverwinter Nights: członków Bractwa Srebrnych Mieczy. Chciałem pokrótce Wam przybliżyć tzw. bractwa, klany. Zjawisko na szczęście już martwe, pojęcie uległo ewolucji. Obecnie "klanem" określa się na przykład grupę bliższych lub dalszych znajomych pykających w jakąśtam strzelankę. Bractwa raczej się kojarzą z grupami rekonstrukcji historii średniowiecza. Dawniej na internetowy klan fantasy (lub bractwo RPG-owe) składały się:
  • strona domowa z artykułami o niczym,
  • forum, na którym wspólnie debatowano, dlaczego nic nie ma na stronie,
  • Im Więcej Tym Lepiej członków, udzielających się przede wszystkim w dziale offtopic na forum lub wrzucających kwiatki z sesji,
  • chat lub - później - IRC.
Wygooglałem wpis Karczmarza wspominający o bractwach RPG-owych, wspomnę więc o kilku rzeczach, jakie w tym wpisie umknęły lub autor przemilczał. Cel bractwa Bractwo miało tworzyć społeczność. Jednocześnie realizować zabawę w systemie mistrz/uczeń, kręgi wtajemniczenia, jak i miejsce, gdzie emodzieci mogą żalić się na świat w grupie osób, jakie znają. Osiągano to poprzez wyznaczanie wspólnych zadań, mających jednoczyć grupę. Wszystko to w sosie fantasy, napędzanym przez RPG. Bractwa nie mogły przetrwać. Możemy zestawić serwisy (ponoć obecnie wymierające) i bractwa, by zobaczyć podstawowe różnice: Serwis (taki jak Polter) posiada zbiór projektów (z początku stron domowych, kącików o tekstach kultury, kiedyś zwłaszcza RPG-owych), w który angażowało się coraz więcej osób, między którymi wytwarzały się relacje. Krokiem IMO kluczowym dla przetrwania Poltera było żałożenie forum, a później blogosfery, gdzie osoby zaangażowane oraz ich czytelnicy mogli wymieniać się myślami. To wytworzyło społeczność forumową, której część stworzyła społeczność blogową. Był to więc schemat od wspólnego działania do społeczności. Bractwo natomiast zachęca do stworzenia grupy, obiecując, że im więcej będzie zgranych osób, tym więcej rzeczy zostanie osiągniętych. Kolejne osoby wcielone do grupy (zazwyczaj w wyniku rekrutacji) otrzymują zadania, a jeżeli chociaż z części z nich się wywiążą, strona rośnie w siłę, zachęcając kolejne osoby to wstąpienia. Schemat ten więc to od społeczności do wspólnego działania. Różnica efektu: Polter i inne serwisy pozbawione pierwszego elementu, czyli świeżości merytorycznej tekstów redakcyjnych (noł ofens ; )) pozostawiły po sobie społeczność, a te z nich, które dały społecznościom odpowiednie wsparcie (blogi polterowe), utrzymały się mimo zastojów. (Polterowi bardzo w tym pomogły "wojny" z blogowcami niezależnymi, robiące hałas o nic i spory ruch.) Bractwa niemal w całości upadły, gdyż ludzie nie wywiązywali się z projektów, przez co moment utraty społeczności powodował utratę wszystkiego. Kolejnymi różnicami były liczebność i różnorodność społeczności. Społeczność bractw dążyła do intymności i zaufania, rozmów na GG, chatach i zazwyczaj skupiała się na konkretnych projektach (jak "grajmy wszyscy w sesje po chacie!", "stwórzmy moda do NWN!", "zróbmy Euroshimę!" - true storry). Albo więc gadano o projektach, albo o sobie nawzajem. Gdy dochodziło do spięć, które dodatkowo uniemożliwiały prowadzenie projektów, nie miano o czym gadać. Zwłaszcza, że aktywnych było zazwyczaj koło 40% członków. Co daje koło 10-20 osób. Na Polterze aktywnych jest z 1% użytkowników (dane wziąłem z pupy), ale rotacja jest tak wielka, że wciąż zmieniają się tematy. To gadano o Robotice, to o kotach, to o blogach niezależnych, to jakiś Karnawał zdominowany przez userów, to o tym, że gadanie o kotach to nie-RPG, to o wolności słowa, to że Polter to społeczność fantastów, nie zaś RPG-owców, to ktoś zrobi flejm, potem ktoś nowy założy konto i zacznie gadać o storrytellingu, zrobi się flejm, to o kotach. Rotacja użytkowników umożliwia pisanie na zasadzie czasopisma Viktor Gimnazjalista: co rok jest nowa grupa o identycznych potrzebach, można więc kopiować tematy. Jak ktoś się znudzi, nie szkodzi, bo ktoś to kupować będzie (per analogiam: ktoś zawsze zdziwi się, że Laveris ma nasrane we łbie i spróbuje mu wyperswadować bycie głupim przy pomocy ewangelyj teoryj komunikacyj). Na marginesie: Bagno, mimo małej grupy aktywnych userów, toczy się bardziej jak Polter, niż jak bractwa. Dowód zwycięstwa schematu połączonego z różnicą dojrzałości użytkowników Bagna (20+ lat, rodziny) a członków Bractw (do 20 roku życia, gimbusy i ludzie uczący się do matury). Atmosfera w klanach była paskudna Młodsi polterowcy (kręcę się tu od bodajże 2004 i jestem na trzecim koncie) mogą nie kojarzyć tzw. rywalizacji między Valkirią a Polterem. Nie mam pojęcia, o co w tym chodziło, jednak jeszcze parę lat temu były wyraźne podziały na Ludzi Z oraz o tym pisano (teraz mamy ludzi z Bagien vs ludzie nie zgadzający się w jakiejś sprawie z Sejim). Jeżeli udzielaliście się kiedyś na Bagnie, możecie znać tamtejszy nastrój przeplatania klepania po plecach z szyderą, plusikami itp., co pomogło im utrzymać dość zwartą grupę stałych userów przy bardzo małej rotacji. W bractwach było podobnie. To, czego obecnie nie ma, to dawniej istniejące Wojny i Sojusze. Robiono klanowe starcia (np. w NWN), ale bractwa raczej rzadko posiadały możliwość wspólnego okładania po kaskach podczas ustawki (duże ograniczenia sprzętowe). Stąd miast tego trollowano się jak tylko było można. Co więc było w bractwach podczas wojen i sojuszy:
  • zakładanie fikcyjnych kont na forach, spamowanie;
  • próba przejścia przez rekrutację pod fikcyjnym nickiem na zasadzie szpiegostwa (Bractwo Srebrnych Mieczy kiedyś próbowało szpiegować Panie Jeziora czy coś takiego, ale wyznaczony do tego user skorzystał ze starego maila, w którym widniał automatyczny podpis zawierający jego oficjalny nick z dopiskiem BSM - true storry);
  • wjazd w większej grupie na chat podczas oficjalnego spotkania, spamowanie.
Nie mam pojęcia, do czego służyły sojusze. Chyba łączono projekty, ale raczej ich celem było jak nie chcecie mieć wojny, to róbmy sojusz, wymienimy się bannerami i jesteśmy cool. Trolling zorganizowany i wojny łączyły się z rozłamami, jakie miały miejsce w bractwach. Co jakiś czas ktoś z kimś się tam kłócił i wraz z grupą followersów zakładali własne bractwo. Rekrutacja Rekrutacja była najzabawniejszą rzeczą związaną z bractwami, a w BSM-ie była to moja pasja. Wspominałem już o schemacie mistrz-uczeń. Jeżeli bractwo mogło sobie pozwolić na stawianie jakości nad ilość, to każdy rekrut miał przydzielonego mistrza. Gdy w późnym BSM-ie sam miałem przydzielanych rekrutów, była to kupa śmiechu - o czym dowiedziałem się po paru latach. Były romanse między postaciami, gadanie o Ważkich Sprawach (sam zadawałem takie pytania, jak miecz przeznaczenia ma dwa ostrza () xD). W różnych bractwach wyglądało to inaczej, ale zazwyczaj jakaś ceremonia pozwalała na zostanie pełnoprawnym członkiem. Czyli - przychodził, kto chciał, i gadano na chacie: *kładzie dłonie na jego głowie* Czy zgadzasz się lojalnie służyć Bractwu Srebrnych Mieczy? - taki poziom. Nic dziwnego, że jak społeczność zaczynała się psuć, to trudno było znaleźć dla niej substytut. Zwłaszcza, że rzadko kiedy osoba pełnoletnia próbowała dostać się do Bractwa. Większość osób pełnoletnich zaczynało jako dzieci i po prostu latka im stuknęły. A że same głowy klanów również robiły się starsze, ich tolerancja dla dziecinady malała. Wiele serwisów zapożyczało elementy od bractw Tworzenie serwisu zaczynając od forum i na nim się zatrzymując (gromadząc też materiały), wpisywanie rasy i klasy podczas zakładania konta, zakładanie oficjalnego chata nie chcę powiedzieć, że klany to zainicjowały, ale one utrwaliły. Przez wiele lat były to elementy obecne w serwisach fantasy, wymierając drogą naturalną. Jako, że bractwa stworzyły też modę na granie po chatach i innych komunikatorach pisemnych, pomogły utrwalić rodzącą się w PBF-ach manierę pisania o działaniach postaci w narracji trzecioosobowej, opisując działania postaci w klamrach czy gwiazdkach. Teraz już się tego nie stosuje, ale gdy robiłem tak w gimnazjum, wszyscy to łapali. Jako, że bractwa posiadały ogromną tolerancję dla artykułów swych kumpli, większość z nich była bardzo słaba. Niektóre serwisy to powieliły, idąc w ilość, nie w jakość. Nie utrzymały się. Bractwa to dla mnie bolesne wspomnienia W bractwie byłem jako dziecko i chociaż dalej jestem młody, piękny i głupi, przywoływanie tamtejszych wpadek, konfliktów społecznych, spalonych nadziei - boli. Chyba najmocniej jednak odczuwam braki we wspomnieniach. Można to porównać do wspomnień z dawnych szkół, gdy uzmysławiasz sobie zapominanie imion, nazwisk, dziury w wydarzeniach, kojarzenie ogólnych nastrojów bardziej, niż historii. Różnica jednak tkwi w śladach. Ze szkół ma się zdjęcia, świadectwa z bractw ma się Google i postrzępione wyniki poszukiwań, szczątki dowodzące nieskończonych spraw, porzucenia. Pamiętam, jak spędzałem gimnazjalne godziny ściągając, co się dało z bezwartościowych archiwów Twierdzy Błędnego Szwadronu. Czytanie niczym ideału grania bibliotek Królestwa Szarego Smoka. Wiem, że kiedyś włożyłem masę roboty w jakieś małe bractwo WFRP związane z szarymi wilkami, ale czym oni do cholery byli? Jak się nazywały klany, które nienawidziłem jako szczyl? Dzięki bractwom do dziś zachowałem kilka bardzo cennych znajomości. Ale też trudniej o lepszy przykład marności i bezużyteczności. Ah, moja ksywa. Zawdzięczam ją decyzji szefa BSM, który stwierdził, że mój stary nick był za mało fantasy, więc w wakacje przed pierwszą liceum usiadłem na chacie z grupą znajomych i mi wymyślili. True storry. A niechęć do animowanych emotikon zrodziła moją manierę do wstawiania spacji między tymi znakami emotek, które chaty i GG przekształcały. ; ) Epilog Różnicę, jaką określiłem Wam między Polterem a bractwami, pojąłem około pięć lat temu. Na którymś Pyrkonie pojawiło się nowe-nowe-nowe-nowe (mogłem coś pominąć) pokolenie BSM, chcące się przy okazji wybrać na prelekcję na temat bractw organizowaną przez jeden z jego odłamów. Na prelekcji pojawili się więc: wszyscy obecni na konwencie członkowie BSM, wszyscy członkowie klanu prowadzącego prelekcję, jedna osoba z zewnątrz (mająca własny klan) oraz ja niezrzeszony. Dzień przed prelką trzymałem się ze znajomymi z oboma bractw, w końcu jednak musiałem wybrać, do kogo podejdę w oczekiwaniu na zwolnienie się sali. Jakie to wszystko głupie było. Przedstawiłem moją opinię na temat konieczności wymarcia bractw, czyli: dążenie od społeczności do działania nie ma możliwości przetrwać. Społeczność wytwarza się ze wspólnych celów. Po prelekcji nastąpiło pogodzenie się dawnych znajomych, wspólna wyprawa na DDR i każda grupa poszła w swoją stronę. Oczywiście obiecano współpracę. Miałem rację - bractwa nie mogły przetrwać. I dobrze. (Wow! Zrobiłem NORMALNY wpis na polterze. EDIT: Tutejsze kodowanie ssie. Srlsy, nie można wstawić myślnika z worda, musi być dywiz? Nie może być cudzysłowia w tytule?)

Komentarze


Karczmarz
    @Siman
Ocena:
+1
Był też sojusz ze wspomnianymi w notce Paniami Jeziora (potem się dziewczyny przemianowały jakoś, nie pamiętam dokładnie

Btw. z zalozycielka Pani Jeziora (ktore faktycznie zmienialo nazwy kilkukrotnie) nawet mieszkalem przez 2 lata

Ah, moja ksywa. Zawdzięczam ją decyzji szefa BSM, który

Btw2. Moj nick 'Karczmarz' (w sumie nie do konca pamietam w ktorym momencie przeszedlem na niego z poprzedniego klanowego) tez wyplynal jakos podczas jednej z sesji w realu ze znajomymi z BSM :)
18-07-2012 14:10
oddtail
   
Ocena:
+1
Fajna notka. Pozostaje mi tylko czuć żal, że jako gimnazjalista nie wylądowałem w żadnym bractwie czy innym klanie.

Brzmi to wszystko strasznie śmiesznie, ale chyba na tamtym etapie życia by mnie cholernie bawiło. I zapewniło poczucie przynależności i co tam jeszcze potrzebne jest młodemu, chłonnemu umysłowi.

Niestety, mój Internetowy kąt był gdzie indziej - choć budzi niemniejszą zapewne nostalgię i na pewno był co najmniej równie głupi i śmieszny jak klany i bractwa. Ale to jednak nie to, co fantasy...

@Senthe: a jak to forum się nazywało, jeśli to nie tajemnica? Pytam, bo takich forów było pewnie w polskim Internecie kilkanaście (-dziesiąt?), ale świat bywa mały, a moja narzeczona swojego czasu udzielała się na forum, które wyglądało pewnie pi razy oko porównywalnie do tego, co piszesz. Więc jest jakaś tam niewielka szansa, że to to samo.
18-07-2012 14:12
Senthe
   
Ocena:
0
@oddtail
Priv ;)

Przez Ciebie tam zajrzałam i okazało się, że jednak umarło. :(
18-07-2012 15:38
Siman
   
Ocena:
+2
Ha, też mi przyszło do głowy, że w swoim podsumowaniu zegarmistrz zapomniał wspomnieć o klanach.

Klany* to też moje początki funkcjonowania w internecie. Ja zaczynałem "po drugiej stronie barykady", w Tahl-inar - chyba największym w pewnym momencie klanie NWN, który był o tyle fajny, że głównym zajęciem jego członków było rzeczywiście granie w NWN (i erpegowanie na serwerach z kilkoma MG, co bardzo sympatycznie wspominam), reszta stanowiła raczej dodatek. Do tego szefowie mieli, z tego co pamiętam, 20+ lat, więc byli dla mnie gimnazjalisty autentycznymi autorytetami, nie żadne tam "stopnie wtajemniczenia".

Oczywiście były i śmieszne wojenki "Trójprzymierza" z BSM&consortes, które wtedy wydawały mi się strasznie fajne i poważne. A potem TI się sypnął, nie pamiętam czemu, chyba szef postanowił mieć więcej życia poza netem i nie było komu pociągnąć (a może serwer zlikwidowali? Mam takie same dziury w pamięci - wiem, że coś się działo - ale co kto komu i jakie mieli ksywki - za cholerę nie mogę sobie przypomnieć).

Potem sam próbowałem organizować własny klan erpegowo-baldursowy, co się zwał Zakon Szkarłatnego Smoka. I tu pojawił się syndrom o którym piszesz: zbieraliśmy ludzi, żeby aktywnie działać, co się sypało bardzo szybko, bo na dodatek nie byłem w stanie zorganizować więcej niż kilkunastu członków z czego k6+1 aktywna. Ale przynajmniej nauczyłem się obsługiwać Photoshopa do robienia layoutu strony. Był też sojusz ze wspomnianymi w notce Paniami Jeziora (potem się dziewczyny przemianowały jakoś, nie pamiętam dokładnie) - swoją drogą zawsze tak wychodziło, że bezpośrednio lub pośrednio klany w których byłem miały kosę z BSMem. ;) No i dużo siedzenia na forum i czacie (nawet logi zachowałem), sesji PBC i PBF.

Aż w końcu poszedłem na swój pierwszy Falkon 2004 i powoli zacząłem się przesuwać w stronę aktywności w "żywym" środowisku fantastów, zamiast internetowym (chociaż był jeszcze nawrót w czasach początków serwisu Paradoks, ale to inna historia).

W sumie to była fajna przygoda, która sporo mnie wbrew pozorom nauczyła, przede wszystkim o organizacji grupy ludzi do wspólnych działań (tzn. jak tego NIE robić). Nie mam poczucia, że marnowałem wtedy czas, chociaż to rzeczywiście inicjatywy typowe dla nastolatków - dużo ambicji, słomianego zapału i połowiczne efekty, które szybko się marnowały. Większość moich inicjatyw z tego okresu (typu pisanie powieści) skończyło się podobnie.




*Swoją drogą mam wrażenie, że scena klanowa dzieliła się na klany (nie związane w ogóle z BSM) oraz bractwa (BSM + wszystkie wydzielone z niego twory - których było całkiem nie mało AFAIR).
18-07-2012 15:54
Salantor
   
Ocena:
0
Siman, powtarzasz się :P
18-07-2012 16:19
Siman
    @Salantor
Ocena:
0
Coś mi się wali z edycją. Za każdym razem, gdy edytuję stary komentarz, edycja dodaje się jako kolejny. Nie wiem o co kaman.

@Karczmarz
A faktycznie, zapomniałem o tym. :) Takie rzeczy jakoś się kasują w pamięci (tzn. mi, bo ty to pewnie nieźle zapamiętałeś). ;)
18-07-2012 18:20
~Pri

Użytkownik niezarejestrowany
    BSM
Ocena:
+4
@Auri
Klemle - pamiętam. Zawsze byłem fanem jej plastycznego sposobu opisu czynności z gnomiej perspektywy.

Tahl-Inarowi zazdrościłem NwNowej ekipy - w moich czasach BSM miał niewielu graczy, a ci co grali, skupieni nad 'klimaceniem' na Aquilonii nie byli zgranym zespołem. Sam zresztą słabym graczem byłem...

Mimo to gotów jestem zainstalować NwNa i na ubitej ziemi spotkam się z każdym kto powie że nie było warto, że to strata czasu była i mentalna masturbacja w udawanie ważnych bochatyruw (czy innych ćwieć-wampirów, pól-smokow z domieszką krwii demona i stryjem-otwieraczem do konserw).

Było warto. To były inne czasy, inny internet i - może dziecinnie pojęty - inny świat. Wirtualny świat oczywiście, jednak dla nas był tak prawdziwy jak codzienność za oknem. Szczególnie poznając ludzi w realu na zlotach.

A co do samego BSMu, nie zamieniłbym członkostwa w nim na żaden inny klan/bractwo/gildię - nie ma bata. BSM można było nienawidzić lub kochać - większość zaangażowanych przechodziła przez całe spektrum tych emocji - koniec końców jednak, dla mnie był to dom-z-dala-od-domu, z ludami, nieludami i parszywymi elfami których lubiłem i szanowałem (poza elfami, oczywiście).

Do dziś słuchając Manowaru często wspominam dzień w którym Sabatiel (dziwne że nikt tego imienia nie rzucił wcześniej mówiąc o BSMie) zarzucił mi link do "Warriors of The World..." mówiąc "pokochasz to". Pokochałem :)
Ot, małe wspomnienie, a jednak w tych szczegółach tkwi diabeł - czy raczej demon nostalgii :)
19-07-2012 19:57
Karczmarz
    Hmmm
Ocena:
+1
@Pri
koniec końców jednak, dla mnie był to dom-z-dala-od-domu, z ludami, nieludami i parszywymi elfami których lubiłem i szanowałem

Ech... "luda nieluda i parszywe elfa" jako otwarcie każdego postu.... 9 lat minęło a mi "Hmmm" jako zastępstwo tamtego zwyczaju do dziś zostało w szczątkowej formie :)
19-07-2012 21:11
~Dana_Meadbh

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Aż mi się łezka w oku zakręciła, jak wspomniałam Sabatiela i jego kompanię. W BSM męża znalazłam. Mamy troje dzieci.
29-04-2014 06:30
~ciekawy

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Znalazłaś męża w BDSM?
29-04-2014 08:21

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.