2586 kroków - Andrzej Pilipiuk

528 stron

Autor: Piotr 'Rebound' Brewczyński

2586 kroków - Andrzej Pilipiuk
Z twórczością Andrzeja Pilipiuka zetknąłem się po raz pierwszy dość dawno temu, kiedy w jakimś czasopiśmie zobaczyłem reklamę pierwszego wydania Kronik Jakuba Wędrowycza. Książkę niebawem kupiłem i przeczytałem jednym tchem. Nie powiem - spodobała mi się, że hej. W ten sposób wpadłem w sidła Fabryki Słów i ilekroć na półkach księgarskich pojawiało się coś sygnowane nazwiskiem Pilipiuk, bez zastanowienia wykładałem pieniądze. Z czasem jednak książki opowiadające o losach najsławniejszego egzorcysty - menela podobały mi się coraz mniej, głównie ze względu na niebezpiecznie obniżający się poziom niektórych żartów. Niespodziewanie wiarę w Pilipiuka przywróciły mi Kuzynki, a następnie nieco mniej udana Księżniczka. Zabierając się za 2586 kroków byłem więc nastawiony wyjątkowo neutralnie - nie spodziewałem się rewelacji, ale jednocześnie miałem nadzieję, że na kartach powieści nie spotkam się już z wątpliwej jakości autoironią, w której pierwsze skrzypce grałby stosunek płciowy z owcą.

Na dobre

Na wstępie warto powiedzieć o tym, co rzuca się w oczy już na samym początku. Książka, będąca zbiorem opowiadań autora, ma niespotykaną dotąd w ofercie Fabryki Słów objętość (528 stron - trzeba zrobić trochę miejsca na półce). Wydawnictwu należą się brawa za to, że nie rozbiło pozycji na dwie części (a można to było zrobić bez większych trudności), zachowując przy tym dość rozsądną cenę (30 zł to kwota, której inni wydawcy żądają za znacznie cieńsze pozycje). Miłe wrażenie robi też estetyczna ilustracja na okładce, choć z tytułem antologii ma wspólnego właściwie bardzo niewiele. Przejdźmy jednak do meritum.

Już przy pierwszym, tytułowym zresztą, opowiadaniu doszedłem do wniosku, że w tym przypadku nie zawiodę się na autorze. Osobiście bardzo lubię historie z pogranicza świata rzeczywistego i fantastyki, a właśnie takimi tworami są opowiadania 2586 kroków i Wieczorne dzwony. Te dwie historie łączy ponadto osoba głównego bohatera oraz to, że są one osadzone w XIX wieku. Obie opowieści cechuje niesamowity klimat, wynikający między innymi z faktu, że ich głównym motywem są dziwne, niezbadane zarazy. Innym, również niesłychanie klimatycznym opowiadaniem "starszej daty", jest Mars 1899, nominowany do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Moim zdaniem - jak najbardziej słusznie. Jest to chyba najlepsza historia w całym zbiorze. Ogólnie teksty quasi-historyczne wyszły Andrzejowi Pilipiukowi zdecydowanie najlepiej - czasem aż chce się uwierzyć w te wszystkie wydarzenia.

Mówiąc o zaletach zbioru należy także wymienić Samolot z dalekiego kraju - za niewymuszoną magię i prostotę opowiadanej historii. Niby wszystko jest mocno naciągane i nieprawdopodobne, ale cała opowieść jest na swój sposób bardzo sympatyczna i wywołuje uśmiech na twarzy. A jeśli już przy uśmiechu jesteśmy, to nie wypada nie wspomnieć o krótkim opowiadaniu-liście W moim bloku straszy, który autentycznie rozśmieszył mnie do łez.

Wymienione powyżej teksty czytałem na ogół jednym tchem, nie rozstając się z książką nawet podczas jedzenia. Z innymi było już nieco inaczej.

Na złe

Na dobrą sprawę pierwszy grymas niezadowolenia pojawił się na mojej twarzy podczas czytania Atomowej ruletki (czyli mniej więcej w połowie książki). Autor zrobił coś, czego osobiście bardzo nie lubię i co uważam za przejaw kompletnego braku profesjonalizmu. Mianowicie, zaczął "fandomizować". Oto w jednej z rozmów między studentami autor wciąga na listę przyszłych lektur szkolnych Wilcze gniazdo Jacka Komudy, a reżyserem jego filmowej wersji mianuje Staszka Mąderka... Abstrahując od faktu, że taki zabieg mocno hermetyzuje tekst i przekreśla możliwość wydania go (a przynajmniej bez dokonania niezbędnych zmian) gdziekolwiek poza granicami Polski, to burzy to w znacznym stopniu nastrój opowiadania, które od tego momentu czytałem już ze znacznie mniejszym zainteresowaniem.

Drugim mankamentem nie tyle pojedynczych opowiadań, co właściwie całej antologii, jest wieloaspektowa wtórność i powtarzalność. Zarówno pod względem stylistycznym, jak i merytorycznym, autor nadużywa niektórych konstrukcji i zestawień. "Chichoczący wiatr" brzmi dobrze, jeśli natkniemy się na niego raz. Jest to jednak konstrukcja na tyle zapadająca w pamięć, że powtórne spotkanie z nią odczuwa się niemalże tak, jak nie używanie synonimów przez początkujących pisarzy. W warstwie merytorycznej mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Mianowicie, wszyscy bohaterowie Pilipiuka to ludzie niezwykle dobrze wyedukowani (nawet, jeśli są dopiero licealistami), wysportowani, acz straszliwie naiwni i łatwowierni. Jeden z nich, zasypujący nauczycielkę najnowszymi teoriami dotyczącymi chrztu Polski, bez większych trudności odlewa i wykuwa ze srebra sztylet, mający być bronią przeciwko wampirom, o których bohater usłyszał od dopiero co poznanego profesora fizyki... Coś takiego nazywam "przekraczaniem granicy fantastyki". Owszem, wampiry i wilkołaki to jedno - mieszczą się one w sferze magii, która w realnym świecie nie ma racji bytu, a więc nie musi być nawet w ułamkowej części wytłumaczalna. Jednak chłopak, któremu na sucho uchodzi całkowite zdemolowanie pokoju, czy komandos, który ze spokojem na twarzy przyjmuje misję (dwuosobową!) zniszczenia bazy obcych, to już grudka dość ciężka do przełknięcia, której nie da się wytłumaczyć nawet przyjętą przez autora konwencją.

Do tego wszystkiego muszę niestety dodać jeszcze przewidywalność większości historii oraz niejednokrotnie zbytni dramatyzm i przesłodzenie, które niemiłosiernie "spłycają" finały paru opowiadań (na tym polu szczególne wyraźnie odznacza się Wiedźma Monika). Jest jeszcze dziwna tendencja autora do "wyciszania" przekleństw ("urwał!"), która w moim odczuciu razi bardziej, niż używanie "normalnych" słów nieparlamentarnych. Być może jednak płynie to z faktu, że Pilipiuk zdecydowanie nadużywa (czasem całkiem bez sensu) nawet samych "wyciszeń".

Na koniec

W ogólnym rozrachunku 2586 kroków wypada niemal idealnie średnio. Zbiór zawiera kilka naprawdę przyzwoitych opowiadań, dla których warto go kupić i mieć na regale. Z drugiej strony, jest w nim też parę historii zupełnie nieoryginalnych lub bazujących na "odgrzewanych" pomysłach (nie mogę chociażby pozbyć się przeświadczenia, że Vlana to nędzne ochłapy pozostałe po Kuzynkach i Księżniczce). Wrażenie to potęgują dwa opowiadania, w których autor posłużył się nienowym i mocno już oklepanym motywem wehikułu czasu. W efekcie połowa książki to zwykłe czytadło, a druga połowa - przyzwoita twórczość, z którą warto się zapoznać. Widać więc, że tak czy siak Fabryka Słów wyszła na swoje: za 30 zł otrzymujemy circa 260 stron tego, czego oczekiwaliśmy. Co by jednak nie mówić, jest to wynik wcale pozytywny i dlatego książkę tą polecam - w połowie, bo w połowie - ale jednak.

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie książki do recenzji.