» Recenzje » 1000 lat po Ziemi

1000 lat po Ziemi


wersja do druku

Ojciec i syn w podróży służbowej

Autor: Redakcja: Kamil 'New_One' Jędrasiak

1000 lat po Ziemi
Dla tego filmu prawdopodobnie najlepiej byłoby, jeśli nie padłoby w nim ani jedno słowo. Gdyby pozwolić obrazom mówić za siebie, mielibyśmy z tego więcej pożytku niż ze słuchania dialogów fałszywych jak miłość Littlefingera do lady Arryn. Przemyślana scenografia i dobre chęci nie ratują tej futurystycznej historyjki o pojednaniu ojca z synem przed artystyczną klapą. A, jak słychać tu i ówdzie, producentów czeka też rozczarowanie finansowe.

Należę do sekty zdradzonych miłośników M. Nighta Shyamalana. Po genialnym Szóstym zmyśle nie miałem wątpliwości, że światu właśnie dał się odkryć wielki twórca. Nie chodziło tu nawet o słynne zakończenie, bardziej o talent do budowania atmosfery niesamowitości, rodzącego się podczas seansu przekonania o realnym istnieniu sił nadprzyrodzonych, kreowanego przez reżysera jakby bez wysiłku, za pomocą prostych zabiegów. Niezniszczalny w mojej opinii potwierdził jego klasę; Znaki i Osada, choć może nazbyt ekstrawaganckie, również wywoływały rezonans w mojej fanowskiej duszy. "Lecz nagle się coś urwało", a wielki twórca (mocno wspomagany, jak z czasem zrozumiałem, przez genialnych autorów zdjęć) zaczął knocić film za filmem. Od tego czasu moja wiara raz za razem poddawana jest próbie, choć nadzieja, ta idiotka, ciągle żyje.

Tysiąc lat po Ziemi jest nieco lepszy od fatalnego Ostatniego Władcy Wiatru. Można w nim odnaleźć wiele śladów "Shyamalanowego dotyku", spośród których najbardziej wyraźnym jest zaczerpnięty od Spielberga motyw pojednania dziecka z ojcem i wynikające z niego przesłanie o wielkiej wadze więzi rodzinnych. Zapracowany pater familias (Will Smith) pod wpływem dramatycznych okoliczności znajduje wspólny język z szukającym akceptacji dzieckiem (Jaden Smith) – sztafaż science fiction to tylko dekoracja dla aktualnego współcześnie dramatu.

W filmie pojawia się także charakterystyczna dla twórcy Zdarzenia wizja przyrody jako obdarzonej zbiorową świadomością inteligencji – w zależności od sytuacji służącej człowiekowi, lub stanowiącej dla niego śmiertelne zagrożenie. Z dwoma wspomnianymi elementami łączy się mistyka rodem ze Znaków, czyli wiara w niewytłumaczalną racjonalnie więź między bliskimi i zdolność jednostki do komunikowania z (tak czy inaczej pojmowanym) "kosmosem". Tym razem jednak te metafizyczne wątki strywializowane zostały do poziomu parafraz z Paulo Coehlo: "jeśli wierzysz, to świat nagnie się do twoich potrzeb". Co gorsza, zabrakło właściwej równowagi pomiędzy akcją filmu a przedstawianym światopoglądem. Co autor myśli na dany temat powinno wynikać z tego, co przydarza się bohaterom filmu. Tu zaś wszystko jest postawione na głowie: dana na starcie jest teza i wiemy, że nie zdarzy się nic, co by jej przeczyło. Logika i prawdopodobieństwo składają pokłon poczuciu misji.

Akcja toczy się w niedookreślonej jasno przyszłości. Ludzkość doprowadziła Ziemię do stanu, w którym ta nie jest zdolna podtrzymywać życia wielomiliardowej populacji. Między wierszami pojawia się też sugestia, że ewolucja uczyniła z większości ziemskich zwierząt drapieżniki zdolne zagrozić ludziom, a niewyjaśnione zmiany w ustawieniu planety względem Słońca powodują ekstremalne różnice dobowe temperatur. Ziemianie ewakuują się, ale na nowej kolonii napotykają z kolei obcą cywilizację (jej motywacje ani przez moment nie mają dla fabuły żadnego znaczenia; ot taki generyczny wróg z pudełka), która z sobie wiadomych powodów wypuszcza na ludzkość brzydkie potwory – wprawdzie ślepe, ale wyczuwające strach. Ziemia tymczasem zmienia się w dziką puszczę, pełną uwolnionej od brzemienia człowieka zwierzyny.

Tak oto zarysowany świat nie ma w filmie zupełnie żadnej funkcji poza służeniem młodemu bohaterowi za tor przeszkód. Ojciec i syn rozbijają się na zdziczałej planecie (w okolicznościach – a jakże – niejasnych). Generał Cypher, służący do tej pory swojemu dziecku za przewodnika, zostaje poważnie ranny, a więc to od sprawności chłopca zależy życie ich obu. Młody Kitai musi dostać się do nadajnika, oddalonego sto kilometrów od miejsca ich wypadku. Wyrusza na wyprawę, która okaże się intensywnym kursem dojrzewania i panowania nad swoimi emocjami... oraz okazją do wypowiadania marnych kwestii.

Chwile ciszy są faktycznie jedynymi, w których 1000 lat po Ziemi "brzmi" prawdziwie. Warstwa wizualna "mówi" ciekawiej niż aktorzy. Majestatyczność lasów północnej Kalifornii wobec drobnej ludzkiej postaci; mentalna bariera oddzielająca postać Willa Smitha od jego żony i dziecka, odegrana poprzez ich ustawienie w kadrze; organiczna harmonia futurystycznej architektury i sylwetki statku kosmicznego przypominające efekty pracy gigantycznych jedwabników – to wszystko można po prostu podziwiać. Można też wyciągnąć z tych kadrów więcej informacji na temat bohaterów i ich świata, niż z jakiejkolwiek spośród scen mówionych. Gdyby nie one, mielibyśmy piękny film. Czar niestety pryska przy każdej linijce dialogu.

W prymitywnie markowanych rozmowach, nieudolnie służących posuwaniu fabuły do przodu, nie ma odrobiny życia. Pozorowane konflikty istnieją w filmie tylko dlatego, że się o nich mówi. Bezsensowne spotkania – takie jak to, w którym Kitai jest prowokowany przez żołnierza – służą wyłącznie przekazaniu informacji widzowi. Chłopiec nie powinien nawet znaleźć się w jego towarzystwie. Skoro jednak już się znalazł – powinien być natychmiast wyproszony z miejsca, w którym nie wolno mu przebywać. Jak już nikt go nie wygania, to ostatnia rzecz, na jaką mógłby wpaść weteran (jakim wydaje się być omawiana postać), to zachęcanie syna swojego przełożonego do podjudzenia przewożonej na pokładzie statku groźnej bestii. A jednak wszystko to ma miejsce, bo scenariusz wymaga zapoznania widza z tym zwierzęciem. Logika zostaje rzucona w kąt. Do końca filmu nikt jej nie podniesie.

Nawet dobry aktor nie podołałby zadaniu wybronienia swojej postaci wobec chybionej logiki wydarzeń i pokracznych dialogów. O ile Smith senior radzi sobie jako tako, to cóż poradzić ma jego syn, któremu, jeśli wierzyć napisom końcowym, jeszcze na planie zdjęciowym udzielano profesjonalnych lekcji aktorstwa? Jaden Smith otrzymał trudną do odegrania rolę – chłopca uczonego panować nad emocjami, ale domagającego się uwagi od ojca; przerażonego śmiertelnym niebezpieczeństwem człowieka, zdanego na pastwę dzikiej przyrody, od którego opanowania zależy życie ukochanej osoby. Młody aktor zupełnie sobie nie radzi, ale i w dotychczasowej swojej karierze nie wykazywał nadmiernego talentu. Porażka produkcji opartej na jego grze aktorskiej była niestety przewidywalna.

1000 lat po Ziemi prawdopodobnie szybko odejdzie w niepamięć. Mimo pozorów głębi i autentycznie pięknych dekoracji jest to film, który można raz obejrzeć i nigdy więcej o nim nie myśleć. Być może praca przy nim pozwoli komuś zapłacić rachunek za prąd – i to jest główny pozytyw z jego powstania. Poza tym szkoda pracy scenografów, szkoda talentu reżysera. Willa Smitha mi nie szkoda – skoro jako producent uparł się, by uczynić ten film trampoliną dla sławy swojego syna, to niech teraz się tłumaczy. Lato chochole będzie toczyć się dalej. Doczekamy się jeszcze kilu produkcji lepszych od tej.
5.0
Ocena recenzenta
3.22
Ocena użytkowników
Średnia z 9 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 3

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: After Earth
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Scenariusz: Gary Whitta, Stephen Gaghan
Muzyka: James Newton Howard
Zdjęcia: Peter Suschitzky
Obsada: Will Smith, Jaden Smith, Isabelle Fuhrman, Kristofer Hivju
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2013
Data premiery: 14 czerwca 2013
Czas projekcji: 100 min.
Dystrybutor: United International Pictures Sp z o.o.



Czytaj również

Zdarzenie
Stracony czas
Glass
Bohaterowie są wśród nas
- recenzja
Czerwona jaskółka
Wywiad to ludzie
- recenzja
Bright
Smutne jest życie orka
- recenzja
Gold
Zawsze chodziło o złoto
- recenzja
Split
Dumka na 23 serca
- recenzja

Komentarze


triki
   
Ocena:
+2
Bardzo słaba recenzja.

To, że autor ma narzędzia i wiedze do oceny gry aktorskiej, nie pozwala mi wejść w polemikę, bo ja po prostu się na tym nie znam.

Ale jeżeli chodzi już o talent reżysera [cyt: Poza tym szkoda pracy scenografów, szkoda talentu reżysera ], to ja - laik, amator kina - już poproszę o wytłumaczenie. Bo o ile można powiedzieć o Szóstym zmyśle - dobry, to kolejne produkcje to równia pochyła.

Nie licząc tej produkcji (a pewnie i tej się dostanie), trzy poprzednie [z rzędu!] M. Night Shyamalana miały nominacje do Złotej Maliny.

Pisanie o "talencie" na podstawie jednego filmu? Szczególnie biorąc pod uwagę takie "perły" jak:
Happening
Last Airbender
Signs
Village
25-06-2013 14:12
New_One
    @ triki
Ocena:
+1
Ja może nie wysłużę Tomka, bo w końcu sam najlepiej wie, co miał na myśli i z pewnością jest w stanie sam bronić swoich słów, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z Twoją oceną twórczości Shyamalana.

Odnoszę wrażenie, że ten twórca ma swoje (dziwne, a i owszem) podejście do kina - i to ono jest na tyle specyficzne, że przysporzyło mu rzeszę krytyków jego dokonań. Nie chodzi o to, że jego filmy "są zbyt skomplikowane i nikt ich nie rozumie" (dziecinny argument wielu obrońców). Wręcz przeciwnie - są proste, ale w swojej prostocie stanowią urzeczywistnienie pewnych założeń, które z całą pewnością mogą się nie podobać, ale same w sobie nie są jednoznacznie złe - choć przez większość widzów nieakceptowane.

Dlatego też odmówienie mu talentu to za daleko idący wniosek. Nawet, jeśli w jego dorobku zdarzyły się słabsze produkcje, pokroju Ostatniego Władcy Wiatru, czy nawet Zdarzenia (choć tego, pomimo wielu irytujących cech z aktorstwem na czele, wcale nie postrzegałbym jako klapy artystycznej). To po prostu reżyser tworzący bardzo hermetyczne kino, którego styl nie sprzyja szczególnej popularności. Albo się podobnie "czuje", albo nie.

I nie zrozum mnie źle - są osoby, które bezkrytycznie podchodzą do twórczości Shyamalana. Wydaje mi się, że zarówno ja, jak i Tomek jesteśmy jednak nieco bardziej zdystansowani do jego dokonań. W końcu Tomek sam zaznacza, że reżyser zalicza od jakiegoś czasu "zjazd". Po prostu nie traktujemy tego, że zdarzają mu się wpadki jako syndrom braku talentu. (Tomku, czy zgadzasz się ze mną?)
25-06-2013 14:39
triki
   
Ocena:
+2
To po prostu reżyser tworzący bardzo hermetyczne kino, którego styl nie sprzyja szczególnej popularności

Tak samo jak Uwe Boll, ale i tu nie napisałbym o talencie. :) ;)

Dzięki za odpowiedź.
25-06-2013 14:46
New_One
   
Ocena:
+1
Wydaje mi się, że w wypadku Uwe Bolla (nie wiem na pewno, bo nie widziałem wszystkich jego filmów) brakuje jednak spójności, która pozwalałaby mówić o jakimś konkretnym stylu. To, że bierze na warsztat gry komputerowe mówi wprawdzie coś o jego zainteresowaniach - choć i tu miałbym pewne wątpliwości jako gracz ;p - ale to za mało, by wysnuwać wnioski o charakterystyce w podejściu do robienia filmów itd. To raczej rzemieślnik niż artysta, nadrabiający braki talentu rozbuchanym ego.

Nie można tego powiedzieć o Shyamalanie. Tutaj można rozpoznać pewne cechy świadczące o odrębności jego stylu. To, że jego filmy się podobają lub nie ma oczywiście znaczenie, ale w tej konkretnej kwestii mniejsze niż mogłoby się zdawać.
25-06-2013 14:54
oddtail
   
Ocena:
+1
"spójnością" nie można moim zdaniem wyjaśnić wielkich plot holes, nadużywania pewnych stylistycznych rozwiązań aż do granic absurdu, opierania dzieł na słabych twistach - i do tego często nie mających wiele sensu, a także plastikowych dialogów.

Szósty Zmysł mi się podobał. Co myślę o Shyamalanie po Szóstym Zmyśle dobrze podsumowuje recenzja "Znaków" Nostalgia Critica. I mam podobną, co Nostalgia Critic konkluzję - reżyserowi robiącemu dziwne, słabe filmy udał się jeden czy dwa hity, a dalej to już było tylko w dół...
25-06-2013 15:19
Repek
    Komunikat moderacji
Ocena:
+1
[Prosimy nie spamować i nie karmić trolli.]
25-06-2013 16:54
KFC
   
Ocena:
0
Straszna kiepścizna, moim zdaniem nie warto iść do kina nawet za dopłątą. Zapowiadają się duże lepsze letnie produkcje. No chyba, że bardzo chcecie się zrzucać na ubogą rodzinę Smithów i wypromować juniora przy okazji.
25-06-2013 17:19
t.rachwald
    co do Shyamalana
Ocena:
0
Wydaje mi się, że wyjaśniłem dosyć obszernie dlaczego uważał (uważałem) go za bardzo dobrego reżysera. Nie tylko "Szósty Zmysł", ale i "Niezniszczalny", "Osada", "Znaki", do pewnego stopnia może i "Lady in the water", świadczyły o jego talencie do budowania niesamowitych opowieści. Swoją opinię na jego temat nie opieram na tylko jednym filmie. Podtrzymuję, że w pewnym momencie coś się w Shyamalanie zepsuło, jakiś motorek, i przestał sobie radzić. Być może to kwestia braku motywacji; inaczej się robi własne, autorskie filmy, inaczej fuchy na zlecenie, jak "Airbender" czy "1000 lat po Ziemi". Z drugiej strony "Zdarzenie" jest jego własne, przez nikogo nie narzucone. Ot, zagadka.

I problem w tym, że tu już nie sposób mówić o wpadkach. Od pewnego czasu Shyamalan knoci jeden film za drugim i końca nie widać.
25-06-2013 17:33
~Planszohipster

Użytkownik niezarejestrowany
    Cudowny film
Ocena:
0
Piękne wizualizacje, głębokie przesłanie o miłości ojcowsko-synowskiej. Will Smith dojrzały, jego postać przemyślana i głęboka. Jaden może jeszcze trochę surowy i nieociosany, ale daje radę. Najlepsza forma MNS. Film można postawić w jednej lidze z Avatarem Camerona. Kamień milowy kina fantastycznego.
Polecam z całego serca!
25-06-2013 17:50
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Akcja toczy się w niedookreślonej jasno przyszłości. - Nie jest to prawdą, podczas seansu podane są dokładnie dwie daty - opuszczenia Ziemi przez ludzi, a potem kolonizacji nowej planety, zatem warto uważnie oglądać.
25-06-2013 21:06
t.rachwald
    @ czas akcji
Ocena:
0
"podczas seansu podane są dokładnie dwie daty - opuszczenia Ziemi przez ludzi, a potem kolonizacji nowej planety, zatem warto uważnie oglądać."

Akcja filmu może natomiast toczyć się rónie dobrze rok, jak i tysiąc lat po tym wydarzeniu.
26-06-2013 01:08
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nadal lepsze niż Star Trek: W durność :)
26-06-2013 01:20
Kumo
   
Ocena:
0
Odnoszę wrażenie, że Shyamalan potrafi tworzyć ciekawe, kameralne opowieści - ale nie zawsze jest w stanie robić z nich dobre filmy. Zwłaszcza, że te ostatnie wymagają naprawdę dobrego aktorstwa i zdjęć, bardziej, niż napakowane akcją blockbustery.
26-06-2013 01:36
~@t.rachwald

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Oczywiście, że może, tylko że syn Willa Smitha byłby dzieckiem mającym 1000 lat, bo data jest pokazana wraz z nim.
27-06-2013 07:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.